piątek, 6 lutego 2015

Islam idzie do nas ze wschodu

fotomontaż: PN
Kiedy uwaga opinii publicznej w Polsce, odnośnie zagrożenia ze strony wojującego islamu, skupiona jest na tym co się dzieje na zachodzie Europy, jeszcze bardziej niepokojące sygnały, nie nagłaśniane medialnie, docierają do nas z Rosji w której stolicy ma być zorganizowana 25 stycznia 100-tysięczna demonstracja muzułmanów.

Jak pisze dziennik.pl muzułmanie mieszkający w Moskwie chcą zorganizować stutysięczną demonstrację. Według jednego z islamskich działaczy Alego Czarinskiego, ma to być marsz przeciwko publikowaniu karykatur obrażających uczucia religijne. Skąd oni wezmą tylu demonstrantów, może zapytać ktoś kto czyta ostatnio jedynie komunikaty na temat wojny na Ukrainie i kojarzy zagrożenia płynące ze wschodu jako zagrożenie ze strony odwiecznych mocarstwowych dążeń Rosji, których kolejnym wcieleniem na dzień dzisiejszy jest obecny prezydent Federacji Rosyjskiej Władimir Putin. Tymczasem w Rosji społeczność muzułmańska jest liczniejsza niż liczba ludności takich krajów jak Białoruś, Litwa, Łotwa, Estonia razem wziętych.

Muzułmanie stanowią 21-23 milionów ze 144 milionów mieszkańców Rosji, czyli około 15 procent, a ich liczba szybko wzrasta. W Rosji liczba urodzeń jest na poziomie europejskim, lecz liczba zgonów odpowiada już bardziej statystykom afrykańskim. Na kobietę przypada 1.4 dziecka a długość życia mężczyzn oscyluje w granicach 60 lat. W Moskwie na chrześcijańskie kobiety przypada 1.1 dziecka. – możemy przeczytać w artykule Daniela Pipesa dla „Washington Times” z października 2013 roku [tutaj polska wersja całego artykułu: http://pl.danielpipes.org/13598/muzulmanska-rosja]

Tak jak dominacja ludności muzułmańskiej w Rosji to perspektywa bardziej odległa, która spełni się w przeciągu kilkudziesięciu lat, tak Pipes pisze o bardziej niepokojącym zjawisku jakim jest udział muzułmanów w rosyjskiej armii, w której w przeciągu kilku lat muzułmanie będą stanowili połowę poborowych. I nie jest to bynajmniej jakaś oderwana od rzeczywistości prognoza. 
- W armii rosyjskiej blisko 40 proc. żołnierzy to muzułmanie. Nie dlatego, że się ich celowo rekrutuje, tylko wynika to z liczebności roczników – mówił w wywiadzie dla „Naszego Dziennika”, w lipcu 2012 roku, dr hab. Joachimem Diecem z Instytutu Rosji i Europy Wschodniej Uniwersytetu Jagiellońskiego. To już jest więc teraz prawdziwa armia przeszkolonych, przygotowanych do walki muzułmanów, a nie, póki co, garstka islamskich terrorystów z krajów Europy Zachodniej, która, aby odbyć takie wojskowe szkolenia jeździ gdzieś potajemnie poza Europę. Zagrożenie jest tym większe, że jak zauważa dr Joachim Diecem radykalne tendencje w islamie rozlewają się na terenie północnego Kaukazu i w metropoliach Federacji Rosyjskiej, ale proces ten nie został ze zrozumiałych względów nagłośniony w mediach. Na Kaukazie Północnym zresztą od dawna obecna była idea swoistego "kalifatu" czy innej formy państwa wyznaniowego. (…) Na ulicach miast Czeczenii - rządzonej przez uchodzącego za oddanego Putinowi Ramzana Kadyrowa - nie jest dziś w dobrym tonie pokazać się kobiecie bez chusty na głowie. Tego nie obserwowano ani w czasach sowieckich, ani na początku Federacji Rosyjskiej. Czeczeni nie byli muzułmanami radykalnymi. Radykalizacja jeszcze ostrzej przejawia się obecnie w Dagestanie i Inguszetii.

W kontekście zapowiadanej muzułmańskiej manifestacji w Moskwie, warto przytoczyć jeszcze jeden ciekawy fragment z artykułu Daniela Pipesa w którym jest również wzmianka na temat stolicy Rosji: kobiety muzułmańskie przypada 2.3 dziecka i dokonują one mniejszej liczby aborcji niż Rosjanki. W Moskwie Tatarki mają 6 dzieci a kobiety z Czeczenii i Inguszetii 10. Dodatkowo około 3-4 milionów muzułmanów przeniosło się do Rosji z byłych republik ZSRR, głównie z Azerbejdżanu i Kazachstanu; niektórzy Rosjanie także przechodzą na islam. Dr Joachim Diecem: Przeciętna rodzina czeczeńska posiada średnio 7-9 dzieci, zaś rosyjska jedno.


czwartek, 5 lutego 2015

Herbowy rodowód Polaków

Aleksander Orłowski / Uczta u Radziwiłłów
Dlaczego i jak dziedzictwo Pierwszej Rzeczypospolitej żyje w nas, przeważnie przecież potomkach plebejów? Drogi dziedziczenia nie są proste. Tym niemniej oczywiste. A niezwykły proces przejmowania szlacheckiej tradycji wspomogli (nieświadomie) nawet ci, którzy usiłowali ją świadomie zniszczyć (i prawie im się to udało): car i władcy PRL-u.


Jedynie w Polsce apostołowie, działając jako Chrystusowa opozycja [wobec Heroda], mogliby byli stworzyć legalną konfederację, wspartą na Boskim Veto; jedynie w Polsce konfederacja takowa, mogłaby była całkowicie legalnie ogłosić Syna Człowieczego Królem Wszechświata takimi słowy niepoprawny rewolucjonista Juliusz Słowacki (ale też, jak by nie było, polski szlachcic herbu Leliwa) zapowiedział plebejską, robotniczo‑inteligencką konfederację „Solidarności”, która w przedziwny sposób przywołała szlachecką tradycję Rzeczypospolitej i w sumie – zaowocowała naszą współczesnością. Bo czymże właściwie była „Solidarność”? Chyba jednak nie związkiem zawodowym. To wszak nie etos syndykatu kazał polskim robotnikom w sierpniu 1980 roku postawić na bramach stoczni drewniany krzyż, obraz Matki Boskiej i portret papieża Jana Pawła II obok biało‑czerwonej chorągwi. A ksiądz Hilary Jastak podczas pierwszej Mszy Świętej dla strajkujących mówił do nich nie o sprawie robotniczej, ale narodowej: To nic, że jesteście tacy wymęczeni i brudni, że macie robotnicze ubrania. Jesteście żołnierzami, w waszych rękach honor Polski. Wy tworzycie historię. W tych właśnie robotnikach Jerzy Stępień – były prezes Trybunału Konstytucyjnego RP, a w roku 1980 jeden z założycieli „Solidarności” – widzi konfederatów. I pisze, że owo spontaniczne tworzenie po całym kraju Międzyzakładowych Komitetów Strajkowych, to było:

konfederowanie się. Jednym słowem tworzenie konfederacji. Jak w Polsce przedrozbiorowej konfederacje powoływane były w sytuacji szczególnego pogwałcenia praw podstawowych (stan tzw. exorbitancji), bo – jak pisano w akcie konfederacji sandomierskiej z 1704 roku – Konfederacja „ex iure” natura każdemu narodowi „in extremis” pozwolona. Nie ma wątpliwości, że od początku wszyscy przeżywali „Solidarność” jako sprawę narodową, a nie tylko robotniczą. (…) Związek nie dążył do obalenia władzy, ale też klasyczna polska konfederacja nie miała na celu zniesienia władzy czy jej zastąpienia (…) znaleźliśmy się w samym centrum naszej najbardziej polskiej – właściwie nieznanej gdzie indziej – tradycji ustrojowej, przerwanej brutalnie pod koniec XVIII wieku.

Dlaczego? Chyba dlatego, że wyrastamy z sarmackiej przeszłości. W dawnej Rzeczypospolitej najsilniejszą strukturę społeczną tworzyła przecież sieć rozsianych po całym kraju małych siedzib sarmackiej szlachty. Wobec słabości miast i poddaństwa chłopów rządzić miała (teoretycznie, to prawda) właśnie ona: to szlachcic mógł o sobie mówić: obywatel – w dzisiejszym sensie tego słowa. Po ostatnim rozbiorze Rzeczypospolitej ów polityczny model przestał istnieć, ale szlachecki dworek zachował narodowy rząd dusz. Streszczał się on w zdaniu jakże często wypisywanym na frontonach ganków: Jam dwór polski, co walczy mężnie i strzeże wiernie. Tę rzeczywistość szlacheckiego dworu utrwalił w Panu Tadeuszu Mickiewicz.

Ale ta rzeczywistość mocno się wkrótce zmieniła. Po upadku powstania listopadowego car nakazał tak zwaną „weryfikację szlachecką”, wymierzoną w szlachtę średnią i ubogą, tę najbardziej niepokorną, którą pragnął raz na zawsze unieszkodliwić; tę, której przedstawiciele nie władali ani jedną wsią, bo chodzili dzierżawami, albo należeli do herbowej „gołoty” służącej wielkim panom. Otóż przejść przez tę procedurę udało się zaledwie jednej dziesiątej polskiej szlachty! Resztę na wiek wieków pozbawiono tytułu i praw. Można ich teraz było traktować jak chłopów. A po kolejnym powstaniu car uderzył też w posesjonatów, dokonując licznych konfiskat. W efekcie tłumy zubożałej szlachty pozbawionej majątków napłynęły do miast.

Inteligencja wyrasta z dworu
Serce polskiej kultury przeniosło się wówczas do Warszawy, Krakowa, Lwowa, Wilna i Poznania – prawdziwych ośrodków nowoczesnego narodu, który miał się składać z ludzi różnego pochodzenia, ale czujących wspólnie i mówiących jednym językiem. Teraz dopiero miało się w nim znaleźć miejsce dla chłopów, robotników, wreszcie dla licznych Żydów.

Ale rząd dusz nie wypadł tak zupełnie ze szlacheckich rąk. Inaczej niż na Zachodzie nie przejęła go burżuazja, lecz nowa grupa ludzi zwana „inteligencją”. Czyli (podaję definicję uproszczoną do maksimum, co proszę mi wybaczyć) wykształceni przedstawiciele wolnych zawodów. To inteligencja poczuła się i stała się odtąd prawdziwą głową polskiego narodu. Tym niemniej Polacy aż do dzisiaj (?) wyznają znacznie przesadzony pogląd o szlacheckim rodowodzie inteligencji polskiej (jak napisała w niedawnej monografii Magdalena Micińska). Pogląd przesadzony, bo przecież wolne zawody i wykształceni ludzie różnych stanów pojawili się w naszych miastach znacznie wcześniej, już w wieku XVIII. Z kolei potomkowie zubożałej szlachty, jakże liczni, niekoniecznie zajęli w „inteligencji” miejsca pierwsze. Jakże zaś wielu z nich „schłopiało”!

Ale przecież ów przesadzony pogląd nie jest też zupełnie bezpodstawny. I tu przychodzi rzecz najważniejsza. Jeśli nawet polska inteligencja nie całkiem wywiodła się z polskiej szlachty, to silnie zidentyfikowała z jej kulturowym dziedzictwem. Dlaczego? Bo szlachecka przeszłość nie dała się odsunąć w cień. Ona nadal przygniatała i olśniewała zarazem, a oprócz niej nie dało się dostrzec nic równie wielkiego i polskiego, na czym naród mógłby budować swoją tożsamość. Tym tłumaczyć należy fakt, że inteligencja pielęgnowała swoją kulturę – jak wyrokował klasyk polskiej socjologii, Józef Chałasiński – nie jako awangarda i elita warstw niższych, lecz jako satelita arystokracji rodowo‑majątkowej i szlachty ziemiańskiej.

I tak, w mieszczańskim salonie widziano pars pro toto wiejskiego dworu – z szablami, portretami przodków i narodowych bohaterów. Polscy publicyści narzekali wciąż na trwający uparcie polski etos szlachecki, który nie dawał się niczym zastąpić. Krytykowano chyba nie tyle za nadmierną pieczołowitość względem herbu i rodowodu, ile za brak pokory i sumienności razem wzięte, za lekkomyślność, pychę i dumę, tudzież „sejmikową” kłótliwość. Cechy, które uznajemy do dziś za narodowe wady wszystkich polskich stanów. Te same, których niezrównany obraz dał Mickiewicz w Panu Tadeuszu.

A bo właśnie, jeszcze i to: polska inteligencja wychowała się na romantycznej literaturze, pulsującej rytmem „szlacheckich” gawęd, poematów i romansów. I niewiele się zmieniło, kiedy nadeszła era pozytywistów i pracy organicznej. Bo kimże są „chłopscy” bohaterowie pozytywistycznej powieści Nad Niemnem? Szlachtą, tyle że zaściankową. Kimże jest Wokulski, arcybohater pozytywistyczny? Niby mieszczuch i kupiec, w istocie szlachcic, który trafił do miasta i boryka się ze swoim szlacheckim etosem. A twórcy obu tych bohaterów – również należeli do polskiej szlachty…

Jednak najpotężniejszym filarem krzepnięcia szlacheckiej tradycji stała się Trylogia Sienkiewicza (skądinąd, właśnie, szlachcica herbu Oszyk). Sienkiewicz idealnie trafił w oczekiwania nowoczesnego narodu – znów poprzez szlachecką tradycję. Trylogia nie tylko wymiotła modne romanse z salonów, ale i weszła tam, gdzie wcześniej nikt nie czytał: do chłopskich chałup i do miejskich suteren. W rezultacie już wkrótce, podczas kolejnych walk o niepodległość, imiona i etos szlacheckich bohaterów Trylogii stały się normą także dla plebejuszy.

Tymczasem przez czas jakiś szlachta ziemiańska wiele jeszcze miała do powiedzenia. Obliczono, że w latach międzywojennych co trzeci polski literat miał za sobą dzieciństwo w szlacheckim dworku. Aż nadszedł czas, wydawałoby się, ostateczny: rok 1944. Bolszewicki dekret głosił, że mieszkańcy ziemiańskich dworów mają opuścić swoje siedziby w ciągu trzech dni, nie zabierając ze sobą nic więcej poza przedmiotami osobistego użytku, a także bez tej części majątku osobistego, która miała wartość naukową, artystyczną lub muzealną. Spośród prawie dziesięciu tysięcy dworów istniejących na terenie PRL‑u większość zburzono lub do cna zdewastowano.

Zaraz potem polskie miasta zaczęły gwałtownie rosnąć kosztem wsi. Zatopiono je w gigantycznej otulinie blokowisk zasiedlonych chłopami, których przedzierzgnięto w robotników. Komuniści postanowili stworzyć w miastach „nowego człowieka”, z nową świadomością, pozbawionego oparcia zarówno w religii katolickiej, jak i w szlacheckiej przeszłości.

Wpływ spoza grobu
A jednak zmiany nie przebiegły dokładnie po linii ich oczekiwań. Wprawdzie szlachta roztopiła się w społeczeństwie i formalnie straciła wpływ na kulturę i politykę, ale… zarazem zyskała ten wpływ niejako „spoza grobu”. Żeby było jasne, nie mówię tu nawet o tej szlachcie, która zachowała pełną świadomość swego pochodzenia i obecnie zrzesza się w ziemiańskich związkach, pieczołowicie chroniąc własną pamięć i tożsamość. Zwracam uwagę na zjawisko inne. Na los szlachty drobnej i średniej, którą uparcie deklasowano – aż zdeklasowano. W rezultacie, po ciężkich doświadczeniach lat komuny, szlachecka krew płynie dziś w milionach mieszkańców polskich miast, gdzie żyli i pracowali ramię w ramię spadkobiercy zaściankowej szlachty, szlacheckich rządców i ekonomów, robotników i chłopów. Najbardziej typowe polskie nazwiska szlacheckie, kończące się na: „-ski”, „-cki” (odpowiednik francuskiego de) albo na „-icz” już dawno dały wzór tworzeniu nazwisk polskich w ogóle i stały się własnością powszechną. Znaczna część posiadaczy takich nazwisk przyznaje się do szlacheckiego pochodzenia, chociaż nie zna własnych przodków – i bez trudu (acz przeważnie bezpodstawnie) wskazuje swoich przodków w starych herbarzach… Sondaże przeprowadzane jeszcze w latach sześćdziesiątych zeszłego stulecia dowiodły, że Polacy en masse chętnie widzieli u siebie cechy należące do stereotypu anarchistycznej szlachty XVII wieku. Gremialnie przyznawali się do niej! Tak samo wypominane z ambon czy wskazywane przez socjologów „wady narodowe” nadal opisywano jako zakorzenione wprost w wadach dawnej polskiej szlachty.

W tym procesie utożsamiania się Polaków z dawną szlachtą paradoksalnie pomogła sama komuna. Bo panowie PRL‑u, uwłaszczywszy się na państwie, postanowili też uwłaszczyć się na narodowej tradycji. I pozostając przy „chłopsko‑robotniczej” retoryce, porzucili „chłopsko‑robotnicze” obyczaje; skandując nadal Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się, ulegli szlacheckiemu snobizmowi. No cóż – chcieli po prostu upozować się na pełnoprawnych spadkobierców polskiego dziedzictwa. Najwidoczniej nie było dla nich innej drogi – musieli sięgnąć po dwór, herb i… Trylogię. Efekt przeszedł ich oczekiwania, ale okazał się odwrotny od oczekiwanego.
Przypomnijmy: na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych powstały ekranizacje dwóch części Trylogii w reżyserii Jerzego Hoffmana, osiągając sukces równie wielki, jak w XIX wieku same powieści. Zarazem Wajda nakręcił filmy, które tradycję polskiego dworu uobecniły trwale i genialnie. Aktorzy grający główne role w tych filmach do dziś budzą emocje, są osobami publicznymi. W ten sposób polskie społeczeństwo, rzekomo już socjalistyczne i nieszlacheckie, ponownie do tradycji sarmackiej i szlacheckiej się przyznało, ponownie do niej przylgnęło. Pewno, że dokonując rozmaitych uproszczeń – ale sam fakt wątpliwości nie ulega. Zarazem luminarze polskiej sztuki – jak sam Andrzej Wajda czy kompozytor Krzysztof Penderecki i niektórzy znani aktorzy – zaczęli pół po cichu, a pół publicznie „załatwiać” sobie stare dwory i urządzać je w „szlacheckim” stylu. Takie przedsięwzięcia budziły chyba sympatię przeciętnego Polaka, który o podobnym luksusie nie mógł marzyć; ale też budowały przepaść pomiędzy nim a szarą rzeczywistością i komunistycznym reżimem. Przede wszystkim zaś w ten sposób, choć prawdziwy świat dawnej szlachty przepadł, przetrwało i odrodziło się jego masowe wyobrażenie.

Czy powinno więc dziwić, że po upadku komuny nastąpił boom wydawnictw heraldycznych? I że ujrzeliśmy zalew „dworkowatych” willi, raz ładnych, raz szkaradnych? Można je krytykować, słuszne to i sprawiedliwe, ale z drugiej strony – cieszy mnie, że powstają nowe dwory, czyli domy osadzone w polskiej tradycji, i że są pośród nich także dwory piękne i ciekawe. Bo – tu przywołam historyka sztuki Piotra Kordubę, którego o „nacjonalistyczne” poglądy trudno podejrzewać – powiedzmy sobie szczerze: neosarmacki, czy raczej neosarmacko‑ziemiański styl zamieszkiwania to jedyny styl kultury polskiego domu, który ukształtował się w pełni, bez pęknięć (…) Opleciony narodowymi konotacjami, a zarazem uwikłany w mechanizm społecznej promocji, nieobcy, swojski, odradzający się po wszystkich katastrofach (…) w każdych czasach będzie odpowiadał pewnej grupie społeczeństwa.

Tak jest: Sarmatia semper viva!



Jacek Kowalski – historyk, poeta i pieśniarz. Adiunkt na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Miłośnik kultury staropolskiej.



Tekst ukazał się w 41. numerze magazynu "Polonia Chrisitana"

środa, 4 lutego 2015

Islandia żegna się z Unią. Reykjavik zrezygnuje z członkostwa w UE

źródło: ShutterStock
Islandia wkrótce ostatecznie przestanie starać się o członkostwo w Unii Europejskiej. Zapowiedział to nieoficjalnie premier kraju Sigmundur Gunnlaugsson. Według islandzkich mediów, premier miał nawet oświadczyć, że jego kraj nie jest już zaangażowany w rozmowy na temat akcesji.



Jego zdaniem, wszelkie wcześniejsze ustalenia między Brukselą a Reykjavikiem podjęte po 2009 roku stały się nieaktualne z dwóch co najmniej powodów. Nowy centroprawicowy rząd islandzki stawia sobie odmienne cele i nie musi akceptować porozumień lewicowych poprzedników. Ponadto zmiany w samej UE spowodowały, że Wspólnota jest obecnie czymś odmiennym niż była w momencie, gdy Islandia siadała do negocjacji ponad 4 lata temu.
Można więc oczekiwać, że Islandia oficjalnie wycofa się wkrótce z zamrożonego obecnie procesu akcesyjnego. Zdaniem obserwatorów, spowoduje to ostre protesty licznej nadal grupy polityków prounijnych.

>>> Czytaj też: Islandia wychodzi z kryzysu i podejmuje kolejne działania

Islandia jest członkiem Europejskiego Stowarzyszenia Wolnego Handlu - EFTA. Jako państwo kandydujące do UE weszła też do Strefy Schengen. Jest również członkiem NATO.


Źródło: http://forsal.pl/artykuly/846365,islandia-zegna-sie-z-unia-reykjavik-zrezygnuje-z-czlonkostwa-w-ue.html

wtorek, 3 lutego 2015

Aborcyjna aktywistka: obrońcy życia są jak islamscy terroryści!


Redaktor naczelna aborcyjnego portalu, Jodi Jacobson, stwierdziła, że jeśli chodzi o „ideologię”, obrońcy życia niczym nie różnią się od islamskich terrorystów. Według Jacobson terroryści mordują, a przeciwnicy aborcji zabijają „odmawiając opieki medycznej albo przez inną przemoc”. Kolejny przykład „logiki” aborcjonistów.


Abborcyjna aktywistka prowadząca serwis RH Reality Check, Jodi Jacobson, postanowiła dotrzeć do osób solidaryzujących się z rodzinami ofiar ataku na redakcję „Charlie Hebdo”. „Jak chodzi o papieża, Mahometa, rabinów, liderów religijnej prawicy w tym kraju czy gdziekolwiek, to chodzi o ich krytykę” – stwierdziła Jacobson. Jak dodała, „nie różnicy między ideologiami wykorzystywanymi do zabijania, okaleczania czy więzienia kobiet poprzez odmowę opieki medycznej albo inną przemoc”.

Według amerykańskiej aborcjonistki, obrońcy życia są dokładnie takim samym problemem jak francuscy terroryści. Ochrona prawa do życia to dla Jacobson „przemoc”, taka sama, jak mordowanie niewiernych bądź rytualne okaleczanie kobiet w islamskich krajach Afryki.

Na pomoc skompromitowanej aborcjonistce ruszyły feministki aktywne na stronach serwisu Twitter. Według nich, pro-liferzy oczywiście nie zrozumieli o co chodzi Jodi Jacobson, a jak zrozumieli, to wszystko przekręcili. Według nich redaktor naczelna miała na myśli coś innego, niż napisała. Jacobson, nie widząc innego wyjścia, zablokowała użytkowników serwisu, którzy odważyli się z nią nie zgodzić. W końcu, z „terrorystami” się nie dyskutuje…


Źródło: blackcommunitynews.com, lifenews.com

poniedziałek, 2 lutego 2015

Cel dżihadu – Rzym



Zachód nie może wygrać nadchodzącej wojny z gęsto utkaną i coraz bardziej radykalną międzynarodową siecią dżihadu, która zwraca się ku sercu cywilizacji chrześcijańskiej – Rzymowi. Dlaczego? Bo sam siebie nienawidzi.


W ostatnich miesiącach Zachód „odkrył” problem istnienia islamu. Zaniepokoił się nawet Eugenio Scalfari patriarcha radykalnego progresywizmu i uprzywilejowany partner rozmów papieża Franciszka, stwierdzając, że oto właśnie zachodni świat stoi przed wojną religii i przeciwstawnych cywilizacji („La Repubblica”, 24 sierpnia 2014).

Jak w każdej wojnie, tak i w tej – zwycięży silniejszy. Ale jak uczą wszyscy wielcy stratedzy, siła wojownika leży przede wszystkim w jego nastawieniu psychicznym i moralnym, które rodzi się z uzasadnionej miłości do określonej sprawy, jak również z nienawiści żywionej do wroga. Dziś Zachód bliski jest kapitulacji, ponieważ swego głównego wroga dostrzega we własnej tożsamości, a towarzyszy temu – owej zachodniej nienawiści do samego siebie – miłość, a przynajmniej afirmacja rzeczywistego wroga, którego przedstawia się jako wyzwoliciela. Któż bowiem nie pamięta entuzjazmu dla „arabskiej wiosny” i doniesień o rzekomym nawróceniu się islamu na demokrację?
Dyktatur Saddama czy Kaddafiego nie zastąpiły systemy sławiące wolność i prawa człowieka, ale chaos, w którym miejsce starych despotów zajęły frakcje religijne i polityczne. W Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie destrukcja państw arabskich przyniosła krwawy zamęt wśród klanów i plemion sunnickich i szyickich, Arabów i Kurdów, za który płacą przede wszystkim chrześcijanie oraz przedstawiciele Zachodu.

Z tych plemiennych rewolucji zrodziło się Państwo Islamskie – jednostka, która w przeciwieństwie do Al‑Kaidy zajmuje konkretne terytorium, posiada prawdziwą armię i urzędników odpowiedzialnych za finanse, a przede wszystkim ma konkretny i otwarcie zadeklarowany cel główny: restytucję kalifatu. Jeśli owo roszczenie kogoś zaskakuje lub jeśli ktoś sądzi, że stanowi ono wykwit nieprawdziwej, patologicznej wizji islamu, to taka opinia świadczy jedynie o jego nader skąpej wiedzy na temat religii Mahometa. Światowy kalifat bowiem nie jest marzeniem wyłącznie fundamentalistów – to cel całego islamu.

(…)

Równie tragicznym, co wymownym symbolem klęski Zachodu, dla którego bez nadzwyczajnej pomocy Opatrzności nie ma żadnego ratunku, jest obraz amerykańskiego dziennikarza Jamesa Foleya klęczącego obok kata tuż przed ścięciem. Wydaje się, że Foley był dobrym katolikiem, ale jego śmierć nie była męczeńska. Nie wygłosił on bowiem przed egzekucją wyznania wiary, ale wypowiedział słowa swoistej apostazji – wprawdzie nie wobec religii, ale wobec własnego kraju i cywilizacji (najprawdopodobniej zresztą podyktowane przez porywaczy):
– Żałuję, że jestem Amerykaninem. Zwracam się do moich przyjaciół, mojej rodziny i moich bliskich, by powstali przeciw mojemu prawdziwemu mordercy – rządowi Stanów Zjednoczonych, ponieważ to, co się ze mną stanie, jest wyłącznym wynikiem jego zadufania i zbrodniczego charakteru.

Przypomina to notę o wypowiedzeniu wojny wysłaną przez Turków w roku 1683 do cesarza Leopolda I Habsburga: Zamierzamy uderzyć zbrojnie na twoją ziemię i ją zdeptać (…). Oczekuj nas w Wiedniu, gdzie będziemy was ścinać, ty nieznaczący nic wśród stworzeń Bożych, jakim może być tylko giaur.

Marsz na Rzym
Ostatecznym celem islamu jest zdobycie stolicy chrześcijaństwa. Jak przypomina Nicoletta Tiliacos, podczas kazania na początek Ramadanu w meczecie w Mosulu, w piątek 4 lipca, kazania, którego treść rozpowszechniono na całym świecie, Abu Bakr al Bagdadi al Qurashi al Husseini – obecnie samozwańczy kalif Ibrahim – wzywając wszystkich muzułmanów, by doń dołączyli, obiecał, że islam wtargnie do Rzymu i zdominuje cały ziemski glob („Il Foglio”, 21 lipca 2014). Podobne słowa wypowiedział kilka lat wcześniej szejk Yusuf al‑Qaradawi, duchowy przywódca Bractwa Muzułmańskiego, w fatwie ogłoszonej 27 lutego 2005: Mimo pesymizmu zasianego w naszych szeregach, w ostateczności islam zawładnie światem i będzie jego panem. Oznaką zwycięstwa będzie zdobycie Rzymu, Europa zostanie opanowana, chrześcijanie – pokonani, a islam wzrośnie i stanie się siłą kontrolującą cały kontynent europejski.

Rzym wciąż jest sercem świata i wciąż pozostaje ostatecznym celem tych, którzy nienawidzą cywilizacji chrześcijańskiej. Jest też jedynym źródłem ewentualnego odrodzenia. Eugenio Scalfari ma rację – to jest wojna religijna. Ale – jak przypomniała siostrze Łucji Matka Boża 3 stycznia 1944 roku, wzywając ją do spisania trzeciej tajemnicy fatimskiej – jest tylko jeden Bóg i jedna prawdziwa religia. W mojej duszy cichy głos powiedział – zaświadcza Łucja – tylko jedna wiara, jeden chrzest, jeden Kościół: Święty, Powszechny i Apostolski. W wieczności Niebo! To Niebo, ku któremu winniśmy wznosić błaganie o pomoc w obronie jedynej Wiary i jedynej Cywilizacji.

Roberto de Mattei – profesor historii nowożytnej na uniwersytecie Cassino, wykładowca historii chrześcijaństwa i Kościoła na Uniwersytecie Europejskim w Rzymie, prezes Fundacji Lepanto, redaktor naczelny miesięcznika „Radici Cristiane”. Kieruje agencją informacyjną Corrispondenza Romana.

Powyższy tekst w całości można przeczytać w najnowszym 42. numerze magazynu "Polonia Christiana".