środa, 20 maja 2015

Obama i Castro: jak socjalista z komunistą

fot. YURI GRIPAS /REUTERS
Długa jest lista grzechów prezydenta Baracka Obamy. Oprócz dyplomatycznych katastrof, politycznej nieudolności, osłabiania i kompromitowania pozycji Stanów Zjednoczonych na arenie międzynarodowej, szczególnie w relacji z Rosją, a także braku pomysłu na realne zniszczenie krwiożerczego Państwa Islamskiego, wreszcie ślepoty na prześladowanie chrześcijan w ponad 60 krajach świata, jego antyrodzinna polityka, nieludzkie decyzje wspierające przemysł aborcji, patologię homoseksualną, krzewienie ideologii gender wołają o pomstę do Nieba. Dosłownie.

Ścisłe i bliskie relacje Obamy z organizacjami proaborcyjnymi i „gejowskimi” są dość dobrze rozpoznane. Aktualna polityka Białego Domu ignoruje prawodawstwo poszczególnych stanów, dążąc do rozszerzenia definicji małżeństwa na związki osób tej samej płci. Oprócz tego prezydencka administracja naciska na Sąd Najwyższy na rzecz blokowania instytucji katolickich w ich prawie do kierowania się wolnością sumienia i wiernością poglądom religijnym. Obrazu tej skompromitowanej postaci dopełniają nieodpowiedzialne gesty i zachowania, które także pociągają za sobą konkretne nieszczęścia w świecie prześladowań chrześcijan. Opinia publiczna w Polsce nie zauważyła niestety szokującego Amerykanów hołdu, jaki nosiciel pokojowej nagrody Nobla złożył królowi Arabii Saudyjskiej. Hołdu przejawiającego się oddaniem pokłonu Abd Allah ibn Abd al-Aziz Al Su’udowi i ucałowaniem jego dłoni.

Teraz mamy kolejny kamień milowy upadku. Jawny uścisk dłoni z dyktatorem i mordercą kubańskim Raúlem Castro. Kto wie, Gdyby Hugo Chavez dożył dzisiejszych dni, może i on doczekałby się podobnych gestów. Niemniej jeszcze kilku watażków czeka w kolejce, zaczynając od afrykańskiego seniora wśród dyktatorów, Roberta Mugabe, kończąc na młodzianie Kimie, który dość niedawno wszedł do gry.

Do śmiechu jednak nam nie jest. Rozwój Kuby w dalszym ciągu utrudnia embargo nałożone na handel z USA, ale po uściskach i wymianie uśmiechów Castro z Obamą wkrótce może się to zmienić. Obecność obu przywódców w Panamie jest niejako podsumowaniem tajnych rozmów prowadzonych przez 1,5 roku na linii Waszyngton-Hawana. Ich finał i zapisanie nowej karty ogłoszono w grudniu 2014 roku. Przywrócono wówczas stosunki dyplomatyczne, czego finałem były rozmowy twarzą w twarz w dniu 11 kwietnia br. pomiędzy komunistą z Kuby i socjalistą z USA. Warto dodać, były to pierwsze rozmowy tak wysokich przedstawicieli obu państw od 1956 roku.

Fidel wiecznie żywy

A jest o czym rozmawiać. Raj socjalizmu kubańskiego wprowadzany w życie za sprawą centralnego planowania, a także korupcja i  niska wydajność pracy spowodowały, że podstawowe produkty żywnościowe są tam ciągle dobrem luksusowym. Fidel Castro, który w 1959 roku doszedł na Kubie do władzy nurzając kraj w bagnie komunizmu, przez długie dekady rozmyślnie działał tak, aby państwo pod jego czerwonym terrorem pozostawało państwem oficjalnie ateistycznym. Dopiero w 1992 roku zmiana w konstytucji przemodelowała Kubę z państwa ateistycznego na… świeckie. Jakie to typowe. Dziś dyktatorzy (bo Fidel Castro jest niczym Lenin – wiecznie żywy – po jego śmierci pewnie się to także nie zmieni) w porozumieniu z oficjelami Komunistycznej Partii robią już niemal za socjaldemokratów i budują modny dziś na Zachodzie model państwa neutralnego światopoglądowego. To się podoba. To przynosi efekty, jak te w Panamie.

Co do faktów, cała ta fasada demokratyzacji, podobnie jak w wielu innych krajach reżimów, czy to postkomunistycznych, czy to hinduistycznych, czy to islamskich, czy to buddyjskich, niewiele zmieniła w kwestii deptania praw katolików, którzy stanowią nadal ponad połowę populacji (ok. od 55 do 60 proc.) i są siłą w państwie Castro. Siłą znaczącą, ponieważ był taki czas na Kubie, gdy z ponad 85-procentowej populacji katolików ich liczba, przynajmniej oficjalnie, spadła do zaledwie jednego procenta. Były to lata 1959-1992.

Choć dzisiaj z tymi liczbami jest lepiej, to jednak aparat terroru dokonał i tak wielkich spustoszeń. W walce z Kościołem ateistyczny reżim wspierał i podtrzymywał na przykład kulty pogańskie, do których wciąż przyznaje się 17 procent spośród 11-milionowej populacji Kubańczyków, nie licząc oczywiście ateistycznej propagandy, która odwróciła wzrok od Boga aż co czwartego mieszkańca ich kraju. Jak każdy inny komunistyczny reżim, również ten w swej państwowej ideologii traktuje chrześcijaństwo jako przeszkodę na drodze do „socjalistycznego postępu”.

Reżimu zwrot ku Zachodowi

Po upadku patrona - Związku Radzieckiego w 1991 roku Kuba zaczęła się łasić i przymilać do Zachodu. W 2008 roku Fidel Castro z powodu złego stanu zdrowia przekazał władzę swemu bratu Raúlowi. Zapoczątkowało to okres fasadowych reform gospodarczych i społecznych, ale więźniowie polityczni (w tym praktykujący w swoim życiu wiarę katolicy) nadal przebywają w więzieniach. Protestanci są jeszcze bardziej uwikłani, ponieważ, o ile reżim musi się liczyć ze Stolicą Apostolską, to w przypadku wspólnot protestanckich już nie. Grupy religijne wcielane są siłą do autoryzowanej przez rząd protestanckiej Rady Kościołów Kubańskich (CCC). Przedstawiciele kilkuprocentowej populacji protestantów różnych denominacji muszą się liczyć z tym, że jeżeli nie podporządkują się temu szczególnemu zaproszeniu do współpracy, znajdą się w więzieniach, będą terroryzowani, atakowani fizycznie, szkalowani. I w wielu przypadkach tak się właśnie dzieje, żeby wspomnieć tylko problemy Roberta Rodrigueza, Omara Guede Pereza, Benito Rodrigueza, Barbary Guzman i ich rodzin nękanych i doświadczających przemocy ze strony komunistycznej bezpieki. Dzięki negocjacjom i presji na komunistów ze strony Kościoła katolickiego wielu dysydentom udało się opuścić więzienie, pozostać w kraju lub udać na emigrację, jak na przykład dr. Óscarowi Elíasowi Biscetowi, pro-liferowi, aktywiście chrześcijańskiemu i opozycjoniście. Po przebyciu kaźni tortur i wieloletniego więzienia został wydobyty z piekła na ziemi dzięki zabiegom Kościoła katolickiego i chociaż miał możliwość wyjechać wraz z innymi opozycjonistami do Hiszpanii, pozostał w ojczyźnie i walczy o wolność na miejscu. Cynizm i brutalność komunistów trwa nawet po śmierci wrogów zagrażających bezpieczeństwu wewnętrznemu oraz stabilizacji systemowej. Po strajku głodowym w lutym 2010 roku w więzieniu zakończył życie Orlando Zapata Tamayo. Protestował przeciwko haniebnym warunkom egzystencjalnym, brakowi opieki duszpasterskiej, zakazowi korzystania z sakramentów świętych oraz uczestnictwa we Mszy Świętej, a nawet posiadania Biblii. Takie zakazy to oczywiście więzienny standard kubański. Ale są jeszcze gorsze metody znęcania się nad członkami rodzin „wrogów ludu”. Reżim nie zezwolił matce wspomnianego więźnia sumienia udziału we Mszy Świętej za duszę zmarłego i odwiedzenia grobu syna. Wysyłane grupy bandytów każdorazowo uniemożliwiały jej potem udział w Eucharystii i chodzenie na cmentarz. Tak to się robi na Kubie.

„Demokratyczny” zamordyzm

To niewiarygodna hańba, że Obamie nie udało się zauważyć, iż na Kubie wszelka opozycyjna działalność polityczna, a także wolna od kontroli systemu działalność religijna jest nadal nielegalna, a rozwój katolicyzmu postrzegany jako zagrożenie dla stabilności reżimu. Wiadomo, że od pierwszych lat rządów komunistów najmniejsza nawet aktywność Kościoła podlegała ścisłej kontroli. „Wrogowie ludu” albo ginęli, albo znikali, albo gniją do dziś w więzieniach. O nich też ściskający się z komunistycznym bandytą Castro Obama nie wspomina. Dziś także można trafić za kratki za wiarę, jak stało się to w połowie lutego br. z 19-letnim Gabrielem Jeyva, który został bezprawnie (komunizm to zawsze bezprawie) oskarżony o tworzenie spisku wymierzonego w kubański reżim. Jak poinformowała organizacja chrześcijańska Voice of the Martyrs (VOM), gdy ojciec Gabriela będący pastorem udał się do więzienia, by spotkać się z synem, strażnicy nie pozwolili im na rozmowę. - Wiemy, że jest to forma prześladowania ze strony władzy, która stara się zaszkodzić temu młodemu człowiekowi, ponieważ jest on synem pastora – powiedział współpracownik VOM. Monopartyjny system „demokracji ludowej” czyli de facto Komunistyczna Partia kontroluje życie duchowe wiernych. Chce wiedzieć, co czytają, co mówią, czego słuchają, co myślą. Na wszystko wymagane jest oficjalne zezwolenie. Otwarte ewangelizowanie ludzi w sferze publicznej jest zakazane, religia zamknięta jest w kościołach, pozostając pod baczną obserwacją smutnych panów wysłanych przez Biuro do spraw Religijnych. Komunistyczna Partia potrzebuje jednak pokazywać swoje łagodne oblicze i przekonuje o reformach i demokratyzacji. Po pozbyciu się wrogów (m.in. morderstwo znanego katolickiego aktywisty i opozycjonisty Oswaldo Payá Sardinasa – oficjalnie był to wypadek samochodowy, ale uzasadnionych wątpliwości jest więcej niż palców u dwóch splecionych ze sobą dłoni Castro i Obamy) kubański reżim komunistyczny może grać dobrego milicjanta. W lutym 2013 roku skonfiskowane w 1961 roku niektóre dobra kościelne - szkoła, kaplica i dwa kawałki ziemi diecezji Bayamo-Manzanillo - wróciły do dawnych właścicieli. Większością, nie muszę tego chyba dodawać komunistyczni złodzieje dysponują nadal. Dla katolików bolesna jest na przykład kradzież państwowa ważnego ośrodka duchowego, kościoła pw. św. Tarsicio w Manzanillo. Katolików z Kuby na pewno nie zwiodły zabiegi, w które uwierzył socjalista Obama. Trzeba im jeszcze trochę cierpliwości aby czekać na cud upadku komunizmu na Kubie. „Przełomowe” uściski prezydenta Obamy z komunistycznym liderem niestety tego upadku nie przyspieszą, a tylko, jak zwykle (patrz przykład tzw. polskiej transformacji) dokonają teleportacji aparatu terroru w nową, lepszą epokę, epokę socjaldemokracji i awangardowego państwa świeckiego.



Tomasz M. Korczyński

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz