środa, 6 maja 2015

Wendy Darling w zwierciadle staropolskich cnót


Często słyszy się o „wiecznych chłopcach” uciekających do swoich Nibylandii, by tam odnotowywać pisane palcem po wodzie życiowe sukcesy. Czyż nie zapomina się równie często o towarzyszkach owych ekscytujących podróży – o „wiecznych dziewczynkach”, które wprawdzie tupną czasem nóżką na znak oburzenia niedojrzałością swych chłoptasi, ale bynajmniej nie myślą nakłaniać ich do zmiany. Przyczyną zjawiska zarówno Piotrusia Pana, jak i Wendy Darling jest kryzys rodziny, w której ojciec wycofuje się na margines, a matka zostaje sama wobec porzuconej przez męża odpowiedzialności. Czy zawsze tak było…?


Trudno byłoby ukazać prostą analogię między kryzysem męstwa i kryzysem kobiecości. O ile bowiem można powiedzieć, że w obu przypadkach kryzys dotyczy braku utożsamienia się z własną rolą płciową i zaniku konkretnych cech, o tyle przy omawianiu tych cech zaczynają się schody… Weźmy za przykład siłę. U mężczyzny jej zatrata, zarówno w psychice, jak i w mięśniach, w jasny sposób mówi o kryzysie. W przypadku kobiety z kolei nadmierny wzrost tej samej cechy, kosztem innych, również oznacza kryzys. Zatem – by użyć figury łączącej oba zjawiska – obraz nadodpowiedzialnej kobiety stanowi jedynie rewers tego samego medalu kryzysu tożsamości płciowej, na którego awersie widnieje podobizna nieodpowiedzialnego maminsynka cierpiącego na syndrom Piotrusia Pana.

