piątek, 29 maja 2015

Widziałem twarz diabła – prawdziwe świadectwo głębokiego nawrócenia

Mam 34 lata. Opowiem Wam historię, którą przeżyłem. Historię, która opowiada o tym, że Bóg kocha i o tym, że zła nie można lekceważyć.

Najprościej będzie zacząć od początku. Zaczęło się to kiedy byłem dzieckiem. Miałem 10-12 lat. Pewnego wakacyjnego dnia będąc u babci, odwiedził nas dawno nieobecny przyjaciel mojej rodziny. Rozmawiali o różnych rzeczach. W czasie tej pogawędki powiedział, że teraz jest radiestetą. Bardzo zaciekawił tym moją rodzinkę, więc dalsza część rozmowy dotyczyła tego. Zaczął pokazywać jakieś pisemka o radiestezji, tłumaczyć, o co w tym wszystkim chodzi itd. Powstał pomysł, by sprawdzić na ochotnikach, co pokaże na nich wahadełko. Pierwszy był mój tata. Potem miałem być ja. Walczyłem z tym psychicznie. Nie wierzyłem temu wszystkiemu, ale jak przyszła kolej na mnie, to wiem, że „z grzeczności” poddałem się duchowo. Nie wiem dobrze, czy to wydarzenie zaczęło całą falę tego, co potem miało miejsce, ale tak przypuszczam.

Była noc. Koło 3. rano. Wakacje. Nocowałem u babci na górnym piętrze domu. Na parterze spała babcia. Na piętrze w pokoju obok mnie spał dziadek. Oni się bardzo kochali, ale woleli spać oddzielnie. Ot, taka wygoda. W pokoju, w którym nocowałem okno było skierowane na ulicę. Tuż przy domu stała latarnia, więc światło z latarni wpadało do mojego pokoju. W wakacje jako dziecko lubiłem sobie oglądać TV do później nocy. Nawet nie przypuszczacie, ile fajnych i ciekawych programów wtedy leciało. W pewnym momencie poczułem się zmęczony. Zgasiłem światło. Wyłączyłem TV pilotem i obróciłem się, żeby odłożyć pilota na stolik.

Jak wracałem ciałem do poprzedniej pozycji, zauważyłem, że zrobiło się ciemno. W miejscu, gdzie wpadały promienie światła z latarni, nie było już tak jasno. W nogach łóżka stało zło w czystej postaci. Zasłaniał całe światło. Był wysoki. Sięgał prawie po sufit. Nie był ani dobrze zbudowany, ani chudy. Był średniej budowy ciała. Normalnej. Nie miał oczu, nie miał twarzy. Nie posiadał żadnych szczegółów. Jakby na człowieka wylać czarną smołę. Tak czarną, że nie widać na niej nawet faktury. To był ludzki kształt bez żadnych szczegółów. Chociaż nie miał oczu, wiedziałem, że na mnie patrzy. Obserwował mnie na wskroś. Byłem przerażony. Nie potrafiłem się poruszyć. Nie miałem odwagi. Siedziałem skulony po przeciwnej stronie łóżka i patrzyłem na niego, a on na mnie. Nie wiedziałem, co zrobić. Przypomniałem sobie, że moja babcia mówiła: „jak odwiedzi cię coś, czego nie rozumiesz, zapytaj: „czego dusza potrzebuje?” i pomódl się za tą duszę. Ale ja wiedziałem, że to nie była żadna dusza. Patrzyliśmy na siebie tak kilka minut. W końcu zebrałem się na odwagę. Coraz głośnej i głośniej krzyczałem o pomoc. Nikt nie odpowiadał. Ściana, która dzieliła mój pokój i pokój dziadka była cienka. Wiem o tym, bo często słyszałem sprężyny łóżka, kiedy dziadek się wiercił podczas snu. Wrzeszczałem na granicy ochrypnięcia, jakby od mojego głosu zależało, czy mam umrzeć czy żyć. Jakbym bronił swojego życia. Nikt nie przyszedł z pomocą. Wrzeszczałem ze wszystkich sił – sam zdziwiony, że mam ich aż tyle. Nikt nie słyszał. Nie wiedziałem, co mógłbym jeszcze zrobić. Byłem przerażony.

On stał tam ciągle i mnie obserwował. Jakby czerpał przyjemność z mojej paniki. Ostatkiem i strzępkami racjonalnych myśli wpadłem na pomysł, że włączę TV na cały regulator. Może to ktoś usłyszy i przyjdzie zobaczyć, co się dzieje. Nabrałem odwagi i obróciłem się za ramię, żeby sięgnąć po pilota. I wtedy zły zniknął, a w pokoju znowu zrobiło się jasno. Nie pamiętam, co się potem działo, ale nie wiedziałem, co mam zrobić. Nie chciałem tam już nigdy spać. I już nigdy nie spałem. Tamtej nocy zasnąłem z babcią w jednym łóżku i tak do końca wakacji. Następnego dnia powiedziałem o tym każdemu z mojej rodziny. Szybko wyjaśniono to tym, że to moja bujna wyobraźnia, że to pompowany ponton, a nie żadna zjawa czy demon. Problem polegał na tym, że ponton stał z boku łóżka, pod ścianą, a nie w nogach, gdzie stała zjawa i nie zasłaniał światła okiennego, jak zjawa to uczyniła. Pamiętam, że moja mama powiedziała, że jeszcze dziś powinienem pójść do kościoła i do spowiedzi, żeby mnie nic nie dręczyło. Nie wiedzieć czemu, ja myślałem, że to głupi pomysł.

Minęło sporo lat. W między czasie byłem ministrantem, lektorem. Potem wszystko zaczęło się walić. Przestało mnie to wszystko obchodzić. Myślałem, że chodzi tu o dorastanie. Że jestem na tyle dorosły, że jakoś nie bawi mnie to już wszystko. Ta cała chrześcijańska otoczka. Przestałem się modlić regularnie. Potem już wcale się nie modliłem. Nie widziałem w tym sensu no i w niczym mi to nie przeszkadzało. Zacząłem odkrywać frajdę życia bez nakazów i zakazów kościelnych. Było przyjemnie i sympatycznie. Wtedy też po długim czasie nieobecności, wróciły rzeczy, których normalnie się nie spotyka. Zaczynało się niewinnie. Od lekkiego dotknięcia mojego ramienia. Jak w tej zabawie w „a kuku”, kiedy kogoś klepniesz w ramię, ten ktoś się obraca, ale ty jesteś w innym miejscu niż on przewidywał i robi się zabawnie. Moje „a kuku” nie było zabawne. Kiedy się odwracałem, nie było żywej duszy w promieniu kilkuset metrów. Były to dotknięcia w ramię. Jakby szturchnięcie palcem. Czułem też na mym ramieniu położenie niewidzialnej dłoni. Człowiek zaczyna się zastanawiać, czy wariuje, czy traci zmysły. Bo to nie jest przecież nic normalnego, to, co czujesz i widzisz.

Pewnego razu leżałem sobie na łóżku i czytałem książkę. W pewnym momencie usłyszałem wyszeptane swoje imię. Jakby czyjeś niewidzialne usta prawie dotykały mojego ucha i szeptały moje imię. Przez kilka sekund leżałem w odrętwieniu z powodu szoku, jakiego doznałem. Potem się obróciłem, ale w domu nikogo nie było. Innym razem słyszałem też nie tylko szepty, ale i normalny monolog. Tzn. nie był on normalny, bo wydobywał się znikąd. Z głębi pustego pomieszczenia, w którym przebywałem. Nie potrafię powtórzyć tego, co słyszałem. Nie trzymało to się kupy. To był jakiś bełkot. Nie znałem znaczenia żadnego ze słów, które słyszałem. Jakby ktoś mówił w jakimś zupełnie mi obcym języku. Z dnia na dzień czułem się wyobcowany. Jak na początku chciałem zasięgnąć opinii kogokolwiek to potem ten pomysł wydawał się niebezpieczny. Nie chciałem komukolwiek o tym mówić w obawie przed tym, że zostanę uznany za wariata, schizofrenika, który słyszy głosy. Zacząłem odchodzić od ludzi. Nie czułem chęci obcowania z kimkolwiek. Bałem się ludzi. Niektórzy mnie drażnili, inni męczyli swoim byciem.

Potem poznałem swoją przyszłą żonę i zaczęło się na nowo. Tym razem to był wrzask. Wrzask, który siedział mi w głowie. Nieludzki wrzask. Skrzeczący. Zagłuszał moje myśli. Słał w stronę mojej przyszłej żony niesamowicie wulgarne i najbardziej wyszukane wiązanki przekleństw, jakie tylko można wymyślić. Bolało mnie to bardzo i jednocześnie niepokoiło. Bolało, bo kto by chciał słyszeć takie rzeczy o osobie, którą się bezgranicznie kocha. Niepokoiło, bo to siedziało w mojej głowie, ale nie było moimi myślami, a to przecież nie jest normalne.

Potem uczestniczyłem w pieszej pielgrzymce. Moja przyszła żona mnie tam „zaciągnęła”. Na pielgrzymce o wrzasku powiedziałem księdzu, który pomodlił się nade mną i razem ze mną. Uważnie mnie obserwował. Posłusznie wykonywałem jego polecenia modlitwy, znaku krzyża. Bez żadnego sprzeciwu. Spodziewałem się jakiejś niemocy i przyznam, że to mnie trochę zaskoczyło. Potem wrzaski zniknęły. Miałem mętlik w głowie. Nie wiedziałem co myśleć. Uważałem, że musiałem być w jakiś sposób opętany, bo wrzaski zniknęły po modlitwie, ale jednocześnie zaprzeczałem opętaniu, bo przecież niczemu nie sprzeciwiałem się. Wiec jak to? Jak zło mogło się nie sprzeciwiać? Nie walczyło o mnie? Ot tak sobie ustąpiło?

Potem przestałem o tym myśleć, czego finałem było to, że jakiekolwiek wytłumaczenie tego całego zajścia przestało mnie obchodzić. Przestałem zupełnie się modlić. Przestałem chodzić do kościoła. Nie czułem Boga. Nie czułem chęci walczenia o Boga. Zacząłem się wstydzić swojej wiary. Żyłem z dnia na dzień, powoli popadając w depresję. Zabrakło celu w życiu. Czego się nie łapałem, nudziło mnie, nie miało sensu, szybko stawało się nieważnym. Przychodziłem z pracy do domu, z domu do pracy. Życie stawało się nudne. Nie miało celu. Traciło sens. Wszystko, co robiłem, traciło sens. Cały czas byłem zmęczony. Zmęczony niczym. Zmęczony byciem nikim. Żona o mnie się martwiła. Stałem się niesamowitym pesymistą. Ciągle gadałem z nią o smutnych rzeczach i dobijających sprawach. Wiedziałem, że męczy ją to ogromnie, że męczy się ze mną. Tak ją kochałem, że bardzo żałowałem, że mnie wybrała, że zniszczę jej marzenia o pięknym życiu. Widziałem jej smutną twarz za każdym razem. Chodziłem jak zbity pies.

Wtedy też doszedł kolejny problem. Wrócił głos w mojej głowie. Nie był to już wrzask, ale bardzo opanowany, czasem bardzo wulgarny komentarz do wszystkiego, co mnie otaczało, co robiłem, na co patrzyłem. Opisywał on ludzi, wydarzenia, czyny, miejsca, sytuacje. Komentował wszystko z bardzo złej strony. Jakby chciał wszystko i wszystkich oczernić w moich oczach. Źle się odnosił do wszystkiego i kibicował mi we wszystkim, co nie było dobre. Próbowałem z nim rozmawiać. Bez rezultatów. Był za mądry.

Przypomniałem sobie wtedy o Bogu. Pomyślałem, że warto do Niego się zwrócić. Jako ostatnia deska ratunku. Każdy spacer z psem wykorzystywałem, żeby porozmawiać z Bogiem. Jednakże każda rozmowa kończyła się tak samo: wielką depresją. Jakby samobiczowaniem się. Bóg stwierdzał, że sam sobie jestem winny. Że jak trwoga, to do Boga. Poddałem się. Żyłem dalej w smutku i w depresji. Bałem się śmiertelnie, że pewnego dnia najdzie mnie bardzo niebezpieczna myśl, żeby z tym wszystkim skończyć. Skoro sam Bóg o mnie zapomniał, to kto pozostał?

Był 10 grudnia 2014 roku. Przeglądałem Facebooka. Zauważyłem, że na mojej tablicy pojawił się wpis, na którym zostałem oznaczony. Bardzo się zdziwiłem. Było to zdjęcie z Jezusem wyciągającym dłoń topiącemu się człowiekowi. Był tam też podpis. Moją uwagę przyciągnął następujący fragment:

„Znam twoją nędzę, twoje zmagania, twoją słabość i choroby, twoje przygnębienia, i mimo to mówię ci: Daj mi twoje serce, kochaj Mnie będąc takim, jaki teraz jesteś! Jeśli będziesz czekać, aż staniesz się aniołem, by powierzyć się miłości, nigdy nie będziesz Mnie kochać. Nawet jeśli często popadasz w grzechy, nawet jeśli jesteś zbyt leniwy, aby coś w sobie zmienić – kochaj Mnie! Kochaj Mnie teraz, bez względu na stan, w jakim się znajdujesz, w zapale czy też w oschłości, w wierności czy w niewierności. Kochaj Mnie teraz. Pragnę miłości twego biednego serca.”

Pamiętam, że czytałem to wiele razy i nie potrafiłem doczytać do końca. Łzy mi tak rozmywały wzrok. Odpisałem tej osobie, że bardzo dziękuję, że dziś bardzo mi to pomogło. Potem odszedłem od komputera i mocno zapłakałem.

Po pewnym czasie odezwała się ta osoba. Powiedziała, że chciała oznaczyć kogoś innego, a nie mnie, ale teraz wie, że tak miało być. Nie ma pomyłek, zbiegów szczęścia, przypadków. Po prostu Bóg tak chciał. Zaczęliśmy rozmawiać. Dowiedziałem się, że ona przeżywała podobne męki jak ja teraz. Że wie co ja teraz przeżywam, że powinienem się zacząć modlić, rozmawiać z Bogiem. Odpowiedziałem, że próbowałem, że każda moja rozmowa z Bogiem kończy się moim przygnębieniem. Użalaniem się nad sobą. Ona odpowiedziała, że to nie może być Bóg. Bóg kocha człowieka jakim by nie był. Bóg mi nie powie: jak trwoga, to do Boga. Powiedziała, że to musiał być szatan, który podawał się za Boga.

Wszystko zaczęło nabierać sensu. Przypomniałem sobie moje prawdziwe spotkanie z Bogiem. Było to na jednym z czuwań w kościele. Było to może z 15-19 lat temu. Modliłem się, żeby Bóg mną tak pokierował, żebym zauważył sens tego wszystkiego. Chęć bycia przy nim. Nie rozumiałem, jak można kochać Boga. Nie rozumiałem konieczności kochania go. Dlaczego mam się zmuszać, kochać go i wielbić? To przyświecało mojej modlitwie. Podczas czuwania były osoby, na które zstąpił Duch Św. Niektóre zaczęły się modlić w obcych językach, inne miały inne dary. Pamiętam, że niektórzy zaczęli płakać, inni zaczęli się śmiać. Poczułem niepokój przed czymś nieznanym. W trakcie czuwania była szansa podejść do „epicentrum”, pod samą Hostię i poprosić o modlitwę wstawienniczą. Znalazłem w sobie odwagę i zrobiłem tak. Wtedy podeszły do mnie osoby, którymi kierował Duch Święty, nałożyły na mnie ręce i zaczęły się modlić nade mną.  Najpierw skupiałem się nad ich modlitwą. Fascynowała mnie. Ich dobór słów, sposób w jaki się modlą, ta moc modlitwy, ta wiara. Rozpoznałem język niemiecki, angielski francuski, ale była też łacina i inne, których nie kojarzyłem zupełnie. Coś mi w sercu powiedziało, że powinienem się skupić na sobie, a nie na innych. Tak zrobiłem i się zaczęło. W sekundę poczułem wolność. Poczułem jakąś łaskę, rozluźnienie, duchowy spokój. Przestał istnieć jakikolwiek problem. Czułem się błogo. Wspaniale. Zebrało mi się na łzy. Ale takie oczyszczające łzy. Uczucie, radości, że Bóg mi odpowiedział, że mnie tu znalazł. Następnie jedna z tych osób natchniona Duchem Świętym otworzyła Pismo Święte i za sprawą natchnienia trafiła na fragment, który mi przeczytała, a który miał być specjalnie dla mnie. Dowiedziałem się, że jestem dla Boga jego słoneczkiem. Rozweselam go codziennie. Zawsze jak na mnie patrzy, to uśmiecha się. Płakałem jak dziecko. Nie mam pojęcia co to był za fragment i jak naprawdę brzmiał. Byłem tak przejęty, że nie słuchałem, jak mi mówiono, jaki fragment mi przeczytano. Jak przez mgłę pamiętam, że to chyba któryś z psalmów. Również nie kojarzę, jak to brzmiało w oryginale, ale ja tak to rozumiałem i interpretowałem. Poczułem się zauważonym. I to nie przez byle kogo. To takie uczucie jakbyś wybrał się na koncert swojego życiowego idola. Pojawiasz się na koncercie, ale jest miliardowy tłum, a ty gdzieś niewidoczny w tłumie. I widzisz jak twój idol schodzi ze sceny i idzie w Twoim kierunku. Mija wszystkich i podchodzi do Ciebie. Spośród tylu miliardów ludzi, widzi ciebie. I mówi, że wie o Twoim istnieniu. Zna Twoje imię. Mało tego, dowiadujesz się że, On jest ciągle przy tobie i  nigdy cię nie opuścił, nawet jeśli wydawało ci się, że jest inaczej.

Podczas rozmowy z ową osobą z Facebooka wszystko to sobie przypomniałem i wzruszyłem się. Dziwiłem się, dlaczego wcześniej tego nie zrozumiałem. Dlaczego wcześniej nie zauważyłem, że w moich późniejszych rozmowach z „Bogiem” coś się nie zgadzało? Czyżbym aż tak mocno miał klapki na oczach, że tego nie dostrzegałem? A może to zły tak zawładnął moim rozumem?

Zacząłem szukać Boga. Modliłem się, wróciłem na msze święte. Złemu to się nie podobało. Robił wszystko, żebym zwątpił na nowo. Żebym się poddał. Wiedziałem, że zaczyna się wściekać. Niczego się nie bał. Kiedy zawodziły jego nawoływania, zaczął sprawiać, że zacząłem mylić się w modlitwach. Nie potrafiłem sobie przypomnieć niektórych modlitw. Na samym początku bałem się, że nawet nie zdołam sobie przypomnieć znaku krzyża świętego. Podczas odmawiania różańca, tzw. „zdrowasiek”, zdarzało się, że nie mogłem dokończyć żadnej „zdrowaśki”. Zaczynałem poprawnie, a potem zamiast tej modlitwy zacząłem gadać jakieś niestworzone rzeczy. Jakiś bełkot. Zdania, które nie miały żadnego sensu, a które nie były modlitwą. Podobnie było z uczęszczaniem do kościoła. W świątyni czułem się strasznie. Czułem jak bezwolnie napinają mi się mięśnie, przyspiesza tętno, mam zawroty głowy, stany bliskie omdlenia, gwałtowna senność. Nie potrafiłem zebrać myśli do kupy. Wszystko odchodziło jak tylko opuszczałem mury świątyni. Dodatkowo ten głos. Złośliwe komentarze nie opuszczały mnie. Nie pozwalały mi się cieszyć czynieniem dobra. Każdą chwilę szczęścia i radości, swoimi złośliwymi komentarzami zmieniał w koszmar. Komentarze zaczęły się nasilać. Mimo to, nie poddawałem się. Wszelkie inne „przeszkadzacze” powoli i stopniowo zaczęły zanikać. Zło jakby powoli odpuszczało. Zdarzały się jednak wciąż dziwne rzeczy. Czasem kątem oka widziałem żywe cienie poruszające się i uciekające przed moim spojrzeniem. Czasem coś pacnęło mnie w głowę kilka razy, innym razem będąc w pracy, na korytarzu słyszałem potajemną dyskusję dwóch mężczyzn. Ciekaw byłem, co oni knują. Nie rozumiałem słów, ale po tonie wypowiedzi i sposobie mówienia można było wywnioskować, że to jakiś spisek. Rozmawiali już dość długo. Może 10 minut, może więcej. W końcu nie wytrzymałem i wyszedłem na korytarz pod byle pretekstem i z ciekawości, żeby zobaczyć kto spiskuje. Korytarz był pusty. Nikogo nie było. Kiedy pojawiłem się w centrum skąd dobiegała rozmowa, ta szybko (niczym pędzący bez ładu balonik, z którego wystrzeliło powietrze nim napełnione) rozwiała się po przestrzeni i „uciekła”. Wiedziałem, że to, co chce mną kontrolować i czemu staram się wymknąć, zbiera ostatki sił, żeby zmusić mnie do zaprzestania tego, co robię. Zaprzestania mojego powrotu do Boga. Chciał, żebym znów czuł się jak wariat.

Podczas naszych rozmów z wcześniej wspomnianą przeze mnie osobą z Facebooka doszliśmy do potrzeby spowiedzi. Bardzo się tego bałem, ale chciałem się uwolnić. Nie chciałem, by ktoś za mnie myślał, oceniał sytuację i wydarzenia. Zwlekałem prawie cztery miesiące. Albo się bałem, albo on mi nie pozwalał. I tak to się ciągnęło. Zbliżała się Wielkanoc. Najważniejszy dzień dla chrześcijan. Tego dnia Jezus pokonał śmierć. Pokonał szatana. Razem z moją przyjaciółką z Facebooka doszliśmy do wniosku, że albo teraz, albo nigdy. Zacząłem się modlić o dobrego spowiednika oraz o to, żebym się sumiennie wyspowiadał i jak najlepiej się przygotował do tej spowiedzi. Do Świąt Wielkiej Nocy pozostały dwa tygodnie. Czas pędził nieubłaganie. Zacząłem czuć presję. Olbrzymią presję. Ciągle w głowie powtarzałem słowa: „teraz albo nigdy, teraz albo nigdy”, zaś zły w głowie podkreślał: NIGDY.

W niedzielę poszedłem na mszę św. Co chwilę powtarzałem: „proszę, daj mi siłę, proszę, wskaż mi księdza”. Przechodzili różni księża. Nie działo się nic. Nastała część mszy, kiedy rozdawano Ciało Chrystusa. W tym czasie do kościoła zaczęli wchodzić różni inni księżą w celu pomocy w rozdawaniu komunii. Pojawił się też ksiądz X. Wtedy mi serce zabiło szybciej. To było takie wrażenie, jak zakochanie się. Sławne motyle w żołądku. Wtedy też zaczął wściekać się zły. Wiedział, co chcę zrobić. Wiedział, że podejdę po mszy do księdza X i poproszę o spowiedź. Zaczął z pełnym opanowaniem oraz skrupulatnie, komentować zaistniałą sytuację i moje myśli. Powiedział, że ten cały mój teatrzyk jest mi niepotrzebny. Że niepotrzebnie robię tyle szumu wokół siebie. Czyż nie powinienem być skromny? A zachowuję się jak jakiś gwiazdor, któremu potrzebny jest specjalny ksiądz, specjalne pomieszczenie. Przecież ja boję się ludzi, a rzucam się z motyką na księżyc. I co on ten ksiądz? Myślisz, że nie ma swoich spraw? Że będzie specjalnie dla takiego zera, jak ty, marnował swój czas? Jeszcze cię wyśmieje. …Posłuchałem i poddałem się. Tamtego dnia zrezygnowałem.

Był wtorek. Ostatni przed Wielkim Tygodniem. Wróciłem z pracy. Cały dzień nie dawała mi spokoju myśl, że to już koniec. Nie chciałem, żeby to już był koniec. Nie miałem żadnego kontaktu do księdza X. Zacząłem przeglądać Internet w poszukiwaniu jakiegoś telefonu, e-maila. Nic takiego nie znalazłem. Potem powstała myśl, że mogę się skontaktować przez pewną osobę, która może mieć kontakt do księdza X. Jest to osoba bardzo mocno związana z Kościołem. Skontaktowałem się z nią przez Internet. Odpisał bardzo szybko. I już tego samego dnia miałem się spotkać z księdzem X.

Dla Boga nie ma przypadków. Okazało się, że osoba, która mnie skontaktowała z księdzem, bardzo cierpi duchowo i wiele wycierpiała się w przeszłości. Śmiertelna choroba; pastwienie się emocjonalnie i fizyczne innych ludzi nad nim; decyzja, której nie da się cofnąć… Swoim sposobem rozumowania świata stał się dla mnie pięknym świadectwem wiary i zaufania Bogu. Zauważyłem również w nim emocjonalną chęć, a nawet żądzę posiadania zaufanego przyjaciela, któremu może się zwierzyć. W życiu został bardzo skrzywdzony. Pomyślałem, że moja w tym misja, żeby potrafił znowu zaufać człowiekowi. Poczułem się doceniony przez Boga. Byłem w szoku. On, sam Bóg, znając moje serce, moje życie, nie boi się i poleca mi „opiekę” nad bardzo wierzącym człowiekiem i jest w tym pewien, że Go nie zawiodę. Ponownie okazuje się, że nic nie dzieje się z przypadku. Bóg stawia nam na drodze ludzi, których możemy ominąć, ale też możemy ich zauważyć.

Z księdzem X umówiliśmy się na konkretny dzień na spowiedź generalną. Cały dzień było szaroburo i deszczowo. Jako że interesuję się filmami, wiedziałem, że w filmach taka pogoda jest symbolem oczyszczenia głównego bohatera. Symbolem zmian, które mają wielki wpływ na jego przyszłe życie. Mając taką wiedzę, ucieszyłem się z takiego symbolu.  Zbliżała się godzina mojej spowiedzi. Starałem się na nią przygotować jak najlepiej. Jak najbardziej sumiennie. Ruszyłem na plebanię. Bardzo się bałem, ale i jednocześnie chciałem mieć to już za sobą i nie mogłem się doczekać. Wtedy stało się coś, co mnie przeraziło. Kiedy szedłem na plebanię, zły szalał. Moje ciało całe drżało ze strachu, nie z zimna. W pewnym momencie usłyszałem jakiegoś „rajdowca”, który pędził bardzo szybko przez miasto. Zły powiedział, że jak chcę, mogę rzucić się pod koła tego samochodu. Wtedy będę miał argument, żeby nie iść do spowiedzi. To zmroziło moją krew w żyłach i tylko potwierdziło, że robi się coraz bardziej niebezpiecznie w moim życiu. On chciał, żebym się zabił. Był tak zdeterminowany. Zrobiłby wszystko, żebym tylko nie wyspowiadał się. Przerażony, przyspieszyłem kroku.

Na miejscu udaliśmy się z księdzem X do kaplicy na plebani. I tam odbyła się spowiedź. Wyciszyłem się i zaczęliśmy. Usiedliśmy obok siebie w jednej ławce. Nie patrzyłem na księdza, ale przed siebie na ołtarz. To była spowiedź inna niż wszystkie. Nie czułem, że spowiadam się księdzu, ale samemu Jezusowi. Na ołtarzu kaplicy stała figura zmartwychwstałego Jezusa. Tam miałem wpatrzone oczy podczas spowiedzi. Rozmawiałem z Nim, a nie z kapłanem. Czasem niechcący, kątem oka spoglądałem na księdza X. Widziałem, jak współcierpi ze mną. Jak przeżywa moją spowiedź. Były momenty, że miałem czarną dziurę w głowie. Momenty, gdzie wszystko, co pamiętałem uciekało. Innym razem tak mnie dusił żal, że nie potrafiłem nic powiedzieć. Nie wiem czy to kapłan, czy ktoś inny się za mnie modlił w tej chwili, ale to mi bardzo pomagało. Czułem siłę, że mogę temu podołać. Że mogę postawić się złemu duchowi.

Zły ciągle walczył. Ciągle wszystko komentował. Ciągle mi wypominał, że robię z siebie idiotę, że robię jakieś przedstawienie, teatrzyk, że nie jestem godzien. Klepał mi to cały czas w głowie. Przeszkadzał mi, jak tylko mógł.

Sam ksiądz był idealny. Taki, o jakiego się modliłem. Cierpliwy, nie popędzał mnie, nie osądzał, lecz cierpiał ze mną. Kiedy ksiądz rozpoczął naukę, zły oczerniał księdza. Powiedział, że wybrałem beznadziejnego księdza, który w kółko mówi to samo, że cały czas się powtarza, że klecha nie wie tak naprawdę, co ma powiedzieć. Mówił, że ksiądz X nie ma pojęcia o dobrej spowiedzi, że miał być ktoś mądry, a ten tu chyba pierwszy raz w życiu spowiedzi udziela. Klepał coraz głośniej. Tak, że ciężko mi było słuchać kapłana. Ciężko było mi się skupić na jego nauce. I wiecie co? Gdy ksiądz w imię Trójcy Świętej zaczął odpuszczać mi moje winy, zło zamilkło. Już się nie odezwało, a ja byłem lekko zdezorientowany, bo żyłem z tym już tak długo, że cisza była dla mnie szokiem.

Uśmiechnąłem się przez łzy. Następnie cały ciężar powolutku zaczął ustępować. Trwało to może z 2 minuty. Wszystko zaczęło ze mnie spływać, a ja czułem się coraz lżejszy. Spływało bardzo wolno. Potem spojrzałem na kapłana. Był zmęczony, ale szczęśliwy. Miał czerwoną twarz i przyspieszony oddech. Widać, że ta spowiedź kosztowała go sporo wysiłku i jest teraz bardzo zmęczony.  Mimo to, uśmiechnął się i powiedział, że teraz w niebie jest karnawał. Na co również odpowiedziałem uśmiechem. Wyciągnął dłoń i pogratulował mi. Czułem się jakbym zrobił coś niesamowitego, co było niemożliwe dla zwykłego śmiertelnika. Jakbym góry przenosił jedną ręką. Czułem wielką radość, ale i wdzięczność. Wdzięczność Bogu, że nie pozwolił mi zniknąć. Że on sam nie zniknął zupełnie dla mnie. Byłem mu wdzięczny za ludzi, których postawił na mojej drodze, a którzy przyczynili się do mojego ratunku. Patrząc na tabernakulum w kaplicy, zapytałem, czy jest tu Jezus. Ksiądz X powiedział, żebym chwilkę poczekał, przebierze się i udzieli mi komunii. Zgodziłem się z radością. Od roku nie przyjmowałem komunii i miałem olbrzymią ochotę. Następnie na początku prywatnie, potem we dwójkę z księdzem X wielbiliśmy Boga. Na odchodne nie wiedziałem, co powiedzieć księdzu X w ramach mojej wdzięczności. Jedyne, co mi przyszło do głowy, to: „on już nic nie mówi”. Na co ksiądz X odpowiedział: „Bo mu Jezus nie pozwala”. Wyszedłem z plebani z wielką frajdą, dumą i wdzięcznością i udałem się do domu z Jezusem w sercu i poczuciem bezpieczeństwa. Teraz nic mi już nie groziło, bo oto dzięki Jezusowi pokonałem złego, który mnie zniewalał. Myślałem, że to już koniec.

Jednakże cały finał miał miejsce tej samej nocy. We czwartek, między godziną 23. a 24. odmawiałem różaniec, wciąż przeżywając wdzięczność Bogu za wolność. Potem ułożyłem się w łóżku gotów do pogrążenia się we śnie z uśmiechem na twarzy. Wtem nad moją głową coś ryknęło. To był bardzo długi ryk i bardzo mroczny. Można go porównać do szybko ciągniętego po betonie niemożliwie wielkiego głazu. Jak byłem spokojny, tak szybko przeraziłem się, odskoczyłem i wtedy ryk zza mojej głowy bardzo szybko uciekł w górę i zniknął. Szybko włączyłem światło w pokoju i zapytałem żony, czy też to słyszała. Zaspana zaprzeczyła. Potem przez jakiś czas analizowałem, co się mogło wydarzyć.

Następnego dnia rozmawiałem o tym ze swoją znajomą z Facebooka. Zapytała mnie, o której godzinie się modliłem. Okazało się, że nieświadomie modliłem się w Świętej Godzinie, kiedy Jezus modlił się w Ogrójcu. Wtedy modlitwa ma jeszcze mocniejsze działanie. Bardzo się ucieszyłem, że tamtego dnia przyjąłem Jezusa do serca. Przypuszczam, że było tak, że zły uciekł, ale jeszcze tej samej nocy chciał wrócić. Kiedy się zaczął włamywać do mnie, drzwi od środka otworzył Jezus, a zły z wściekłości podkulił ogon i z rykiem niemocy uciekł.

Teraz żyję na nowo. Widzę rzeczy, których nigdy wcześniej nie widziałem. Czuję rzeczy, których nie odczuwałem. Przede wszystkim ta cisza. Już nikt nie myśli zamiast mnie. Nikt mi nie komentuje. Podczas uczestniczenia we Mszy Św. również jest inaczej. Nie czuję się niesamowicie śpiący, nie mam zawrotów głowy ani przyspieszonego oddechu. Zamiast tego widzę, że w kościele jest bardzo jasno. Nigdy tak jasno nie było. Zawsze było ciemno. Dodatkowo mam uczucie, jakbym nad głową miał bardzo dużo miejsca. Jakby sufity wszędzie były wyższe. Nawet podczas spaceru niebo wydaje się być wyżej niż wcześniej, o które prawie zawadzałem głową. Przede wszystkim czuję spokój i radość. Nie wściekam się z byle powodu. Nie denerwuję. Nie jestem zmęczony, zawsze chętny do pomocy. Czuję, że nareszcie jestem wolny. Nawet moja żona to zauważa. Mówi, że jestem inny, lepszy. Do kościoła nie chodzę z przymusu, ale z chęci. Z modlitwą jest podobnie. Chcę by Bóg cały czas się do mnie uśmiechał, tak jak wtedy mi to powiedział podczas pamiętnego czuwania.

Napisałem to, ponieważ czuję tak olbrzymią wdzięczność Bogu, że chcę, by mój przykład był dla podobnych mnie ostrzeżeniem. Zaś dla innych wzmocnieniem swojej wiary. Tekst ten nie ma na celu sprawić, bym miał sławę i poklask wśród innych. Nie ma też celu wywyższenia się czy udowodnienia, że moja wiara jest lepsza, czystsza – bo tak nie jest. Dlatego też piszę to anonimowo. Dzielę się z Wami tym, co sam przeżywałem. Przyznam, że gdybym tego sam nie przeżył, nie uwierzyłbym. Aż tak wydaje się to być niewiarygodnym. Pragnę przestrzec, że zły, szatan, diabeł, itd., to nie jest tylko wymyślony symbol grzechu. jakaś przenośnia. To nie są bajeczki o panu z widłami i rogami, które opowiada się, gdy dzieci są niegrzeczne, żeby je nastraszyć. On istnieje naprawdę i jest przerażający. Potrafi zamienić życie człowieka w piekło. Nawet dosłownie. Sprawić, że człowiek stanie się jego niewolnikiem. Zaś całkowite poddanie mu się może nawet grozić utratą życia, a co gorsze utratą Boga na wieczność. Każde spotkanie ze złym zostawia w psychice człowieka krwawiącą ranę. Ranę, która nigdy się nie zagoi. Oparzenie po jego dotyku, po którym blizna nigdy nie zejdzie. I z tym trzeba żyć do końca. Z urazem w psychice.

Ostrzegam, mówcie świadomie, co mówicie, ponieważ każdy odpowiada za to, co mówi. Nie „rzucajcie swoich słów na wiatr”. Nie przeklinajcie nikogo. Uciekajcie od wróżek, tarotów, okultyzmu. Nie pozwólcie na otwarcie się drzwi, przez które przejdzie coś, z czym bez Boga nie jesteście w stanie się zmierzyć.

Zastanawiałem się dlaczego Bóg pozwolił na to, co mi się przytrafiło? Jaki miał plan? Analizowałem to wszystko i doszedłem do takiego wniosku: zło w najczystszej postaci i żywe istnieje. Musi więc istnieć dobro w najczystszej postaci, Bóg Ojciec, Syn Boży, Duch Święty i również być żywym. Wmawia się nam, że Kościół katolicki manipuluje ludźmi. Okłamuje ich. Wciska bajeczki. A ja się pytam, czy zło aż tak wierzy ludziom, że przeraźliwie boi się Boga „wymyślonego” przez ludzi, przez Kościół? Moim zdaniem, to jest dowód na to, że Bóg istnieje i żyje.

Przypominam sobie mój pierwszy żywy kontakt z prawdziwym Bogiem. Kiedy prosiłem Go na pamiętnym czuwaniu, żeby mi pokazał, dlaczego jest potrzebny i dlaczego ludzie go tak kochają. Myślę, że tym, co doświadczyłem do tej pory w życiu, odpowiedział mi na to pytanie i wzmocnił moją miłość do Niego. Powrócił uśmiech na Jego twarzy. Teraz uśmiecha się do mnie… i do Ciebie.


Źródło: Gość Niedzielny

Za: https://wobroniewiaryitradycji.wordpress.com/2015/04/20/widzialem-twarz-diabla-prawdziwe-swiadectwo-glebokiego-nawrocenia/

czwartek, 28 maja 2015

"Lalkarz": Ucieczka wielkiego mistrza Licio Gellego [P2]


[Poświęcam świętej pamięci Papieżowi Janowi Pawłowi I  i  św.p. metropolicie Leningradu Nikodemowi. MD]


Z książki „Czarna Księga masonerii” Guido Grandt, wyd. Wektory, 2010. Str. 162 inn.

Licio Gelli, wielki mistrz loży P2, poruszał się w tym gąszczu lekko i sprawnie niczym pająk. Ale w pewnym momencie w jego "sieci" pojawiła się rysa: włoski wymiar sprawiedliwości zarzucił mu udział w przestępstwie politycznym, m.in. w zamachu bombowym na dworcu w Bolonii (razem z neofaszystą Stefano delle Chiaie), w wyniku którego śmierć poniosło osiemdziesiąt pięć osób, a ponadto w oszukańczym bankructwie dla własnej korzyści oraz w spisku.

Podczas rewizji, przeprowadzonej 17 marca 1981w jego willi ,,Wanda” na­zwanej tak od imienia żony, w Castiglion Fibocchi nieopodal toskańskiego Arezzo, policja finansowa pod dowództwem pułkownika Bianchi znalazła w szafie pancer­nej listę z niemal tysiącem nazwisk członków loży P2, tajne dokumenty rządowe i dossier wielu znanych osobistości życia publicznego. W tym nazwiska mafiosów przekupujących polityków. "W lożach masońskich spotykali się i jedni, i drudzy: businessmani i politycy". Wszystkie te sprawy wyszły na światło dzienne wy­łącznie dzięki pułkownikowi Bianchi. Mimo że jego przełożony Orazio Giannini, generał policji finansowej i członek loży P2, próbował go zastraszyć, Bianchi nie poddał się i nie zatuszował wyników rewizji.

Faktem jest, że w jego ręce wpadła jedynie niekompletna lista, ponieważ pozostałe jej części Gelli zdążył zabrać ze sobą do Montevideo. Przebywał tam także w trakcie przeszukania, ale był na bieżąco informowany o przebiegu wydarzeń. Jedynie opinia publiczna musiała czekać na choćby jedno słowo prawdy. Niebezpieczna lista została wręczona chadeckiemu premierowi Amaldo Forlaniemu, który trzymał ja pod kluczem przez dwa miesiące, zanim wreszcie zdecydował się ją opublikować.

Wielki mistrz Gelli przebywał najpierw w Brazylii, a następnie, w kwietniu 1981 roku, przeniósł się do Urugwaju, później do Paragwaju, aby w końcu polecieć do Buenos Aires, gdzie posiadał dobra, grunty i majątek, warte w przeliczeniu osiem milionów euro. Jego stanowisko przejął Francesco Pazienza - poza Licio Gellim jeden z najważniejszych pośredników między rządem Reagana i włoskimi władzami politycznymi. Pazienzę krył ówczesny premier Giulio Andreotti.

Mimo to Gelli wrócił do Europy. Za pośrednictwem pewnego szwajcarskie­go banku w Genewie chciał dokonać transferu 55 milionów dolarów do Ameryki Południowej. Mimo fałszywego argentyńskiego paszportu i przebrania - przefar­bował siwe włosy na brązowo i dokleił sobie wąsy - 13 września 1982 roku został aresztowany w banku. Krótko potem prokurator z Ticino wydał nakaz zamrożenia jego genewskich kont.

Ale Gelli nie pobył zbyt długo w gościnnych progach szwaj­carskiego więzienia w Champ Dollon. Pewnie dlatego, że potężni ludzie mają potęż­nych przyjaciół. Jak na przykład Umberto Ortolani, były "minister finansów" loży P2 i prawa ręka wielkiego mistrza. 10 sierpnia 1981 Licio Gelli uciekł z więzienia, dzięki czemu uniknął ekstradycji do Włoch. Podobno pomógł mu w tym strażnik Umberto Cerdena, którego Gelli przekupił sześcioma tysiącami dolarów i który wywiózł go z więzienia w koszu z bielizną. W każdym razie tyle można przeczytać w oficjalnym raporcie policyjnym.

Ale nikt w to nie wierzył i pewnie dlatego politycy zawiązali w Genewie specjalną komisję śledczą, która ujawniła coś wprost niewia­rygodnego: Gelli przebywał na oddziale o złagodzonym rygorze, choć władze były wielokrotnie informowane o jego planach ucieczki. W noc ucieczki strażnicy odkryli dziurę w ogrodzeniu, a kiedy chcieli włączyć alarm - urządzenie nie zadziałało! Gelli został przewieziony przez granicę przez swego syna Mauriziego i zawieziony do Monte Carlo. Wcześniej zdążył sobie załatwić hiszpański paszport, który czekał na niego w Genewie, w domu Ferdinando Mora, włoskiego konsula generalnego i byłego członka loży P2. W Monaco zaś stał już gotowy do podróży jacht Francesco Pazienzy, jego brata z loży i przyjaciela. Ten włoski biznesmen utrzymywał kontakty z mafią, włoskim wywiadem wojskowym, CIA i wywiadem francuskim. Pazienza był też zaprzyjaźniony z późniejszym sekretarzem stanu USA Alexandrem Haigiem i zaliczał się do jego biznesowych partnerów. Biorąc pod uwagę liczbę i wagę tych kontaktów, wielki mistrz loży P2 mógł spokojnie, nienagabywany przez nikogo, uciec do Ameryki Południowej, do swojej willi w pobliżu Montevideo.

Podczas kwerendy natknąłem się na zapytanie szwajcarskiej niższej izby parlamentu (Nationalrat) z 5 października 1983 roku skierowane do rządu, czyli Bundesratu, z którego też można wyczytać nieprawdopodobne historie. Oka­zało się bowiem, że włoskie władze wysłały cztery teleksy do władz Szwajcarii, w których uczulały swoich kolegów, że istnieją "precyzyjne plany siłowego lub pozbawionego przemocy uwolnienia wielkiego mistrza loży P2”. Pytanie brzmiało następująco: "Dlaczego urzędnicy federalni nie zareagowali na te informacje i nie zrobili niczego, aby wzmocnić ochronę aresztowanego?”. Ale to jeszcze nie wszyst­ko, ponieważ wyszło na jaw, że w uwolnieniu Gellego "decydującą rolę odegrały zapewne" prywatne genewskie służby specjalne "wraz z pewnymi zagranicznymi służbami specjalnymi”. Do tej kwestii jeszcze wrócę.

We wrześniu 1987 roku Gelli powrócił do Genewy i dobrowolnie stawił się przed organami wymiaru sprawiedliwości. Oczywiście, "stary lis" musiał mieć dobry powód, skoro zdecydował się opuścić swoją bezpieczną kryjówkę. Wielki mistrz loży P2 spodziewał się, że Szwajcarzy odeślą go do Włoch z powo­du oskarżenia o zniesławienie dwóch sędziów i oszukańcze bankructwo Banco Ambrosiano, gdyż genewski rząd chciał się go jak najszybciej pozbyć. I tak oto, przy aplauzie obrońców, sędzia śledczy Jean Pierre Trembley otworzył przeciwko Gellemu jedynie postępowanie w sprawie o przekupienie strażnika więziennego. Dzięki temu adwokatom Gellego udało się wywalczyć w sądzie federalnym, że Gelli zostanie deportowany do Włoch tylko wówczas, gdyby miał zostać oskarżony o przestępstwo polityczne, czyli współudział w aktach terrorystycznych. I tak też się stało. Włoski wymiar sprawiedliwości zaakceptował to rozwiązanie, przez co upadły zarzuty związane z przestępstwami politycznymi, szpiegostwem i spiskowa­niem przeciwko Konstytucji, mówiąc mało kulturalnie: spuszczono je do kanału. W lutym 1988 roku Gelli został wydalony do Włoch i już siedem miesięcy później opuścił areszt śledczy "z przyczyn zdrowotnych". Ponoć cierpiał na serce i musiał być natychmiast operowany, ale do operacji nigdy nie doszło.

"Władcy marionetek" znów udało się uniknąć najgorszego, czyli oskarżenia o współautorstwo "strategii napięcia”. Napisał nawet książkę pod tytułem La Verita, w której starał się wybielić. W końcu został skazany "jedynie" za finansowanie grupy terrorystycznej na osiem lat więzienia, a w 1988 roku na dziesięć lat za tuszowanie faktów w związku z zamachem bombowym w Bolonii. Dwa lata póź­niej sąd apelacyjny zrobił wszystko, żeby go zwolnić. "Pomocna sieć loży P2 jest nadal aktywna” uważa Regine Igel. Wytoczono dalsze postępowania, ale Gelli jest zbyt "potężny", zbyt groźny, zbyt starannie kazał usunąć obciążający go materiał, a przede wszystkim świadków, aby w tych wszystkich wybuchowych jak dynamit sprawach dało się jeszcze zebrać rzeczywiście przydatny materiał dowodowy". Z przyczyn zdrowotnych, karę wymierzoną za przestępstwa związane ze skandalem wokół Banco Ambrosiano odbywał w "areszcie domowym”. ,,Władca marionetek" mógł zatem w komforcie spędzać jesień swego życia, napawając się ciszą i spokojem swej luksusowej willi ,,Wanda". Na marginesie element dość żartobliwy: w 1996 roku zgłoszono kandydaturę Gellego do literackiej Nagrody Nobla.

Wiedza "lalkarza" mogła pogrążyć wszystkich: ministrów, parlamentarzy­stów, funkcjonariuszy służb specjalnych wszystkich szczebli, bankierów, a także Watykan. Posiadał dawne archiwa SIFAR (Servizio Informazioni Forze Armate), czyli wywiadu wojskowego (który w 1966 roku zmienił nazwę na SlD, Servizio Informazione Difensa, Wywiad Obronny, a od 1977 na SIMSI, Servizio per la Informazioni e la Sicurezza Militare Italiana), którymi mógł szantażować połowę Włoch.

Gdyby stanął przed sądem, jego archiwum, w którym zgromadził setki nazwisk i adresów osobistości włoskiego życia publicznego oraz inne kontakty mogłyby wstrząsnąć republiką w najdosłowniejszym znaczeniu tego słowa. To on miał dwadzieścia dwie fotografie papieża Jana Pawła II, pokazujące najpotężniej­szego człowieka Kościoła katolickiego w kąpielówkach. Gelli sam o tym wspomniał w 2006 roku podczas wywiadu telewizyjnego. Jak wyjaśnił, dostał te zdjęcia przed publikacją od zaprzyjaźnionego wydawnictwa, przekazał je Giulio Andreottiemu, a ten z kolei oddał je papieżowi. W ten sposób chciał pokazać Andreottiemu, że wywiad jest mało skuteczny, skoro paparazzim udało się dostać tak blisko papieża, że mogli zrobić te zdjęcia. Ponadto chciał pokazać głowie Kościoła, kto dzierży we Włoszech "prawdziwą" władzę. Podczas wywiadu Gelli mówił też o tym, że Opus Dei było postrzegane jako "biała masoneria” a loża P2 jako "czarna”.

W rękach Gellego miał się znajdować inny niebezpieczny dokument, do któ­rego opublikowania nie wolno było dopuścić dosłownie za żadną cenę. W połowie lat siedemdziesiątych turecka gazeta Baris zapowiedziała publikację materiału, ale dziennikarz, który zajmował się tą sprawą i miał dokument, zniknął bez śladu. Chodziło o "Field Manua130-31” najbardziej znaczący tajny dokument, zawiera­jący treść "strategii napięcia”, którego prawdziwość została, co oczywiste, zakwe­stionowana przez CIA. Były tam wskazówki dotyczące przeprowadzania tajnych akcji przez wojsko amerykańskie, operacji specjalnych w "krajach gościnnych”, obejmujących ataki terrorystyczne, infiltrację, prowokacje, zakłócanie porządku publicznego i tak dalej. Były to zatem wytyczne dotyczące tajnej polityki USA związanej z zapewnieniem stabilizacji a także "instrukcje infiltracji dowództwa wojskowego krajów gościnnych”.

W dokumencie można było przeczytać również takie oto zdanie: "W żadnych okolicznościach nie może zostać ujawniony fakt, że zaangażowanie wojsk USA sięgało głębiej, niż można by było zakładać". Wiel­ki mistrz Gelli musiał mieć ten dokument o wybuchowej treści, ponieważ, gdy w 1981 na rzymskim lotnisku aresztowano jego córkę, w jej bagażu znaleziono część tych właśnie papierów. Zdaniem specjalistów, instrukcje zawarte w "Field Manual 30-31" miały obowiązywać do końca lat siedemdziesiątych lub do chwili wybuchu skandalu wokół loży P2.


Wpisał: Mirosław Dakowski   
19.04.2015.

środa, 27 maja 2015

Amerykański Sąd Najwyższy wprowadzi homoseksualne pseudomałżeństwa?

fot.REUTERS/Mario Anzuoni/FORUM
W Stanach Zjednoczonych nie ustaje debata dotycząca instytucjonalizacji związków osób tej samej płci. Spór rozstrzygnąć może decyzja na szczeblu federalnym: Sąd Najwyższy ma orzec, czy homoseksualiści posiadają konstytucyjne prawo do zawierania ze sobą formalnego związku na prawach małżeństwa.

Amerykański Sąd Najwyższy jeszcze w tym miesiącu wysłucha - przez 2,5 godziny - argumentów prezentowanych przez strony sporu toczonego w Ohio, Kentucky, Michigan i Tennessee wokół instytucjonalizacji jednopłciowych związków. O tym, czy nastąpi ona na szczeblu federalnym dowiemy się już w czerwcu, przed końcem kadencji sądu. Jak zauważa Richard Wolf, decyzja Sądu Najwyższego będzie ważniejsza niż dotychczasowe rozstrzygnięcia jak np. w sprawie Hollingsworth vs. Perry. Wskutek tego werdyktu Kalifornia została trzynastym stanem, w którym wprowadzono formalne związki osób tej samej płci.

Obecnie trwają konsultacje społeczne. W opiniach wysyłanych do sądu fakty medyczne mieszają się niekiedy z ideologiczną, pokrętną ich interpretacją. Tak też jest w przypadku petycji American Public Health Association (APHA) i kliniki Whitman-Walker, twierdzących, że „równość małżeństw (marriage equality) to kwestia praw człowieka, ale także zdrowia publicznego. Coraz więcej badań łączy zakaz homoseksualnych małżeństw z ujemnymi aspektami zdrowotnymi dla lesbijek, gejów i biseksualistów”. Autorzy petycji usiłują przekonać, że zdrowotne problemy homoseksualistów wynikają z… niesprawiedliwego wobec nich prawa i społecznej dyskryminacji.

Medyczne fakty…

W przypadku osób homoseksualnych badania mówią o niższej oczekiwanej długości życia. Przeciętny homoseksualista „żyjący w społeczeństwach o wysokim poziomie uprzedzeń” będzie żył ponoć o 12 lat krócej niż osoba heteroseksualna. Jest on bowiem bardziej narażony na nowotwory, marskość wątroby, nadciśnienie tętnicze i choroby serca. Ponadto – jak podkreślają autorzy petycji – młodociani biseksualiści i homoseksualiści średnio pięciokrotnie częściej próbowali popełnić samobójstwo niż heteroseksualiści. Częściej także cierpieli na skutek zaburzeń nastroju. Ponadto po zdiagnozowaniu u nich nowotworu dochodzą oni do zdrowia dłużej niż osoby heteroseksualne.

Sygnatariusze listu przywołują także badania dotyczące populacji 10 stanów, wskazujące na niższy stan zdrowia tej kategorii społecznej. Ponadto autorzy dokumentu potwierdzają także wyższą liczbę zachorowań na choroby weneryczne wśród homoseksualistów.

Rozwiązaniem, jakie proponują jest… nadanie homoseksualistom prawa do zawierania „małżeństw”. Te bowiem wiążą się z licznymi pozytywnymi skutkami zdrowotnymi – zarówno jeśli chodzi o zdrowie fizyczne jak i psychiczne. Według dostępnych danych, małżeństwo jest powiązane z większą długością życia, co można wytłumaczyć korzystnym wpływem wzajemnego wsparcia. Osoby po rozwodach były narażone na większe o 27 procent ryzyko śmierci, a u wdów i wdowców ryzyko to wzrastało o 39 proc. W przypadku osób, które nigdy nie stawały na ślubnym kobiercu rosło aż o 158 procent. „Podsumowując, małżonkowie cieszą się lepszym zdrowiem, fizycznym, umysłowym i dłuższym życiem niż osoby żyjące w związkach pozamałżeńskich. Nasuwa się konkluzja, że to właśnie małżeństwo jest przyczyną. Wszyscy Amerykanie bez względu na orientację seksualną powinni mieć równe szanse cieszenia się zdrowotnymi korzyściami płynącymi z małżeństwa”, przekonują autorzy petycji.

Podobne nadzieje wyrazili autorzy innego apelu – sygnowanego m.in. przez American Psychological Association i American Medical Association. Ich zdaniem prawo, które nierówno traktuje związki homo- i heteroseksualne, dyskryminuje homoseksualistów. To zaś, jak przekonują, jest sprzeczne z Konstytucją.

…ideologiczna interpretacja

Fakty wydają się jednoznaczne: homoseksualizm związany jest z ujemnymi skutkami zdrowotnymi, a małżeństwo z pozytywnymi. Potwierdza to wartość tradycyjnego rozumienia małżeństwa i rodziny. Politycznie poprawne rozumowanie doprowadziło w tym przypadku część amerykańskich uczonych do obrony kuriozalnych tez. Według nich za problemy zdrowotne homoseksualistów odpowiadać ma nie prowadzony przezeń styl życia, lecz „homofobiczne” społeczeństwo i państwo, które nie przyznaje im przywilejów.

Przypisywanie złego zdrowia homoseksualistów czynnikom społecznym jest szczególnym kuriozum w przypadku zdrowia fizycznego, zwłaszcza chorób wenerycznych. Przytaczając fakty autorzy petycji takich jak wspomniana APHA, niechcący potwierdzili znane od dawna fakty o zdrowotnych konsekwencjach stylu życia ludzi żyjących w związkach jednopłciowych. Biologii nie da się oszukać i określenie związków dwóch mężczyzn czy też dwóch kobiet mianem małżeństw niczego tu nie zmieni.

Gdyby zatem autorzy poprawnych politycznie petycji kierowali się wyłącznie argumentami medycznymi, to zachęcaliby do ograniczenia homoseksualnych kontaktów, całkowitej wstrzemięźliwości bądź podjęcia wysiłków terapeutycznych. To wymagałoby jednak zerwania z ideologią równości za wszelką cenę.



Marcin Jendrzejczak

Źródło: http://www.pch24.pl/amerykanski-sad-najwyzszy-wprowadzi-homoseksualne-pseudomalzenstwa-,35251,i.html

wtorek, 26 maja 2015

Nauka i technologia - Urzędnik ONZ do spraw zmian klimatu: Powinniśmy zrobić wszystko, aby wyludnić Ziemię.

Nauka i technologia - Urzędnik ONZ do spraw zmian klimatu: Powinniśmy zrobić wszystko, aby wyludnić Ziemię. - Prison Planet
Wysocy rangą urzędnicy starają się przeforsować pogląd, iż liczba ludności powinna zostać zredukowana w celu skutecznej walki ze zmianami klimatu. Ten niezmienny pogląd jest ustawicznie propagowany przez Christiane Figueres (Sekretarza Wykonawczego Ramowej konwencji Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu – UNFCC). W 2013 r., Figueres odbyła rozmowę z założycielem Climate One - Gregiem Daltonem, która dotyczyła mających wpływ na zmiany klimatu „współczynników dzietności wśród ludzi”. 

Komentarze w tej sprawie zaczynają się w poniższym materiale od 4,20 min: 


Według opinii Daltona, „powiązaną kwestią jest współczynnik dzietności wśród ludzi”. Dodaje on również, że „wielu ludzi ze środowisk związanych z energią oraz środowiskiem nie chce zbytnio się w to angażować, gdyż wskaźniki urodzeń są kwestią obciążoną politycznie. To nie jest po prostu ich sprawa”. 

Pyta on następnie, “czy nie jest prawdą, że powstrzymanie wzrostu populacji, mającego wpływ na zwiększenie się poziomu emisji gazów cieplarnianych, byłoby jednym z największych środków nacisku?”

Figueres z kolei odpowiada, “oczywiście, niższa liczba ludzi wywierałaby mniejszy wpływ na stan zasobów naturalnych”, wspominając, że szacunkowe obliczenia wskazują, iż do roku 2050 liczba ludności wrośnie do 9 miliardów. 

Dalton następnie pyta Figueres czy przewidywana liczba może być w jakiś sposób opóźniona, lub zatrzymana. "W takim razie, czy 9 miliardów to liczba z góry przesądzona? Klamka zapadła, nie ma szans, żeby to zmienić?"

"Istnieje presja w systemie by iść w tym kierunku; na pewno możemy je zmienić, prawda? Możemy z pewnością zmienić te liczby," Figueres powiedziała w odpowiedzi. "Naprawdę, powinniśmy dołożyć wszelkich starań, aby zmienić te liczby, bo już dzisiaj przekraczamy planetarną pojemność planety." dodała.

Climate One jest samozwańczym forum dyskusyjnym, na którym porusza się sprawy publiczne. Organizacja opowiada się za zdecydowanymi działaniami skierowanymi na walkę ze zmianami klimatu. Climate One jest oddziałem znajdującego się w San Francisco „Klubu Kalifornijskiego” (The Commonwealth Club of California). Zasadniczo jest to miejsce jałowych debat regularnie odwiedzane przez głowy rządów i przedstawicieli korporacyjnego biznesu. 

Figueres jest na ogół znana z kontrowersyjnych wypowiedzi na temat zmian klimatu. Urzędniczka Organizacji Narodów Zjednoczonych już poprzednio opisała cel UNFCC (Ramowa konwencja Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu), jako „całkowitą transformacje struktury ekonomicznej na świecie”. 

Wypowiedź około 1:40:



Wielokrotnie również mówiła o tym, że komunistyczna dyktatura w chińskim stylu jest lepiej dostosowana do walki z globalnym ociepleniem, niż amerykański system konstytucyjny. igueres powiedziała w zeszłym roku Bloomberg News, że rząd Chin, który ciągle wymusza aborcje, akty dzieciobójstwa, czy przymusową sterylizacje, „robi to co należy” w świetle kwestii zmian klimatu. I to wszystko pomimo, że Chiny są zdecydowanie największym producentem gazów cieplarnianych. 



Figueres zwróciła również uwagę, że podział w amerykańskim kongresie jest „bardzo szkodliwy” wobec uchwalania ustaw dotyczących zmianach klimatu. Podczas gdy Komunistyczna Partia Chin ustala zasady na mocy dekretu to prezydent Obama przystaje na to, pod warunkiem, że będzie mógł kontynuować omijanie Kongresu, poprzez wydawanie rozporządzeń wykonawczych w sprawach zmian klimatu. 

Jak InfoWars stale zwraca uwagę, wiązanie kwestii zmian klimatu z zagadnieniem przeludnienia jest całkowicie nie do przyjęcia. 

W krajach rozwiniętych, liczba ludności zmniejsza się, podczas gdy w krajach trzeciego świata gwałtownie wzrasta. Industrializacja przyczynia się do stabilizacji poziomu populacji. Modele populacyjne stale wykazują, że populacja ustabilizuje się na poziomie 9 miliardów w roku 2050, a następnie ulegnie powolnemu zmniejszaniu. Zgodnie z raportem ONZ „liczba ludności w krajach najbardziej rozwiniętych pozostanie na stałym poziomie 1,2 miliarda do roku 2050”. 

Wspierane przez ONZ polityki depopulacji również pozostają w bezpośredniej sprzeczności z ich własnymi badaniami na ten temat. Kiedy kraj ulega industrializacji, średnia liczba dzieci wynosi 1,6  na gospodarstwo domowe, tak więc populacja krajów zachodnich ulega zmniejszaniu. Trend ten można dostrzec na obszarze Azji, w takich krajach jak Japonia, czy Korea Południowa. ONZ oświadczyło, że populacja osiągnie wartość szczytową na poziomie 9 miliardów, następnie się zmniejszy. W dodatku, jak podkreśla the Economist, na dzień dzisiejszy współczynnik dzietności ulega zmniejszaniu



W momencie, gdy radykalni ekolodzy starają się przeforsować idee deindustrializacji świata w obliczu tak zwanego zagrożenia węglowego. Działanie to odwróci trend, który w naturalny sposób przyczynia się do zmniejszenia liczby dzieci. Jeśli fanatycy zmian klimatu będą wdrażali w życie swoje pomysły to globalna populacja będzie wzrastać, co spowoduje prawdziwy problem w postaci przeludnienia. Stanowi to kolejny przykład szkodzenia środowisku Ziemi przez histeryków globalnego ocieplenia, którzy powstrzymują rozwój przeludnionych krajów, tym samym pozbawiając je możliwości obniżenia przyrostu naturalnego. 

Film: Ecoscience - plan globalnej eksterminacji ujawniony:




Nawet będąc adwokatem diabła i przyznając, że ludzie przyczyniają się znacznie do ocieplenia klimatu i jest nas zbyt wielu, pomijając zarazem skojarzenia z eugeniką związaną z ideami kontroli populacji oraz depopulacji, okazuje się, że te metody zasadniczo nadal nie są właściwym rozwiązaniem wobec zagrożeń postrzeganych jako zmiany klimatu. Realnym rozwiązaniem mogłaby być pomoc w podnoszeniu standardów życia zatrważająco ubogich krajów trzeciego świata, pozwalając im na industrializacje, a tym samym stabilizacje liczby ludności. Zamiast tego, kraje trzeciego świata doświadczają podwojenia cen żywności z powodu polityki zmian klimatu, przyczyniającej się do przekształcania ogromnych połaci obszarów użytków rolnych w ziemie przeznaczane na uprawę roślin na potrzeby biopaliw. W dodatku forsowane przez rozwinięte kraje cięcia w emisji CO2 sparaliżują już i tak słabe systemy ekonomiczne biednych krajów oraz dotkniętych biedą ich mieszkańców. 



Poprzednie ustawodawstwo, np. Porozumienie Kopenhaskie, dopuściło, aby kraje rozwinięte emitowały dwa razy więcej CO2, niż biedniejsze kraje, które nie przyczyniają się do wzrostu emisji dwutlenku węgla. Ujawnienie tych faktów zobligowało liderów krajów trzeciego świata do oskarżenia bogatych krajów o „klimatyczny kolonializm”. 



Łączenie polityki ekologicznej z projektami depopulacji, toruje drogę eugenice. Nie ma się więc co dziwić, że w tym kierunku napływają hordy plugawych elit błagających o stołki na pierwszej linii frontu eksterminacji ludzkości. 

Jednym z przykładów tych “elit” jest znajdująca się w Wielkiej Brytanii organizacja The Optimum Population Trust (OPT), która już poprzednio podjęła inicjatywy mające na celu zachęcanie bogatych członków społeczności krajów rozwiniętych do udziału w programach równoważenia emisji dwutlenku węgla (ang. carbon offsets), finansujących projekty nastawione na ograniczanie populacji krajów rozwijających się. 



W 2007 roku, wyżej wspomniana grupa opublikowała raport obwieszczający, iż dzieci są „złe dla planety” oraz posiadanie licznej rodziny powinno zostać zdyskredytowane jako przykład środowiskowego przestępstwa, w taki sam sposób jak częste, długotrwałe loty, jeżdżenie dużym samochodem, czy nieużywanie ponownie plastikowych torebek. 

Ten sam temat dyskusji wciąż przewija się pośród grup zajmujących się polityką publiczną, ekologów oraz najbardziej wpływowych naukowców w amerykańskim rządzie. Można by sądzić, że pomysły sterylizacji, czy depopulacji nie mogły by być zaakceptowanie przez opinie publiczną, jednakże powyższe idee są akceptowane oraz popularyzowane jako rozwiązanie dla ludzkości. 

Szefowa zespołu ONZ zajmującego się kwestiami zmian klimatu daje możliwość dyskusji na te tematy, w niektórych kwestiach aktywnie domagając iście dyktatorskich rozwiązań, które zezwalałyby na polowanie na matki będące w ciąży z drugim dzieckiem, uprowadzanie ich do kontrolowanych przez rząd szpitali, gdzie byłyby odurzane a ich dzieci zabijane – wszystko w imię ratowania Ziemi. 


Tłumaczenie: Rafał Szablewski


Link do oryginalnego artykułu: LINK



poniedziałek, 25 maja 2015

Automatyczny system nadzoru DARPA zakończy publiczną anonimowość.


Być w miejscu publicznym oznacza bycie pod okiem kamery. Jeszcze do niedawna materiał wideo miał ograniczone możliwości i często zostawał odrzucony, ze względu na słabą możliwość sortowania i analizy - aż do teraz. DARPA stworzyła technologię, która może indeksować i analizować obraz w czasie rzeczywistym, co oznacza koniec anonimowości w miejscach publicznych.

W 2008 roku, amerykańska wojskowa elitarna grupa DARPA, zaczęła zapraszać firmy z branży technologicznej do rozwoju technologii, które pozwoliłyby komputerom przeglądanie materiału z kamer monitoringu wideo, wojskowej floty samolotów bezzałogowych, satelit, i różnych innych super tajnych kamer szpiegowskich, a następnie sortowanie i indeksowanie go. Była to część proponowanego przez agencję systemu Video Image Retrieval and Analysis Tool (Virat), który byłaby w stanie opisać konkretne działania człowieka w czasie rzeczywistym. Ta zautomatyzowana indeksacja pozwoli na wyszukiwanie haseł (np. "Jak często dorosły mężczyzna wyższy niż sześć stóp wsiadał do samochodu we wczesnych godzinach porannych między 01 listopada a 22 grudnia w pobliżu budynku w Abbottabad?") lub wyszukiwanie i oflagowywanie zachowań, takich jak, np gdy ktoś niesie duży pakunek do samochodu przy drodze w Basrze, ale wraca z pustymi rękami.

Wydaje się, że DARPA osiągnęła pewne sukcesy w tym zakresie. W tym tygodniu, wojsko wydało mandat zamówienia opisujący sposób wdrażania systemu Virat w różnych wojskowo-wywiadowczych archiwach wideo i systemach. Kontrakt zostanie zrealizowany przez Lockheed Martin na nieokreśloną kwotę. Nie podano żadnych szczegółowych informacji na temat działania technologii ani jej dokładności, wiadomo jedynie to że przemysł obronny zaciskający pasa chce w nią inwestować.

Wojsko chce przeniesienia obowiązków nadzoru z ludzkich oczu na algorytm, który nie może ulegać naciskom politycznym. W okresie przygotowań do inwazji na Irak, analitycy błędnie odczytali nagranie z kamery monitoringu, wskazując je jako dowód, że w Iraku znajduje się broń masowego rażenia. Wojsko już posiada narzędzia do przechwytywania strumieni informacji, ale dopiero teraz tworzone są rozwiązania do ich sortowania.

Jak w przypadku wielu innych projektów DARPA, technologia ta ostatecznie spłynie w dół do branży handlowej oraz do konsumentów. Jeśli technologia ta działa według założeń, możemy niedługo zobaczyć jej wdrażanie w krajowych programach nadzoru. Duża część świata zachodniego chętnie oddała prywatność dla bezpieczeństwa objawiającego się poprzez powszechny nadzór. Większość pasażerów transportu publicznego czuje się bezpieczniej wiedząc, że są otoczeni przez kamery, które są podłączone bezpośrednio do jakiegoś systemu kontroli. Ale oczywiście, zespół ludzi obserwujących nie może skutecznie monitorować wszystkich ekranów obejmujących cały system. Dzięki nowej, zautomatyzowanej technologii, władze będą mogłyby być informowane jeśli, powiedzmy, ktoś będzie spacerował po stacji metra w obszernym płaszczu na początku lipca. Dodatkowe oprogramowanie rozpoznawania twarzy może porównać twarz tej osoby z twarzą z listy poszukiwanych przez policję ludzi. 

...Oprócz nadzoru, technologia automatycznego indeksowania i analizy materiału wideo pozwoli na realizację założenia gdzie wszystkie przesłane materiały wideo będzie można przeszukiwać, wyszukiwać, niezależnie od tagów i opisów. Podobnie jak z kieszonkowymi telefonami komórkowymi przewyższającymi technologię kamer wideo z poprzednich lat, wszyscy będziemy utrwalani na wideo i umieszczani na stronach internetowych na bieżąco. W nie tak odległej przyszłości, może być możliwe, by ktoś (znajomy, potencjalny pracodawca, ktokolwiek) wpisał w Google twoje imię i sprawdził - oprócz twojej strony ze zdjęciem w kostiumie Halloween, które wysłała twoja dziewczyną na Facebooka również przypadkowe nagranie z politycznego protestu z ostatniego lata, które wysłała obca osoba do serwisu YouTube.

Wszystko, co dzieje się w przestrzeni publicznej będzie publicznie zapisane.



Link do oryginalnego artykułu: LINK