piątek, 23 stycznia 2015

Ujawniono nieznane dokumenty: Churchill chciał przejść na islam. Rodzina błagała, by tego nie robił


Adiunkt na Uniwersytecie Cambridge, dr Warren Dockter dotarł do niepublikowanych dotychczas listów bliskich Winstona Churchilla, dwukrotnego premiera Wielkiej Brytanii w czasie drugiej wojny światowej, uznanego przez BBC za najwybitniejszego polityka wszechczasów. Z dokumentów wynika, że bliscy, znając jego fascynację orientalizmem, błagali, by nie przechodził na islam.


W 1907 r. Churchill w liście z Sudanu, gdzie służył jako oficer pisał do Lady Lytton, że „żałuje, iż nie jest paszą”. W Imperium Osmańskim był to wysoki rangą urzędnik, generał.

W tym samym roku Lady Gwendoline Bertie, która poślubiła młodszego brata Winstona, przestrzegała przyszłego szwagra: „Proszę, nie nawróć się na islam. Zauważyłam w twoim charakterze tendencję do orientalizmu, pragnienie bycia paszą. Wiesz, co mam na myśli, walcz z tym”.

Legendarny premier, prowadzący Brytyjczyków do zwycięstwa nad nazistami w czasie II wojny światowej – zdaniem historyka, który natknął się na niepublikowane listy – fascynował się islamem, chociaż miał ograniczoną wiedzę na temat tej religii.

„Jego poglądy na temat wyznawców islamu i samej kultury islamskiej były często paradoksalne. Stanowiły złożoną mieszaninę imperialistycznych wyobrażeń orientalnych ideałów, połączoną z szacunkiem, tolerancją i wyrozumiałością dla tej kultury, wynikającą z wczesnych doświadczeń nabytych w początkach kariery wojskowej. Była to swoista perspektywa, osobliwy churchilizm” – napisał dr Dockter w swojej książce pt. „Winston Churchill a świat islamski. Orientalizm, Imperium i dyplomacja na Bliskim Wschodzie”.

Historyk dodał, że Churchill mimo oczywistej fascynacji islamem, miał ograniczoną wiedzę na temat religii mudżahedinów, o czym może świadczyć jego pytanie zadane w 1920 roku, kiedy pełnił funkcję ministra ds. kolonii. Nie wiedział on, czym się różnią sunnici od szyitów.

Dockter uważa, że brytyjski mąż stanu był raczej ateistą, a fascynacja islamem wynikała z mody, jaka pojawiła się wśród osób wychowanych w epoce wiktoriańskiej. Podobały im się pewne cechy charakteru muzułmanów, jednak nie podzielali oni poglądów na przykład dotyczących traktowania kobiet jak niewolnice.

Wcześniej Churchill – jako reporter z Sudanu – pisał, że „indywidualnie muzułmanie mogą odznaczać się wspaniałymi cechami, ale wpływ religii paraliżuje rozwój społeczny tych, którzy ją wyznają. Nie ma na świecie żadnej tak potężnej, a zarazem wstecznej siły”. Dodał: „Mahometanizm jest wiarą wojującą i prozelityczną”.

Brytyjski polityk nigdy nie wyrzekł się „zauroczenia” wojującym islamem. Jeszcze w 1940 roku uważał, że należy budować dobre relacje z muzułmanami i wyłożył 100 tys. funtów na wzniesienie meczetu w londyńskim Regent’s Parku.



Źródło: jpost.com, timesofisrael.com, AS.

czwartek, 22 stycznia 2015

Polska to postkolonia. Naszą historię zawłaszczyło imperium


W świecie ludzkim, w przeciwieństwie do Bożego, liczą się przede wszystkim dwie rzeczy: siła i prestiż. Naród skolonizowany traci i siłę, i prestiż. Naród postkolonialny dostaje szansę na odbudowę swojej siły i prestiżu – mówi PCh24.pl prof. Ewa Thompson, badacz m.in. zjawiska postkolonializmu w Europie Środkowej.


Czy III RP jest – jak twierdzą rządzący dziś politycy PO – największym sukcesem polskich elit od czasów jagiellońskich?

Takie sformułowanie niczego nie wyjaśnia. Mówiąc o „najlepszej Polsce od czasów jagiellońskich” wkraczamy w dziedzinę subiektywnych odczuć. To jest zupełnie inna kategoria myślowa. Z odczuciami trudno jest dyskutować, bo nie sposób jest dowieść, że są prawdziwe lub nieprawdziwe.

Czym więc jest obecnie Polska? Może kondominium, albo kolonią lub postkolonią?

Należałoby tu przywołać słownikowe definicje terminów takich jak kolonia czy kondominium. Otóż aby kwalifikować się do tych kategorii, należy podpisać odpowiednie umowy poddańcze, których postkomunistyczna Polska nie podpisywała. Nie można więc o Polsce mówić jako o kolonii czy kondominium, chyba że w sensie przenośnym.

Ale ta przenośnia jest nieco jaskrawa, i nie powinna być nadużywana. Natomiast kategoria postkolonializmu – wziąwszy pod uwagę militarną okupację sowiecką w latach 1945–1989 i spowodowane przez nią straty gospodarcze, społeczne i polityczne – jest jak najbardziej na miejscu. Polacy, na przestrzeni dwóch pokoleń rządzeni przez wyznaczonych przez Moskwę namiestników, żyjący w strachu sowieckiej militarnej interwencji, gdy się wreszcie uwolnili od okupacyjnej armii, stali się postkolonią––ekonomiczną, polityczną, kulturową.

Oczywiście są różne postkolonie i różni kolonizatorzy, dlatego Polska różni się kulturowo, ekonomicznie i politycznie od Algierii, Irlandii czy Indii.

Francja, obchody 70-lecia desantu na Normandię. Prezydent Hollande wymienił wszystkie narody, które przyczyniły się do zwycięstwa nad Niemcami w czasie II wojny światowej. O Polakach nawet się nie zająknął. Za to słowa uznania skierował pod adresem Armii Czerwonej. Dlaczego możni tego świata znów o nas zapomnieli?

Historia i osiągnięcia podbitego narodu zostają albo zapomniane, albo przypisane zwycięskiemu narodowi. Tak więc niepamiętanie o wkładzie Polaków w zwycięską wojnę z Trzecią Rzeszą, przypisywanie Kopernikowi narodowości niemieckiej zaś Włodzimierzowi Spasowiczowi, Wacławowi Niżyńskiemu czy Mikołajowi Przewalskiemu narodowości rosyjskiej, to rutynowe nieprawdy, a głosiciel takich nieprawd może nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że mówi nieprawdę. Imperium bowiem „zagarnia” i uważa za swoje osiągnięcia dorobek ludów kolonizowanych. Jeżeli naród nie odzyska niezawisłości, korekta tego rodzaju fałszerstw staje się praktycznie niemożliwa. Jak Polska może wrócić do niezawisłości? Korekta zależy od sukcesów rozwojowych byłej kolonii oraz od natężenia „prywatnej inicjatywy” obywateli, których te fałszerstwa powinny oburzać i którzy powinni podejmować indywidualne wysiłki przeciwstawienia się temu.

Wbrew przekonaniom wielu Polaków po prawej stronie politycznego spectrum, względnie niewiele mogą tu zrobić polskie instytucje, jakkolwiek pisanie listów do prasy i instytucji zagranicznych w wypadkach rażącego odbiegania od prawdy to oczywiście elementarny obowiązek polskich konsulów za granicą. W społeczeństwach demokratycznych jednak osiąga się więcej przez spontaniczne i liczne protesty prywatne niż przez zajmowanie oficjalnego stanowiska przez placówki dyplomatyczne. Na przykład w opisanym przez Pana przypadku Hollande’a, listy protestacyjne obywateli francuskich pochodzenia polskiego lub Polaków zamieszkałych we Francji odniosłyby lepszy skutek, niż protest ambasady, który byłby uznany za nietaktowne „czepianie się”.

I tu trzeba stwierdzić, że Polaków zdolnych, majętnych i chętnych do podejmowania tego rodzaju prywatnych inicjatyw wciąż jest za mało. Po dziesięciu pokoleniach mordowania tych najdzielniejszych i w sytuacji niesłychanego zubożenia społeczeństwa, ludzie boją się wystąpić z szeregu, boją się podjąć ryzyko „podkładania się” w nieosobistej sprawie.

Ale nie jest też bardzo źle –– Polaków wciąż jest dużo, nie dało się ich tak do końca wytrzebić, istnieją ludzie odważni. W wielu wypadkach z satysfakcją obserwuję wystąpienia Polaków na forum publicznym w różnych częściach świata. Jeżeli Polsce uda się zachować niezawisłość, wielkie fałszerstwa historii, takie jak np. wizja Europy mająca swoje źródło w Kongresie Wiedeńskim, zostaną skorygowane przez polskich i niepolskich historyków. Ale na to trzeba paru pokoleń i sporo pieniędzy.

Należy również pamiętać, że żyjemy w społeczeństwie ludzkim a nie Bożym. Na civitas Dei mamy nadzieję, podczas gdy historia ludzkiego królestwa jest wielkim strumieniem niesprawiedliwości, z których tylko część zostanie nazwana po imieniu w narracji historycznej świata. Nie da się tego strumienia zawrócić o 180 stopni czy nawet nadać mu prawidłowej nazwy, choć naturalnie należy robić, co jest w naszej mocy, by go nieco skorygować. W królestwie ludzkim możemy liczyć głównie na to, co sami zrobimy, aby umniejszyć niesprawiedliwości—które jednak będą i pozostaną.

A polski dorobek, wkład Polski w Europę zostały zapomniane?

Tak, polska narracja została w znacznej mierze przekłamana w czasie rozbiorów, które trwały przez sześć pokoleń, a potem w okresie sowieckiej kolonizacji, która trwała dwa pokolenia. Gdy się jest skolonizowanym, traci się głos.

I tu dochodzimy do jądra problemu. W świecie ludzkim – w przeciwieństwie do Bożego – liczą się przede wszystkim dwie rzeczy: siła i prestiż. Naród skolonizowany traci i siłę, i prestiż. Naród postkolonialny dostaje szansę na odbudowę swojej siły i prestiżu. Nie dzieje się to automatycznie––to jest praca na kilka pokoleń. Pamiętając, że tak jest, należy więc angażować się w ten proces nie łudząc się, że wygramy na sto procent, choć można o tym oczywiście marzyć.

Narody postkolonialne, jeżeli znajdą w sobie dość determinacji aby się rozwijać, muszą rosnąć w siłę ekonomiczną, demograficzną, kulturową. Nie po to, aby podbijać sąsiadów czy forsować swoje interesy w krajach słabszych, ale po to, aby mieć możność obrony swoich obywateli, swoich granic i tożsamości. W wypadku Polski, aby realizować te wartości, w imię których tak wielu Polaków i Polek żyło i umierało w ciągu ostatnich kilku stuleci. To jest elementarny obowiązek wobec tych, którzy złożyli za te wartości ofiarę życia. Nie wypełniamy tego obowiązku li tylko przez lamenty nad sytuacją w polskiej polityce. Raczej należy kreować środki, przy pomocy których można na tę sytuację wpływać.

Polska tymczasem zaniedbuje inwestycje w naukę. Jaki wielki ma to wpływ na promowanie dorobku polskiej kultury i historii za granicą?

Przypomina mi się tu epizod z życia Jana Pawła II, zaraz po wybraniu go na papieża. Otóż gdy zlecił budowę pływalni w Watykanie, niektórzy szemrali, że jest to niepotrzebny luksus nowego Ojca świętego. Na co Wojtyła odpowiedział tak: „Zbudowanie basenu kosztować będzie o wiele mniej, niż zorganizowanie i opłacenie nowego konklawe”.

Trzeba umieć rozróżnić pomiędzy luksusem dla luksusu, a tym, który zapobiega o wiele większym wydatkom. Podobnie trzeba rosnąć w siłę nie dlatego, aby być numerem jeden, ale dlatego, że będąc numerem jeden ma się możliwości zrobienia więcej dobrego. Zdaję sobie sprawę, że tu wkraczamy na grząski teren odczuć, ale ponieważ prowadzimy dyskusję w kręgu katolickim, zakładam, że od czasu do czasu można się posłużyć terminem takim jak „dobro” bez konieczności definiowania go. Człowiek majętny może np. fundować stypendia dla niezamożnych uczniów, zakładać instytucje niezależne od państwa, finansować katolickie pismo czy inwestować w naukę. Tak więc jestem zwolenniczką hasła „Bogaćcie się!” To prawda, że używał go Bucharin w okresie NEP-u, ale zupełnie inny sens tego hasła znajdujemy w dystrybucjonizmie Chestertona.

Odradzałabym tu pedanterię, z którą przeciwnicy kapitalizmu atakują tego rodzaju hasła twierdząc, że to, co się obecnie nazywa kapitalizmem, nie sprzyja duchowemu rozwojowi człowieka. Należy pamiętać, że żyjemy w królestwie ziemskim a nie Bożym, i że musimy szukać najkorzystniejszej metody pomnożenia naszych talentów w świecie nas otaczającym, a nie w świecie naszych marzeń. Wybrzydzając na współczesny kapitalizm i zamykając się w okopach św. Trójcy postępowalibyśmy jak ten sługa, który ukrył swój talent w ziemi, bo nie chciał brudzić sobie rąk niepewnymi transakcjami. Indywidualne bogacenie się wzmacnia polski prestiż zagranicą.

Co robić, by popularyzować polski dorobek kulturalny, by Chopin przestał być uważany za francuskiego kompozytora?

Rosnąć w siłę! Mieć ambicję bycia najlepszym w świecie w swoim zawodzie. Mierzyć wysoko. Zachęcać swoje dzieci, aby mierzyły wysoko. Przygotowywać je do roli przywódczej. Polacy mają tendencję do ustępowania na krok przed zwycięstwem, w imię błędnie pojmowanej chrześcijańskiej pokory: nie chcę być pierwszy, niech to pierwsze miejsce zajmie ktoś inny.

Wielkie zmiany będą miały miejsce tylko wtedy, gdy Polska i Polacy zdobędą międzynarodowy prestiż za sukcesy w rozwoju gospodarczym, za wynalazczość, wytrwałość, dzieła artystyczne, które przemówią do każdego. Istnieje sprzężenie zwrotne pomiędzy takimi osiągnięciami i statusem międzynarodowym Polski. Wiemy, że są ośrodki władzy i nacisku, które wciąż widzą Polskę jako bękarta Traktatu Wersalskiego. Swoimi osiągnięciami anulujemy takie poglądy. Wierzę w polską wolę zaistnienia.

W Polsce myśli się kliszami zachodniego „postępu”. Jeśli wstydzimy się naszych symboli i tradycji kładąc je na ołtarzu zachwytu nad zachodnią „nowoczesnością”, to jesteśmy obecnie zdolni do tego, by promować oryginalność i piękno naszej kultury?

Tłem Pana pytania jest przekonanie, że świat powinien być sprawiedliwy, czy raczej, że jeżeli będziemy głośno krzyczeć, to świat nam jakoś nasze krzywdy wyrówna. Otóż nie wyrówna. Rachunku krzywd na tym świecie nikt nam nie wyrówna, trzeba tej prawdzie spojrzeć w oczy i powstrzymywać się od odruchowego nieomal pokazywania, jak to Polaków los źle potraktował. Zgoda. Trudno się od tego powstrzymać. Ale trzeba się przyzwyczaić do myśli, że głośnie krzyczenie o tym, jaka dzieje się nam niesprawiedliwość, w większości wypadków zostanie zignorowane. Produktywną odpowiedzią na niesprawiedliwość jest robienie swego i osiąganie swego. Głośna korekta fałszerstw jest jak najbardziej na miejscu – stąd jestem na przykład pełna uznania dla p. Macieja Świrskiego i prowadzonej przez niego Reduty Dobrego Imienia. Ale eksponowanie klęsk – nawet jeżeli są to szlachetne klęski, jak Powstanie Warszawskie – ma inny wydźwięk w Polsce, a inny np. w Stanach Zjednoczonych, gdzie szlachetne klęski się nie liczą. Nasi bohaterowie mają formować nas i przez nas mają być doceniani; nie da się na tym etapie znajomości historii w Europie i świecie podzielić się w pełni ich bohaterstwem z innymi.

W Polsce nawet współczesnej można się chwalić wieloma rzeczami, od wciąż niedocenianych i niereklamowanych osiągnięć polskiego katolicyzmu, przez studentów z Politechniki Białostockiej, którzy zbudowali nagrodzonego w międzynarodowym konkursie marsjańskiego łazika, po wyniki nastolatków w światowych rankingach zdolności poznawczych. Mieszam tu kategorie świeckie i duchowne po to, aby podkreślić, że w przeciwieństwie do tych drugich nikt właściwie nie zajmuje się rozgłaszaniem w świecie tych pierwszych. Na przykład piękna i różnorodności polskich katolickich kościołów lub tego, w jaki sposób są w Polsce traktowani są ci najmniejsi, najbardziej niepełnosprawni, dwudziestolatkowie ważący piętnaście kilo, ci, którymi opiekują się siostry zakonne w Łodzi, Ełku czy Niegowie-Samarii. Byłam, widziałam, to są rzeczy unikalne, w porównaniu np. z „magazynowaniem” czy wręcz eutanazją niepełnosprawnych w Stanach Zjednoczonych.

To, do jakiego stopnia dany kraj jest cywilizacyjnie zaawansowany, mierzy się tym, jak są w nim traktowani ci najsłabsi i najbardziej bezbronni. W takim rankingu Polska stanęłaby bardzo wysoko. To tylko jeden z wielu przykładów, z których można być prawdziwie dumnym. Ale gdzie są świeccy, biskupi czy księża podający takie rzeczy do światowej wiadomości?



Rozmawiał: Krzysztof Gędłek

środa, 21 stycznia 2015

Jerzy Stuhr batoży polski ciemnogród. Robert Lewandowski nie ma z tym problemu



Reżyser „Obywatela” w ostatnim czasie jest bardziej znany ze swojego ostentacyjnego kręcenia nosem na rodzimy ciemnogród. W tym samym czasie gwiazda światowego futbolu chętnie przyznaje się do tegoż zaścianka.

Przykro jest słuchać tego, co wygaduje Jerzy Stuhr, gdy jest się fanem jego filmowych, tak reżyserskich jak i aktorskich, dokonań. Tyle, że w ostatnich latach te dokonania przedstawiają się nad wyraz mizernie. Po części jest to zrozumiałe - w końcu aktor toczył jednak walkę z chorobą nowotworową. Sam podkreślał, iż mógł liczyć na wyrazy solidarności ze strony zwykłych ludzi - każdego przeciętnego Kowalskiego czy Nowaka.

Teraz okazuje się, że ten Kowalski czy Nowak są be, zazdrośni, zawistni, homofobiczni, antysemiccy, ksenofobiczni i Bóg jeden raczy wiedzieć, jacy jeszcze. Niestety maestro, który z miną wytrawnego guwernera dobrego smaku rzuca swoje werdykty na prawo, rzadziej lewo w ostatnim czasie swoją popularność zawdzięcza właśnie takim opiniom, kreśleniu pokracznego wizerunku Polaków niż własnego kunsztu. Każdy miłośnik twórczości Stuhra musi przyznać, że jego ostatnie obrazy nie dorastają do pięt filmom takim jak „Historie miłosne” czy „Tydzień z życia mężczyzny”, dzieł które powstawały zanim Stuhr wziął się za zawodowe uprawianie wstydu za własnych rodaków. Dziś pozostaje jedynie poza zgorzkniałego inteligenta, który z oskarżycielską swadą ocenia własny naród.

W tym samym czasie, gdy Jerzy Stuhr na stare lata zaczyna wstydzić się za „płytki katolicyzm i histeryczny patriotyzm” Polaków, przedstawiciel nowego pokolenia, Robert Lewandowski świętuje kolejne zwycięstwo Bayernu Monachium w Bundeslidze okraszone własnym golem. Po meczu polski napastnik przypomniał niemieckim żurnalistom o uroczystości Wszystkich Świętych. Piłkarz zadedykował gola swojemu zmarłemu ojcu. Niby prosty, nic nieznaczący gest, a jednak sporo mówiący o przywiązaniu do polskiej tożsamości.

„Lewy”, który wyrósł nam na prawdziwą futbolową gwiazdę światowego formatu, nigdy nie miał problemu z przyznawaniem się do wartości, które ukształtowały go jako człowieka, podobnie jak szacunku do polskiej flagi, z którą paradował po zwycięstwach w lidze niemieckiej.

Jestem katolikiem. (…) We współczesnym świecie wszystko idzie bardzo szybko, nieraz zapominamy o naszych wartościach i o tym, co tak naprawdę jest dla nas najważniejsze. Dlatego też ta wiara pomaga mi na boisku, ale też i poza nim, aby być po prostu dobrym człowiekiem i popełniać jak najmniej błędów

— powiedział Lewandowski, który został ambasadorem akcji „Nie wstydzę się Jezusa”.

Te słowa potwierdził również w jednym z niemieckich programów dla dzieci, w którym podkreślił swoje przywiązanie do wiary.

„Lewy” ma żadnych kompleksów z racji swojego pochodzenia czy wyznania. Wręcz przeciwnie – stanowi to dla niego powód do dumy. I jakoś nie przeszkadza mu to w aplikowaniu goli największym klubom świata i byciu prawdziwym królem życia w Monachium (Polak jest jednym z najlepiej opłacanych piłkarzy w Niemczech – przyp. red.). Trudno o lepszego ambasadora polskości za Odrą. To głównie dzięki temu skromnemu chłopakowi z podwarszawskiego Leszna nasi rodacy mieszkający w Niemczech nie muszą czuć się gorsi. „Lewy” swoimi sukcesami zerwał z nich piętno obywateli drugiej kategorii, którzy powinni czuć respekt do mocarnych Bauerów.

Jerzy Stuhr i Robert Lewandowski. Dwóch dorosłych facetów, którzy są przedstawicielami różnych pokoleń. Jeden powoli zapomina o cudownym wynalazku braci Lumière na rzecz doraźnej popularności w salonowych kręgach, a drugi w swojej miłości do futbolu nie traci z oczu zasad, które uformowały go jako człowieka.

Czyżby to młodzi musieli dziś „nieść oświaty kaganek” w tak oczywistych kwestiach? Warto w tym miejscu powtórzyć za Wojciechem Młynarskim:

Róbmy swoje!


wtorek, 20 stycznia 2015

KEN. Komisja niesławnej pamięci


Chroniczne i nieuleczalne (jak dotąd) „zlewicowanie” polskiej elity nie jest bynajmniej sezonową zarazą przywleczoną zza granicy – polski szczep tego groźnego wirusa znajduje bowiem od pokoleń znakomitą pożywkę i sam wykształcił szereg niesłychanie oryginalnych, śmiercionośnych mutacji. A jakimiż to mianowicie drogami rozprzestrzenia się infekcja? Gdzie i jak myślący i czujący młody Polak wystawia się na ryzyko zarażenia socjalistyczną, konstruktywistyczną francą?


Zawdzięczamy to działaniu mechanizmu selekcji, do kultywowania którego – bo też istotnie rzecz ma wymiar świeckiego kultu – wdrożone zostały polskie elity jeszcze w XVIII wieku: to systemat państwowego, scentralizowanego nauczania, którego prototyp stanowi niesławnej pamięci Komisja Edukacji Narodowej. Wbrew potocznym frazesom nie jest bynajmniej ów system niezawodnym generatorem świętej miłości kochanej Ojczyzny – ale raczej niezawodnym narzędziem glajchszaltowania młodocianych serc i umysłów wedle wzorca odpowiadającego tej władzy, która aktualnie nim (owym systemem) zawiaduje. System ów dał początek prawdziwie rewolucyjnej przemianie: podniósł do rangi kasty wybranej… zetatyzowanych urzędników. Zrozumiałe więc, że od czasów KEN sukcesywnie zanika w polskich elitach – najpierw zdolność śmiałej obrony narodu przed zarazą etatyzmu, później zaś sama świadomość, że życie wolnych Polaków poza paradygmatem etatystycznym jest w ogóle możliwe.

Zagadką pozostaje dla mnie, skąd nawet najpoczciwsi, najpobożniejsi z nich czerpią niezłomną wiarę, że projekty polityczne z piekła rodem, inicjatorom których przyświecał wyraźny cel: zniszczenie Kościoła katolickiego (a więc, niejako po drodze, zniszczenie katolickiego narodu i państwa polskiego) można jakoś „nawrócić” i „ochrzcić”, by dobrze służyły Polsce i Rzymowi? Nie owijał przecież w bawełnę „ksiądz” Kołłątaj w swym tyleż programowym, ile autoapologetycznym Stanie oświecenia w Polsce: (…) Nie dano na to baczenia, że szkoły zakonne (…) nie należąc wcale do żadnej świeckiej krajowej zwierzchności były właśnie jak nasłane od dworu rzymskiego, żeby wychowywały młodzież w samych tylko widokach rzeczonemu dworowi dogodnych. Otóż do zaradzenia temu właśnie „złu” – zgubnemu, zdaniem oświeconych, wpływowi Rzymu na polską młodzież – powołana została w istocie Komisja Edukacji Narodowej.

Problem jest naprawdę głęboki, skoro i dziś, dwieście lat po śmierci Hugona Kołłątaja (1750–1812) powołują się nań, jako na jednego z „ojców założycieli” inteligencji polskiej, także aktywiści i publicyści p.o. prawicy – oto cytat z ostatnich tygodni: Ze średniowiecznego, scholastycznego uniwersytetu zrobił nowoczesną uczelnię (J.F.Staniłko dla „Uważam Rze” nr 3/2012). Rzeczywiście, nie przypadkiem słynną reformę Uniwersytetu Jagiellońskiego rozpoczął był Kołłątaj od, jakbyśmy dziś powiedzieli, „przeniesienia na wcześniejszą emeryturę” wszystkich profesorów teologii (sic!). W Szkole Głównej [tak oświeceni przechrzcili czterechsetletnią Alma Mater] nie wykładano już filozofii scholastycznej. Za to biblioteka jej wzbogaciła się o książkę, którą rektor Kołłątaj uważał za „dzieło prawie najpotrzebniejsze” – ENCYKLOPEDIĘ Diderota – pisze francuski badacz, A. Jobert (notabene entuzjasta KEN). Na uroczystych posiedzeniach publicznych nie rozbrzmiewała już więcej pompatyczna mowa łacińska. (…) Stypendyści Komisji Edukacyjnej powracali z Paryża upojeni duchem oświecenia, studiowali na protestanckich uczelniach w Getyndze lub w Anglii. Ot, „reforma” – następny porównywalny kataklizm przejdzie Uniwersytet Jagielloński dopiero za Stalina.

Skąd więc ta do dziś niezłomna, powszechna nawet wśród polskich katolików wiara, że obłędne koncepcje i praktyki, do których prymarną podnietą była chęć odłączenia Polski od związków z Rzymem, mają się dobrze Polsce przysłużyć?

A przecież jeśli nie same fakty, to niepokoić tu powinna przynajmniej łatwość, z jaką te szalbiercze, trucicielskie legendy adaptowane były na użytek sowieckiej propagandy w PRL (patrz np. A. Ostrowskiego: Kołłątaj – ojciec demokracji polskiej), jak konsekwentnie sączono w programach szkolnych i akademickich na przykład kult Kuźnicy Kołłątajowskiej czy reformatorskiej działalności i walki z ciemnogrodem Kostki‑Potockiego. Jak doskonale wspomagało to proces substytucji „nowej elity”. Bo żeby tym skuteczniej obsadzać zdrajców i sprzedawczyków w rolach „ludzi honoru”, trzeba było głęboko orać świadomość Polaków – nie zaniedbując fałszowania wzorców osobowych. I tu polska inteligencja sama wychodziła Sowietom naprzeciw – bo przecież już od dawna darzyła szczerym sentymentem Wielkiego Brata – który w naszej narodowej mitologii występuje pod szeregiem kryptonimów – na przykład Napoleona, co dał nam przykład w spełniającym wszelkie standardy postępowości Mazurku Dąbrowskiego. Nie było więc nawet specjalnej potrzeby narzucać Polakom jakichś całkiem nowych bohaterów „walki o wolność i demokrację” – sami dopracowali się znacznie wcześniej całego gwiazdozbioru swych wielkości urojonych. Ich panteon w polsko‑sowieckich podręcznikach otwierają oczywiście piekłoszczyk Kołłątaj z Ignacym Potockim, zaraz potem Kościuszko z Dąbrowskim – to jeszcze pół biedy – a za nimi cały szereg kondotierów światowej rewolucji spod ciemnej zaiste gwiazdy: Kostka‑Potocki, bracia kaliszanie, Zaliwski, Szymon Konarski, Heltman, Worcell, Krępowiecki, Mierosławski, Langiewicz, Kurzyna (to już czyste Biesy – vide: Dostojewski).

Póki więc pozostają oni dla polskiego inteligenta bohaterami pozytywnymi, póki ich imiona noszą niezliczone szkoły i ulice polskich miast, póki ich podobizny wiszą na ścianach klas szkolnych i sal sejmowych, a dzień KEN to „święto edukacji”, a nie jedna z czarniejszych kartek w polskim kalendarzu – tak długo nie ma cienia wątpliwości, że polska inteligencja literalnie niczego się nie nauczyła i nie pojmuje nawet własnego losu. Jakąż więc wkazówką może służyć polskiemu ludowi i w jaką przyszłość go poprowadzić?


Grzegorz Braun

Obszerne fragmenty artykułu Grzegorza Brauna opublikowanego w 25. numerze magazynu "Polonia Christiana"

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Lesbijki przerobiły adoptowanego chłopca w dziewczynkę

fot. FORUM
Dwie lesbijki, Paulina Moereno i Debra Lobel, doprowadziły do tego, aby ich 11-letniemu adoptowanemu synowi zaimplatowano bloker hormonu. Miało to zapobiec rozwojowi chłopca w mężczyznę.


Chłopiec nie dość że nie został odebrany lesbijkom – mimo próby samookaleczenia się – to wręcz nie uważano za konieczne poddać terapii jego zaburzenia tożsamości płciowej. Zamiast tego uznano za bardziej sensowne zaimplantowanie mu blokera hormonalnego. Jest to przykład ciężkiej przemocy wobec dzieci, który oburzył konserwatywne kręgi w USA.

W serwisie YouTube dostępny jest film, na którym pokazano niektóre konsekwencje przyjęcia teorii o płci społeczno-kulturowej. W Polsce trwa obecnie ożywiona dyskusja na temat konwencji przemocowej, której ewentualna ratyfikacja wprowadzi tę optykę do polskiego prawa.

Źródło: fronda.pl

KRaj