piątek, 8 maja 2015

Pierwsza święta z Ekwadoru.

Na przełomie XV i XVI wieku żyła w Quito, w Ekwadorze pewna zakonnica hiszpańska, której mało znane, ale niezwykłe życie ma związek z naszymi czasami. Matka Marianna Jesus Torres y Berriochoa była mniszką koncepcjonistką, która zdecydowała się wziąć na swoje ramiona niewyobrażalne cierpienia, by zadośćuczynić za grzechy XX wieku.


Pewnego dnia 1582 roku młoda zakonnica modliła się przed Najświętszym Sakramentem w kaplicy klasztoru sióstr koncepcjonistek w mieście Quito. Nagle usłyszała przerażający grzmot. Po chwili prawie w całej kaplicy zapadły ciemności. Tylko główny ołtarz pozostał oświetlony. Siostra ujrzała otwarte tabernakulum i wyłaniającego się z niego ukrzyżowanego Pana Jezusa. Obok Zbawiciela stali, jak na Golgocie: Najświętsza Maryja Panna, św. Jan Ewangelista i św. Maria Magdalena. Pan Jezus bardzo cierpiał.
Zakonnica usłyszała głos: – To jest kara dla XX wieku. Wówczas jej oczom ukazały się trzy miecze, unoszące się nad głową Zbawiciela z napisem na pierwszym z nich: „Będą karać herezje”, na drugim – „Będą karać bluźnierstwa” i na trzecim – „Będą karać grzechy nieczystości”. Potem Matka Boża zwróciła się do młodej mniszki tymi słowami: – Moja córko, czy chcesz poświęcić się za ludzi, którzy dopuszczą się tych grzechów w XX wieku?
– Tak, jestem gotowa – odpowiedziała. I w tym samym momencie trzy miecze przebiły jej serce. Siostra Marianna padła martwa, doznając wcześniej ogromnej męki…
* * *
Przełożona zakonu, a także inne mniszki zaniepokojone nieobecnością siostry Marianny zaczęły jej szukać. Odnalazły ją, a właściwie jej zimne ciało w kaplicy. Siostry przeniosły je do celi, położyły na łóżku i natychmiast wezwały lekarza Don Sancho oraz braci franciszkanów, którzy w sposób szczególny byli związani z klasztorem. Lekarz potwierdził zgon młodziutkiej koncepcjonistki. Siostry rozpoczęły przygotowania do pogrzebu. Do drzwi klasztoru zaczęli dobijać się liczni mieszkańcy Quito, którzy po raz ostatni chcieli ujrzeć ciało ich ukochanej dobrodziejki. Siostra Marianna, mimo młodego wieku, słynęła bowiem już wtedy z niezwykłej świętości, dobroci oraz cudów.
Tymczasem, po przebiciu serca trzema mieczami, Marianna znalazła się przed obliczem Boskim. Bóg, nie znajdując w całym jej życiu żadnej niegodziwości, zwrócił się do niej tymi słowami: – Przyjdź do Mnie ukochana córko i odbierz wieniec, który ci przygotowałem u zarania świata.


Jednocześnie, w tym samym czasie na ziemi trwały modlitwy sióstr, ojców franciszkanów oraz zwykłych ludzi, którzy zawodzili z powodu śmierci młodziutkiej mniszki. Wzdychając i płacząc, prosili Boga, aby przywrócił do życia ich „ukochanego anioła” i obrończynię przed siłami zła.
Chcąc się przychylić do tych modlitw płynących z ziemi, Chrystus przedstawił Mariannie dwie korony: jedną niebywałej piękności i drugą – z lilii przeplataną cierniami. Następnie kazał jej dokonać wyboru, przypominając, że ta pierwsza oznacza, iż pozostanie już na zawsze w chwale niebieskiej, a druga – że wróci na ziemię, by na nowo cierpieć. Siostra Marianna poprosiła Pana Jezusa, by to On dokonał za nią wyboru. Zbawiciel jednak odmówił. Wtedy przemówiła Matka Boża: – Opuściłam chwałę niebieską i wróciłam na ziemię, by chronić moje dzieci. Chcę, żebyś mnie naśladowała i wróciła na ziemię, bo twoja obecność tam jest niezbędna dla dobra mojego zakonu.
Matka Boża przepowiedziała również, że jeśli zabraknie osób, które tak jak ona poświęcą się dla zadośćuczynienia za grzechy XX wieku, wówczas Quito spotka straszna tragedia. Słysząc to, pokorna dziewica zgodziła się wrócić na ziemię i stała się ofiarą przebłagalną za grzechy herezji, bezbożności i nieczystości naszych czasów.
Zatem Bóg wrócił zakonnicę mieszkańcom Quito…
* * *
W nocy 17 września 1588 r. Marianna otrzymała stygmaty. Po tym zdarzeniu straszliwe chorowała i przez pięć miesięcy nie ruszała się z łóżka. W tym czasie kusił ją szatan, który wmawiał jej, że wszystko, co robi, nie ma sensu, że jej życie to jedno wielkie oszustwo. Krążył wokół jej łóżka, przybierając postać ohydnego węża, którego widziała już wcześniej podczas burzy, jaka się rozpętała na oceanie, gdy płynęła na statku z Hiszpanii do Ekwadoru. Pewnej nocy, nie mogąc już udźwignąć tej męki, zwróciła się o pomoc do Matki Bożej, by jej ulżyła w cierpieniu. Przez krótką chwilę mogła odetchnąć, podziwiając Piękną Panią…
W Wielką Sobotę 1589 r. – po straszliwych mękach, jakie siostra Marianna przechodziła w Wielki Piątek, gdy Bóg ukazał jej wizję herezji i nadużyć, które miały drążyć Kościół w naszych czasach – siostry ponownie wystawiły jej ciało w trumnie, przekonane, że odeszła do Pana. Jednak już następnego ranka siostra Marianna z woli Bożej znowu powróciła do życia, by dalej móc cierpieć dla Niego.
* * *
Życie mniszki pełne było niezwykłych wizji i zdarzeń. W 1589 r. została matką przełożoną klasztoru. Ale i tutaj borykała się z wieloma trudnościami.



2 lutego 1594 r. matka Marianna, modląc się długo w kaplicy chóralnej, ujrzała Piękną Panią, która kazała się tytułować Matką Bożą Dobrego Zdarzenia. Na lewej ręce trzymała Dzieciątko Jezus, a w prawej – pastorał wykonany z próby złota niespotykanej na ziemi. Matka Boża Dobrego Zdarzenia (Nuestra Seńora del Buen Suceso) wielokrotnie ukazywała się siostrze Mariannie, przepowiadając, że klasztor poświęcony Jej Niepokalanemu Poczęciu będzie chciał zniszczyć za wszelką cenę szatan, ale mu się to nie uda. Przepowiedziała bunty sióstr i wiele nieszczęść XX wieku, a także gwałtowną śmierć katolickiego prezydenta Ekwadoru, który miał poświęcić kraj Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. Pocieszała Mariannę, mówiąc jej, jak bardzo podobają się Panu Jezusowi cierpienia znoszone za grzechy XX wieku i zapewniała ją, że nigdy nie straci odwagi.
Matka Boża miała powiedzieć, że w XIX wieku Ekwadorem będzie rządził prawdziwie chrześcijański prezydent i że zginie on śmiercią męczeńską na tym samym placu, gdzie znajduje się klasztor koncepcjonistek. Prezydent miał poświęcić republikę Ekwadoru Najświętszemu Sercu Jej Syna i dzięki temu poświęceniu przez wiele lat w kraju miała być zachowana wiara.
Przepowiednia Matki Bożej sprawdziła się co do joty. W 1859 r. prezydentem Ekwadoru został Gabriel Garcia Moreno. Człowiek niezwykle odważny, błyskotliwy i szczerze kochający Boga. W ciągu kilku lat swojego urzędowania wprowadził ważne reformy, które podniosły ten kraj pod każdym względem: moralnym, edukacyjnym, gospodarczym. Dokonał również publicznego aktu poświęcenia Ekwadoru Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. W czasie drugiej kadencji prezydent Moreno brał udział w procesji, która szła ulicami Quito w Wielki Piątek. Niósł ogromny drewniany krzyż. Wówczas to loża masońska podjęła decyzję o zamordowaniu katolickiego prezydenta. Gabriel Garcia Moreno zginął 6 sierpnia 1875 r., gdy wracał z Mszy św. do pałacu prezydenckiego. Zabójcy dopadli go na placu centralnym, gdzie znajduje się klasztor koncepcjonistek. Zanim wydał ostatnie tchnienie, zanurzył palec w swojej krwi i napisał na ziemi: „Dios no muere!” – „Bóg nie umiera!”. W tym samym czasie na obrazie z wizerunkiem Matki Bożej Dobrego Zdarzenia, znajdującym się w katedrze w Quito, pojawiły się łzy.
Matka Boża Dobrego Zdarzenia wielokrotnie ukazywała się siostrze Mariannie i przepowiadała dzieje XIX oraz XX wieku. Mówiła o bolesnym zepsuciu obyczajów, zniszczeniu niewinności dzieci i cnotliwości kobiet, panowaniu masońskich praw, o profanacjach, bluźnierstwach, o kryzysie Kościoła i duchowieństwa, jednocześnie zapowiadając, że w chwilach najgorszego zamętu, kiedy ludziom będzie się wydawało, że zło triumfuje, wtedy wybije Moja godzina: zdetronizuję pysznego, przeklętego szatana, zetrę go pod moimi stopami i zrzucę w przepaść piekielną. W ten sposób Kościół oraz ten kraj uwolniony zostanie na końcu od jego okrutnej tyranii.
Powiedziała także siostrze Mariannie, że dopiero po trzech wiekach od jej śmierci objawienia te będą na nowo odkryte, a nabożeństwo do Niej, zwłaszcza w XX wieku będzie cudownie owocować w sferze duchowej i doczesnej, kiedy zepsucie obyczajów będzie prawie powszechne, a cenne światło wiary niemal zgaśnie.
Matka Marianna po przeżyciu pięciu lat straszliwych mąk dla wyzwolenia duszy zbuntowanej zakonnicy, które znosiła z anielskim posłuszeństwem, zmarła opatrzona świętymi sakramentami w 1635 r.
W 1906 r. podczas remontu klasztoru odnaleziono trumnę z jej ciałem, które było nienaruszone.
Agnieszka Stelmach
Źródło: miesięcznik „Przymierze z Maryją”
———————–
Marianna Franciszka urodziła się w Hiszpanii 1563 roku jako pierwsze dziecko gorliwej katolickiej rodziny. Z powodu jej głębokiej pobożności, została dopuszczona do I Komunii już 8 grudnia 1572, kiedy miała zaledwie 9 lat2. Podczas Komunii Marianna otrzymała łaskę powołania oraz wewnętrzną pewność, że będzie przeznaczona na misje.
W 1577 roku opuściła Hiszpanię razem z ciotką, matką Marią de Jesús Taboada i czterema innymi zakonnicami, aby założyć klasztor w stolicy Ekwadoru. Rozpoczęła tam swe życie zakonne, które płynęło wedle ówczesnych zwyczajów w atmosferze surowych umartwień. Matki założycielki były zachwycone „doskonałym przestrzeganiem reguł zakonnych i praktyką cnót” młodej nowicjuszki, inne siostry jednak okazywały zazdrość, prześladowały ją i rozsiewały oszczerstwa. Dwukrotnie zmarła i powróciła do życia. Po śmierci pierwszej przełożonej w 1593 roku, została wybrana na przeoryszę. Było to w chwili, kiedy w Quito wybuchła rewolucja, której skutki miały dotknąć również zakony. Właśnie wówczas pewna zakonnica, zwana La Capitana, z pomocą niektórych duchownych zawiązała spisek przeciw przełożonej i razem z innymi siostrami domagała się złagodzenia reguły i zwolnienia od kierownictwa duchowego Ojców Franciszkanów, uważanych za bardzo gorliwych i surowych zakonników.



W tej trudnej sytuacji matka Marianna uciekła się do modlitwy. Wówczas Matka Boża ukazała się jej po raz pierwszy i powiedziała:
„Jestem María del Buen Suceso, Królowa nieba i ziemi. Przyszłam, aby pocieszyć twoje udręczone serce! Szatan próbuje zniszczyć to Boże dzieło, posługując się Moimi niewiernymi córkami, lecz nie osiągnie celu, bo Ja jestem Królową zwycięstwa i Matką Dobrego Zdarzenia, i pod tym tytułem pragnę być znana dla zachowania Mego klasztoru i jego mieszkańców”.
Wkrótce po tej wizji wspólnota wybrała nową przełożoną, pod której rządami reguła zakonna została złagodzona; ścisłe milczenie zanikło. S. Marianna próbowała przekonać nową przełożoną o niebezpieczeństwach płynących z takiego postępowania, co ściągnęło na nią gniew pozostałych sióstr. Po raz kolejny dotknęły ją oszczerstwa i kłamstwa, a co gorsza, wikariusz generalny zgodził się na wysłanie jej do więzienia pod zarzutem nieposłuszeństwa. Dobre siostry, które ogromnie cierpiały z powodu tak rażącej niesprawiedliwości, również zostały uwięzione; było ich razem 25.
W ciągu następnych pięciu lat s. Marianna, która trzykrotnie została uwięziona na dłuższy czas, otrzymała wiele szczególnych łask, miała też wizje Matki Bożej, która pokazała jej przyszłość klasztoru oraz Ekwadoru. Kazała też wykonać figurę Matki Bożej Dobrego Zdarzenia i umieścić ją na tronie przełożonej zakonu na znak, że to ona jest Panią klasztoru: „W mojej prawej ręce umieść pastorał oraz klucze jako symbol mojej władzy oraz znak, że klasztor jest moją własnością”.
Na koniec matka przełożona zrozumiała niewłaściwość swojego postępowania wobec sióstr założycielek, uwolniła je i zrezygnowała ze swego urzędu. Wówczas biskup Quito kazał przeprowadzić przesłuchanie w sprawie oskarżeń przeciwko siostrom. Kiedy okazało się, że został wprowadzony w błąd przez oszczerstwa, kazał aresztować główną odpowiedzialną za zamęt – siostrę La Capitanę. Ta nie przyznała się jednak do winy, odmówiła przyjęcia pokarmu i poczęła bluźnić. Wtedy matka Marianna poprosiła biskupa o pozwolenie na przeniesienie zbuntowanej siostry do infirmerii klasztornej, gdzie sama opiekowała się nią, pomimo że w zamian doświadczała jedynie przekleństw i zniewag. Obawiając się o życie wieczne tej siostry, matka Marianna gorąco prosiła Pana Jezusa o uratowanie jej duszy. Zrozumiała wtedy, że jej prośba będzie wysłuchana, jeśli zgodzi się na przeżywanie duchowo pięciu lat kar piekielnych. Od razu wyraziła na to zgodę, a krótko później La Capitana nawróciła się, odbyła spowiedź generalną i stała się wzorem pokory i pobożności do końca życia. Zmarła rok po śmierci matki Marianny.
Tymczasem m. Marianna musiała wypełnić obietnicę: podczas pięciu lat czuła się jak potępiona i odrzucona przez Boga, którego tak bardzo umiłowała; przeżywała duchowo męki dusz potępionych.
Wizja profanacji Sakramentów świętych
20 stycznia 1610 roku Matka Boża objawiła się jej znowu i powiedziała między innymi: „Wiedz, że od końca XIX, a szczególnie w XX wieku namiętności wybuchną i dojdzie do zupełnego zepsucia obyczajów, bo Szatan prawie całkowicie panował będzie przez masońskie sekty. Aby do tego doprowadzić, skupią się one szczególnie na dzieciach. Biada dzieciom w owych czasach! Trudno będzie przyjąć sakramenty chrztu i bierzmowania. Wykorzystując osoby posiadające władzę, diabeł starać się będzie zniszczyć sakrament spowiedzi (…) To samo będzie z Komunią świętą. Niestety! Jak bardzo zasmuca Mnie, że muszę ci wyjawić tak liczne i okropne świętokradztwa – tak publiczne jak i tajne – popełnione z powodu profanacji Najświętszej Eucharystii! W czasach tych wrogowie Chrystusa, zachęcani przez diabła, często kraść będą z kościołów konsekrowane Hostie, aby bezcześcić Postacie Eucharystyczne. Mój Najświętszy Syn widzi samego siebie rzuconego na ziemię i zdeptanego przez nieczyste nogi”. Dalej mówi Matka Najświętsza o lekceważeniu sakramentu ostatniego namaszczenia, przez co wiele dusz pozbawionych będzie pocieszenia i łask w decydującej chwili śmierci. „Sakrament małżeństwa, symbolizujący związek Chrystusa ze swoim Kościołem, będzie przedmiotem ataków i profanacji w najściślejszym znaczeniu tego słowa. Masoneria, która będzie wówczas sprawować rządy, zaprowadzi niesprawiedliwe prawa mające na celu zniszczenie tego sakramentu, a przez to ułatwi każdemu życie w stanie grzechu, oraz spowoduje wzrost liczby dzieci urodzonych w nielegalnych związkach, nie włączonych do Kościoła. Duch chrześcijański szybko upadnie, drogocenne światło Wiary zgaszone będzie do tego stopnia, że nastąpi prawie całkowite zepsucie obyczajów. Skutki zeświecczonego wychowania będą się nawarstwiać, powodując m. in. niedostatek powołań kapłańskich i zakonnych.
Sakrament kapłaństwa będzie ośmieszany, lżony i wzgardzony. Diabeł prześladować będzie szafarzy Pana w każdy możliwy sposób. Będzie działać z okrutną i subtelną przebiegłością, odwodząc ich od ducha powołania i aby uwodząc wielu. Owi zdeprawowani kapłani, którzy zgorszą chrześcijański lud, wzbudzą nienawiść złych chrześcijan oraz wrogów Rzymskiego, Katolickiego i Apostolskiego Kościoła, którzy zwrócą się przeciwko wszystkim kapłanom. Ten pozorny tryumf Szatana przyniesie ogromne cierpienia dobrym pasterzom Kościoła.
Poza tym, w owych nieszczęśliwych czasach, nastąpi niepohamowany zalew nieczystości, która popychając resztę ludzi do grzechu, pociągnie niezliczone lekkomyślne dusze na wieczne potępienie. Nie będzie można znaleźć niewinności w dzieciach, ani skromności u niewiast. W owych chwilach największej potrzeby Kościoła, ci, którzy mają mówić, będą milczeć!”. Na koniec Matka Boża ponownie nakazała wykonać figury ku Jej czci.

Cudowna figura Matki Bożej del Buen Suceso

Zaraz po tym objawieniu matka Marianna prosiła biskupa Quito, aby jak najprędzej ustosunkował się do próśb Najświętszej Maryi Panny. Po otrzymaniu jego zgody, powierzyła wykonanie artyście Francisco del Castillo, który nie tylko był doświadczonym rzeźbiarzem, ale także człowiekiem wielkiej cnoty połączonej z głęboką pobożnością maryjną. Kiedy praca dobiegła do końca, zadecydował, że będzie musiał pojechać do Europy, aby znaleźć najlepsze farby do malowania twarzy Madonny. Obiecał powrócić do Quito przed 16 stycznia 1611 roku i ukończyć dzieło. Jednak w nocy przed jego przyjazdem twarz figury została w cudowny sposób pomalowana. Kiedy siostry przyszły wcześnie rankiem na jutrznię, kaplica wypełniona była niebieskim światłem, otaczającym posąg. Kiedy artysta przybył następnego ranka do klasztoru, aby ukończyć pracę, zawołał zaskoczony:
„Co widzę? Ta wspaniała rzeźba – to nie moje dzieło. To jest dzieło anielskie, bo coś tak wspaniałego nie mogłoby być stworzone tu na ziemi przez ręce śmiertelnika. Żaden rzeźbiarz, choćby nie wiadomo jak uzdolniony, nie mógł stworzyć takiej doskonałości i nieziemskiej piękności”.
Rzeźbiarz potwierdził pod przysięgą autentyczność cudu. Pod spisanym przez niego oświadczeniem widnieje również podpis biskupa Quito, który wkrótce kazał przygotować się przez nowennę na uroczystą intronizację. 2 lutego 1611 roku poświęcił uroczyście cudowną figurę pod wezwaniem Matki Bożej Dobrego Zdarzenia. Rzeźba wniesiona została w uroczystej procesji na wyższy chór kościoła klasztornego na specjalnie przygotowanym tronie. Co roku przenoszona jest w procesji z chóru do głównego ołtarza podczas nowenny poprzedzającej święto Matki Bożej Dobrego Zdarzenia 2 lutego. W ostatnich latach posąg wystawiany jest dla wiernych także podczas miesiąca maryjnego (tj. w maju) i podczas miesiąca Różańca świętego (w październiku).
Główne objawienie: zgaśnięcie wiecznej lampki i jego znaczenie
Resztę życia matka Marianna spędziła na wewnętrznych i zewnętrznych umartwieniach i ofiarach: chciała stać się ofiarą dla XX wieku, jak o to prosiła ją Matka Najświętsza.
Najważniejsze objawienie siostra Marianna miała o poranku 2 lutego 1634 roku, kiedy to podczas modlitwy przed Najświętszym Sakramentem nagle zgasła paląca się przed ołtarzem wieczna lampka. Kiedy siostra Marianna próbowała ją zapalić ponownie, Matka Boża objawiła się jej i powiedziała:
„Przygotuj twoją duszę, aby coraz więcej oczyszczona mogła wstąpić w pełnię radości twojego Pana. O, gdyby śmiertelnicy, a szczególnie pobożne dusze poznały, czym jest niebo, co to jest posiadanie Boga, jakże inaczej żyłyby i nie odmawiałyby żadnej ofiary, aby Go posiadać.
Zgaśnięcie lampki klasztornej, które zobaczyłaś, ma wiele znaczeń:
Po pierwsze, przy końcu XIX wieku i podczas dużej części wieku XX powstanie zamęt w tym kraju, będącym wtedy wolną republiką. Wtedy cenne światło wiary zgaśnie w duszach z powodu prawie całkowitego zepsucia obyczajów. Podczas tego okresu będą wielkie fizyczne i moralne klęski, publiczne i prywatne. Niewielka grupa ludzi, która zachowa skarb wiary i cnoty, będzie doznawała okrutnych i niewymownych cierpień oraz przedłużonego męczeństwa. Aby wyzwolić ludzi z niewoli tych herezji, ci, których Mój Najświętszy Syn powołał do wykonania odnowy, potrzebują wielkiej siły woli, wytrwałości, odwagi i ufności w Bogu. Nadejdzie taki moment, kiedy wszystko wydawać się będzie stracone, a wszelkie wysiłki – nadaremne; stanie się tak dlatego, by poddać próbie wiarę i ufność sprawiedliwych, nastąpi wtedy szczęśliwy początek całkowitego odrodzenia.
Po drugie, Moje zgromadzenia opustoszeją, zatopione w otchłani oceanu goryczy i wydawać się będzie, że utoną one w tych różnych wodach nieszczęścia. Ileż prawdziwych powołań zostanie straconych przez nieumiejętne formowanie i brak duchowego kierownictwa!
Trzeci powód, dla którego lampka zgasła, to atmosfera tych czasów, przepełniona duchem nieczystości, jak ohydna powódź, która zaleje ulice, place i miejsca publiczne, do tego stopnia, że prawie już nie będzie na świecie dziewiczej duszy.
Czwartą przyczyną jest to, iż po infiltracji we wszystkich warstwach społecznych, masońskie sekty będą z wielką przebiegłością szerzyć swoje błędy w rodzinach, przede wszystkim po to, by zepsuć dzieci. W tych nieszczęśliwych czasach zło uderzy w dziecięcą niewinność, a w ten sposób powołana kapłańskie będą zaprzepaszczone. Jednak i wtedy będą zgromadzenia zakonne, które podtrzymują Kościół, oraz święci kapłani – ukryte i piękne dusze, którzy będą pracować z energią i bezinteresownym zapałem dla zbawienia dusz. Przeciw nim bezbożni będą toczyć okrutną wojnę, obrzucając ich oszczerstwami, obelgami i nękając, próbując zniechęcić do wypełniania ich obowiązków. Lecz oni, jak solidne kolumny, nie poddadzą się i stawią czoło temu wszystkiemu w duchu pokory i ofiary, w którego będą uzbrojeni mocą nieskończonych zasług Mojego Najświętszego Syna, miłującym ich w najbardziej wewnętrznych głębiach Jego Najświętszego i Najczulszego Serca. Jak bardzo Kościół będzie cierpieć w owej ciemnej nocy! Zabraknie prałata i ojca, który czuwałby z miłością, łagodnością, siłą i przezornością, a wielu utraci ducha Bożego, wystawiając swoją duszę na wielkie niebezpieczeństwo.
Módl się usilnie, wołaj niestrudzenie i płacz nieustannie gorzkimi łzami, w skrytości serca błagając naszego Ojca Niebieskiego, aby z miłości do Eucharystycznego Serca mojego Najświętszego Syna, dla Jego Najdroższej Krwi wylanej z taką hojnością oraz głębokiej goryczy i bólu Jego Męki i śmierci ulitował się nad Swoimi sługami i położył kres tym straszliwym czasom, oraz aby zesłał Kościołowi prałata, który odnowi ducha jego kapłanów.
Tego ukochanego syna, którego Mój Boski Syn i Ja otoczymy szczególną miłością i napełnimy wieloma łaskami: pokory serca, poddania się Bożym natchnieniom, siły, aby mógł bronić praw Kościoła. Damy mu czułe i współczujące serce, którym ogarnie jakby drugi Chrystus wielkich i maluczkich, nie gardząc najbardziej nieszczęśliwymi, którzy będą prosić go o światło i radę w ich zwątpieniach i trudnościach. W jego ręce złożone będą wymiary, by wszystko czynione było zgodnie z wagą i miarą, ku chwale Bożej.
Przed przybyciem tego prałata i ojca, wiele serc osób poświęconych Bogu w stanie kapłańskim i zakonnym wpadnie w oziębłość (…) Popełnione zostaną wszystkie rodzaje zbrodni pociągając za sobą wszelki rodzaj kary: zaraza, głód, konflikty społeczne wewnętrzne i zewnętrzne, apostazja, to wszystko przyczyni się do zatraty licznych dusz. Aby rozproszyć te czarne chmury, przeszkadzające Kościołowi cieszyć się jasnym dniem wolności, wybuchnie straszliwa wojna, w której popłynie krew swoich i obcych, kapłanów i zakonników. Noc ta będzie straszna do tego stopnia, że ludzie będą myśleć, iż zło zatryumfowało.
Wtedy wybije Moja godzina: zdetronizuję pysznego, przeklętego szatana, zetrę go pod moimi stopami i zrzucę w przepaść piekielną. W ten sposób Kościół oraz ten kraj uwolniony zostanie na końcu od jego okrutnej tyranii.
Piąty powód, dla którego zgasła lampa w klasztorze jest taki, że wpływowe osoby z obojętnością patrzeć będą na uciskany Kościół, prześladowaną cnotę i tryumfującego szatana, nie używając zgodnie z wolą Boga swoich wpływów w celu walki ze złem lub odnowy wiary. I tak ludzie będą stopniowo obojętnieć na żądania Boga, zaakceptują ducha zła i pozwolą się zmieść wszelkim rodzajom występku i grzechu.
Moja droga córko, gdyby przyszło ci żyć w tych okropnych czasach, umarłabyś z bólu widząc, że dokonuje się to, co ci objawiłam. Jednak miłość Mojego Najświętszego Syna i Moja do tej ziemi jest tak wielka, iż chcemy, aby od tej chwili twoje ofiary i dobre uczynki przyczyniły się do skrócenia czasu trwania tej strasznej katastrofy”.
Objawienie Najświętszego Serca Pana Jezusa o kryzysie w Kościele

W ostatnich dziesięciu miesiącach życia matki Marianny, która coraz częściej chorowała i cierpiała, Matka Boża objawiła się jej jeszcze kilkakrotnie. Matka Marianna była wzorem dla całej wspólnoty, ofiarowała wszystkie swoje udręki za Kościół, szczególnie w XX wieku. Pewnego dnia otrzymała łaskę wizji Najświętszego Serca Pana Jezusa, otoczonego małymi, przeszywającymi cierniami, które raniły Je okrutnie. Pan Jezus wytłumaczył jej ich znaczenie: „Rozumiej, że one [ciernie] oznaczają ciężkie i powszednie grzechy moich kapłanów i zakonników, których wyzwalam od świata i wprowadzam do klasztorów. To ich niewdzięczność i obojętność tak okrutnie rani Moje Serce.
Nadchodzą czasy, gdy [Moja] nauka będzie powszechnie znana uczonym i nieuczonym. Będzie się pisać wiele książek na tematy religijne, lecz praktykować te nauki i cnoty będzie niewiele dusz, święci będą rzadkością. Dlatego moi kapłani i zakonnicy popadną w zupełną obojętność. Ich oziębłość zgasi ogień Bożej miłości, w ten sposób ranią Moje Miłujące Serce tymi małymi cierniami, które widzisz. …
Wiedz także, że Boska Sprawiedliwość ześle straszne kary na całe narody, nie tylko za grzechy ludzi, ale także szczególnie za grzechy kapłanów i osób zakonnych – gdyż ci ostatni powołani są, przez doskonałość swego stanu, aby stali się solą ziemi, mistrzami prawdy, powstrzymującymi Boży gniew. Porzucając swą powierzoną przez Boga misję, poniżają siebie do tego stopnia, że w oczach Boga powiększają oni jeszcze surowość kar”.
Ostatnie objawienie Matki Bożej Dobrego Zdarzenia
Po raz ostatni Matka Boża objawiła się m. Marianie 8 grudnia 1634 roku, zapowiadając jej bliską śmierć. Ponownie z naciskiem mówiła o tym, jak ważne są spowiedź i Komunia święta, a także o ciężkiej odpowiedzialności kapłanów. Przepowiedziała różne wydarzenia, które mają mieć miejsce w XIX wieku. Mówiła również o roli klasztorów, w których zachowuje się czystość i umartwienie: „Oczyszczą one atmosferę skażoną przez tych, którzy oddają się najbardziej ohydnym grzechom i namiętnościom”. Na prośbę m. Marianny, aby jej imię pozostało nieznane, Matka Boża odpowiedziała, że dopiero po trzech stuleciach tajemniczego milczenia objawienia te oraz jej imię zostaną ponownie odkryte.
Na koniec ostrzegała, że nabożeństwo do Niej „będzie zwłaszcza w XX wieku owocować cudownie w sferze duchowej i doczesnej, ponieważ jest wolą Boga, aby zachować ten Mój tytuł oraz twoje życie dla owego wieku, kiedy zepsucie obyczajów będzie prawie powszechne, a cenne światło wiary niemal zgaśnie”.
16 stycznia 1635 matka Marianna zmarła po przyjęciu ostatnich sakramentów. W 1906 r., podczas remontu klasztoru, została otwarta trumna, w której znaleziono jej nienaruszone ciało. Ω


O kościele w Quito, w którym miało miejsce objawienia Matki Bożej Dobrego Zdarzenia czytaj też na stronie www.ourladyofgoodsuccess.com, gdzie znajduje się m.in. sporo dużych zdjęć świątyni i innych ciekawych materiałów (strona w języku angielskim).
Benedykt XVI kanonizował siostrę Mariannę i odtąd jest pierwsza świętą z Ekwadoru.
Źródło: forumdlazycia.wordpress.com
———

PIĘĆ LAT W PIEKLE

Wyjątkowe doświadczenia Marianny de Torres

Marianna Franciszka de Jesús Torres y Berriochoa (1563-1635), przełożona klasztoru Niepokalanego Poczęcia w Quito (stolica Ekwadoru), jest bohaterką niezwykłej w historii świata opowieści. O piekle. Mogłaby nam dużo o nim powiedzieć, spędziła „tam” pięć lat swego świątobliwego życia.
Niezwykłe doświadczenie, które stało się udziałem przeoryszy z Quito, jest może jedynymw swoim rodzaju. Zazwyczaj spotykamy się z wizjami otchłani, w których niebo ukazuje nam los potępionych,by przestrzec przed nim człowieka. Tewizje zawsze są przepuszczane– tłumaczy Benedykt XVI – przez„filtr zmysłów”, dlatego różnią się od siebie znacząco. Każdy wizjoner potrzebuje innego, wpisanego w jego kulturę, języka wyobrażeń; nim właśnie posługuje się Bóg w przekazywaniu swego zbawczegoorędzia. Nie są to nigdy „fotografie”piekła, lecz jedynie symboliczne ilustracje odwołujące się doludzkich skojarzeń. W najstarszych wizjach były to obrazy nieczystości i cierpienia wprost związanego z popełnionymi grzechami. Wizje datowane na czasy średniowieczne i późniejsze pełne są ognia i siarki. Dziś językiem tłumaczącym rzeczywistość piekła jest samotność i pustka.
Z licznych świadectw dowiadujemy się też o innej formie objawiania rzeczywistości piekła – o jej nawiedzeniach przez świętych i wizjonerów.Tu również mamy do czynienia z symboliką opartą na „filtrze zmysłów”, a oprowadzanie po piekle (przewodnikiem jest zazwyczaj Najświętsza Maryja Panna,czasem anioł) ma cel dydaktyczny.
To radykalne ostrzeżenie przed dramatyczną klęską, jaka może czekać każdego z nas. Motywacja pozytywna nie zawsze wystarcza. Nie każdy gotów jest zmienić życie, by osiągnąć szczęście wieczne. Czasemlepszą motywacją jest strach…
W przypadku siostry Marianny de Torres mamy do czynienia z czymś zupełnie innym. Nie ma „poznania” piekła, ale jego „doświadczenie”. Nie ma też żadnej dydaktyki.Jest cierpienie czasowe, by drugą osobę uratować przed cierpieniemwiecznym.
Tym razem doświadczenie zmysłowe („filtr zmysłów”) Marianny było jedynie narzędziem do przeżycia możliwie doskonale tego, co cierpieć miała pewna zakonnica z jej klasztoru – osoba, która swoim życiem powiedziała Bogu „nie”. I tu mamy obrazy. Są one jednak bez znaczenia. Liczy się tylko ból, któryprzez nie staje się udziałem człowieka. Trwający pięć lat, które dla siostryde Torres były jak wieczność.

Niewiara w piekło
Zobaczyć piekło? Zamieszkać w nim? Dla współczesnego człowieka wydaje się to niemożliwe.
Czy dlatego, że nie do przyjęcia jest dla niego uznanie istnienia innej rzeczywistości niż wpisana w naszą czasoprzestrzeń? Otóż nie, okazuje się, że człowiek jest w stanie uwierzyć w rzeczy dla rozumu niepojęte– pod warunkiem, że wiedza ta nie jest dla niego zagrożeniem.Gdy nauka coraz głośniej sugeruje istnienie światów równoległych, ludzie są zdolni w to uwierzyć, nawet nie rozumiejąc zawiłych wywodów specjalistów od matematyki, fizyki, astronomii. Ale w równoległy świat nadprzyrodzoności, która w sposób istotny zahacza o naszą rzeczywistość, w świat Boga,aniołów i diabła, ci sami ludzie niepotrafią już uwierzyć…
Może to kolejny dowód na istnienietego świata? Dowód na inteligencjęSzatana, który w genialny sposób rodzi w ludzkich umysłach„mądrość” selekcyjnych wyborów. Zasada jest prosta: co jest wygodne– istnieje, co stawia wymagania – tego po prostu nie ma.
Atak „od wewnątrz”
Klasztor w Quito to jedno z tych miejsc na świecie, w których Bóg umieścił swój znak zwycięstwa związany z tajemniczą siłą bezgrzeszności Maryi. Został on zbudowany w wieku XVI na cześć Niepokalanego Poczęcia, a sama Niepokalana zapowiedziała, że trwające za jego murami modlitwa i pokuta będą przynosiły niekończące się owoce nawrócenia.
Stojący w stolicy Ekwadoru żeński klasztor był bastionem wiary i pokładania nadziei w Bogu, twierdzą nie do pokonania dla sił zła. Był źródłem bezsilnej nienawiści Szatana.
W końcu jednak diabeł znalazł sposób. Opracował podstępny plan zniszczenia świętego klasztoru od wewnątrz, przez zdradę jednej z jego mieszkanek. Jego cierpliwe wysiłki sprawiły, że pewna ekwadorska siostra zaczęła kwestionować autorytet przełożonej, jednocześnie kusząc inne zakonnice wizją lżejszego życia. La Capitana – jak nazywają ją historycy – domagała się rozluźnienia surowej reguły klasztoru. W końcu zdobyła posłuch… Na Mariannę złożyła fałszywy donos do biskupa i w konsekwencji sprawiła, że siostra de Torres wraz z innymi zakonnicami, które sprzeciwiły się decyzji złagodzenia reguły, znalazła się w klasztornym więzieniu.
Ujawnienie zła
Kiedy Marianna i wierne jej towarzyszki zostały w końcu wypuszczone, biskup zażądał nowych wyborów władz klasztoru. Wtedy stało się coś nieoczekiwanego. Podczas głosowania La Capitana wpadła w coś na podobieństwo szatańskiej ekstazy i zaczęła triumfalnie domagać się dla siebie stanowiska przełożonej, jednocześnie oskarżając Mariannę o niewyobrażalne rzeczy. Trudno było nie rozpoznać diabelskiego źródła zachowania Capitany. Dlatego reakcja biskupa była zdecydowana: kazał zamknąć ją w tym samym karcerze, w którym wcześniej przebywała siostra Marianna. Miał nadzieję, żeczas i pokuta uświadomią zakonnicy, że stała się narzędziem diabła.
W tym czasie Marianna miała widzenie, w którym zobaczyła, że La Capitana stanowi już własność diabła i że czeka ją potępienie wieczne. Zaczęła więc błagać Jezusa o ocalenie współsiostry, On zaś zgodził się wyrwać Capitanę z niewoli Złego i zesłać do czyśćca, ale pod jednym warunkiem. Marianna w zamian za tę łaskę miała podjąć się szczególnej ekspiacji – przez pięć lat cierpieć męki piekła. Świątobliwamniszka wyraziła zgodę.
Ucieczka diabła
Nie upłynęło wiele czasu, gdy La Capitana popadła w obłęd. Marianna opiekowała się nią, ale zapiekła w nienawiści siostra odpłacała tylko przekleństwami i obelgami. Pewnego dnia zaczęła przeraźliwie krzyczeć, że umiera i że diabły ciągną jej duszę do piekła. Kiedy siostra de Torres pochyliła się nad umierającą zakonnicą, zauważyła dwa czarne stwory przyczajone pod ścianą w kącie pokoju, próbujące ukryć się przed nią. Przyszły zabrać duszę umierającej Capitany. Marianna, oburzona, zaczęła wołać do nich na cały głos: Dzikie i ohydne bestie, co wy tu robicie? Wracajcie do swojego okrutnego domu, bo to jest święte miejsce, dom modlitwy i pokuty. Wszystkie wysiłki, by wyrwać duszę mojej siostry, będą daremne. Jezus Chrystus umarł za nią i mimo waszych wysiłków, będzie zbawiona. Rozkazuję wam w imię tajemnic Trójcy Przenajświętszej, Bożej Eucharystii, Bożego Macierzyństwa Najświętszej Maryi Panny i chwalebnego Wniebowzięcia Jej ciałem i duszą do nieba, byście natychmiast opuściły to święte miejsce. Zostawcie je i nigdy więcej nie wracajcie dręczyć swą odrażającą obecnością którejkolwiek z moich sióstr. Diabły zniknęły, chora zakonnica nie umarła… Historia jej ostatnich dni jest niezwykła; pokazuje,do jakiego stopnia człowiek może stać się niewolnikiem Szatana, niezdolnymdo pojednania z ludźmi i z Bogiem, do odbycia spowiedzi i przyjęcia sakramentów. Tak było z La Capitaną, która chciała to uczynić, ale nie mogła… W końcu jednak zdołała przyjąć łaskę skruchy i zmarła pojednana z Bogiem i ludźmi.

Pięć długich lat
Jezus ukazał się Mariannie i przypomniał jej, że nadszedł czas, żeby zapłacić za zbawienie duszy opętanej współsiostry. Zapowiedział, że Marianna zamieszka w piekle następnego dnia po otrzymaniu Komunii Świętej. Gdy nazajutrz rano świątobliwa mniszka podeszła do Komunii Świętej, wiedziała, że za chwilę na okres pięciu lat straci kontakt z ukochanym Zbawicielem. Nie, nie wahała się ani minuty. A gdy tylko Eucharystyczny Chleb rozpuścił się w jej ustach, poczuła straszny ból, jakby jej serce zostało wyrwane z piersi. Od tego momentu stała się całkowicie niewrażliwa na Boga i Jego łaskę.
Miała pozostać w tym stanie przez pięć lat, straciła jednak zupełnie pojęcie czasu i była przekonana, że zanurzyła się w wieczność. Bo potępienie nie ma końca. Jej wielka miłość do Boga i Jego Najświętszej Matki zmieniła się w uczucie nienawiści, obrzydzenia i rozpaczy. Jej dusza cierpiała męki potępionych, zaś wszystkie zmysły ciała zostały poddane straszliwym torturom.
Siostra Marianna opisała ten stan w swej duchowej biografii.
Znowu napotykamy opis, w którym całe doświadczenie zostaje przefiltrowane przez aparat zmysłów człowieka. Zakonnica pisze, że jej ciało było jak rozżarzony węgiel, spalany bez końca pośród niewyobrażalnych cierpień. Że jej oczy widziały najstraszniejsze piekielne sceny, a uszy były wypełnione najokropniejszymi bluźnierstwami. Opisuje, jak zmysł węchu był nękany przez zapach wszelkiego rodzaju brudów ludzkości,a dotyk dręczony ostrymi ukłuciami przeszywającymi ją aż do serca. Jej zmysł smaku miał być torturowany przez straszne, nieznane smaki, a demony siłą wlewały jej dogardła roztopioną siarkę. A wszystko po to, by sprowokować ją do gniewu, rozpaczy i bluźnierstwa.Cierpiała męki piekła, wiodąc swe przykładne życie w klasztorze.
Nikt nie wiedział, co dzieje się w jej duszy. Pozostała przykładem delikatności, pokory i posłuszeństwa. Jedynym zewnętrznym znakiem jej cierpień był zmieniony wygląd. J ejtwarz straciła swój kolor i stała się ziemistej barwy, a Marianna pod koniec ekspiacyjnego cierpienia była „chodzącym trupem”. Dopiero po upływie pięciu lat ekspiacji Maryja powiedziała: „Dość!”. Bo w wizjach piekła i w spotkaniach z Szatanem to Ona właśnie ma moc zakończyć godzinę grozy.
Skąd wiemy o niezwykłym doświadczeniu
siostry Marianny de Torres?
Kierownik duchowy oraz biskup Quito nakazali jej pod posłuszeństwem spisać wszystko, co dotyczyło jej życia duchowego. Po śmierci wizjonerki jej kierownik duchowy i spowiednik, franciszkanin o. Michał Romero, napisał biografię zakonnicy. Dokumenty te znalazły się w wielkim tomie pt. „El Cuadernon” (razem z życiorysami innych sióstr założycielek klasztoru). Na podstawie tego źródła o. Manuel Souza Pereira, prowincjał ojców franciszkanów w Quito, napisał w 1790 roku książkę pt. „Cudowny żywot Matki Marianny de Jesús Torres, hiszpańskiej zakonnicy i jednej z założycielek Królewskiego Klasztoru Niepokalanego Poczęcia w mieście św. Franciszka
Artykuł ukazał się w kwietniowym numerze miesięcznika „Egzorcysta”.

Źródło: http://gloria.tv/media/ZREQAiQh1xK

czwartek, 7 maja 2015

Genialny wynalazek Polaków: ciecz, która jest twarda jak stal

(Zdjęcie poglądowe fot. Fotolia / Nomad_Soul)

Twórcy specjalnej cieczy, która błyskawicznie twardnieje pod wpływem uderzenia i może znaleźć zastosowanie m.in. w kamizelkach kuloodpornych, liczą, że w tym roku uda im się zakończyć proces komercjalizacji wynalazku. Polskim rozwiązaniem interesują się firmy z całego świata.



Nad wynalazkiem pracował zespół naukowców z Politechniki Warszawskiej, oraz Instytutu Technologii Bezpieczeństwa Moratex w Łodzi. Opracowany został w ramach projektu "Inteligentne pancerze pasywne z zastosowaniem cieczy reologicznych ze strukturami nano".

Obecnie stosowane materiały do wytwarzania kamizelek balistycznych charakteryzują się wysoką sztywnością i brakiem elastyczności, co wpływa negatywnie na komfort ich noszenia oraz brak możliwości stosowania ochrony balistycznej na zgięciach rąk, nóg czy samej szyi.

Zdaniem dr hab. Marcina H. Struszczyka, dyrektora ds. naukowych w Instytucie Moratex, zastosowanie cieczy umożliwia polepszenie elastyczności materiałów, a co za tym idzie eliminację tych ograniczeń. To zupełnie inne podejście do projektowania osłon balistycznych, głównie kamizelek kuloodpornych.

"W tym przypadku używamy nie np. włókna, jak do tej pory, ale specjalnie opracowane ciecze, które pod wpływem uderzenia zmieniają swoją konsystencję, swoją lepkość i stają się twarde" - powiedział PAP dr Struszczyk.

W ramach projektu opracowane zostały nowe ciecze, charakteryzujące się znacząco obniżoną gęstością, co powoduje, że masa wyrobu ochronnego jest niższa. Naukowcy starali się zastosować ciecze w różnych formach poprzez np. nakładanie na tkaniny, na kompozyty polietylenowe oraz w kompozyty elastomerowe tworząc tzw. podkładkę antyugięciową.

"W przypadku podkładki antyugięciowej wprowadzenie takiej cieczy reologicznej do wnętrza kompozytu elastomerowego powoduje chwilowe zmniejszenie deformacji osłony balistycznej przy tzw. niepenetrującym ostrzale" - dodał dr Struszczyk.

Jak wyjaśnił, w przypadku ostrzału zawsze dochodzi do ugięcia osłony. W niektórych normach dopuszczalne ugięcie wynosi nawet do 4 cm, co np. przy uderzeniu pocisku w rejonie serca, oznacza praktycznie bezpośredni kontakt materiału ochrony balistycznej z narządami wewnętrznymi, grożąc ich urazem, czasami śmiertelnym, bowiem nawet bez przebicia osłony balistycznej pociskiem może dojść do śmierci użytkownika.

"Wprowadzając nową ciecz staraliśmy się uzyskać efekt maksymalnej absorpcji energii uderzenia, tak aby zmniejszyć chwilową deformację osłony. Udało się nam to zrobić w 70 proc., czyli nie będzie to już 4 cm ugięcia, a zaledwie 1 cm. W ten sposób udało się zmniejszyć ewentualne ryzyko uszkodzenia organów wewnętrznych" - dodał dyrektor naukowy Morateksu.

Dodatkowo, poprzez odpowiednie ukształtowanie podkładki antyugięciowej, udało się wprowadzić element tzw. kanału termicznego wewnątrz kamizelki, który ma zwiększać komfort termiczny jej użytkowania.

Opracowana przez polskich naukowców rozwiązanie może mieć zastosowanie wszędzie tam, gdzie materiał będzie miał za zadanie maksymalne rozproszenie energii. Może być stosowany m.in. w kamizelkach kuloodpornych, ale także np. w odzieży sportowej, ochronach przeciwuderzeniowych, w podkładach stosowanych przy budowie mostów, czy w zderzakach montowanych w pociągach.

Dr Struszczyk przyznaje, że wynalazek jest obecnie w końcowej fazie komercjalizacji. "Myślę, że do końca tego roku uda nam się go skomercjalizować. Mogę powiedzieć, że rozwiązaniem zainteresowane są firmy nie tylko europejskie, ale też światowe" - podkreślił.

Źródło: http://tech.wp.pl/kat,130034,title,Genialny-wynalazek-Polakow-ciecz-ktora-jest-twarda-jak-stal,wid,17319339,wiadomosc.html?utm_source=o2_SG&utm_medium=Hotspot&utm_campaign=o2&ticaid=1147b8&_ticrsn=5

środa, 6 maja 2015

Wendy Darling w zwierciadle staropolskich cnót


Często słyszy się o „wiecznych chłopcach” uciekających do swoich Nibylandii, by tam odnotowywać pisane palcem po wodzie życiowe sukcesy. Czyż nie zapomina się równie często o towarzyszkach owych ekscytujących podróży – o „wiecznych dziewczynkach”, które wprawdzie tupną czasem nóżką na znak oburzenia niedojrzałością swych chłoptasi, ale bynajmniej nie myślą nakłaniać ich do zmiany. Przyczyną zjawiska zarówno Piotrusia Pana, jak i Wendy Darling jest kryzys rodziny, w której ojciec wycofuje się na margines, a matka zostaje sama wobec porzuconej przez męża odpowiedzialności. Czy zawsze tak było…?


Trudno byłoby ukazać prostą analogię między kryzysem męstwa i kryzysem kobiecości. O ile bowiem można powiedzieć, że w obu przypadkach kryzys dotyczy braku utożsamienia się z własną rolą płciową i zaniku konkretnych cech, o tyle przy omawianiu tych cech zaczynają się schody… Weźmy za przykład siłę. U mężczyzny jej zatrata, zarówno w psychice, jak i w mięśniach, w jasny sposób mówi o kryzysie. W przypadku kobiety z kolei nadmierny wzrost tej samej cechy, kosztem innych, również oznacza kryzys. Zatem – by użyć figury łączącej oba zjawiska – obraz nadodpowiedzialnej kobiety stanowi jedynie rewers tego samego medalu kryzysu tożsamości płciowej, na którego awersie widnieje podobizna nieodpowiedzialnego maminsynka cierpiącego na syndrom Piotrusia Pana.

W słabości siła?
Czy mamy przez to rozumieć, że kiedyś kobieta była słaba i tę słabość afirmowała dawna patriarchalna kultura? Co wtedy należałoby myśleć o tych wszystkich dzielnych niewiastach, które podczas kilkuletnich nieraz wypraw wojennych swych mężów brały na siebie utrzymanie porządku w rozległych majątkach i zachowanie dyscypliny domowej; o tych niezłomnych w umiłowaniu wiary i ojczyzny, które pod zaborami uczyły swych synów zmawiać pacierz po polsku i recytować strofy narodowej poezji, by następnie modlić się za ich pomyślność na polach bitewnych; o tych wszystkich wreszcie, które same wzięły do ręki broń bądź tajne przesyłki, by własnym potem i krwią znaczyć drogę do wolnej Polski?
Nie w prostym zaprzeczeniu siły wyraża się istota kobiecości, ale raczej w zdrowej afirmacji dla własnej słabości rozumianej w kontekście naturalnej i kulturowo skodyfikowanej różnicy ról płciowych. W kanonie cech osobowości wytworzonym przez cywilizację chrześcijańsko‑klasyczną „słabość” płci pięknej nie oznacza wady, lecz jedynie uznanie przywódczej roli męskiego świata i akceptację własnej roli społecznej. Podobnie jak mężczyzna jest zobowiązany akceptować swoją rolę i swoją zależność od Boga, który jest źródłem jego władzy.
Jaki więc jest ten „dawny” mężczyzna? Używając słów‑kluczy, można by powiedzieć: niezłomny i suwerenny. Niezłomny, bo dysponujący wypracowanym potencjałem fizycznym i psychicznym do udźwignięcia każdego ciężaru spadającego na niego i na jego rodzinę. Suwerenny, czyli niepoddający się zewnętrznym i wewnętrznym wpływom osłabiającym morale jego i bliskich (przy czym to drugie określenie nie wiąże się bynajmniej z liberalnie pojętą „niezależnością” od zewnętrznego przymusu płynącego od Boga i ze strony uzasadnionych nakazów prawowitej władzy).
A jaka jest „dawna” kobieta? Stosując analogię, można by powiedzieć: delikatna i… poddana. Nie bójmy się tego słowa, wywołującego mentalny odruch wymiotny i mściwe zaciskanie pięści spaczonej liberalizmem natury współczesnego człowieka. Delikatna – zgodnie z tym, co pisała, podziwiana przez całą Europę z powodu swego piękna i ogłady, ordynatowa Zofia z książąt Czartoryskich hrabina Zamoyska, w liście do córki Jadwigi (dziś znanym z wydań jako Rady dla córki): Bądź łagodną, moja droga. Bóg ci to sam nakazuje, jest to najpiękniejsza i najponętniejsza cnota w kobiecie, bądź nią, bo ona ci zachowa przywiązanie twego męża, a panowanie łagodności jest jedynem panowaniem, o które kobiecie ubiegać się wolno, ale jest ono wszechmocne.
A poddana? Casus tego, co Pismo Święte nazywa poddaniem żony mężowi należy do bodaj najbardziej kontrowersyjnych dla współczesnego człowieka elementów katolickiej antropologii. Pod naporem feminizmu przenikającego całą już tkankę organizmów społecznych przestajemy bowiem rozumieć tę wspaniałą harmonię, jaką Bóg zapisał w ludzkiej naturze. Stwórca, kreując człowieka na swój obraz i podobieństwo, obdarzył w nierównym stopniu mężczyznę i kobietę pewnymi cechami, które w Nim istnieją w stopniu doskonałym. Mężczyzna tedy kojarzy się bardziej ze sprawiedliwą cząstką Boskiego oblicza, kobieta zaś z tą miłosierną.
Widać w tym kontekście głęboką mądrość Pawłowego wezwania kobiet do bycia poddanymi, a mężczyzn do kochania (por. Ef 5, 22). Kobieta bowiem – jako kapłanka domowego ogniska, której mocną stronę osobowości stanowi uczuciowość – czyni akt rozumowy, uznając swą zależność od męża, tak jak mąż uznaje swą zależność od Boga. Mężczyzna natomiast – jako wojownik walczący o byt rodziny, reprezentujący racjonalność i siłę – czyni akt miłości, wyrażający się w opiece, trosce i zrozumieniu potrzeb swej drugiej połowy. Nakaz poddania wiedzie kobietę ku zastosowaniu „męskiego” sposobu myślenia (uznania pewnego obiektywnego stanu rzeczy za obowiązujący niezależnie od okoliczności), natomiast nakaz miłowania sprawia, że mężczyzna przyjmuje bardziej „kobiecy” imperatyw działania.
Na fali popfeminizmu
W różnych artykułach na temat syndromu Piotrusia Pana często wspomina się o niewspółmiernych oczekiwaniach kobiet wobec współczesnych mężczyzn. Z jednej strony chcą one, by ich Piotrusiowie dojrzewali do odpowiedzialności za związek i rodzinę, z drugiej jednak trwają przy swoim – nieświadomym zapewne – buncie przeciwko akceptacji własnej natury, takiej, jaką Bóg stworzył i jak ją nasza cywilizacja zdefiniowała. Rodzi to sprzeczność o charakterze tragicznym, bo jakże Piotruś ma się stać odpowiedzialnym rycerzem, skoro jego wybranka nie czuje się już komfortowo w skórze damy? Bez obustronnej akceptacji własnej tożsamości płciowej w całej jej rozciągłości nie jest możliwe wspomniane wyżej harmonijne dopełnianie się mężczyzny i niewiasty.
Trudno zignorować w tym kontekście zjawisko feminizmu, który w drodze do przemiany świata przechodzi coraz to nowe mutacje. Ostatnio w masowym natarciu jest tak zwany popfeminizm, określany jako „czwarta fala” tegoż nurtu. Wdzierają się do przestrzeni publicznej gwiazdeczki w rodzaju Lady Gaga, Rihanny czy Miles Cyrus, finansowane przez nadrzędną wobec masonerii sektę iluminatów i otwarcie nazywane jej „maskotkami” (Illuminati puppets). Wraz z tym medialnym wtargnięciem wzorzec kobiety „wyzwolonej” utrwala się w podświadomości przeciętnego odbiorcy i – co więcej – staje się trendy. Feminizm przestaje tym samym kojarzyć się z niezbyt urodziwymi aktywistkami, które brak powodzenia w związkach z mężczyznami rekompensują sobie nienawiścią do tychże i walką o społeczne „parytety”.
Wobec takich realiów reprezentantkom wymierającego gatunku, do którego należała ordynatowa Zamoyska ciśnie się na usta modne ostatnio określenie: „pozamiatane”…
Całość tekstu Filipa Obary w najnowszym numerze magazynu "Polonia Christiana".





wtorek, 5 maja 2015

Pani Merkel i… inne chłopaki

REUTERS / FORUM

Przywódcy krajów Unii Europejskiej przypominają obecnie niesforną grupkę naiwnych dzieciaków z kapitalnych powiastek Goscinny’ego, okraszonych zabawnymi rysunkami Sempe. Jeden nieustannie o pieniądzach, drugi chciałby całe życie „jechać na gapę”, trzeci zaś najchętniej dawałby fangi w nos. Nad takim rozgardiaszem, z samego Berlina, usiłuje jakoś zapanować pani wychowawczyni…


Mowa oczywiście o Angeli Merkel, która jako przywódca zdecydowanie najsilniejszego gospodarczo państwa Unii Europejskiej, stała się obecnie kimś, na kogo oczy zwracają wszystkie niemal stolice największych państw UE, wyjąwszy może zawsze niepokorny Londyn. Kanclerz, chcąc nie chcąc, musi gasić kolejne pożary, by ratować twarz łączonej gospodarką i walutą europejskiej wspólnoty. Klajstruje wszystko „za pięć dwunasta”, czyli bardzo prowizorycznie. Ale jakoś się udaje, dlatego unijne „chłopaki”, niczym bohaterowie opowieści Goscinny’ego, niespecjalnie się czymkolwiek martwią, szalejąc w najlepsze i dowoli.

Kup to, Putinie!
Pasja do rozrabiania wśród „chłopaków” rządzących poszczególnymi krajami Unii Europejskiej jest przeogromna. Nie dalej, jak kilka dni temu „uroczy” grecki premier Alexis Tsipras, gdy skończył już wznosić pięść na partyjnych wiecach SYRIZY wśród czerwonych sztandarów z sierpem i młotem, poprosił niemal o błogosławieństwo Angeli, stanowiące aprobatę dla propozycji przedłużenia negocjacji w sprawie greckiego zadłużenia. Mało być bowiem kolorowo, czyli tak, jak wymyślił rządowy kumpel Tsiprasa z rządowej ławki, Yannis Varoufrakis: tu nam umorzą, tam darują i jakoś damy sobie radę. Jednak z owym „umarzaniem i darowaniem” nie poszło wcale Tsiprasowi tak łatwo, o „dawaniu sobie rady” nie wspominając. Dlatego trzeba było usiąść do stołu i wyprosić o trochę więcej czasu na dopięcie zobowiązań. W zamian za ich realizację, na konto Aten nadal płynąć będą pieniądze – od Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Unii Europejskiej i Banku Światowego. Problem w tym, że socjalistyczne obietnice greckich łobuziaków, które wyniosły ich przecież do władzy, dość efektownie upadają na otwarciu nowej linii kredytowej. Jak bowiem podnieść płacę minimalną, by nie uronić z budżetu ani europensa? To pragnienie godne socjalisty, głęboko przekonanego, że efektem ubocznym społecznej solidarności jest mnożenie się pieniędzy. No cóż… kontrola budżetowa jest nieco trudniejsza niż rozrabianie na partyjnych wiecach.

Jednak Merkel niemal z miłością pochyliła się nad swoimi greckimi podopiecznymi, pogłaskała po głowie i przytaknęła porozumieniu w sprawie zastrzyku gotówki dla Aten. Czyż to nie urocze?

Podobnie rzecz ma się z Rosją, z którą w Europie niemal wszyscy wydają się być przerażeni poza… Merkel. Sam Putin podobno miał zapewniać, że nikt nie jest dla niego tak wiarygodny, jak niemiecka kanclerz. Nawet Obama przegrywa w przedbiegach. Złośliwi powiedzieliby zapewne, że ciepłe relacje na linii Putin-Merkel to „efekt carycy Katarzyny” – jednej z ulubionych postaci historycznych tj. dwójki. Niemiecka kanclerze ma nawet jej portret w gabinecie… Cokolwiek o przyczynach cieplenia nie napisać, faktem jest, że jego efekty są widoczne. Nawet drastycznie. Zaczęło się bowiem od poufnego spotkania w Australii, gdzie Angela wraz Władimirem rozmawiała w cztery oczy, co przy spotkaniach na takim szczeblu jest niezwykle rzadkie. Cokolwiek ustalono w Sydney, zapewne realizowano krok po kroku najpierw w Moskwie a później w Mińsku.

Do rosyjskiej stolicy Merkel zabrała innego „łobuziaka” – Francois Hollande’a. Francuz przebiera bowiem nogami, by dobić wreszcie targu i co nieco pohandlować z panem szanownym Putinem odnośnie tych mistrali, które to miały popłynąć, ale od kilku miesięcy jakoś do Rosji nie płyną. Hollande, zareagowawszy bowiem gwałtownie na unijną krytykę planów sprzedania Rosjanom okrętów, zapowiedział, że pośle mistrale, gdy tylko na Ukrainie zapanuje pokój i sytuacja zostanie uporządkowana. Trudne? No trudne. Ale cóż… kanclerz Merkel na pewno poradzi. I oto, proszę bardzo, pokój wynegocjowany i być może francuska zbrojeniówka przestanie tracić grube miliony, wlepiane karnie za niedotrzymywanie kontraktów.

Trzeba przy tym przyznać, iż Putin świetnie rozgryza humory i animozje unijnej dzieciarni, wszak od razu niemal po zakończonym w Mińsku szczycie – który, jak wiemy, żadnego pokoju na Ukrainie nie zapewnił – puścił w świat medialnymi kanałami, że mistrale lada dzień ruszą do Rosji, co spowodowało nie lada ferment. Ów dał francuskiemu prezydentowi do myślenia, że tzw. międzynarodowa opinia publiczna nie jest gotowa na wielki handel francusko-rosyjski. Zbrojeniowy koncern DCNS jak liczył straty, tak liczy je nadal.

Fanga w nos
Nieco kłopotu zaczyna sprawiać – który to już raz? – chyba najbardziej niesforny, ale też najbardziej samodzielny z grupki unijnych podopiecznych pani kanclerz, David Cameron. Ten widząc fiasko rozmów w Mińsku i słabość Unii Europejskiej, postanowił wysłać na Ukrainę doradców wojskowych. Do misji obiecała podłączyć się Polska. Znając brytyjskie zamiłowanie do prowadzenia wojen cudzymi rękoma oraz wyspiarski cynizm polityczny, nie byłoby zaskakujące, gdyby Cameron nagle wycofał się z owej – dość nieporadnej – próby prężenia muskułów, zapewniwszy uprzednio, iż polska misja w stu procentach wystarczy. Czym jest bowiem brytyjski cynizm dowiódł niegdyś Winston Churchill, który gwarząc z deputowanymi Izby Gmin w tzw. smoking room usłyszał nagle od jednego z nich wezwanie do zemsty za niemieckie bombardowania, której efektem miałoby być obrzucenie bombami niemieckiej ludności cywilnej. „Bussines before pleasure” – odpowiedział brytyjski premier, zaciągnąwszy się cygarem.

Dla piastunki Unii Europejskiej zapowiadana przez Camerona szarża nie musi być jednak wcale szkodliwa. Po pierwsze daje jej większe pole manewru w ewentualnych negocjacjach z Moskwą, które przejdą do historii pod hasłem „Mińsk 3” i poprzedzą zapewne kolejne takie spotkania. Po drugie może wydatnie przyczynić się do reelekcji Partii Konserwatywnej w zbliżających się wyborach, co będzie oznaczało, że przy Downing Street pozostanie ów mało sympatyczny premier, ale lepszy oswojony wróg, niż całkiem obcy łobuziak. Cameronowa logika Euzebiusza z przytaczanych wyżej opowiastek o Mikołajku, przejawiająca się załatwianiem wielu ważnych spraw dawaniem „fangi w nos”, może więc tym razem spodobać się Merkel.

Kanclerz oddycha już zapewne rękawami, wszak po wielogodzinnych dyskusjach z Putinem z trudem robiła dobrą minę do złej gry. A tu jeszcze Tsipras, francuskie problemy i Cameron. Pytanie o urlop chorobowy niebezpiecznie chyba ciąży nad głową unijnej pani wychowawczyni. Chłopaki bowiem szaleją jak nigdy.


Krzysztof Gędłek

poniedziałek, 4 maja 2015

Lord Rothschild ostrzega inwestorów o "najniebezpieczniejszej sytuacji geopolitycznej od czasów II wojny światowej".


Lord Jacob Rothschild ostrzegł inwestorów, że świat pogrążony jest w najniebezpieczniejszej sytuacji geopolitycznej od czasów II wojny światowej.


78-letni przewodniczący RIT Capital Partners, trustu zarządzającego 2,3 miliardami funtów, w sprawozdaniu rocznym przestrzegł członków, że obecnie celem firmy będzie ochrona kapitału akcjonariuszy, a nie krótkoterminowe zyski.

Rothschild napisał, że "sytuacja geopolityczna z jaką mamy do czynienia jest tak groźna jak za czasów II wojny światowej" i stworzyła "trudną sytuację gospodarczą" w której inwestorzy powinni być ostrożni.

Rothschild, którego partnerami biznesowymi są Warren Buffett i Henry Kissinger, zrzucił winę na "chaos i ekstremizm na Bliskim Wschodzie, rosyjską agresję i ekspansję oraz osłabioną Europę zagrożoną przerażającym bezrobociem, w dużej mierze spowodowanym przez brak reform strukturalnych w wielu krajach, które są częścią Unii Europejskiej."



"RIT jest popularny wśród prywatnych inwestorów dzięki jego doskonałym wynikom i jego konserwatywnemu podejściu do ochrony kapitału", zauważa Richard Dyson z The Telegraph. Rothschild i jego córka Hannah wspólnie są właścicielem udziałów o wartości około 160 mln funtów.

Film: Władcy Pieniędzy. The money masters.




Ostrzeżenie Rothschilda nastąpiło po raportach z Forum Ekonomicznego z Davos, podczas którego w styczniu okazało się, że bogaci kupują tajne kryjówki w odległych miejscach w celu uniknięcia problemów społecznych i ewentualnych zamieszek.



Ekonomista Robert Johnson trafił na czołówki gazet, gdy ujawnił, że "zarządzający funduszami na całym świecie... .kupują lądowiska i gospodarstwa w miejscach takich jak Nowa Zelandia, ponieważ uważają, że potrzebują miejsca gdzie mogli by uciec."





Jako powód paniki Johnson wskazał nierówności w dochodach jako potencjał do zamieszek i rozruchów.

"Wielu bogatych i wpływowych ludzi obecnie bardzo się boi - widzą nas na niestabilnej trajektorii," powiedział Johnson. "Gdy system nie ma odpowiednich zasobów, gdy nie reprezentuje ludzi, rzeczy stają się coraz bardziej niebezpieczne i niebezpieczne" mówi Ferguson.



Pośrednicy w Nowej Zelandii, ostatnio potwierdzili, iż elity poszukują bezpieczeństwa, zauważając, że "paranoja", i obawy o osobiste bezpieczeństwo napędzają ten trend.


Link do oryginalnego artykułu: LINK


(przypis Prisonplanet.pl
W kontekście tych zdarzeń należy również wspomnieć o dwóch sprawach. Po pierwsze Rothschildowie w 2013 roku przenieśli swoją firmę De Beers z Wielkiej Brytanii do południowej Afryki. Firma ta funkcjonuje od 1888 roku i jest czołową firmą w handlu diamentami. Tak więc przygotowania do ewakuacji najbardziej wartościowych zasobów z Europy trwają już od kilku lat. Drugą sprawą jest szybko wzrastające zadłużenie Nowej Zelandii i potencjalna "cypryzacja" przeniesionych tam zasobów finansowych. 

Rothschild podobnie jak elity tego świata musi wiedzieć, że świat Zachodu nie będzie dalej miejscem do prowadzenia normalnej działalności co lata temu podkreślił globalista J. Attali w swojej książce “A brief history of the future” (2006). Pisał w niej, iż przez najbliższe 2-3 dekady będziemy żyli w pogłębiającym się chaosie. "Jak już wspomniano, w tym tempie, to nie jutrzejsza Afryka będzie pewnego dnia przypominała dzisiejszy Zachód, ale cały Zachód będzie przypominał dzisiejszą Afrykę." napisał dobitnie opisując zaplanowaną przyszłość. Na podobny scenariusz wskazują badania wszystkich istotnych instytutów badawczych, z którymi można się zapoznać w naszej bazie Globalnych Trendów. 

\