W słabości siła?
Czy mamy przez to rozumieć, że kiedyś kobieta była słaba i tę słabość afirmowała dawna patriarchalna kultura? Co wtedy należałoby myśleć o tych wszystkich dzielnych niewiastach, które podczas kilkuletnich nieraz wypraw wojennych swych mężów brały na siebie utrzymanie porządku w rozległych majątkach i zachowanie dyscypliny domowej; o tych niezłomnych w umiłowaniu wiary i ojczyzny, które pod zaborami uczyły swych synów zmawiać pacierz po polsku i recytować strofy narodowej poezji, by następnie modlić się za ich pomyślność na polach bitewnych; o tych wszystkich wreszcie, które same wzięły do ręki broń bądź tajne przesyłki, by własnym potem i krwią znaczyć drogę do wolnej Polski?
Nie w prostym zaprzeczeniu siły wyraża się istota kobiecości, ale raczej w zdrowej afirmacji dla własnej słabości rozumianej w kontekście naturalnej i kulturowo skodyfikowanej różnicy ról płciowych. W kanonie cech osobowości wytworzonym przez cywilizację chrześcijańsko‑klasyczną „słabość” płci pięknej nie oznacza wady, lecz jedynie uznanie przywódczej roli męskiego świata i akceptację własnej roli społecznej. Podobnie jak mężczyzna jest zobowiązany akceptować swoją rolę i swoją zależność od Boga, który jest źródłem jego władzy.
Jaki więc jest ten „dawny” mężczyzna? Używając słów‑kluczy, można by powiedzieć: niezłomny i suwerenny. Niezłomny, bo dysponujący wypracowanym potencjałem fizycznym i psychicznym do udźwignięcia każdego ciężaru spadającego na niego i na jego rodzinę. Suwerenny, czyli niepoddający się zewnętrznym i wewnętrznym wpływom osłabiającym morale jego i bliskich (przy czym to drugie określenie nie wiąże się bynajmniej z liberalnie pojętą „niezależnością” od zewnętrznego przymusu płynącego od Boga i ze strony uzasadnionych nakazów prawowitej władzy).
A jaka jest „dawna” kobieta? Stosując analogię, można by powiedzieć: delikatna i… poddana. Nie bójmy się tego słowa, wywołującego mentalny odruch wymiotny i mściwe zaciskanie pięści spaczonej liberalizmem natury współczesnego człowieka. Delikatna – zgodnie z tym, co pisała, podziwiana przez całą Europę z powodu swego piękna i ogłady, ordynatowa Zofia z książąt Czartoryskich hrabina Zamoyska, w liście do córki Jadwigi (dziś znanym z wydań jako Rady dla córki): Bądź łagodną, moja droga. Bóg ci to sam nakazuje, jest to najpiękniejsza i najponętniejsza cnota w kobiecie, bądź nią, bo ona ci zachowa przywiązanie twego męża, a panowanie łagodności jest jedynem panowaniem, o które kobiecie ubiegać się wolno, ale jest ono wszechmocne.
A poddana? Casus tego, co Pismo Święte nazywa poddaniem żony mężowi należy do bodaj najbardziej kontrowersyjnych dla współczesnego człowieka elementów katolickiej antropologii. Pod naporem feminizmu przenikającego całą już tkankę organizmów społecznych przestajemy bowiem rozumieć tę wspaniałą harmonię, jaką Bóg zapisał w ludzkiej naturze. Stwórca, kreując człowieka na swój obraz i podobieństwo, obdarzył w nierównym stopniu mężczyznę i kobietę pewnymi cechami, które w Nim istnieją w stopniu doskonałym. Mężczyzna tedy kojarzy się bardziej ze sprawiedliwą cząstką Boskiego oblicza, kobieta zaś z tą miłosierną.
Widać w tym kontekście głęboką mądrość Pawłowego wezwania kobiet do bycia poddanymi, a mężczyzn do kochania (por. Ef 5, 22). Kobieta bowiem – jako kapłanka domowego ogniska, której mocną stronę osobowości stanowi uczuciowość – czyni akt rozumowy, uznając swą zależność od męża, tak jak mąż uznaje swą zależność od Boga. Mężczyzna natomiast – jako wojownik walczący o byt rodziny, reprezentujący racjonalność i siłę – czyni akt miłości, wyrażający się w opiece, trosce i zrozumieniu potrzeb swej drugiej połowy. Nakaz poddania wiedzie kobietę ku zastosowaniu „męskiego” sposobu myślenia (uznania pewnego obiektywnego stanu rzeczy za obowiązujący niezależnie od okoliczności), natomiast nakaz miłowania sprawia, że mężczyzna przyjmuje bardziej „kobiecy” imperatyw działania.
Na fali popfeminizmu
W różnych artykułach na temat syndromu Piotrusia Pana często wspomina się o niewspółmiernych oczekiwaniach kobiet wobec współczesnych mężczyzn. Z jednej strony chcą one, by ich Piotrusiowie dojrzewali do odpowiedzialności za związek i rodzinę, z drugiej jednak trwają przy swoim – nieświadomym zapewne – buncie przeciwko akceptacji własnej natury, takiej, jaką Bóg stworzył i jak ją nasza cywilizacja zdefiniowała. Rodzi to sprzeczność o charakterze tragicznym, bo jakże Piotruś ma się stać odpowiedzialnym rycerzem, skoro jego wybranka nie czuje się już komfortowo w skórze damy? Bez obustronnej akceptacji własnej tożsamości płciowej w całej jej rozciągłości nie jest możliwe wspomniane wyżej harmonijne dopełnianie się mężczyzny i niewiasty.
Trudno zignorować w tym kontekście zjawisko feminizmu, który w drodze do przemiany świata przechodzi coraz to nowe mutacje. Ostatnio w masowym natarciu jest tak zwany popfeminizm, określany jako „czwarta fala” tegoż nurtu. Wdzierają się do przestrzeni publicznej gwiazdeczki w rodzaju Lady Gaga, Rihanny czy Miles Cyrus, finansowane przez nadrzędną wobec masonerii sektę iluminatów i otwarcie nazywane jej „maskotkami” (Illuminati puppets). Wraz z tym medialnym wtargnięciem wzorzec kobiety „wyzwolonej” utrwala się w podświadomości przeciętnego odbiorcy i – co więcej – staje się trendy. Feminizm przestaje tym samym kojarzyć się z niezbyt urodziwymi aktywistkami, które brak powodzenia w związkach z mężczyznami rekompensują sobie nienawiścią do tychże i walką o społeczne „parytety”.
Wobec takich realiów reprezentantkom wymierającego gatunku, do którego należała ordynatowa Zamoyska ciśnie się na usta modne ostatnio określenie: „pozamiatane”…
Całość tekstu Filipa Obary w najnowszym numerze magazynu "Polonia Christiana".





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz