piątek, 27 lutego 2015

Zdrada! Litwa wbija Polakom rosyjski nóż w plecy!

Koniec polskich szkół na Litwie. Koniec sojuszu energetycznego. Koniec nadziei na dwujęzyczne tablice z nazwami. Koniec złudzeń. Tchórzliwa polska polityka pobłażliwości zbiera ponure żniwo.

Jeśli ktoś miał wątpliwości, że litewskie władze, deklarując swoją „antyrosyjskość”, faktycznie realizują politykę Moskwy, teraz pozbędzie się złudzeń. Mamy „ostateczne rozwiązanie kwestii polskiej” na Litwie. Tamtejszy parlament – głosami większości rządowej i wbrew stanowisku AWPL – uchwalił poprawkę do ustawy o mniejszościach, która zakłada likwidację polskich szkół w tym kraju. Ustawa czeka na uchwalenie.

Od tej pory język polski będzie nauczany jedynie jako przedmiot, nie może zaś być językiem wykładowym. To cios w 200 tys. naszych rodaków mówiących po polsku. „To dzień czarnej wstęgi dla mniejszości narodowych” – ocenia wiceprzewodniczący litewskiego parlamentu Jarosław Narkiewicz.



Jednocześnie litewski Sejmas wykreślił z projektu ustawy zapis o dwujęzycznych tablicach z nazwami ulic i miejscowości w skupiskach mniejszości narodowych. W świetle przyjętych obecnie rozwiązań bledną wcześniejsze represje wobec Polaków na Litwie – antypolska uchwała edukacyjna, komornicy zajmujący mieszkania za polskie napisy czy mandaty za używanie języka polskiego.

„Głosowanie pokazało prawdziwą twarz polityków – i tych rządzących i nierządzących – do mniejszości narodowych. Są oni zdecydowani nie tylko nie poprawiać sytuacji mniejszości, ale wręcz ją pogarszać” – mówi Narkiewicz.

Nadchodzi także ostateczne rozwiązanie w kwestii należącej do PKN Orlen rafinerii w litewskich Możejkach, czyli Orlen Lietuva. Strona polska włożyła w jej zakup niemałą gotówkę, a ciężkie pieniądze w jej modernizację.

Władze Litwy – ręka w rękę z Rosjanami – zrobiły jednak wszystko, aby doprowadzić firmę do trudnej sytuacji. Jeszcze w 2006 r. rosyjska Transnieft zawiesiła dostawy surowca dla rafinerii tłumacząc to „awarią” rurociągu „Przyjaźń-Północ”. Pozostał więc transport kolejowy i tankowcami.

Jednak strona litewska narzuciła firmie o 30% wyższe stawki za przewozy kolejowe niż płacą konkurenci Orlenu, chociażby z Białorusi. Polacy płaca najdrożej. Niedawno Orlen poinformował, że w tej sytuacji przerób w rafinerii został ograniczony do minimum, czyli do 60 proc. mocy produkcyjnych. Jak podaje Puls Biznesu, członek zarządu PKN Orlen Marek Podstawa, firma rozważa jako jeden ze scenariuszy likwidację spółki na Litwie.

I o to właśnie chodzi: litewski deputowany Kestutis Glaveckas sugeruje obecnie odkupienie rafinerii od Polaków przez litewski rząd „za symbolicznego lita”. Po tym jak wpakowaliśmy w tę inwestycję gigantyczne pieniądze! To właśnie jest litewskie złodziejstwo i gangsterka.

A co będzie dalej? Wyłączenie rafinerii, największego płatnika podatków na Litwie? „Racjonalne byłoby zastanowienie się nad zaproszeniem pewnej firmy do zainwestowania w ten region, w zamian za pewne korzyści” – mówi litewski deputowany. Czy aby nie chodzi o jakąś firmę rosyjską?

Tymczasem antypolska ustawa edukacyjna już niszczy polskie szkoły na Wileńszczyźnie, wysysa z nich uczniów do szkół litewskich, eliminuje język polski. Kuriozalna była propozycja zapisu, że w każdym rejonie musi pozostać co najmniej jedna szkoła litewska. Za mało kandydatów do szkoły? To jedną trzeba zlikwidować. Którą? No jasne, że polską bo litewska musi pozostać. Nieważne, że do polskiej chce uczęszczać 200 uczniów, a do litewskiej 2.

Drugi sposób na wygnanie uczniów z polskich szkół to rozwiązania w zakresie matury litewskiej. Kończyłeś polską szkołę? Miałeś inny program? I tak masz na maturze litewskie wymagania językowe. Więc albo godzinami nadrabiaj litewski program, albo najlepiej od razu idź do szkoły litewskiej.

Jakby tego było mało, nawet w polskich szkołach zaczęto wprowadzać nauczanie poszczególnych przedmiotów po litewsku. Takich i podobnych działań jest znacznie więcej, ale to wszystko nic w porównaniu z tym, co nastąpi teraz.

AWPL od dawna walczyła o ustawę o mniejszościach narodowych, która broniłaby polskich praw. W koalicyjnym rządzie miała obietnicę poparcia ze strony premiera Algiradasa Butkeviciusa. I nagle ukazuje się, że na skutek wniesionych poprawek ustawa, która miała Polaków chronić, wykończy ich jeszcze szybciej!

Co będzie dalej? Wiadomo, że duża część Polaków nigdy nie podda się litewskiemu dictum i mając tragiczny wybór między lituanizacją lub rusyfikacją, prędzej woli się zrusyfikować. Pozostali zaczną podlegać lituanizacji. W przeszłości Polacy na Litwie nie raz byli już stawiani przed takimi perfidnymi wyborami. Tyle, że kiedyś przez litewskich komunistów, a teraz przez litewskich szowinistów.

Premier Butkevicius, z którym Polacy wiązali nadzieje, okłamał ich i upodlił swoich koalicjantów z AWPL. Podobnie cynicznie zrobił to w sprawie Możejek w stosunku do własności publicznej społeczeństwa w Rzeczypospolitej Polskiej. Czy słowo Litwina – niezależnie od partii politycznej – jest w ogóle cokolwiek warte?

Niestety, Litwini nie rozumieją języka negocjacji. Chcą po prostu zniszczyć Polaków, korzystając z kompletnie biernej postawy władz w Warszawie. W tym celu są gotowi otworzyć Rosji drogę do hegemonii energetycznej w regionie, a postawioną pod murem i wynaradawianą polską mniejszość na siłę przykleić do rosyjskiej.

Pamiętajmy o tym, kiedy po raz kolejny „święte krowy” – Dalia Grybauskaite czy Vytautas Landsbergis – przyjadą do nas by wciskać nam kit o swojej antyrosyjskiej postawie. Prawda jest taka, że swoimi antypolskimi działaniami rozbijają NATO od środka i przygotowują grunt pod rosyjską dominację.

Aleksander Szycht

Źródło: http://kresy24.pl/54384/zdrada-litwa-wbija-polakom-rosyjski-noz-w-plecy/

czwartek, 26 lutego 2015

Masoneria a sprawa abp Stanisława Wielgusa

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Masoneria a sprawa abp Stanisława Wielgusa

SPRAWA ARCYBISKUPA STANISŁAWA WIELGUSA

Z HAŃBĄ "GAZETY POLSKIEJ" W TLE

Wpływy masonerii w Kościele widać gołym okiem. Ostrzegali przed masonerią wewnątrz Kościoła papieże przed soborem watykańskim II. Potem o tym zaczęto milczeć, zaczęły się natomiast dziać dziwne rzeczy w Kościele: reformy, zmiana nauczania, "załatwianie" niewygodnych. Nasuwa się wyjaśnienie, że i w sprawie abpa Wielgusa masoneria maczała nie tylko wypielęgnowane paluchy, ale i całe wypomadowane szatańską siarką łapy. Nie mogli pozwolić, by Metropolitą warszawskim został człowiek świątobliwy, światły i prawy. Rozumiejący źródła współczesnego kryzysu. Zatem go medialnie posiekali, by nie przeszkadzał w ogłupianiu i prowadzeniu dusz na wieczne potępienie. Udział czynny należał również do żydowskiej loży masońskiej B'nai B'rith.



AGENCI ŻYDOWSKIEJ LOŻY MASOŃSKIEJ B’nai B’rith

Organizacja jest zorganizowana na wzór ruchu wolnomularskiego, gdyż składa się z lóż, chociaż nie uważa się za organizację masońską. Na jej czele znajduje się Prezydium Wielkiej Loży B'nai B'rith. Główna siedziba mieści się w Waszyngtonie w Stanach Zjednoczonych.

Żydowskie Stowarzyszenie B'nai B'rith w Rzeczypospolitej Polskiej (B'nai B'rith – Loża Polin) – międzynarodowa organizacja założona w Polsce 22–23 października 1922 w Krakowie jako XII okręg polski, będąca filią międzynarodowych stowarzyszeń B'nai B'rith.

Stowarzyszenie powstało na bazie wcześniejszych organizacji działających w Galicji. Pierwszym prezydentem sekcji polskiej został dr Adolf Ader z Krakowa, natomiast wiceprezydentem urodzony w Przemyślu Moses Schorr, wcześniej pełniący funkcję prezydenta XII okręgu Leopolis (Lwów). Do chwili rozwiązania organizacji w roku 1938 przez władze polskie, skupiała kilkuset członków będących przedstawicielami elity intelektualnej ówczesnej Polski.

B'nai Brit'h została restaurowana ponownie w Polsce 9 września 2007. Obecnie nosi nazwę B’nai B’rith – Loża Polin. Głównymi ojcami odrodzenia tej organizacji w Polsce są Michel Zaki z Antibes oraz Witold Zyss z Paryża.

Siedziba stowarzyszenia znajduje się w Warszawie, w budynku Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich, przy ulicy Twardej 6.

Waldemar Łysiak „Zaczęło się” („Do Rzeczy” nr 36/036 30 września – 6 października 2013 ):

„[…] sternikami modernistycznej frakcji Soboru zostały trzy wpływowe ”szare eminencje” : kardynał Agostino Bea (jezuita, szef soborowego sekretariatu), amerykański jezuita John Murray i arcybiskup Annibale Bugnini ( później ujawniono papiery dowodzące, że wszyscy trzej hierarchowie byli sabotażystami: Bugnini okazał się utajnionym wolnomularzem wysokiego stopnia; Bea – agentem żydowskiej loży masońskiej B’nai B’rith; Murray – kryptokomunistą, którego już papież Pius XII karał za szerzenie lewackich poglądów) […]”.

PLAN SZATANA

Szatan wezwał światowy zjazd demonów. W swoim przemówieniu na wstępie powiedział: “Nie możemy zabronić chrześcijanom chodzić do kościoła. Nie możemy zakazać im czytać Biblii. Nie możemy zakazać im komunikować się z Bogiem w modlitwie.

Kiedy tylko zaczynają się modlić i nawiązują kontakt z Chrystusem – natychmiast tracimy władzę nad nimi. Więc niech chodzą do swoich kościołów, a my ukradniemy u nich – ich czas, tak aby, będąc zawsze zajętym, nie mogli się modlić i pokutować za grzechy i rozwijać swojego związku z Chrystusem.

Nie będą też mieli czasu na czytanie Biblii. „Oto, co należy zrobić” – powiedział diabeł. – Trzeba zapobiec ich spotkaniom z Bogiem i utrzymać ten stan rzeczy przez cały dzień.

Jak to zrobić? – zawołały demony. Trzeba wymyślić dużo ciekawostek, próżności i wiele sposobów okupujących ich umysły wszelkiego rodzaju niepotrzebnymi rzeczami. A co najważniejsze trzeba zaszczepić w nich pragnienie dóbr materialnych, chęć wzbogacania się – i służenia dla mamony.

Niech będą przepojeni pragnieniem, aby zarabiać jak najwięcej ilości pieniędzy, żeby kupić własne samochody, mieszkania, wille. Niech zarabiają więcej i więcej pieniędzy dla chęci pójścia do restauracji i kawiarni, chęci kupowania drogich, modnych ubrań, aby urządzać kosztowne remonty w mieszkaniach i dostarczać tam modne meble i luksusowy wystrój.

Kuście ich, uczcie wydawać i brać pożyczki - długoterminowe kredyty, a tym samym popadać w zależność - niewolę od banków. A gdy będą zapaleni pragnieniem osobistego wzbogacenia się, pogonią za mamoną – i nie będzie im już wtedy potrzebny Chrystus!

Przekonajcie ich żony do pozostania dłużej w pracy, a mężczyzn – do pracy 6-7 dni w tygodniu, najlepiej po 10-12 godzin dziennie, żeby nie mieli czasu na zajmowanie się rodziną i wychowaniem dzieci. Nie pozwólcie im spędzać czasu z dziećmi – po to, by ich dzieci włóczyły się od rana do nocy po ulicy i kolegowały i wpadły w złe towarzystwo, przez to przestały się uczyć, zaniedbały szkołę i aby nic z nich dobrego dzięki temu nie wyrosło. Wtedy ich rodziny rozpadną się, oni staną się samotni, a my pomożemy im z żalu upić się i stać się alkoholikami.

Stymulujcie ich umysły tak, żeby dzięki temu telewizory i komputery w domach pracowały stale, a oni jak najwięcej czasu spędzali oglądając telewizję i ślęcząc przed komputerem, a przez to nie mieli czasu na modlitwę. Upewnijcie się, że w każdym sklepie i restauracji na świecie stale brzmiała niechrześcijańska bluźniercza-omamjająca muzyka.

To będzie blokować ich umysły i niszczyć ich jedność z Chrystusem i przynależność do Niego Rozłóżcie na stole w kawiarni dużo czasopism i gazet. Bombardujcie ich umysły wiadomościami i reklamami 24 godziny na dobę. Niech po drodze uderza w nich morze oślepiających reklam z billboardów.

Napełnijcie im reklamą skrzynki pocztowe, katalogami do zamówienia towarów dostępnych w Internecie, biuletynami i ofertami bezpłatnych towarów, usług i innych złudzeń. Pokazujcie im, w czasopismach i telewizji szczupłe, wysportowane piękne modelki, żeby mężczyźni uwierzyli , że zewnętrzne piękno jest najważniejsze, a przez to stali się niezadowoleni ze swoich żon.

Zróbcie tak, żeby ich żony były zbyt zmęczone, aby spełniać swoje małżeńskie obowiązki. Jeśli nie spełnią ich żony tego czego oczekują, to zaczną szukać tego gdzie indziej.

To doprowadzi szybko do zniszczenia rodzin! Na Boże Narodzenie i Wielkanoc trzeba odwrócić ich uwagę pustotą, dajcie koncerty, filmy w telewizji, aby te święta były spędzone za stołem, z obżarstwem i pijaństwem. Dzięki temu nie nauczą oni dzieci prawdziwej wymowy świąt i ich Bożego znaczenia.

Niech wracają z urlopu zmęczeni. Zróbcie to tak, żeby też nie mieli czasu wybrać się na łono natury i cieszyć się Bożym stworzeniem. Zamiast tego kuście ich wyjściem do parków rozrywki, na imprezy sportowe, spektakle, koncerty czy do galerii. Tak żeby ich umysł ciągle był zajęty tą pustotą nie przynoszącą nic dobrego i pożytecznego dla zbawienia. Macie czynić pełną izolację ich od Chrystusa! Niech wszyscy chrześcijanie będą wiecznie zajęci, zajęci, zajęci! Zalejcie ich życie tak wieloma pozornie dobrymi rzeczami, żeby nie mieli czasu na zastanowienie nad poszukiwaniem pomocy u Jezusa, a wkrótce będą żyć i pracować, opierając się tylko na sobie, poświęcając swoje zdrowie i rodziny. To działa! To wspaniały plan!

Diabły chętnie poszły do pracy, zmuszając chrześcijan wszędzie by byli bardziej zajęci i pędzili tu i tam, nie pozostawiając czasu dla Boga, na modlitwę i dla rodziny.

Czy plan diabła odniósł sukces? Możesz osądzić!! A może i TY zbyt jesteś zajęty!? Warto przeczytać, pomyśleć i przyjrzeć się swojemu życiu.

DEKLARACJA O STOWARZYSZENIACH MASOŃSKICH

Quaesitum est

Zwrócono się z zapytaniem, czy uległa zmianie opinia Kościoła w sprawie stowarzyszeń masońskich, ponieważ w nowym Kodeksie Prawa Kanonicznego (w przeciwieństwie do poprzedniego) zagadnienie nie zostało wprost poruszone.

Święta Kongregacja Nauki Wiary może odpowiedzieć, że taka okoliczność jest podyktowana kryterium redakcyjnym, co dotyczy także innych stowarzyszeń podobnie nie wspomnianych, ujmowanych w szerszych kategoriach.

Pozostaje jednak niezmieniona negatywna opinia Kościoła w sprawie stowarzyszeń masońskich, ponieważ ich zasady zawsze były uważane za niezgodne z nauką Kościoła i dlatego przynależność do nich pozostaje zakazana.

Wierni, którzy należą do stowarzyszeń masońskich, są w stanie grzechu ciężkiego i nie mogą przystępować do Komunii Świętej.

Nie należy do lokalnego autorytetu eklezjalnego wypowiadanie się o naturze stowarzyszeń masońskich sądem, który implikowałby uchylenie tego, co wyżej ustalono, i to, co jest zawarte w Deklaracji Świętej Kongregacji Nauki Wiary z dnia 17 lutego 1981 r. (AAS 73 [1981] 240-241).

W czasie audiencji, udzielonej niżej podpisanemu Kardynałowi Prefektowi, Jego Świątobliwość Jan Paweł II zatwierdził niniejszą Deklarację, uchwaloną na zebraniu plenarnym Kongregacji i nakazał jej opublikowanie.

Rzym, w siedzibie Świętej Kongregacji Nauki Wiary, 26 listopada 1983 r.

JOSEPH Kard. RATZINGER

Prefekt

Dokumenty, źródła, cytaty:

- Ksiądz Sławomir Kostrzewa,

- wobroniewiaryitradycji.wordpress.com/.../ks-slawomir-kostrzewa-odebrac-dzieciom-niewinnosc-hello-kitty-i-satanizm-oraz-inne

- pl.wikipedia.org/.../B%27nai_B%27rit

- pl.wikipedia.org/.../B%E2%80%99nai_B%E2%80%99rith_%28Polska%29

- Waldemar Łysiak „Zaczęło się” („Do Rzeczy” nr 36/036 30 września – 6 października 2013 ):

NIEDOSZŁY INGRES DO WARSZAWSKIEJ ARCHIKATEDRY

Spory po prawej stronie polskiej sceny politycznej nie ustają, a właściwie, trzeba powiedzieć narastają. Takim gigantycznym zarzewiem konfliktu stał się niedoszły ingres do warszawskiej archikatedry, 7 stycznia 2007 roku, abp. Stanisława Wielgusa. Rezygnacja abp. Wielgusa wynikała z faktu pojawienia się w mediach zarzutów o współpracę ze służbami PRL (tzw. sprawa TW Greya). Po ponad sześciu latach ta sprawa powraca do nas bumerangiem.

Dowody można znaleźć w ostatnich dniach na łamach „Naszego Dziennika”, który bezkompromisowo, zresztą od samego początku, stawał w obronie byłego metropolity warszawskiego. Wczytajmy się uważnie w takie słowa:

„To był trudny moment w życiu Kościoła: prowokacja polegająca na udaremnieniu arcybiskupiego ingresu uderzyła w samo serce Kościoła, dzieląc wspólnotę wiernych i pasterzy. Po raz pierwszy od czasów stalinowskiego terroru wrogom Kościoła udało się trafić tak celnie. Nie dość, że naruszyli obszar wyłącznej kompetencji Kościoła do decydowania o obsadzie stanowisk kościelnych, że sprowokowali pęknięcia wśród wiernych, to jeszcze próbowali w tę prowokację wciągnąć samego Następcę św. Piotra” („Nasz Dziennik”, nr 173/4712, s. 3).

Gazeta nie pozostawia wątpliwości, kto był motorem tej prowokacji i cytuje fragmenty listu redaktora naczelnego „Gazety Polskiej” Tomasza Sakiewicza do Ojca Świętego Benedykta XVI, który został opublikowany na łamach „GP” 4 lipca 2007 roku. Nie da się ukryć, że jesteśmy świadkami otwartego konfliktu, dwóch bardzo bliskich sobie ideologicznie ośrodków medialnych skupionych z jednej strony wokół ojca Tadeusza Rydzyka, a z drugiej wokół szefa „Gazety Polskiej” Tomasza Sakiewicza. W ten konflikt wmieszał się ostatnio także tygodnik „W Sieci” braci Karnowskich, który opublikował tekst Roberta Mazurka pod znamiennym tytułem „Wielgi wstyd dyrektora”, oskarżający ojca Tadeusza Rydzyka o insynuacje pod adresem Tomasza Sakiewicza.

Oddajmy jeszcze raz głos „Naszemu Dziennikowi”. Piórem Sebastiana Karczewskiego, 2 sierpnia 2013 roku, zostały zapisane następujące słowa:

„W sprawie ks. abp. Stanisława Wielgusa mieliśmy do czynienia nie tylko „z niezweryfikowanymi sensacjami medialnymi”, ale i perfidnym kłamstwem, do którego, w złożonych prokuraturze zeznaniach, przyznał się główny oskarżyciel księdza arcybiskupa, czyli Tomasz Sakiewicz”.

Nie mam najmniejszej wątpliwości, że po tych słowach zarówno Tomasz Sakiewicz, jak i Jacek oraz Michał Karnowscy winny wnikliwie odnieść się do zarzutów i argumentów „Naszego Dziennika”. W przeciwnym razie sprawa abp. Stanisłąwa Wielgusa zatruje na lata, zdezorientowane i często niedoinformowane społeczeństwo. A ten, w istocie, bardzo groźny konflikt pomiędzy środowiskami Klubów Gazety Polskiej i Rodziną Radia Maryja, zostanie ani chybi wykorzystany przez naszych wrogów, na przykład z TVN-u i „GW”. Myślę, że na pytania zadane w „Naszym Dzienniku” przez Sebastiana Karczewskiego: „(…) kto i w jakim celu fałszował daty na znajdującej się w IPN karcie kontrolnej materiałów dotyczących ks. Wielgusa? Kto i w jakim celu dokonywał nadpisów na złożonych w tej sprawie w IPN wnioskach Kościelnej Komisji Historycznej? Z jakich powodów w korespondencji z parlamentarzystami dotyczącej sprawy księdza arcybiskupa Rzecznik Praw Obywatelskich posługiwał się kłamstwem?”, koniecznie trzeba odpowiedzieć. I nie można tej sprawy zbyć lub przemilczeć. „Drugi obieg” polskich mediów („GP”, „W Sieci”, TV „Republika” etc.) nie może biernie przyglądać się temu konfliktowi. W przeciwnym razie ten “drugi obieg” trafi na salony III RP, a stamtąd nie ma już powrotu, bo pozostaje tylko „mainstream”!

III RP na każdym kroku podkreśla swoje zalety, niemal świętość. Puszy się na tle tej okropnej PRL, wychwala demokrację, wolność słowa, poszanowanie jednostki itp. Tę wiarę ma utrwalać IPN, który został powołany tylko po to, żeby wciskać ludziom do głowy jedno – było strasznie, a teraz jest cacy. Sześć lat temu III RP, z całą swoją siłą i potęgą – zniszczyła jednego z hierarchów Kościoła katolickiego, zmusiła go do czynu bezprecedensowego – rezygnacji z nominacji papieskiej na urząd arcybiskupa warszawskiego. Po dziś dzień pomysłodawcy i wykonawcy tej obrzydliwej operacji wychwalają ją jako wielki triumf „prawdy”.

ZAMACH NA ARCYBISKUPA. KULISY WIELKIEJ MISTYFIKACJI

Ot tamtych niesławnej pamięci dni minęło już ponad sześć lat. Zatarła się ludzka pamięć, wielu nie pamięta o co w ogóle poszło. Wielu pewnie nie chce, żeby o tym przypominać. Dla nich nieprzyjemną niespodzianką jest wydana właśnie książka Sebastiana Karczewskiego, dziennikarza „Naszego Dziennika”, pt. „Zamach na Arcybiskupa. Kulisy wielkiej mistyfikacji”. Przyznam, że kiedy przystępowałam do lektury, nie wiedziałam co mnie czeka. Nie jestem wysokiego zdania o rzetelności dziennikarzy „ND” (vide sprawa katastrofy smoleńskiej czy jednostronne spojrzenie na historię Polski czy stosunki Polski z Rosją), ale z każdą przeczytaną stroną rosło moje zainteresowanie. Sprawę znałam z wydanej wspólnie przez portal konserwatyzm.pl i „Myśl Polską” książki „Media Go ukamienowały. Sprawa arcybiskupa Stanisława Wielgusa” (Warszawa 2007). Lektura pracy Karczewskiego potwierdza w pełni to, co redaktorzy konserwatyzmu.pl i „Myśli Polskiej” pisali sześć lat temu. Nie mieli dostępu do takiej wiedzy, jaką zebrał Karczewski, ale prawie w 100 procentach trafnie odczytali istotę i drugie dno tej sprawy.

Do jakich nowych materiałów dotarł Karczewski? Po pierwsze, jeszcze raz dokładnie przeanalizował dokumenty IPN dotyczące sprawy abpa Wielgusa. Po drugie, odtworzył szczegółowo ciąg wydarzeń, które doprowadziły do rezygnacji abpa Wielgusa. Po trzecie, ujawnił dokumenty dochodzenia, jakie prowadziła Prokuratura Okręgowa w Warszawie w 2007 roku w związku z podejrzeniem o popełnienie przestępstwa, jakim było sfałszowanie podpisów na dokumentach SB dotyczących Stanisława Wielgusa. Wreszcie autor dotarł do dokumentów kościelnych, które rzucają ponury cień na działalność niektórych hierarchów.

Jesienią 2007 roku Prokuratura Okręgowa w Warszawie orzekła, że podpisy znajdujące się na dokumentach dotyczących Stanisława Wielgusa („Grey”, „Adam Wysocki”) nie były pisane jego ręką. Tak oto, oprócz tzw. sprawozdania wyjazdu naukowego podpisanego przez Wielgusa, a więc dokumentu rutynowego, który pisali wszyscy wyjeżdżający wtedy za granicę – nie ma tym zestawie dokumentów ani jednego przezeń podpisanego. Nie ma kluczowych w takich sprawach – zobowiązania do współpracy i meldunków. Są jedynie notatki oficerów SB, w dodatku – jak ustalił autor – nie wiadomo czy naprawdę dotyczących Stanisława Wielgusa. Nie ma też oryginałów dokumentów, tylko kopie, nieraz trzecie. Zeznający przez Prokuraturą żyjący oficerowie SB zajmujący się rozpracowaniem Stanisława Wielgusa potwierdzili jego wersję wydarzeń. Zaprzeczyli by były im wiadome kryptonimy „Grey” czy „Adam Wysocki”. Potwierdzili także, że Stanisław Wielgus niczego w ich obecności nie podpisywał.

W świetle obowiązujących procedur lustracyjnych materiał „obciążający” Stanisława Wielgusa nie mógł być w żadnym wypadku podstawą do wysunięcia zarzutu świadomej współpracy z SB. Mimo to stał się on „koronnym” dowodem na „winę” Arcybiskupa. Pomijamy w tym momencie fakt, że zgodnie z obowiązującym w Polsce prawem i Konkordatem – nie ma możliwości lustracji duchownych. To co się działo na przełomie 2006 i 2007 roku było więc, z tego punktu widzenia, bezprawiem i zwyczajnym linczem.

Jak w takim razie było możliwe, że „naukowe autorytety” z tytułami profesorskimi potwierdzały, że materiał „bezspornie” dowodzi świadomej współpracy Stanisława Wielgusa z SB? Zacytujmy fragment tekstu Karczewskiego odnoszący się do kwestii oceny dokumentów z IPN:

„Jeśli nawet sporządzony przez funkcjonariusza SB dokument uznamy za autentyczny, nie znaczy to wcale, iż jest on wiarygodny. „Często bywa tak, że dokument jest autentyczny, ale informacje w nim zawarte nie są prawdziwe” – przekonywał nie kto inny tylko prof. Andrzej Paczkowski na łamach tygodnika „Wprost”. „Nie ma najmniejszych wątpliwości, że w aktach bezpieki roi się od najrozmaitszych przekłamań czy wręcz fałszywych informacji” – twierdzi Antoni Dudek, politolog i historyk, były pracownik IPN.

Czy nie jest rzeczą zastanawiającą, że oskarżając Arcybiskupa o współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa, nie tylko dziennikarze, ale nawet historycy ze stopniami naukowymi nagle zaczęli wyrażać pełne zaufanie do sporządzonych przez funkcjonariuszy służb specjalnych PRL notatek? Przekonując opinię publiczną, iż materiały te dokumentują wydarzenia, które faktycznie miały miejsce, gdyż rzekomo „bezpieka nie oszukiwała samej siebie”, tezę tę przedstawiali niczym dogmat, w który wszyscy powinni uwierzyć. Tak, jakby nigdy nie słyszeli o zapisywaniu w esbeckich aktach informacji nieprawdziwych czy fikcyjnych rejestracjach… Już powyższa analiza materiałów dotyczących ks. Wielgusa dowodzi, że zawierają one ewidentnie przekłamania. Owszem, nie jest prawdą, że funkcjonariusze SB nagminnie fałszowali dokumentację operacyjną. Lecz nie jest prawdziwym również twierdzenie, iż wszystko, co jest zapisane w esbeckich papierach, nie wymagająca weryfikacji prawda. Każdy, kto posiada orientację w materiałach SB wie, że jej funkcjonariusze często wpisywali do akt informacje nieprawdziwe, świadomie dokonując „konfabulacji” w raportach czy doniesieniach”.

Święta prawda, choć w tym miejscu należy wytknąć i „Naszemu Dziennikowi”, że często dawał i daje wiarę tym aktom, ale kiedy dotyczą kogoś z innego obozu. To zresztą jest praktyka powszechna – jeśli ujawnia się „papiery” na kogoś „od nich”, to są one całkowicie wiarygodne, jeśli na „naszych”, to są to fałszywki. Tocząca się obecnie dyskusja na temat rtm. Witolda Pileckiego jest tego dowodem. Ci sami historycy z IPN, którzy przekonują, że UB nie fałszowała dokumentów wewnętrznych, w sprawie Pileckiego twierdzą wręcz coś odwrotnego. Niestety, takie uprawianie badań historycznych jest karykaturą rzetelności.

Wracajmy jednak do tematu. Przyznam, że największe wrażenie wywołują fragmenty książki dotyczące postawy Kościoła katolickiego w Polsce. Wiedziano coś niecoś o pokrętnej, pełnej dwulicowości postawie ówczesnego nuncjusza papieskiego, abpa Józefa Kowalczyka, nota bene hierarchy budzącego od wielu lat tzw. mieszane uczucia, ale ujawnione fakty są szokujące. Autor pisze:

„Skoro w sprawę dokonanej przez Benedykta XVI nominacji zaangażowały się instytucje państwowe, jak Kancelaria Prezydenta RP i Rzecznik Praw Obywatelskich, obowiązkiem nuncjusza był sprzeciw wobec naruszenia umowy konkordatowej między Polską a Stolicą Apostolską, obrona papieskiej nominacji i wskazanie Prezydentowi RP, iż próba jakiejkolwiek ingerencji w decyzję Ojca Świętego stanowi ewidentne nadużycie. Jakiekolwiek „układanie” się z władzą świecką w celu wymuszenia rezygnacji Arcybiskupa odczytać można nie tylko jako brak posłuszeństwa woli Benedykta XVI, ale i krok w kierunku rozbicia jedności Kościoła katolickiego w Polsce.

Jako nuncjusz apostolski abp Józef Kowalczyk nie tylko w żaden sposób nie stanął w obronie papieskiej nominacji abp. Stanisława Wielgusa. Swoimi działaniami w pewien sposób sam przyczynił się nie tylko do zniszczenia jego dobrego imienia, ale i „udaremnienia” jego ingresu. Oprócz wspomnianego wcześniej „układu” z władzami, przemawiać za tym może jeszcze kilka faktów. Otóż, nie kto inny, tylko abp Józef Kowalczyk był inicjatorem rozpowszechnienia „Odezwy arcybiskupa metropolity warszawskiego” w przeddzień ingresu sformułowanej tak, by nowy metropolita warszawski oskarżał samego siebie o czyny, których nigdy nie popełnił. To nuncjusz apostolski przedłożył abp. Stanisławowi Wielgusowi do podpisu tekst przygotowanej przez siebie rezygnacji, w której zamieścił stwierdzenia nie odpowiadające prawdzie. Wreszcie, 7 stycznia 2007 roku wydał komunikat, którym – maskując prawdę – dezinformował opinię publiczną. Jak się okazało nie po raz ostatni w tej sprawie”.

Autor idzie dalej – uważa, że na szczytach hierarchii związał się swego rodzaju spisek, mający na celu nie dopuszczenie abpa Wielgusa na fotel metropolity warszawskiego. Wymienia trzech czołowych jego uczestników – abpa Józefa Kowalczyka, bpa Piotra Liberę, sekretarza Episkopatu Polski i kard. Stanisława Dziwisza. Wybuch „sprawy” Wielgusa był im na rękę i postanowili z tego skorzystać. Zamiast bronić atakowanego hierarchy, zgodnie ze stanowiskiem Benedykta XVI, cały wysiłek włożyli w zmuszenie go do złożenia urzędu. Temu służyła opinia Kościelnej Komisji Historycznej, która wydała komunikat obciążający abpa Wielgusa, temu służyły tendencyjne informacje podawane przez Katolicką Agencję Informacyjną, temu służyły publiczne wypowiedzi abpa Kowalczyka. Np. na stronie internetowej Katolickiej Agencji Informacyjnej 12 stycznia 2007 roku pojawiła się taka informacja: „Nuncjusz Apostolski w Polsce, arcybiskup Józef Kowalczyk w wywiadzie dla KAI przyznaje, że abp Stanisław Wielgus zataił przed Ojcem Świętym fakt swej współpracy ze służbą bezpieczeństwa PRL”. Była to informacja fałszywa, nie mająca podstaw. Manipulowanie Papieżem było jedną z metod „wykończenia” ofiary. Są to fakty zdumiewające, kompromitujące.

Ale to nie wszystko. Już po rezygnacji abpa Stanisława Wielgusa Episkopat Polski opublikował List, w którym potwierdził zarzuty mu stawiane. Okazało się jednak, że kilkunastu biskupów zgłosiło votum separatum. Był wśród nich legendarny abp Kazimierz Majdański, więzień niemieckich obozów koncentracyjnych. Oto najistotniejszy fragment:

„Swoje votum separatum uzasadniam trojako:

1) List Episkopatu z 12 I br. jest mało ludzki. Kto jest prawdziwymi człowiekiem, nie oskarża innego człowieka, już aż nadto skrzywdzonego. Chodzi przy tym o wybitnego Biskupa polskiego, Ks. Arcybiskupa Stanisława Wielgusa.

2) List Episkopatu odnosi się do czynu wykonanego pozornie, już dawno i nieważnego, ponieważ dokonanego pod przymusem. Nawet przysięga małżeńska złożona pod przymusem jest nieważna, i to wszyscy w Kościele wiedzą i mają obowiązek wiedzieć.

3) Treść listu z 12 stycznia br. jest mało chrześcijańska. Chrześcijaństwo to przebaczenie. Uczy tego przebaczenia Ewangelia na wielu miejscach, także wobec jawnogrzesznicy, a potem wobec Piotra i na Krzyżuj „Przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią” (Łk 23, 34).

4) List sprzeciwia się najwyższemu przykazaniu Bożemu: „Będziesz miłował”. Chodzi nie tylko o Boga, ale także o człowieka. Jest to przykazanie najwyższe.

Zajął właściwe stanowisko Prymas Polski i został zlekceważony zarówno na terenie Episkopatu, jak i na terenie telewizji publicznej. Przewodniczący Episkopatu jest proszony, by to naprawił”.

Lincz na arcybiskupie Wielgusie był organizowany w trójkącie: „Gazeta Polska” – Kancelaria Prezydenta Lecha Kaczyńskiego – IPN. Potem dołączyły praktycznie wszystkie media, Rzecznik Praw Obywatelskich i część Episkopatu. Autor zastanawia się nad rolą „podpalacza”, czyli „Gazety Polskiej”. Ustalił kto przekazywał tej gazecie dokumenty z IPN. Był nim Marek Wichrowski ze Stowarzyszenia Wolnego Słowa (sic!). Wcześniej to w tym środowisku naradzano się nad tym, jak uderzyć w hierarchę. Wichrowski wypożyczył akta z pełną premedytacją, mówiąc w Prokuraturze: „W momencie, kiedy składałem wniosek do IPN miałem zamiar przekazać uzyskane dokumenty znajomym historykom i „Gazecie Polskiej”. 3 stycznia 2007 roku Marek Wichrowski odwiedził siedzibę IPN w Warszawie, by odebrać decyzję Prezesa IPN o udostępnieniu materiałów i złożyć wniosek o wykonanie ich papierowych kopii. Otrzymał je następnego dnia. „Po odebraniu tych dokumentów z IPN umówiłem się z Sakiewiczem, Krzyśkiem Markuszewskim. Spotkałem się z nimi tego samego dnia. Spotkałem się z nimi w siedzibie „Gazety Polskiej”. Sakiewicz skopiował te dokumenty. Ja wyraziłem na to zgodę” – stwierdził prof. Wichrowski. Po południu materiały pojawiły się na stronie internetowej tygodnika…

Komentarz Karczewskiego jest następujący: „Opublikowanie przez „Gazetę Polską” kopii dokumentów, znajdujących się Karcie Kieszeniowej Jacket nr 7207, należy uznać za przestępstwo określone w art. 49 ust. 1 ustawy o ochronie danych osobowych – stwierdziła Prokuratura Okręgowa w Warszawie. Jak czytamy w uzasadnieniu decyzji prokuratury, redaktor naczelny tygodnika – Tomasz Sakiewicz, „ponoszący odpowiedzialność za publikowane informacje, nie był osobą uprawnioną do publikacji tych danych, nie uzyskał bowiem zezwolenia od osób zainteresowanych, zgodnie z wymogami prawa prasowego”. Analizując materiał dowodowy w tej sprawie prokurator Katarzyna Jakacka uznała, że zarówno zachowanie redaktora „Gazety Polskiej”, jak i Marka Wichrowskiego „wyczerpało ustawowe znamiona czynu zabronionego określonego w art. 49 ustawy o ochronie danych osobowych”. 28 sierpnia 2008 roku umorzyła jednak postępowanie w tej sprawie ze względu „znikomą społeczną szkodliwość czynu”.

Znikoma społeczna szkodliwość czynu”! Złamanie prawa, rozpętanie afery na cały kraj, zniszczenie człowieka – to „znikoma szkodliwość”! I jak tu się dziwić powtarzającym się faktom gangsterstwa dziennikarskiego? Skoro coś takiego jest „znikomo szkodliwe”, to co mówić o innych sprawach tego typu? Zastanawiając się nad odpowiedzią na pytanie o motywy postępowania „Gazety Polskiej” w tej sprawie Jan Engelgard pisał sześć lat temu: „Redaktorom GP nigdy nie podobało się, że ośrodki katolickie skupione wokół idei Prymasa Wyszyńskiego ostrzegają przed działaniem masonerii. W głośnym, wymierzonym w Radio Maryja, artykule Elizy Michalik i Pawła Lisiewicza z 2002 roku zdawano dramatyczne pytanie – antykomunizm czy walka z masonerią? Nerwowo reagował na ataki na masonerię poprzedni redaktor naczelny GP Piotr Wierzbicki. Uważał to za aberrację. Pada tu cień Loży „Kopernik” założonej w Paryżu i skupiającej tzw. patriotów-masonów (jej członkiem był (jest) lustrator totalny, b. szef TVP, Bronisław Wildstein – patrz Ludwik Hass, „Wolnomularze polscy w kraju i na świecie 1821-1999 – słownik biograficzny”, Warszawa 1999). Atakujący Radio Maryja sugerowali, nieprawdziwie, że trzon publicystów Radia to byli działacze „reżimowych organizacji katolickich” (PAX, PZKS, ChSS), a w ogóle to nie wiadomo, kto za Radiem stoi – tu pojawiał się często zarzut, że nadajniki Radia są na Uralu – to zaś wystarczało obsesjonatom do stwierdzenia, że za wszystkim stoją… rosyjskie służby specjalne. Nienawiść do Radia Maryja sprawiła, że redaktorom "Gazety Polskiej" łatwo przyszła decyzja o bezprecedensowej akcji przeciwko duchownemu z Radiem związanym. Od lat "GP" twierdzi, że walczy o oblicze polskiego patriotyzmu i katolicyzmu – a wrogiem nr 1 jest Radio Maryja. Zrobiono więc wszystko, by „człowieka Radia Maryja” na stolicę arcybiskupią nie dopuścić”.

I dodawał: „Dla lustratorów casus abpa Wielgusa to kamień węgielny IV RP. Uczyniono z tej sprawy coś na kształt punktu zwrotnego, to że przy okazji naruszono Konkordat, sponiewierano hierarchę i cały Kościół, ośmieszono Polskę na całym świecie, dano pożywkę największym wrogom katolicyzmu – nie ma znaczenia, najważniejsze, że „lustracji nie można już powstrzymać” (J. Engelgard, „Dlaczego atak wykonała „Gazeta Polska”?, „Myśl Polska”, 28 stycznia 2007 r.)

Nie jest dziełem przypadku, że „Gazeta Polska”, uznawana oficjalnie przez mainstream za „oszołomską”, tak naprawdę cieszyła wtedy się jego cichym poparciem. W przypadku prezydenta Lecha Kaczyńskiego nawet nie cichym. Po słynnej nocnej naradzie u prezydenta z 6 na 7 stycznia 2007 roku, na której wspólnie z abpem Kowalczykiem i bpem Liberą uzgodniono, że nie dojdzie do ingresu abpa Wielgusa – pan prezydent natychmiast zadzwonił z „radosną” wieścią do red. Tomasza Sakiewicza. Plan się powiódł. Kropką nad „i” były oklaski Lecha Kaczyńskiego w katedrze warszawskiej po ogłoszeniu rezygnacji abpa Wielgusa. Po czymś tak niesłychanym polityk taki powinien być przez Kościół potępiony, a jak się to skończyło wiemy. W ogóle z Lechem Kaczyńskim autor książki miał problem – wszak „Nasz Dziennik” i Radio Maryja uprawiają obecnie jego kult. Dlatego jego rola w spisku nie jest zbyt eksponowana a ostrze ataku skierowane jest gdzie indziej. Tymczasem rola Lecha Kaczyńskiego była w tych wydarzeniach znacznie większa, kto wie, czy nie kluczowa.

Jak pisałam na początku, nikt teraz nie wraca do sprawy Wielgusa. Ale zostały teksty, wypowiedzi i oceny. Autor przytacza obszerne fragmenty ziejących jadem i nienawiścią artykułów takich tuzów dziennikarstwa, jak Tomasz Sakiewicz, Katarzyna Hejke, Robert Krasowski, Piotr Semka, Zbigniew Nosowski, Tomasz Terlikowski, czy Paweł Milcarek. Przytacza wyjątkowo podłe opinie Jarosława Gowina, czy obłudne wypowiedzi historyków – prof. Andrzeja Paczkowskiego i dr. Antoniego Dudka. Budzą one dzisiaj, po ujawnieniu prawdy, wyjątkowo odrażające wrażenie. Nie ma co liczyć, żeby ktoś z wymienionych przeprosił za to, co zrobił. Paradoks polega na tym, że w tym czasie publicznie bronili abpa Stanisława Wielgusa tylko Prymas Polski Józef Glemp i gen. Gromosław Czempiński (pomijam oczywiście wymienione już konserwatyzm.pl, „Myśl Polską”, Radio Maryja i „Nasz Dziennik”).

Książkę Karczewskiego powinien przeczytać każdy, gdyż wbrew tytułowi, nie jest ona tylko opisem jednego, skandalicznego zdarzenia. To książka o mechanizmach funkcjonowania III RP. To książka o tym, jak w „demokracji” prawo i prawda mogą nie mieć żadnego znaczenia, jak instytucje powołane do obrony godności człowieka w chwili próby idą na pasku dominującej tendencji politycznej. Abp Stanisław Wielgus musiał przegrać, bo miał przeciwko sobie media, Prezydenta RP, IPN, przeróżne „komisje historyczne”, a nawet część hierarchii kościelnej. Zdruzgotaną ofiarę zmuszono do rezygnacji nie tylko z funkcji, ale i z procesu lustracyjnego, którego chciał (IPN celowo przedłużał przekazanie do sądu dokumentów). Proces ujawniłby mechanizmy kłamstwa i bezprawia. Dlatego abpa Wielgusa wezwał do siebie Przewodniczący Episkopatu i „zaproponował” mu opuszczenie Warszawy. Nie ma człowieka, nie ma sprawy. Milczenie wokół książki Karczewskiego pokazuje, że ta strategia jest nadal realizowana.

Magdalena Braun

Książka jest dostępna na stronie Fundacji Servire Veritati:

wydawnictwo.ien.pl/product_info.php

CZY KTOŚ Z WINNYCH PRZEPROSI ARCYBISKUPA WIELGUSA?
Zygmunt Białas
Ekspertyza grafologiczna, wykonana trzy tygodnie po niedoszłym ingresie, wykazała jednoznacznie, iż podpisy umieszczone na dokumentach w aktach profesora były sfałszowane.W ostatniej swej notce, link: zygmuntbialas.salon24.pl/569159,abp-stanislaw-wielgus-nie-wolno-oklamywac-narodu lub zygumntbialas.neon24.pl/.../106369,abp-stanislaw-wielgus-nie-wolno-oklamywac-narodu - poświęconej ks. abp. Stanisławowi Wielgusowi, zapowiedziałem kontynuację tematu. Tak więc obrzydliwą akcję, skierowaną przeciw duchownemu, rozpoczął redaktor naczelny "Gazety Polskiej" Tomasz Sakiewicz, który 19 i 20 grudnia 2006r. w swym tygodniku, w Salonie 24 oraz w TVN 24 poinformował czytelników i widzów o rzekomej ponad 20-letniej współpracy abp. Stanisława Wielgusa z PRL-owską Służbą Bezpieczeństwa.
Zanim podam kilka przykładów wylewania pomyj na duchownego, przypomnę, że ekspertyza grafologiczna, wykonana trzy tygodnie po niedoszłym ingresie, wykazała jednoznacznie, iż podpisy umieszczone na dokumentach w aktach profesora były sfałszowane. Informacja ta pozwoli nam się skupić nie na pytaniu o ewentualną współpracę z SB, lecz na haniebnych otwartych i zakulisowych działaniach różnych dziennikarzy i polityków.
"Dokumenty były porażające i muszę powiedzieć, że sami autorzy byli przerażeni tym, co zobaczyli"- stwierdził Sakiewicz. Jeszcze brak konkretów. Można domyślać się, że są gorączkowo szukane. Ale dziennikarski jazgot przybierał na sile. W sukurs pospieszył doradca prezesa IPN Antoni Dudek, który ujawnił, że w Instytucie są materiały dotyczące (czytaj: obciążające) abp. St. Wielgusa.
Redaktor Tomasz Terlikowski zapowiedział publikację dokumentów SB przed ingresem. "Wszystko zależy od tego, czy ksiądz arcybiskup zachowa się jak człowiek honoru i jak zachowa się Stolica Apostolska - mówi Terlikowski. - Z dokumentów, które widziałem, wynika jednoznacznie, że arcybiskup współpracował z bezpieką świadomie i dobrowolnie. Jest tam m.in. zobowiązanie do współpracy i inne dokumenty, które wskazują, czym Wielgus miał się zajmować".
04 stycznia 2007r., a więc trzy dni przed ingresem portal wirtualnapolska.pl pisze:
Stanisław Wielgus był agentem SB i wywiadu PRL - wynika z teczki obecnego arcybiskupa, ujawnionej przez"Gazetę Polską".(...) Wielgus odmawiał brania pieniędzy za współpracę, ale miał dostawać upominki od tajnych służb. Zamieszczona na stronie internetowej GP 68-stronicowa teczka to mikrofilmy wywiadu PRL - są na niej pieczątki IPN z adnotacją jawności akt".
"W teczce nie ma ani jednego raportu czy doniesienia, napisanego własnoręcznie przez Wielgusa- są wyłącznie notatki operacyjne oficerów, sporządzone z rozmów z nim. Jedyny własnoręczny dokument to jego plan badań naukowych w związku z otrzymaniem stypendium w Niemczech z 1973r.Nie ma żadnych jego pokwitowań".
Powstał galimatias w tej dętej aferze i podawane informacje były często sprzeczne. "Gazeta Polska" przedstawiła dokumenty z IPN, w której miały być dwie umowy podpisane pseudonimami Adam Wysocki oraz Grey. Tak więc senator Zbigniew Romaszewski mógł stwierdzić, iż "arcybiskup był ważnym agentem PRL-owskich służb". - Większość uwierzyła w te i podobne zapewnienia.
Kościelna Komisja Historyczna oraz komisja Rzecznika Praw Obywatelskich potwierdzały współpracę duchownego ze służbami PRL. Prof. Andrzej Paczkowski dodał, że ksiądz arcybiskup "był świadomym współpracownikiem wywiadu Departamentu I MSW od lata 1973 do września 1978r."
W chórze prokuratorów, sędziów i fałszywych adwokatów zarazem były dziesiątki ludzi pióra. Prócz wyżej wymienionych popisali się szczególnie: Katarzyna Hejke, Jacek Karnowski, Piotr Semka, Zbigniew Nosowski orz były redaktor miesięcznika "Znak" Jarosław Gowin.
Również rola wielu polityków i urzędników najwyższego szczebla wydaje się dość podejrzana. Gdyby żył Janusz Kurtyka, można by go zapytać, w jaki sposób akta IPN przeniknęły do rąk manipulatorów z "Gazety Polskiej", a Rzecznika Praw Obywatelskich Janusza Kochanowskiego zapytalibyśmy o to, na jakiej podstawie prawnej powołał komisję lustracyjną i jakich "niezależnych ludzi" powołał.
Abp Stanisław Wielgus powtarzał wielokrotnie, że nie był świadomym współpracownikiem SB. Przyznał, że wielokrotnie spotykał się z funkcjonariuszami SB, jednak nigdy niczego nie podpisywał ani nie złożył żadnego raportu. "Wiem, że nie mam na sumieniu nikogo. O nikim w trakcie tych rozmów na SB nie powiedziałem nigdy nic złego. Żebym kogokolwiek skrzywdził? Absolutnie nie. (...) Kto nie żył w tamtych czasach, ten nie jest w stanie pojąć tych uwarunkowań, tego ciągłego śledzenia, inwigilowania, nachodzenia" - mówił arcybiskup. Dodajmy, że młody duchowny zasięgał opinii swego przełożonego i promotora bp. Piotra Kałwy, który nie zabraniał mu tych kontaktów, zalecając daleko idącą ostrożność.
Bronili arcybiskupa jednoznacznie: papież Benedykt XVI, kardynał Józef Glemp, ojciec Tadeusz Rydzyk, poseł PiS Andrzej Jaworski oraz liczna rzesza wiernych.
05 stycznia 2007r. ks. Stanisław Wielgus przyjmuje kanonicznie urząd nad powierzoną archidiecezją. Błogosławieństwa udziela mu kardynał Józef Glemp. Wieczorem 06 stycznia spotykają się w Pałacu Prezydenckim: prez. Lech Kaczyński, nuncjusz Józef Kowalczyk, abp Józef Michalik i bp Piotr Libera.
07 stycznia minister Przemysław Gosiewski udaje się do Watykanu. Tego też dnia abp Stanisław Wielgus rezygnuje z funkcji metropolity warszawskiego. Papież Benedykt XVI przyjmuje rezygnację.
Źródła:

www.konserwatyzm.pl/.../sebastian-karczewski-zamach-na-arcybiskupa-kulisy-wielkiej-m
zygumntbialas.neon24.pl/.../106432,czy-ktos-z-winnych-przeprosi-abp-stanislawa-wielgusa

3obieg.pl/sprawa-arcybiskupa-wielgusa
niepoprawni.pl/.../my-agenci-zydowskiej-lozy-masonskiej-b%19nai-b%19rith

Za: http://gloria.tv/media/RzwCoYABL1R

środa, 25 lutego 2015

NSA rozwija cyber bronie do ataku na infrastrukturę komputerową, elektrownie, wodociągi, fabryki, lotniska i systemy bankowe.


Masowy dozór NSA jest najwyraźniej dopiero początkiem. Agencja przygotowuje się do przyszłych wojen w cyberprzestrzeni, w których kontrola nad Internetem i konkurencyjnymi sieciami będzie kluczem do zwycięstwa, pokazują nowe dokumenty ujawnione przez Edwarda Snowdena.

Celem Narodowej Agencji Bezpieczeństwa NSA, jest wykorzystanie sieci by sparaliżować wrogie sieci komputerów oraz kontrolowaną przez nie infrastrukturę - w tym elektrownie i wodociągi, fabryki, lotniska i systemy bankowe, napisał po zapoznaniu się z dokumentacją Der Spiegel.

Publikacja podkreśla, że obecnie nie istnieją żadne międzynarodowe konwencje regulujące nowe cyfrowe bronie 21 wieku, i jedyne prawo w tej dziedzinie to "przetrwanie najsilniejszego".



Zgodnie dokumentami masowy dozór NSA jest jedynie "Fazą 0" w wojennej amerykańskiej strategii. Jest on niezbędny by wykrywać luki w zabezpieczeniach systemów wroga oraz by wprowadzać "szpiegowskie urządzenia" będące w stanie przeniknąć systemy i pozwolić na "stały do nich dostęp."

Faza trzecia, która jest oznaczona jako "Dominacja" umożliwia agencji "sterowanie/zniszczenie systemów i krytycznych sieci przez wstępnie stworzony dostęp (określony w Fazie 0)." Zgodnie z wewnętrznymi dokumentami, ostatecznym celem NSA jest "kontrola nad eskalacją w czasie rzeczywistym," napisał Der Spiegel.

Slajd z prezentacji NSA, opublikowany przez Der Spiegel:


Tymczasem, prezentacja agencji szpiegowskiej, którą analizowali niemieccy dziennikarze, przewiduje, że "kolejny poważny konflikt rozpocznie się w cyberprzestrzeni."

W odpowiedzi na to władze USA mocno inwestują w przygotowania na nadchodzące cyberwojny.

Budżet wywiadu na rok 2013, przewiduje wymagania NSA na poziomie 1 mld dolarów, dla wzmocnienia sieci komputerowych przeciwko atakom.

W ostatnich latach eksperci cyberbezpieczeństwa przypisali NSA mnóstwo oprogramowania jak i jego sojusznikom (USA, Wielkiej Brytanii, Kanady, Australii i Nowej Zelandii). To szkodliwe oprogramowanie wykorzystywane było w wielu atakach - zwłaszcza w celu infiltracji irańskiego programu jądrowego (Stuxnet) i podsłuchach rozmów telefonicznych kanclerz Niemiec Angeli Merkel.

Nowe dokumenty ujawniają Quantumdirk, nowy program, który wprowadza dane NSA do usług świadczonych przez czaty w takich serwisach jak Facebook i Yahoo.

Innym rodzajem złośliwego oprogramowania jest, Straitbizarre. Program potrafi zmienić zainfekowane komputery w jednorazowe i niepowiązane węzły ”ostrzału”  - kontrolowane przez sieci Quantum NSA - wykorzystywane w “dowodzeniu i kontroli każdym aktywnym, na dużą skalę, ataku lub eksploatacji".



Według akt, cyfrowa wojna nie będzie rozróżniała żołnierzy i cywilów, i każdy użytkownik internetu może potencjalnie ponieść szkodę, utracić dane lub nawet komputer.


Link do oryginalnego artykułu: LINK

 Źródło: http://www.prisonplanet.pl/nauka_i_technologia/nsa_rozwija_cyber_bronie,p944821496

wtorek, 24 lutego 2015

prof. Anna Raźny: Kto przewodniczy polskiej partii wojny?


W polskiej partii wojny trwa walka o pozycję lidera między jej głównymi członkami: PiS i PO. Partia wojny jest największą w Polsce partią, którą tworzą wszystkie obecne w parlamencie oraz niektóre znajdujące się poza nim ugrupowania polityczne, organizacje pozarządowe, środowiska nauki i sztuki czy wreszcie prasy i mediów audiowizualnych. Łączy je idea udziału Polski w permanentnej wojnie, stanowiąca fundament quasi – ideologii wojennej. Ma ona swe ukierunkowanie na USA i jego zbrojne ramię międzynarodowe – NATO.



Geneza partii wojny sięga początku lat 90. XX wieku, kiedy po rozpadzie Układu Warszawskiego przyspieszono z inicjatywy USA przeorientowanie świadomości polskiego społeczeństwa i ukształtowanie w niej superpozytywnego, wręcz idealnego wizerunku Pentagonu – będącego symbolem amerykańskiej armii – i NATO. Już wówczas czcicieli tego wizerunku było więcej, niż wynosił stan liczebny okrągłostołowego układu politycznego. Gwarancji bezpieczeństwa Polski w Waszyngtonie i NATO zaczęli upatrywać również niektórzy przedstawiciele kręgów konserwatywnych i prawicowych nie reprezentowani przy okrągłym stole, nie mówiąc już o rzeszy innych, tworzących środowiska opiniotwórcze. Wszystkim wystarczyła prosta argumentacja, niewyszukana perswazja oraz szara propaganda – taka, która głosiła półprawdy bądź mieszała prawdę z kłamstwem. Gdy po upragnionym wejściu do NATO polskie społeczeństwo zderzyło się z problemem interwencji zbrojnych Sojuszu,które ukształtowała idea ataku USA na Panamę w 1989 roku, partia wojny zmieniła taktykę wobec polskiego społeczeństwa, stosując twarde formy perswazji oraz czarną manipulację i propagandę. Wystarczy przypomnieć tworzone w sposób nagły i sztuczny debaty publiczne w sprawie udziału Polski w wojnie z Irakiem – ukrywające prawdę o jej przyczynach, celach i skutkach. Podobnie było w przypadku Afganistanu, do którego na „wojnę z talibami” Polska jako sojusznik USA i członek NATO wysłała najpierw jednego „oficera szkolącego”, a następnie systematycznie zwiększała swój kontyngent, który z inicjatywy prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego w roku 2007 osiągnął liczbę 2 600 żołnierzy. Argumenty stosowane przez partię wojny były przeróżne; dominował wśród nich ten, który użyty był w irackim szaleństwie wojennym: walczymy z terroryzmem, który zagraża nie tylko naszemu strategicznemu sojusznikowi, ale również całemu światu – także Polsce.

Propaganda uzyskała na stałe czarne oblicze – w argumentacji, perswazji i manipulacji zaczęto posługiwać się na co dzień kłamstwami. W oficjalnym dyskursie politycznym stanowisko zachodnich przeciwników wojny zostało całkowicie zmarginalizowane. Antywojennąpostawę uznano za: skrajnie mniejszościową, populistyczną, ekstremalną, irracjonalną, antydemokratyczną, alterglobalistyczną, lewicową. Ten ostatni atrybut miał ją w sposób wyjątkowo skuteczny zdyskwalifikować w polskim społeczeństwie, reagującym bardzo emocjonalnie na samo wspomnienie „komuny”. Nazwiska teoretyków globalizacji transatlantyckiej, odsłaniających nie tylko jej zgubne dla świata cele i skutki, ale również militarne oblicze, zostały wyeliminowane nie tylko z języka polityki oraz mediów, ale również nauki. Nawet w wykazach bibliograficznych polskich amerykanistów nie pojawiają się prace takich autorów jak: Michael Chossudovsky, Finian Cunningham czy Aleksander Panarin. Same tytuły ich prac mogłyby bowiem otworzyć polskie umysły na inne niż obowiązujące w metodologii politycznie poprawnej ujęcie globalizacji w duchu Paxamericana. Zarówno ci „uczeni” politolodzy, jak i politycy, właściciele koncernów prasowych oraz medialnych zakładają, że przeciętny Polak nigdy do nich nie dotrze ani tym bardziej nigdy sam nie zacznie podobnie jak oni określać globalizacji transatlantyckiej jako: prywatyzacji i militaryzacji świata, długiej wojny Ameryki z całym globem i drogi do trzeciej wojny światowej (Chossudovsky), formy rasizmu ekonomicznego chroniącego potencjałem militarnym wąskie grono bogatych przed miliardami biednych czy wreszcie jako sposobu narzucania narodowym kulturom pustki metafizycznej Ameryki (Panarin). Polską partię wojny obowiązuje język konstruowany w amerykańskich „zbiornikach myśli”, osławionych think tankach, takich jak American Enterprise Institute, AtlanticCouncil, Heritage Foundation. Dla ludzi partii wojny mistrzami są teoretycy neokonserwatyzmu, zaś głównym strategiem i zarazem guru Zbigniew Brzeziński, który ostatnio wystąpił z koncepcją przemieszczenia wojsk „amerykańskich lub europejskich” do krajów bałtyckich, aby ustrzec je przed inwazją ze strony Rosji. Nie wiadomo, o jakie wojska europejskie chodzi, jedno jest pewne, że polska partia wojny czyta w myślach swego guru i z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem przystąpiła do tworzenia na terenie naszego państwa międzynarodowej jednostki Polska-Litwa-Ukraina (NATO i nie NATO) z kwaterą główną w Lublinie na wypadek wojny z Rosją, choć ta nie wysuwa pod naszym adresem żadnych roszczeń ani postulatów.

Polska Partia wojny przekształciła – w związku z kijowskim majdanem oraz zamachem stanu i wojną domową – czarną propagandę w propagandę wojenną, a ściślej wojnę informacyjną, w której przekłamaniom faktów i wydarzeń towarzyszy przekłamanie pojęć, przy pomocy których należałoby analizować ukraiński wycinek permanentnej wojny. Dodatkowo w ramach tej propagandy przyjęto wymyślone w amerykańskich think tankach nowe słownictwo i nowy schemat przekazu informacji dla globalizacji wojny.Tak więc, gdy Krym na podstawie przeprowadzonego wśród jego mieszkańców referendum i decyzji rosyjskiego parlamentu wchodzi w skład Federacji Rosyjskiej – jest to łamanie prawa międzynarodowego i naruszanie powojennych granic w Europie. Gdy natomiast rozwalono Jugosławię poprzez zainicjowanie zbrojnych konfliktów etnicznych i bombardowanie Serbii, a ponadto utworzenie sztucznego państwa kosowskiego, nie tylko nie było to naruszeniem powojennego status quo, ale stało się świadectwem demokratyzacji Bałkanów. Gdy Moskwa wspiera atakowany na wszelkie sposoby przez wojska ukraińskie zbuntowany Donbas i idzie z pomocą mordowanej przez nie tamtejszej ludności – jest to łamanie prawa międzynarodowego i pomoc dla terrorystów. Dlatego należy Rosję – w zależności od bieżącej sytuacji – upomnieć, potępić, obłożyć sankcjami, zaplanować jej zniszczenie ekonomiczne i gospodarcze. Gdy USA-NATO-UE z Polską na czele wspierają majdan, zamach stanu, wojnę domową – propaganda wojenna nazywa to obroną demokracji, operacją antyterrorystyczną, misją dla utrzymania integralności Ukrainy. Nawet zainicjowana przez partię wojny rządowa pomoc Polski dla ukraińskiej armii została określona mianem pomocy humanitarnej. Przykłady można mnożyć. Cała nadzieja w tym, że polskie społeczeństwo zaczyna się uczyć właściwego odbioru tej propagandy i odczytywać go – jak w PRL – odwrotnie. I choć jest nadal bierne i tym samym akceptuje narzucony przez partię wojny kierunek polityki wobec dalszej zagranicy, w przypadku wojny w sąsiedztwie, zaczyna się różnicować i myśleć – jeśli jeszcze nie kategoriami szeroko rozumianego dobra wspólnego to przynajmniej kategoriami interesu narodowego.

Po doświadczeniach wojny irackiej i afgańskiej Polacy zaczynają trzeźwo myśleć o własnym bezpieczeństwie i nie chcą wojny nade wszystko w bliskim sąsiedztwie. Wystarczy zapoznać się z komentarzami na portalach społecznościowych,, aby przekonać się, że internautów dziwi oderwanie od polskiej rzeczywistości polityków prących do wojny z Rosją. Dziwi działanie wbrew polskim interesom, swoista polityczna oikofobia – strach przed nimi czy wręcz wstręt do nich. Nawet sondażownie potwierdzają, że w polskim społeczeństwie nie ma akceptacji dla udziału Polski w wojnie na Ukrainie, bo oznaczałoby to symboliczne wypowiedzenie wojny Rosji. Tymczasem w polskiej partii wojny trwa walka o miano lidera. Jak na razie w walce tej prowadzi PiS -od momentu, gdy na kijowskim majdanie Jarosław Kaczyński stanął obok przedstawicieli partii neobanderowskich z Prawym Sektorem na czele i wykrzykiwał upowskie hasła. A potem zaczęła się zażarta walka o przywództwo w partii wojny. Walka na sankcje, (w ramach nowych sankcji Ryszard Czarnecki wystąpił nawet w Brukseli z pomysłem wycofania rubla ze światowego obiegu), na retorykę wojenną, na rekordy bite w straszeniupolskiegospołeczeństwa Rosją, na obraźliwe epitety i wyzwiska pod adresem prezydenta Federacji Rosyjskiej etc.PiS dodatkowo zaczął występować w roli sędziego oceniającego zaangażowanie pozostałych członków partii wojny w „ powstrzymaniu Rosji”. Zdaniem polityków tej partii zaangażowanie PO jest zdecydowanie za słabe. Partia Donalda Tuska podciąga się więc jak może. Swoją drogą nikt nie sprawdził jednak, czy tak samo długo posłowie PO oklaskiwali prezydenta Poroszenkęw polskim parlamencie – jak piszą rozwścieczeni internauci – w nagrodę za bałwochwalczy kult Stepana Bandery.PO nie pozostaje w tyle i premier Ewa Kopacz pojechała do Kijowa, aby zaoferować konkretną pomoc Polski dla władz ukraińskich, będących w stanie wojny z „separatystami”: sto milionów euro – beż żadnych warunków, co więcej – bez żadnych konsultacji z pozostałymi podmiotami partii wojny, bo może okazałoby się, że zaproponują o wiele więcej. Prawdziwy wyścig do pozycji lidera w partii wojny rozpoczęli kandydaci na prezydenta Polski, którzy już wyszli z dołków startowych. Gdy znana radiostacja poddała kandydata PiS „testowi Bujaka” – zawierającemu pytanie o udział polskiego wojska w wojnie na Ukrainie, Andrzej Duda odpowiedział jak przystało na wyznawcę ideologii permanentnej wojny: jeśli tego będzie wymagała sytuacja, sprawę rozstrzygnie NATO, którego jesteśmy członkami. Wszystko staje się jasne: w świetle tej wypowiedzi prezydent RP, którym pan Duda chciałby zostać, nie ma tu nic do powiedzenia, choć konstytucja Polski mówi, że jest zwierzchnikiem polskich sił zbrojnych.Równie dobrze zdał pan Duda egzamin na lidera polskiej partii wojny w europarlamencie. Nie wystąpił ani razu w spawie ludobójstwa chrześcijan na Bliskim Wschodzie, wiedząc, że milczenie w tej sprawie, zwłaszcza europosła określanego jako reprezentanta polskich katolików, jest politycznym złotem. Postawa Piłata jest tu wzorem: niech w sprawie unicestwienia chrześcijańskich enklaw w Iraku i Syrii zabierają głos inni i niech inni odpowiadają za systematyczne mordowanie wyznawców Chrystusa. Uaktywnił się natomiast europoseł Duda w innej sprawie – rezolucji Parlamentu Europejskiego z grudnia 2014 roku na rzecz utworzenia państwa palestyńskiego. Razem z pisowskimi jastrzębiami wojny – Anną Fotygą, Markiem Jurkiem, Ryszardem Czarneckim, Dawidem Jackiewiczem, Karolem Karskim, Zdzisławem Krasnodębskim, Tomaszem Porębą i Kosmą Złotowskim – głosował przeciwko uznaniu Palestyny. Od głosu wstrzymali się: Beata Gosiewska,Marek Gróbarczyk, Zbigniew Kuźmiuk, Ryszard Legutko (profesor UJ), Stanisław Ożóg, Bolesław Piecha, Kazimierz M. Ujazdowski, Jadwiga Wiśniewska, Janusz Wojciechowski. Nikt z PiS nie głosował za Palestyną, a przecież wszystkim wiadomo, że utworzenie tego państwa uszczupliłoby paliwo polityczne amerykańsko-izraelskich ideologów permanentnej wojny i ich wyznawców w Polsce. Warto przy tym pamiętać, jaki był historyczny wynik tego głosowania. Za uznaniem Palestyny głosowało 498 europosłów, przeciwko 88, wstrzymało się 111[1]. PiS znalazł się więc w skazanej na kompromitującą porażkę mniejszości reprezentującej nie tylko bieżącą politykę wojenną Izraela, ale również ideologię globalizacji wojny. Aby jednaka porażka nie przylgnęła do gorliwych wyznawców tej ideologii, dali znów o sobie znać poprzez głos Janusza Wojciechowskiego, który nawołuje na swoim blogu: „Nie pytajcie, kto wyśle wojsko na Ukrainę…Zapytajcie raczej, kto wyśle je nad Bug…”[2]Oczywiście, dla „powstrzymania” Rosji.

PO, nie mogąc zostać w tyle, przedstawiło ustami ministra Schetyny swoistą „szpicę” polityki historycznej, zaprzęgniętej w machinę propagandy wojennej. Oznajmił on światu, że niemiecki obóz koncentracyjny w Oświęcimiu został wyzwolony nie przez Armię Czerwoną, lecz przez Front Ukraiński, nie przez żołnierzy radzieckich, lecz przez Ukraińców. Pomijając całkowicie kompetencje Grzegorza Schetyny jako historyka, trzeba podkreślić, że w funkcji ministra spraw zagranicznych RP znakomicie wystąpił jako przedstawiciel partii wojny. Ugodził bowiem władze Rosji z Władimirem Putinem na czele oraz miliony Rosjan w najczulsze miejsce w ich świadomości narodowej – podważył ich rolę wyzwolicieli nie tylko Oświęcimia, ale również sporego kawałka Europy spod okupacji niemieckiej i pozbawił miana pogromców Hitlera. Zapomniał jednak, że nie tylko Rosjanie, ale również coraz więcej Polaków niechętnie nastawionych do wojny z Rosją może mu odpowiedzieć w tym samym „historycznym” stylu: zmieniamy narrację o Katyniu i mówimy, że rozkaz o rozstrzelaniu polskich oficerów wydał Gruzin Stalin, a wykonawcami byli nie tylko Rosjanie, ale również przedstawiciele wszystkich występujących w Armii Czerwonej narodowości – m.in. Ukraińcy, Żydzi, Białorusini – zacznijmy pod tym katem badać Katyń. Ta zabawa w politykę – także historyczną – ludzi partii wojny i igranie z jej ogniem, który w każdej chwili łatwo przenieść na Polskę, może jeszcze potrwać. Mogą jeszcze zmieniać się jej liderzy i taktyka gry na szachownicy Brzezińskiego. Jedno jest pewne: polscy uczestnicy tej gry albo nie wiedzą, albo wiedzą – tym gorzej dla nich – że żarty już dawno się skończyły i zaczęły się schody.

To już wstęp do kolejnej depopulacji Polski po 1989 roku. Najpierw – jak pamiętamy -w ramach reform Sachsa-Balcerowicza układ okrągłostołowy wyrzucił z Polski 2 miliony Polaków za pracą. Teraz chce tysiące – głównie młodych – wykrwawić w wojnie, która nie była, nie jest i nie powinna stać się naszą wojną. Wobec realnej perspektywy przyspieszenia działań na ukraińskim froncie wojny Ameryki z Rosją oferta uczestnictwa Polski w tej wojnie i jej eskalowanie oznaczają nade wszystko zgodę na prawdopodobną zagładę milionów istnień ludzkich. Oznaczają także wyzwanie dla polskiej partii pokoju, która powinna wyjść z cienia, zintegrować wysiłki rozproszonych środowisk, grup oraz pojedynczych osób i podjąć walkę o rząd dusz w polskim społeczeństwie, wciąż jeszcze zniewolonym – mimo oznak przebudzenia – mitem militarnej globalizacji pod przywództwem USA.

Anna Raźny

Za: http://www.konserwatyzm.pl/artykul/12766/kto-przewodniczy-polskiej-partii-wojny / http://www.monitor-polski.pl/prof-anna-razny-kto-przewodniczy-polskiej-partii-wojny/

poniedziałek, 23 lutego 2015

Ultra-liberalny miliarder finansował rasistowskie zamieszki w Ferguson. George Soros wpłacił 33 miliony

By Niccolò Caranti (Own work) [CC BY-SA 3.0
(http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0)], 
via Wikimedia Commons

Amerykański miliarder, przez poprawne politycznie media nazywany filantropem, a w rzeczywistości realizujący postępowe postulaty rewolucji, jest współodpowiedzialny za rozpętanie kilkumiesięcznych rasistowskich zamieszek na ulicach Ferguson. Chuliganów, niszczących mienie publiczne i zagrażających bezpieczeństwu obywateli, przywożono autobusami z innych stanów.


Przez kilka ostatnich miesięcy głośno było w Stanach Zjednoczonych na temat policjanta Darrena Wilsona, który zabił agresywnego murzyna, broniąc się przed jego napaścią. W Ferguson (stan Missouri) czarni aktywiści odpowiedzieli falą chuligańskich protestów na ulicach miasta. Przy rozliczeniu podatkowym założonej przez Georga Sorosa Fundacji Społeczeństwa Otwartego odkryto, że żydowski miliarder wpłacił w ostatnich miesiącach aż 33 miliony dolarów na rzecz organizacji organizujących zamieszki.

Oficjalne (liberalne) źródła mówią o wpłaceniu środków na konta „ugrupowań sprawiedliwości społecznej”. O jaką sprawiedliwość chodzi, wyjaśnia nazwa największego z dotowanych przez fundację Sorosa podmiotów, mianowicie Organization for Black Struggle (Organizacja Czarnej Walki). Dzięki publikacji Washington Times, przytaczającej analizę rozliczenia podatkowego fundacji, opinia publiczna mogła dowiedzieć się, skąd tak wielu „sprawiedliwych” znalazło się na ulicach niewielkiego miasta w stanie Missouri i że ich protest bynajmniej nie był tak spontaniczny jak to deklarowano.

Jak wynika z doniesień prasowych, czarnoskórzy chuligani zwożeni byli autobusami z Nowego Jorku i z Waszyngtonu, a „powódź donacji”, która zasiliła konta rasistowskich organizacji miała rozbuchać i podtrzymać płomień buntu. Sam Soros próbuje zdystansować się do sprawy. – Incydenty, nieważne czy w Staten Island, Cleveland, czy w Ferguson, były spontanicznymi protestami – nie mamy możliwości kontrolowania albo dyktowania tego, co mówią inni – przekonywał prezes fundacji Sorosa.

Konserwatywne media poddają w wątpliwość tłumaczenia Sorosa i jego pracowników, konstatując, że mało prawdopodobne wydaje się, aby fundacja „pompująca” ciężkie miliony dolarów na konta ugrupowań takich jak Organization for Black Struggle – i to akurat w czasie trwania zamieszek – mogłaby nie mieć pojęcia, co dzieje się z tak dużymi sumami pieniędzy.

Celem działania fundacji związanego z grupą Bilderberg żydowskiego liberała Georga Sorosa jest budowanie świadomości społecznej opartej na „wartościach” rewolucji francuskiej ukutych we wspólnej pracy XVIII-wiecznych pseudofilozofów oraz luminarzy sekty masońskiej. Jej polski odpowiednik stanowi założona przez Sorosa Fundacja Batorego.

Źródło: buzzpo.com, dailymail.co.uk

FO