piątek, 17 kwietnia 2015

Amerykańscy naukowcy próbują otworzyć ścieżkę ku genetycznej modyfikacji człowieka.


Po wyprodukowaniu w brytyjskich laboratoriach setek ludzko zwierzęcych hybryd, królików z ludzkimi komórkami, świń z ludzką krwią, owiec z ludzką wątrobą, krowich komórek jajowych z ludzkimi komórkami, ludzko-kocich hybrydowych protein, obecnie naukowcy chcą pomóc ludzkiej populacji modyfikując ją genetycznie.

Jak kilka dni temu podał The Independent “amerykańscy naukowcy próbują modyfikować DNA ludzkich komórek jajowych, za pomocą nowej techniki edytowania genów, która ma wyeliminować dziedziczne choroby w kolejnych pokoleniach. Badania przeprowadzono na komórkach jajnika kobiety która cierpiała na raka jajnika by badać możliwość edycji genów by produkować embriony IVF wolne od przenoszonej dziedzicznie choroby. Wyniki tych eksperymentów nie zostały jeszcze opublikowane. Edycja chromosomów komórek jajowych człowieka lub plemników dla tworzenia genetycznie zmodyfikowanych embrionów IVF jest w Wielkiej Brytanii i wielu innych krajach nielegalna z powodu obaw o bezpieczeństwo i możliwości wykorzystywania techniki do tworzenia genetycznie ulepszonych "projektowanych dzieci". “



OGLĄDAJ DALEJ>>>

Jednak mimo rozsądnych zakazów, techniki modyfikacji są wciąż promowane jako “pomoc medyczna”, która wkrótce uratuje ludzkość od chorób. Nie mając oczywiście nic wspólnego z pomocą większość z tych działań zaprojektowanych jest by otworzyć drzwi dla wszelkich modyfikacji ludzkiej populacji przez potężne instytuty badawcze. Wymienione powyżej autentyczne eksperymenty są tego dobitnym przykładem, jak również szaleństwo naukowców w nie zaangażowanych. Jeden z profesorów Harvarda zaproponował niedawno, że gotów jest stworzyć hybrydę człowieka i neandertalczyka; jedyne co jest mu potrzebne to żądna przygód matka.

Podobnie od dłuższego czasu w Nevadzie, USA hodowane są całe stada owiec posiadających ludzko-zwierzęce mózgi, wątroby, serca i wiele innych organów.

Problemem tych technologii nie jest więc potencjalna korzyść ale niebezpieczeństwo tego co tak naprawdę gotowi są zrobić szaleni, pozbawieni jakichkolwiek zasad etycznych naukowcy pokroju dr. Mengele. Konsekwencje tych badań i nowatorskich technologii będą miały nie tylko daleko idące implikacje dla nauki ale też dla wszystkich ludzi na świecie. Raz otwarte drzwi już nigdy nie będą mogły być zamknięte, a jak widać środowiska naukowe i politycy zdecydowanie prą by zrealizować wizję stworzenia nowego człowieka oficjalnie zaplanowaną na 2030 rok.




Źródło: http://www.prisonplanet.pl/nauka_i_technologia/amerykascy_naukowcy,p514567001

czwartek, 16 kwietnia 2015

Credo Apostolskie czy sondażowe?

By Esteban March (1610 - 1668) (Spanish)
(Painter, Details of artist on Google Art Project)
[Public domain or Public domain], via Wikimedia Commons

Bóg ofiarując Izraelitom Dekalog nie poddał go pod głosowanie, stawiając na równi z kultem złotego cielca. Tego zaś oczekują dziś liderzy „ośrodków anty-ewangelizacji”, skutecznie – jak wskazuje najnowszy sondaż CBOS – manipulujący oczekiwaniami Polaków co do zmian w nauczaniu Kościoła.

Wyniki badań przeprowadzonych przez CBOS, przedstawione w raporcie pt. „Oczekiwane zmiany w nauczaniu Kościoła”, szokują. Zdecydowana większość Polaków rzekomo oczekuje modyfikacji niezmiennej doktryny Kościoła. Zakładając, że obraz sondażowy odpowiada rzeczywistości, pokazuje on konsekwencję gigantycznej fali sekularyzacji, dotykającej nie tylko społeczeństwa zachodnie, ale i polskie. Nie jest to jednak skutek zachodzących oddolnie, koniecznych zmian mentalności. Są to głównie następstwa stopniowego przyjmowania narracji o wierze i życiu, podsuwanej Polakom w sposób zupełnie przemyślany – to owoce anty-ewangelizacji.

Jan Paweł II wielokrotnie mówił o siłach anty-ewangelizacji, dysponujących potężnymi środkami. „Wciąż na nowo Kościół podejmuje zmaganie się z duchem tego świata, co jest niczym innym jak zmaganiem się o duszę tego świata. Jeśli bowiem z jednej strony jest w nim obecna Ewangelia i ewangelizacja, to z drugiej strony jest w nim także obecna potężna anty-ewangelizacja, która ma też swoje środki i swoje programy i z całą determinacją przeciwstawia się Ewangelii” („Przekroczyć próg nadziei”, Lublin 1994). Po siermiężnej propagandzie „naukowego” ateizmu epoki PRL, narzędzia służące operowaniu świadomości religijnej Polaków zostały udoskonalone.

Sfera ludzkiej seksualności – a to właśnie jej dotyczą kluczowe wątki synodalnej dyskusji, która zainspirowała badaczy CBOS – została wypchnięta poza granice oceny moralnej. Zgodnie z duchem rewolucji seksualnej lat 60-tych, nieczystość i rozwiązłość przedstawiane są jako „miłość”, na dodatek „udoskonalona”: „nieskrępowana”, „wolna”. Seksualność staje się sferą swobodnej ekspresji i samorealizacji, którą należy „odkryć” przełamując religijne normy i kulturowe tabu. Mniej bądź bardziej subtelnie podsuwana jest wyrozumiałość wobec grzechu, aż po usunięcie jego świadomości. Chór piewców uśpionego sumienia słyszymy codziennie, ponad podziałami tworzą go dziennikarze, artyści, celebryci i politycy a nawet niektórzy duchowni. Choć przypadają im różne partie, to takie lekcje udzielane Polakom (a coraz częściej także tym najmłodszym) finansowane są często z kieszeni podatnika. Za jeden ze świeższych przykładów służyć może publiczne dofinansowanie bluźnierstw uzasadnianych artystyczną „wolnością”.

Według badań CBOS, Polacy oczekiwać mają zmian w nauczaniu Kościoła w sprawie nierozerwalności małżeństwa i czystości seksualnej, celibatu, stwierdzania nieważności zawartego sakramentu, choć równocześnie – według badań tego samego ośrodka – szokuje także niski poziom świadomość religijnej znacznej grupy Polaków, deklarujących przynależność do Kościoła. Tych samych, którzy swoimi oczekiwaniami podzielili się z ankieterami. Potwierdzają to codzienne obserwacje, a w ostatnich dniach dyskusja sprowokowana akcją Krajowego Ośrodka Duszpasterstwa Rodzin.

Wynik sondażu dotyczącego oczekiwanych zmian w nauczania Kościoła – bez względu na jego motywy – prowadzi do… rachunku sumienia. Odpowiedź płynąca z wiary sprowadza się do postanowienia ciągłego nawracania się i życia zgodnie z chrześcijańską wiarą i moralnością. Wiara rodzi się ze słuchania, trzeba więc mówić o niej w sposób jasny, przystępny i bezkompromisowy. Nie możemy bać się nazywania grzechu grzechem, a cnoty cnotą – a ten strach czy niechęć do takiego rozgraniczenia, to jeden spośród mechanizmów anty-ewangelizacji. Nie bez przyczyny wśród treści objawień fatimskich znajduje się także przestroga przed konsekwencjami kryzysu wiary i moralnego upadku.

Idol odpowiadający potrzebom chwili, ofiarowany przez Aarona Izraelowi, to obraz ciągle żywy. Stoimy przed podobnym wyborem: Ewangelia, bądź idol złotego cielca wiary dopasowanej do sondażowych oczekiwań, ducha tego świata.

Arkadiusz Stelmach

Źródło: http://www.pch24.pl/credo-apostolskie-czy-sondazowe-,34579,i.html

środa, 15 kwietnia 2015

Kraje zacofane nie rozwiną się nigdy, jeżeli maksymalnie otworzą swoje gospodarki


Gdyby Korea Płd. przyjęła bezkrytycznie popularną na Zachodzie opowieść o tym, że droga do rozwoju ekonomicznego wiedzie przez maksymalne otwarcie swojej gospodarki, to tkwili byśmy do dziś na peryferiach światowej gospodarki – mówi w wywiadzie koreański ekonomista Ha-Joon Chang.

Czy ekonomia naprawdę jest taka prosta?

Oczywiście. 95 proc. ekonomii można zrozumieć przy użyciu odrobiny zdrowego rozsądku. A bez tych niezrozumiałych 5 proc. można sobie spokojnie poradzić.
Choć jeśli zejść naprawdę głęboko, to sprawa zaczyna się robić mocno skomplikowana, nierzadko skrajnie techniczna albo totalnie ezoteryczna. Ale bądźmy szczerzy: ilu fizyków tak naprawdę rozumie teorię względności Einsteina? A ilu tylko wie o jej istnieniu? Ale czy jeśli ktoś nie jest Einsteinem, to czy nie można powiedzieć, że jest fizykiem? Nie sądzę.

To czemu ekonomia uchodzi za trudną?

Bo ekonomiści wymyślili, że ten hermetyczny żargon i wciskana wszędzie – często na siłę – matematyka im się bardziej opłacają. To z resztą nie jest przypadłość wyłącznie ekonomistów. Każdy zawód bazujący na pewnej technicznej kompetencji radzi sobie w ten sposób. Dzięki tej hermetyczności piloci, hydraulicy czy lekarze sprawniej się z sobą komunikują. Nie bez znaczenia jest również to, że jeśli profesja uchodzi za skomplikowaną, to świadczący ją profesjonaliści mogą łatwiej usprawiedliwiać wysokie ceny swoich usług. Akurat w przypadku ekonomii – najlepiej opłacanej nauki społecznej – widać to bardzo dobrze.

Nie przesadza pan?

Ja przesadzam? Guru amerykańskiej ekonomii akademickiej Gregory Mankiw z Uniwersytetu Harvarda (prof. Mankiw jest autorem najważniejszego podręcznika ekonomii, z którego uczą się amerykańscy studenci – red.) powiedział kiedyś mniej więcej tak: „Ekonomiści lubią udawać naukowców. Wiem, bo sam to robię. Kiedy wchodzę na zajęcia ze studentami pierwszego roku, zaczynam od bardzo formalnego wykładu przedstawiającego ekonomię jako dziedzinę, w której wszystko można zmierzyć i w miarę precyzyjnie przewidzieć. Dlaczego to robię? A co? Mam mówić młodym, pełnym dobrych chęci ludziom, że zapisali się na jakieś chybotliwe akademickie rozważania, które nie zakończą się zdobyciem żadnej twardej wiedzy? Już wkrótce sami się o tym przekonają”.

Ekonomista chyba jednak zna się na gospodarce lepiej niż zwykły śmiertelnik.

I właśnie takie myślenie daje ekonomistom niesamowitą przewagę. Już na wstępie dostają do ręki możliwość wypowiadania się z lepszej, bo eksperckiej perspektywy. Z jakiegoś dziwnego powodu ludzie w tej akurat dziedzinie wyjątkowo łatwo akceptują tytularne autorytety.

Proszę zwrócić uwagę, że większość zwykłych ludzi nie ma większego problemu z wypowiadaniem się na takie tematy, jak: wojna w Afganistanie, energia atomowa, zmiana klimatu, małżeństwa gejowskie albo aborcja. I robimy to, nawet jeśli nie jesteśmy wojskowymi i nie mamy doktoratów z fizyki jądrowej, biologii albo etyki. Bo wydaje nam się – i całkiem słusznie – że to są sprawy o dużym znaczeniu dla społeczeństwa. Jest więc nawet wskazane, by świadomi i aktywni obywatele się w te spory mieszali. W końcu tak funkcjonuje demokracja.

A poza tym inteligentny człowiek potrafi zajmować stanowisko nie tylko w kwestiach, w których siedzi po uszy. Po to jest w końcu człowiekiem inteligentnym i potrafi wnioskować na podstawie dostępnej wiedzy, umie tę wiedzę poszerzać i oceniać wiarygodność argumentów.

A ze sporami ekonomicznymi tak nie jest?

Gdy rozmowa wchodzi na tematy ekonomiczne i wyjdzie na jaw, że w gronie dyskutujących jest ekonomista, wszyscy kładą uszy po sobie. A często ludzie w ogóle nie chcą się wypowiadać na tematy ekonomiczne. „To jakieś trudne, techniczne wyliczenia” – myślą i oddają ekonomię ekonomistom.

Wygląda na to, że tak to działa na wielu różnych poziomach. Wie pan, ilu polskich ministrów finansów po 1989 r. to byli ekonomiści?

Ilu?

Wszyscy. Cała siedemnastka. To coś jakby niepisana reguła polskiej polityki. Która nie ma precedensu w żadnej innej dziedzinie życia politycznego. Bo przecież ministrem zdrowia nie zostaje automatycznie lekarz, a na stanowisku szefa resortu sprawiedliwości nie musi zawsze pojawić się prawnik. Niekiedy – jak choćby w polskim Ministerstwie Obrony Narodowej – wprowadzona zostaje zasada cywilnej kontroli nad resortem.

I tak to właśnie działa. Gdy dochodzi do tematu ekonomicznego, to skądinąd odpowiedzialni i inteligentni ludzie zaczynają się zachowywać jak dzieci. Bo przecież przekonanie, że ekonomista będzie najlepszym politykiem gospodarczym, jest oparte wyłącznie na wierze. Na to nie ma żadnych dowodów. A jeśli już mielibyśmy się tu doszukiwać jakiejś zależności, to będzie ona raczej odwrotna, niżbyśmy się spodziewali.

To intuicja czy ma pan jakieś dowody?

Porównajmy z sobą dwa regiony świata: Azję Wschodnią i Amerykę Łacińską. Oba mniej więcej w tym samym czasie podjęły próbę dogonienia rozwiniętego gospodarczo świata.

W Ameryce Łacińskiej na czele tych przemian stanęła kasta zawodowych ekonomistów. Nierzadko wykształconych na najlepszych amerykańskich uniwersytetach: od Harvardu po Chicago.

W Azji było inaczej. W Japonii w resortach gospodarczych dominowali prawnicy. A na Tajwanie i w Chinach inżynierowie. Podobnie w mojej rodzinnej Korei. Oh Won-chul, w latach 70. główny strateg przestawienia gospodarki z eksportera niskoprzetworzonych towarów na lidera elektroniki i przemysłu ciężkiego, był… właśnie inżynierem.

A teraz porównajmy dorobek gospodarczy Ameryki Łacińskiej z Azją Wschodnią w okresie powojennym. Korea Południowa, Japonia, Tajwan, a potem Chiny rozwijały się wtedy w zawrotnym tempie, faktycznie dołączając do grona najbogatszych państw świata. A Ameryka Łacińska stała w zasadzie w miejscu, okresy koniunktury przeplatając regularnie powracającymi kryzysami.

Inny przykład to Portugalia. Niedawno czytałem, że prawie 90 proc. tamtejszych ministrów finansów od czasów II wojny światowej miało tytuł doktorski z ekonomii. Mimo tego faktu Portugalia uchodzi dziś za jedną z najgorzej zarządzanych gospodarek Europy Zachodniej.

Może to przypadek.

Jasne, że tu nie musi być bezpośredniego wynikania. Ale to chyba dosyć powodów, by przestać wierzyć w bajeczkę, że dobra polityka gospodarcza wymaga zaangażowania dobrych ekonomistów. Na tym polu w stu procentach zgadzam się z królową Elżbietą II, która w listopadzie 2008 r. odwiedziła London School of Economics. Najpierw grzecznie wysłuchała wystąpienia o przyczynach wybuchu kryzysu finansowego, który właśnie ogarniał świat. A zaraz potem dobrodusznie, ale celnie zapytała: „No dobrze, ale jak to możliwe, że nikt z państwa tego nie przewidział?”.

Zawsze jest pan taki ostry wobec własnej profesji?

Tu nie chodzi o jakąś szczególną złośliwość wobec swojego plemienia. Raczej o uświadomienie sobie, że oddawanie tak kluczowej dziedziny życia jak gospodarka garstce technokratów nie jest dobrym pomysłem. I to z dwóch powodów. Po pierwsze to jest zaprzeczenie demokracji. Bo przecież nie po to mamy legalnie wybranych przedstawicieli, żeby zaraz potem mówić im: „O nie, bratku! Ty nosa w gospodarkę wkładać nie będziesz! W innych dziedzinach proszę bardzo, ale od gospodarki wara! Tu trzeba się znać”.

A drugi powód?

Drugi powód to ekonomiczny imperializm. Ekonomistom nie wystarcza to, że żaden laik nie śmie zapuszczać się na ich poletko. Oni sami bardzo chętnie mieszają się do innych dziedzin. Już w 1932 r. angielski ekonomista Lionel Robbins stworzył z pozoru niewinną definicję ekonomii. Czytamy w niej, że „ekonomia to nauka o ludzkim zachowaniu jako o stosunku między danymi celami i ograniczonymi środkami o alternatywnych zastosowaniach”.

Brzmi niewinnie.

Tylko z pozoru. De facto oznacza to, że ekonomia to badanie racjonalnych ludzkich zachowań. A jeśli tak, to niby dlaczego nie przyłożyć jej do wszystkich innych dziedzin życia. I to się właśnie dzieje! Gary Becker…

Zmarły w tym roku amerykański noblista i filar szkoły chicagowskiej.

Tenże Becker zasłynął używaniem ekonomii wszędzie: do analizowania relacji w małżeństwie, przestępczości czy polityki narkotykowej. W wersji pop to samo robią takie książki jak „Freakonomia” (wydania polskie 2008 i 2011 – red.), gdzie ekonomista Steven Levitt i dziennikarz Stephen Dubner piszą o ekonomicznych prawidłach stojących za zachowaniem japońskich zawodników sumo czy członków Ku-Klux-Klanu. I robią to rzecz jasna fantastycznie. Ale w ten sposób tworzy się wrażenie, że ekonomia jest wszędzie. I że wszędzie można – a nawet należy – zastosować żelazne reguły podaży i popytu. Tymczasem każdy z nas wie, że to bzdura. Choć większość ludzi gasi ten sprzeciw już w zarodku. Bo przecież skoro tak mówią ekonomiści, to coś musi być na rzeczy.

Cały czas mówimy o ekonomistach jako o jednym plemieniu. A przecież to profesja wewnętrznie podzielona jak żadna inna.

O, tak! Dzieje się tak dlatego, że ekonomia nie jest nauką ścisłą, która może się oprzeć na wiedzy pewnej. Dlatego pozostają interpretacje. A ponieważ interpretacje mogą być skraje różne, więc rodzą się gorące spory. Nieraz idzie naprawdę na noże.

Jak normalny człowiek ma się w tym chaosie połapać?

Wystarczy, że będzie świadom istnienia dziewięciu podstawowych szkół ekonomicznych.

Aż dziewięciu?! To nie jest tak, że wszystko sprowadza się do sporu wolnorynkowców z etatystami?

Gdyby to było takie proste, nie musiałbym pisać książki „Ekonomia. Instrukcja obsługi”! Moim zdaniem najważniejszych szkół jest dziewięć. I każda z nich ma trochę racji, a jednocześnie każda się trochę myli. Jak to w życiu.

Od czego zaczniemy?

Zacznijmy od szkoły klasycznej. To tradycja myślenia wywodząca się od Szkota Adama Smitha i kontynuowana w XIX w. przez Anglika Davida Ricardo czy Francuza Jeana Baptiste’a Saya. To oni wymyślili „niewidzialną rękę rynku” i byli zdecydowanymi zwolennikami wolnego handlu. W jednym zdaniu ich przesłanie można podsumować tak: wolne rynki są dobre, bo konkurencja dyscyplinuje wszystkich uczestników gry. Dlatego niech nikt tego mechanizmu nie rusza, bo go popsuje.

To myślenie dość popularne w polskiej publicystyce ekonomicznej.

Ono ma jednak parę słabych punktów. Klasycy generalnie nie potrafią radzić sobie z kryzysami i z problemami społecznymi, takimi jak bezrobocie. Każą się tym zjawiskom bezczynnie przyglądać, jakby to był jakiś dopust boży. Bo my, śmiertelnicy, zaradzić im i tak nie możemy.

Pesymiści.

I trochę niedzisiejsi. Poza tym myśl klasyczna – stworzona w czasach rewolucji przemysłowej – ma już jednak swoje lata. Dlatego gdzieś po drodze wykiełkowała z niej tradycja neoklasyczna. Jej najważniejszy przedstawiciel to zmarły w 1924 r. Alfred Marshall, guru angielskiej, a co za tym idzie – światowej ekonomii pierwszej ćwiartki XX w.

Co mówią neoklasycy?

Oni uważają, że jednostka wie, co robi. I dlatego nie należy uszczęśliwiać jej na siłę. Duch neoklasyczny jest w ekonomii obecny do dziś. To od nich pochodzi na przykład kluczowe w ekonomii pojęcie użyteczności. Czyli subiektywnego zadowolenia homo oeconomicus z rzeczy, które mu się przytrafiają. Według neoklasyków człowiek to jest taka racjonalna maszyna, która cały czas goni za tym, by tej użyteczności mieć jak najwięcej. A gospodarka to suma takich właśnie maszynek.

I to jest – jak rozumiem – jednocześnie słaby punkt podejścia neoklasyków do ekonomii.

Tak. Bo wystarczy rozejrzeć się wokół siebie. Czy widzimy tam takie racjonalne maszynki goniące za maksymalizacją swojego egoistycznego interesu?

Czasem tak, a czasem nie.

No właśnie. Czy bankowcy pompujący bańkę na rynku nieruchomości przed rokiem 2008 działali racjonalnie, czy głupio? Czy gospodarka dobrze na tym wyszła? Kilka takich pytań i całe neoklasyczne rozumowanie zaczyna się chwiać. Do tego dochodzi jeszcze zarzut natury klasowej. To znaczy, że neoklasycy są obrońcami status quo. Jesteś bogaty? Widocznie zasłużyłeś! Jesteś biedny? Pewnie byłeś głupi i leniwy! To dlatego neoklasyków więcej na wyższych partiach drabiny społecznej. A im niżej, tym jest ich mniej.

I tak dochodzimy do kolejnej szkoły ekonomicznej, czyli marksizmu.

Jej przedstawiać aż tak bardzo nie trzeba. Sedno marksizmu tkwi w przesłaniu: kapitalizm to znakomite narzędzie rozwoju ekonomicznego. Ale upadnie. Bo jest oparty na wyzysku. I ci wyzyskiwani w końcu upomną się o swoje interesy.

No i upomnieli się!

I tak, i nie. Bo historia pokazała, że Marks miał i ma nadal wiele racji w punktowaniu słabości kapitalizmu. Ale w jednym go nie docenił. Nie przewidział, że będzie on w stanie tak się przepoczwarzać, by uniknąć wielkiej rewolucji komunistycznej na szeroką skalę.

Dzięki czwartej szkole, czyli keynesizmowi.

Dlatego trudno powiedzieć, czy keynesizm jest lewicowy, czy raczej konserwatywny. Bo z jednej strony forsuje on konieczność stworzenia takich mechanizmów, które przesuną środki od bogatych w kierunku biednych. Głównie w formie rządowej interwencji w gospodarkę. Jednak z drugiej strony keynesiści stawiają na redystrybucję nie dlatego, by raz na zawsze zniwelować podziały społeczne. O, nie! Oni nie są marksistami. Chcą tylko, żeby biedniejsi mieli środki, które pozwolą im na kupowanie produktów tworzonych przez kapitalistów. Żeby te pieniądze mogły do nich wrócić. Keynesizm jest więc szkołą pokojowego zmniejszania nabrzmiałych problemów społecznych. Ale nie rości sobie ambicji do ich rozwiązania raz na zawsze.

A słabe strony Keynesa?

Skupienie się na krótkim okresie. Keynes jest autorem słynnej frazy, że „w długim okresie wszyscy będziemy martwi”. I to była wielka siła jego szkoły, bo ona nie pozwalała chować głowy w piasek, gdy gospodarką wstrząsała recesja. Ale to miało też swoje negatywne strony. Bo stosowany zbyt długo keynesizm rodzi skostnienie. Jest raczej słaby w radzeniu sobie z długofalowymi problemami: skutkami postępu technologicznego albo wypaczania się instytucji.

Jak Keynes, to i jego główny rywal – Friedrich von Hayek. Czyli szkoła austriacka. O co im – jednym zdaniem – chodziło?

Austriacy mówią: nie ma takiej instytucji, która byłaby w stanie przetworzyć wszystkie informacje od nabywców i sprzedawców. Dlatego najlepiej zostawić wszystko rynkowi. Szkoła austriacka była dzieckiem swoich czasów. Miała być odtrutką na próby zaprowadzenia centralnego planowania. Jej popularność w USA – począwszy od lat 70. – wiązała się również z ponownym zaostrzeniem zimnej wojny. Bo każdy pocisk, który można było odpalić w znienawidzony Związek Radziecki, był dobry.

Wyczuwam ironię.

Szkoła austriacka jest tyleż spójna, ile oderwana od rzeczywistości. Hayek był bowiem radykałem. W swoim sztandarowym dziele „Droga do niewolnictwa” pisał wręcz, że każda interwencja rządu w gospodarkę wprowadza kraj na równię pochyłą wiodącą wprost do socjalizmu. Podkreślam słowo „każda”. Rzecz w tym, że nie ma świecie kraju, w którym rząd zupełnie wycofał się z gospodarki. I nigdy nie będzie. Bo to by był jakiś horror.

Szkoły, o których do tej pory mówiliśmy, są dość znane. Te mniej oczywiste zostawił pan na koniec.

Moim zdaniem najważniejszą spośród niedocenianych szkół ekonomicznych jest ekonomia rozwoju. Pokazuje ona świat z nieco innej perspektywy niż te poprzednie. To jest optyka krajów biednych i słabo rozwiniętych. Takich jak pańska ojczyzna Polska i moja – Korea.

Korea trochę jednak bogatsza.

Ale nie zmienia to faktu, że gdyby Korea przyjęła bezkrytycznie popularną na Zachodzie opowieść o tym, że droga do rozwoju ekonomicznego wiedzie przez maksymalne otwarcie swojej gospodarki, to tkwili byśmy do dziś na peryferiach światowej gospodarki. I to jest właśnie główne przesłanie ekonomii rozwoju. Dowodzi, że kraje zacofane nie rozwiną się nigdy, jeżeli zdadzą się tylko na rynek. Bo ten zawsze premiuje silniejszych. Wbrew pozorom tego typu myślenie nie zrodziło się w Korei, Japonii ani w Chinach.

Tylko gdzie?

W średniowiecznej Anglii. W renesansowych Włoszech. A potem w USA po zwycięskiej wojnie o niepodległość.

To Ameryka nie była od początku swego istnienia wolnorynkowym rajem?

To jeden z największych mitów historii gospodarczej. Amerykanie stali się promotorami wolnego handlu, gdy już poczuli, że mogą sobie na to pozwolić. Ale wcześniej należeli do największych zwolenników ekonomicznego protekcjonizmu. Takie podejście wymyślił sekretarz skarbu Alexander Hamilton.

Ten z banknotu dziesięciodolarowego.

Ten sam. On jest autorem koncepcji „raczkujących gałęzi przemysłu”, które państwo musi chronić z pomocą wszystkich dostępnych środków: barier celnych, a – jeśli zajdzie taka potrzeba – nawet metodami wojskowymi. A dopiero gdy przemysł się rozwinie, może się boksować na bardziej otwartych rynkach. Mówiąc krótko, Hamilton był ojcem tej samej koncepcji, z którą 200 lat później walczyły ulokowane w Waszyngtonie instytucje finansowe: MFW i Bank Światowy.

Dużo tego wszystkiego się robi. Jakie szkoły nam jeszcze zostały?

Ważna jest też szkoła schumpeterowska. Jej guru Joseph Schumpeter też był Austriakiem. Ale z Hayekiem łączyło go niewiele. Schumpeter był trochę jak Marks. Bo też przewidywał, że kapitalizm wpadnie w kłopoty. Choć nie z powodu rosnących różnic społecznych. Zdaniem Schumpetera firmy będą rosły i rosły, aż w końcu staną się niewydolnymi biurokratycznymi potworami. Niezdolnymi do wygenerowania jakichkolwiek innowacji.

Miał wiele racji.

Ale nie sprawdziła się jego główna przepowiednia – kapitalizm nie upadł. Bo kapitalizm i na tym polu okazał się sprytniejszy. Wytworzył mechanizmy samonaprawy. Na przykład na polu innowacji wielkie koncerny zaczęły współpracować z rządem. I to w ten sposób powstaje dziś większość przełomowych odkryć, które ciągną gospodarkę do przodu. Wystarczy wspomnieć internet.

Czy to już wszyscy?

Skąd. Możemy jeszcze wspomnieć o szkole instytucjonalnej i szkole ekonomii behawioralnej. Obie są wynikiem niezgody na ograniczanie ekonomii tylko do spojrzenia szkoły klasycznej i szkoły neoklasycznej. Czyli sprowadzania ludzi do tych racjonalnych i egoistycznych maszynek, które gonią jedynie za maksymalizacją użyteczności.

Co mówią instytucjonaliści?

Że każdy z nas jest produktem społeczeństwa, z którego wyrósł. Nawet wtedy, gdy może zmieniać panujące w nim zasady.

A jaśniej?

Weźmy pod rozwagę taką zagadkę: dlaczego w gospodarce rynkowej w ogóle istnieją firmy, nierzadko organizujące więcej niż jeden etap produkcji jakiegoś towaru? Przecież teoretycznie na każdym z nich powinien zarabiać osobny homo oeconomicus.

To się nie opłaca.

No właśnie. Instytucjonaliści spopularyzowali termin kosztu transakcyjnego. W każdym społeczeństwie takie koszty kształtują się inaczej. I dlatego homo oeconomicus w Brazylii zachowuje się inaczej niż jego odpowiednik w Wielkiej Brytanii.

A ostatnia szkoła twierdzi, że homo oeconomicus… nie istnieje. I nigdy go nie było.

To behawioryści. Oni z kolei poddali w wątpliwość inne założenie szkoły klasycznej, czyli racjonalność pojedynczego uczestnika ekonomicznej gry. Bo niby na jakiej zasadzie ekonomiści mówią, że ludzie zareagują w ten albo inny sposób na jakiś ekonomiczny impuls? Czy nie przeceniają ich zdolności do analizy sytuacji? Czy nie zapominają o pułapkach myślowych, w które każdy z nas wpada?

Mamy zatem dziewięć szkół…

A teraz pora uświadomić sobie, że w praktyce nigdy nie mamy do czynienia z tylko jedną z nich. Zawsze to będzie koktajl złożony z różnych szkół i tradycji.

To dobrze?

Bardzo dobrze. Dlatego na podręcznikach ekonomii powinno się zawsze znajdować ostrzeżenie: „Wypicie tylko jednego składnika surowo wzbronione. Może prowadzić do arogancji, a nawet martwicy intelektualnej”.

To już nawet nie pytam, do której szkoły pan siebie zalicza.

I słusznie.

Ha-Joon Chang – koreański ekonomista pracujący na Uniwersytecie Cambridge. Autor kilku głośnych książek, w tym „23 rzeczy, których nie mówią ci o kapitalizmie” (wydanie polskie 2013 r.). W 2014 r. ukazała się jego najnowsza książka „Economics: The Users Guide” (Ekonomia. Instrukcja obsługi).

http://forsal.pl

A mit, że Stany Zjednoczone wzbogaciły się dzięki wolnemu rynkowi, jest nieśmiertelny…
Admin

Źródło: https://marucha.wordpress.com/2015/03/17/kraje-zacofane-nie-rozwina-sie-nigdy-jezeli-maksymalnie-otworza-swoje-gospodarki/

wtorek, 14 kwietnia 2015

Młoda Matko! Tego się na kursach nie dowiesz! SIDS. Zespół Nagłej Śmierci Niemowląt.

dr J. Jaśkowski
 
 
Tylko odkrywanie prawdy powoduje,
że nasze życie jest ciekawe i pożyteczne. [JJ]

 
Światowa Organizacja Zdrowia sklasyfikowała oficjalnie 131 przyczyn śmierci noworodków.
Wśród tych oficjalnych przyczyn nie istnieje śmierć z powodu otrzymania zastrzyku szczepionki. A przecież coraz częściej opisuje się takie przypadki. Są więc one w statystykach oficjalnych ukrywane?
 
W związku z faktem, że w Polsce statystyk się nie prowadzi, albo prowadzi się je tylko dla wybranych, czyli starszych i mądrzejszych, muszę oprzeć się na danych USA. Poza tym, jeżeli jesteśmy już oficjalnie nazywani 52. stanem USA [z prawami dla tubylców żyjących w rezerwatach], to przecież powinniśmy znać dane macierzy.
 
Przypomnę, że Główny Inspektor Sanitarny zastrzegł sobie ustawowo, że dostęp do danych statystycznych jest ściśle reglamentowany i byłe łapserdak, czyli obywatel polski, tym bardziej naukowiec, nie ma prawa znać danych. I co najważniejsze, żadnemu aktorowi sceny politycznej to nie przeszkadza.
Poza tym, pomimo ewidentnego faktu, że ten urząd jest opłacany z pieniędzy podatnika, to najpierw sobie każe płacić za informacje, a potem może odmówić ich wydania bez podania przyczyny. Ustawa jest tak skonstruowana, że systemu odwołań nie przewiduje.
A przecież skoro jest to urząd jeszcze państwowy, to wszelkie te dane powinny być jawne na stronie internetowej tej Instytucji. Tak więc Szanowny Czytelniku, od razu masz odpowiedź komu podlega ten urząd i kto go opłaca. Wiadomo, pan płaci, sługa musi...
Poza tym, brak jawności świadczy o konieczności ukrywania danych. Proste pytanie: dlaczego i jakie dane są ukrywane?
Z moich kontaktów osobistych wiem, że przez około 20 lat pracy znajomego w takim urzędzie, żaden poseł, radny, czy inny urzędnik, nie był zainteresowany otrzymaniem jakichkolwiek danych. Taki mamy poziom aktorów sceny politycznej. A przecież podejmują decyzje w imieniu żyjących obywateli. Jak można podejmować decyzje, nie znając faktów? Można wypełniać tylko odgórne polecenia!
 
Niestety, najczęściej powtarzanym błędem jest nieznajomość pojęcia demokracja. Demokracja w starożytnej Grecji znaczyła głosowanie bezpośrednie całego tłumu zgromadzonego na rynku. Wybory poprzez przedstawicieli, czyli posłów, nazywają się OLIGARCHIĄ. Zdziwienie budzi fakt nieznajomości podstawowych pojęć przez na przykład dziennikarzy.
 
Przechodząc do tematu.
Już w 1933 roku American Medical Association – JAMA, opublikował udokumentowaną pracę o nagłej śmierci - SIDS- dwojga niemowląt zaraz po szczepieniu przeciwko krztuścowi [obecnie to jest DPT].
Pierwsze dziecko dostało drgawek około 30 minut po otrzymaniu szczepionki i zmarło kilka minut potem. U drugiego dziecka drgawki wystąpiły po około 2 godzinach i śmierć nastąpiła zaraz potem.
 
W 1946 roku Werner i Garrow opublikowali artykuł o nagłej śmierci jednojajowych bliźniąt, w 24 godziny po otrzymaniu szczepionki przeciwko krztuścowi. Objawy porażenia trwały przez całą noc aż do zgonu.
 
W latach 60. i 70. takie masowe ludobójstwo stosowano w Australii, poprzez przymusowe szczepienia dzieci Aborygenów. Śmiertelność wynosiła 50 % szczepionych dzieci. Czyli co drugie dziecko umierało. Pracujący w tym rejonie dr Kalokerinos opisał bardzo dokładnie te przypadki. Jak można to sprawdzić, informacja ta została wymazana z podręczników, zarówno chorób zakaźnych, jak i epidemiologii w Polsce. Od razu wiesz, kto pisze podręczniki i dla kogo.
 
W Japonii, pomiędzy rokiem 1970 a 74, zanotowano aż 37 dokładnie udokumentowanych przypadków nagłej śmierci niemowląt. Wszystkie zgony występowały po szczepiące przeciwko krztuścowi.
Rząd JAPONII podjął radykalną decyzję zakazu szczepień dzieci przed drugim rokiem życia. W latach 1980 nagła śmiertelność noworodków spadła z 1,47 zgonów do 0.15, czyli zmniejszyła się o prawie 1000 %.
W całym dziesięcioleciu śmiertelność spadła z 12.5 do 5.
Charry i wsp. jednoznacznie stwierdzili, iż „ jest oczywistym, że opóźnienie pierwszych dawek szczepienia do dziecka 24 miesięcznego, niezależnie od rodzaju szczepionki, zmniejsza większość czasowo powiązanych działań niepożądanych”.
  
Powyższy wykres [mi nie przesłał jego adresu – kołatajcie u dr. JJ] pokazuje brak związku z wydatkami pieniędzy podatnika na służbę zdrowia, a spadkiem śmiertelności w ogóle i z powodu chorób zakaźnych.
Innymi słowy, wzrost wydatków jest wynikiem tylko i wyłącznie manipulacji, polegających na skoku na pieniądze podatnika i przerzucaniu ich do prywatnej kieszeni. Dlatego szczepienia są centralnie sterowane i „bezpłatne”.
 
 Nagła epidemia SIDS wystąpiła koło roku 1960, w związku ze wzrostem liczby szczepionek podawanych dzieciom. Po raz pierwszy w historii podawano dzieciom kilka dawek szczepionki w pierwszym roku: DPT, polio, odrę.
W związku z licznymi zgonami po szczepieniach, w 1969 roku wymyślono pojęcie „nagłej śmierci łóżeczkowej noworodków”, czyli SIDS.

Nie jest to nic nowego, podobnie wymyślono związek pomiędzy próchnicą, a fluorem w 1940 roku. Po prostu nie wiedziano, co robić z olbrzymią ilością odpadów kwasu fluorowodorowego, jednej z najgorszych trucizn.
Identycznie postąpiono z powodu braku jaj na rynku. Stworzono bajki cholesterolowe i związek pomiędzy cholesterolem, a miażdżycą i chorobami serca.
Jak wiadomo, ogłupiono społeczeństwa poprzez dentystów, wmawiając, że fluor zapobiega próchnicy. W ten sposób, zamiast za ciężkie pieniądze składować te trucizny, wciska się je do pasty do zębów, a głupi ludek jeszcze za to płaci. Przypomnę, że fluor jest neurotoksyną i małe dziecko może w czasie mycia zębów połknąć nawet 5 mg. Dopuszczalna norma wynosi poniżej 0.5 mg. Nie wspominał będę o tych zakładach fluoryzacji zębów, w samej Warszawie jest ich kilkanaście, ani tych namawiaczach do częstego mycia zębów, co zwielokrotnia  ilość pochłoniętego fluoru.
 
Około 1964 roku wystąpiły zaburzenia na rynku jaj w USA. Doradca prezydenta ogłosił „rewelacyjną wiadomość”, że jedzenie jajek jest przyczyną zwałów serca z powodu miażdżycy. Ta wierutna bzdura trwa już przez 3 pokolenia i nadal cała masa otumanionych ludków, szczególnie tych po studiach, w to wierzy.
Wiadomo, po dogmatach religijnych najlepiej utrwalają się dogmaty medyczne. I z tego korzystają rozmaitego rodzaju szalbierze i oszuści.
 
Od 1972 roku SIDS stał się główną przyczyną zgonów od 28. do 365. dnia życia.
SIDS zdefiniowano jako nagłą i niespodziewaną śmierć dziecka, u którego nawet normalna sekcja nie może ustalić przyczyny zgonu. Oficjalne objawy SIDS nie zostały opisane, ale najczęściej stwierdza się obrzęk płuc i objawy zapalenia dróg oddechowych.
Sprawa stała się na tyle głośna, że w 1986 roku Kongres USA stworzył ustawę Public Law 99-660, która pozwoliła utworzyć słynny VICP. Wydawane są raporty VAERS, w których odnotowuje się zgłaszane przypadki stwierdzanych powikłań. Jak udowodniły liczne badania, VAERS odnotowuje od 1 do 5 % faktycznych powikłań, czyli dane prezentowane należy pomnożyć co najmniej przez 20.
Jaki był cel  powołania takiej instytucji? Chodziło po prostu o immunitet sądowy dla producentów. To znaczy producent może wytwarzać co chce, pod nazwą szczepionki, a jak wystąpią jakieś powikłania, to nie musi płacić odszkodowań, tylko pokrywane jest to z tego funduszu, który po prostu wliczony jest w cenę każdej szczepionki. Na początku było to 8 dolarów dodawane do ceny szczepionki. Jeżeli koszt produkcji szczepionki - ampułki wynosi kilka centów, a musisz ją kupić Szanowny Czytelniku za 100, lub więcej złotych, to sam widzisz na ile ciebie naciągają, przy cenie dolara 3,5 zł.
Oczywiście starsi i mądrzejsi wyprzedzają twoje rozumowanie co najmniej o okres jednego pokolenia. Zanim Ty zorientujesz się o co chodzi, to oni, przy pomocy tuziemskich lemingów, zwanych aktorami sceny politycznej, uchwalają ustawy blokujące Twoje jakiekolwiek działania. W POLsce dzięki, m.in. dzięki obecnemu senatorowi [G.B.Piecha] z PIS-u, stworzono ustawę zakazującą lekarzom składania raportów o powikłaniach poszczepiennych.

Wiesz więc od razu, przez kogo jest finansowany PIS. To samo dotyczy Naszego Dziennika, czy innych gazet.
Ale to  jest jedna strona medalu. Od ustaw daleko do zmniejszenia śmiertelności łóżeczkowej dzieci. Co robić?
A od czego mamy organizacje tzw. pozarządowe? Już w 6 lat po ustawie Kongresu, Amerykańskie Stowarzyszenie Pediatrów [to dopiero musza być ludzie mądrzy inaczej], wymyśliło i szeroko reklamowało, że SIDS występuje dlatego, że rodzice kładą dzieci na brzuszkach do spania.
 
Równie infantylny wniosek trudno było sobie wymyśleć, ale większość tego pożal się Boże Towarzystwa to kobiety, a  przecież one mają tyle innych ważnych rzeczy na głowach.
Amerykańska Akademia Pediatrii zainicjowała ruch „Back to Sleep”, jako panaceum na SIDS. Czegóż nie robi dobra reklama. Jak pisałem to już wielokrotnie, w Polsce od 1990 roku zlikwidowano rodzime czasopisma medyczne, mamy więc tylko i wyłącznie reklamówki przemysłu farmaceutycznego. W ten prosty sposób lekarzy pozbawiono możliwości wymiany spostrzeżeń, obserwacji, doświadczeń. Poza tym zlikwidowano wszelkie konferencje naukowe. Obecnie organizowane są zjazdy prania mózgów, na których występują tylko i wyłącznie zaproszeni wykładowcy. Oczywiście opłacani. O to przecież chodziło. Stadem baranów łatwiej jest kierować.
 
Od tego czasu statystyki SIDS zdecydowanie się poprawiły. Śmiertelność z powodu SIDS spadała średniorocznie o około 8%. Rewelacja!!! Jednak jakiś niepoprawny statystyk podał analizie oficjalne dane. I co stwierdził?
 
Chociaż śmiertelność z kodu ICD-130 naprawdę spadała średniorocznie o te 8%, to śmiertelność z powodu kodów ICD - 9 oraz [E 913 i E 913, 9] „uduszenia” oraz ICD 9 kod 799.9 „nieznane przyczyny”, a także EICD9 kod E 980 i E 989 „nieznane”, wzrastała średniorocznie o ponad 11%. Podobne obserwacje poczyniono w Australii.
Dane liczbowe były następujące. Stopa SIDS spadała z 61.6 na 100 000 w roku 1999, do 50,5 na 100 000 w roku 2001.
W tym badanym okresie dane dotyczące zgonów z kodu „uduszenie”, czy „nieznane”, były „stałe” i utrzymywały się na poziomie 77,4 na 100 000. Czyli spadek był pozorny i polegał na innej klasyfikacji.
A pamiętam z lat 90. jak to moje PT Koleżanki namawiały rodziców do konieczności spania dzieci na plecach.
 
Niestety, musimy sprawę jeszcze bardziej „sprowadzić do parteru”.
Jakość tak się dziwnie składa, że pediatrzy są nadal mentalnie w epoce Pasteura i zupełnie nie biorą pod uwagę zmian środowiskowych. Otóż już w 1856 roku, podręczniki dla budowlańców, obowiązujące na uczelni w Berlinie, w Cesarstwie Pruskim, zobowiązywały architektów i budowlańców do zapewnienia wymiany powietrza w pomieszczeniach, na poziomie minimum 25 m3 na godzinę.
W Polsce jeszcze na początku lat 60. te normy były zachowywane. Każdy ze starszych może sobie przypomnieć, że pod parapetem okna była kratka, mniej więcej 15x 15 cm, zapewniająca wymianę powietrza. W podręcznikach cesarskich stało jak wół, że dodatkowo musi być szpara w drzwiach o szerokości 90 cm, co najmniej 5 cm pomiędzy podłogą, a drzwiami.
Ale od czasu tzw. marcowych docentów zlikwidowano rozdział o wentylacji, tworząc kominy wewnątrz pokojowe.  Zapomnieli ci mądrzy inaczej ludzie z awansu, [nie matura, a chęć szczera…], że aby powstał ciąg powietrza, to różnica wysokości musi wynosić co najmniej 9 metrów.
Jeżeli chcesz się przekonać Czytelniku, to sprawdź czy chociaż z jednego dachu, będącego w zasięgu wzroku, wystaje komin 9 metrowy? I masz odpowiedź określającą poziom architektów.
A konieczność wentylacji udowodniono 150 lat temu, czyli 6 pokoleń wstecz. To są właśnie skutki ciągłego mordowania polskiej inteligencji, czyli na przykład tzw. Mordy Katyńskie [chodzi przecież nie tylko o Las Katyński, ale i o mordowanie inteligencji polskiej poprzez zatopienie w Morzu Białym <http://educodomi.blog.pl/ksiazki-dr-jj/>, w 1940 roku]. Jesteś zdziwiony, że żadnego komina nie widzisz? A po co, niech się ludek dusi.
 
Każdy z nas wydziela podczas oddychania dwutlenek węgla. Znam osobiście przypadki nagłej śmierci pracowników stoczni, z powodu zatrucia się dwutlenkiem węgla w zęzach statku, po wcześniejszym spawaniu w tych pomieszczeniach.
Jeżeli kilka osób w pomieszczeniu wydycha dwutlenek węgla, cięższy 1.5 razy od powietrza, to kto go ma wyrzucić z pokoju, jak wentylacji nie ma?
Nawet ci wstrętni naziści wiedzieli, że wentylacja w szkołach musi wynosić 40 metrów sześciennych na godzinę, a dla dyrektorów i funkcjonariuszy partyjnych aż 75 metrów na godzinę. Przecież taki człowiek podejmuje decyzje dla narodu, nie może być w stanie niepoczytalności, związanej z podtruciem dwutlenkiem węgla.
Brak kominów sprowadza wentylację do zera. Temperatura 22 st. C i więcej, jeszcze bardziej utrudnia oddychanie w pomieszczeniu. Dwutlenek węgla podnosi się wyżej.
Można by to wyeliminować za pomocą rekuperatorów. A proszę sie przyznać z ręką na sercu, kto z Państwa o tym słyszał?
A w każdym województwie mamy wyższe uczelnie.
 
Nasze badania poziomu dwutlenku węgla w szkołach i szpitalach wykazały zastraszające poziomy tej trucizny. W klasach szkolnych już po 30 minutach poziom przekraczał 3000 ppm. Jest to wartość graniczna dla bydła w oborach. Powyżej tej koncentracji Unia Europejska nie daje dofinansowania hodowcy.
Jak widzimy, nasze ministerstwo, nie wiadomo dlaczego, zwane Ministerstwem Oświaty, w ogóle o tym nie wie. No, ale właśnie w tym celu wymyślono powszechną edukację, czyli system powszechnej indoktrynacji, zwany Komisją Edukacji Narodowej, już w 1774 roku.
Jeszcze gorzej, pod tym względem, jest w tzw. prywatnych uczelniach.
 
Najgorzej jest w szpitalach pediatrycznych. W małych nie wentylowanych salkach średnio koncentracja dwutlenku węgla przekracza 5000 ppm,
Problem jest zdecydowanie gorszy z niemowlakami. Jak włożymy takiego malucha o masie 3-5 kg do łóżeczka, a jeszcze zasłonimy kocykiem szczelnie boki łóżeczka, to tworzymy komorę gazową. Nasze pomiary wykazały, że już po godzinie – dwóch, koncentracja CO2 przekracza 10 000 ppm. Więcej nie mogliśmy mierzyć, ponieważ skala miernika się kończyła.
Co to znaczy? Wiadomo, że u dziecka po szczepieniu występuje stan zapalny. Świadczą o tym , poza jakąkolwiek dyskusją,  parametry takie jak wzrost leukocytozy, wzrost poziomu białka CRP.
Wyniki sekcji dzieci wykazują uszkodzenie układu oddechowego.
Jeżeli dziecko ma uszkodzony układ oddechowy, to jego oddychanie jest płytkie. To znaczy, że ciężki dwutlenek węgla zalega w obrębie 15- 20 cm dookoła głowy. Czyli dziecko oddycha w dużej części dwutlenkiem węgla. A jak podałem, czujniki notują w pobliżu noska i ust dziecka koncentrację dwutlenku węgla powyżej 10 000 ppm.
 
Tak wiec Nagła Śmierć Łóżeczkowa, z angielskiego zwana SIDS, po szczepieniu jest wynikiem uduszenia się dziecka z powodu zatrucia dwutlenkiem węgla.

Wystarczyłoby zastosować wentylację, czyli stałą wymianę powietrza w pomieszczeniu, a nie zamykanie dziecka w łóżeczku w rodzaju komory.

Piszemy o tym od ponad 10 lat. W żadnym szpitalu nie zastosowano mierników dwutlenku węgla. Większość ordynatorów w ogóle boi się dokonywać pomiarów dwutlenku węgla na swoich oddziałach. Musieliśmy to robić po kryjomu, chociaż badania były pokrywane z naszych funduszy prywatnych.
A co robią tzw. konsultanci z neonatologii, czy pediatrii? Ano, jak sam widzisz Dobry Człowieku, sprzedają szczepionki.
Podobnie wygląda sytuacja w wózeczkach dla niemowlaków. Wykonane są one z materiałów sztucznych, nieprzepuszczających wody i powietrza. Bardzo często widzimy taką mamuśkę pchającą wózek za kilka tysięcy złotych, ze szczelnie zasłoniętym przodem. Ta mądra inaczej kobiecina, posiadająca jak widać duża kasę, nie zdaje sobie nawet sprawy, że dusi własne dziecko. No cóż, pieniądze najczęściej nie idą w parze z wiedzą. O wiele częściej z cwaniactwem.
 
 Ryc 2, na marginesie histerii odrowej fanatyków szczepień,
 Dr hab. n. med. Teresa Jackowska
Honoraria od firmy GSK i MSD za wykłady wygłaszane na konferencjach naukowych i szkoleniowych oraz finansowanie udziału w międzynarodowych kongresach i konferencjach naukowych.
Dr n. med. Jacek Mrukowicz*
W okresie minionych 3 lat otrzymałem:
honoraria od firmy GSK i MSD, producentów szczepionek przeciwko HPV, za wykłady wygłaszane na konferencjach naukowych i szkoleniowych
finansowanie udziału w międzynarodowych kongresach i konferencjach naukowych od firmy GSK.
Jestem redaktorem naczelnym czasopisma „Medycyna Praktyczna Pediatria” i suplementów „Szczepienia” wydawanych przez wydawnictwo Medycyna Praktyczna, w których pojawiają się m.in. reklamy szczepionek i produktów wytwarzanych przez firmy GSK i MSD.
Jestem etatowym pracownikiem „Medycyny Praktycznej Szkolenia”, która organizuje konferencje i warsztaty szkoleniowe dla lekarzy i pielęgniarek, w tym m.in. sponsorowane przez firmę GSK.
Dr hab. n. med. Leszek Szenborn, prof. nadzw. AM
Honoraria za wykłady/konsultacje, finansowanie w uczestnictwach w konferencjach i kongresach naukowych (MSD i GSK)
Prowadzenie badań klinicznych (GSK)

Prof. dr hab. n. med. Jacek Wysocki
Uczestniczył w badaniach klinicznych, wykładach sponsorowanych oraz korzystał z pomocy finansowej przy wyjazdach na kongresy naukowe od kilku firm produkujących szczepionki.
Volume 85, Issue 4 <http://www.sciencedirect.com/science/journal/00313939/85/4>, July–August 2010, Pages 360–370


Rozpowszechnianie wszelkimi możliwymi sposobami jest jak najbardziej wskazane.
 jerzy.jaskowski@o2.pl

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Siłownia anulowała członkostwo kobiecie, która narzekała na obecność transseksualisty w przebieralni.

Siłownia Planet Fitness anulowała członkostwo kobiecie po tym jak skarżyła się na to, że transseksualista był obecny w kobiecej szatni. Biuro spółki stwierdziło, że transpłciowa kobieta, mieszkanka Midland, Yvette Cormier identyfikuje siebie jako kobietę, i że członkowie mogą korzystać z jakiejkolwiek szatni odzwierciedlającej ich "tożsamość płciową."

"Nasza polityka niedyskryminacji płci stanowi, że członkowie i goście mogą korzystać ze wszystkich siłowni w oparciu o ich szczerą samoocenę tożsamości płciowej," McCall Gosselin, dyrektor public relations Planet Fitness, powiedział w oświadczeniu.

[...] Cormier powiedziała, że incydent rozpoczął się 28 lutego, kiedy została zaskoczona przez obecność transseksualisty w kobiecej szatni. "Zostałam pozbawiona członkostwa, ponieważ ten człowiek stał tam," powiedziała Cormier. "To mnie zszokowało, dlaczego ten człowiek był tutaj?" Powiedziała także, że pracownik powiedział jej, że osoba identyfikuje się jako kobieta.




[...] Podobny przypadek miał miejsce w 2013 roku, kiedy uczennice Gimnazjum w mieście Florence w Kolorado zostały oskarżone o przestępstwo nienawiści po tym jak narzekały, iż są nękane przez transseksualistę korzystającego z damskiej łazienki.



Władze szkoły stanęły zdecydowanie po stronie transseksualnego studenta i nawet zaproponowały by dziewczyny zrezygnowały z dostępu do większości damskich toalet, poinformowało CBN News.


Link do oryginalnego artykułu: LINK

Źródło: http://www.prisonplanet.pl/kultura/silownia_anulowala,p705445580