czwartek, 5 lutego 2015

Herbowy rodowód Polaków

Aleksander Orłowski / Uczta u Radziwiłłów
Dlaczego i jak dziedzictwo Pierwszej Rzeczypospolitej żyje w nas, przeważnie przecież potomkach plebejów? Drogi dziedziczenia nie są proste. Tym niemniej oczywiste. A niezwykły proces przejmowania szlacheckiej tradycji wspomogli (nieświadomie) nawet ci, którzy usiłowali ją świadomie zniszczyć (i prawie im się to udało): car i władcy PRL-u.


Jedynie w Polsce apostołowie, działając jako Chrystusowa opozycja [wobec Heroda], mogliby byli stworzyć legalną konfederację, wspartą na Boskim Veto; jedynie w Polsce konfederacja takowa, mogłaby była całkowicie legalnie ogłosić Syna Człowieczego Królem Wszechświata takimi słowy niepoprawny rewolucjonista Juliusz Słowacki (ale też, jak by nie było, polski szlachcic herbu Leliwa) zapowiedział plebejską, robotniczo‑inteligencką konfederację „Solidarności”, która w przedziwny sposób przywołała szlachecką tradycję Rzeczypospolitej i w sumie – zaowocowała naszą współczesnością. Bo czymże właściwie była „Solidarność”? Chyba jednak nie związkiem zawodowym. To wszak nie etos syndykatu kazał polskim robotnikom w sierpniu 1980 roku postawić na bramach stoczni drewniany krzyż, obraz Matki Boskiej i portret papieża Jana Pawła II obok biało‑czerwonej chorągwi. A ksiądz Hilary Jastak podczas pierwszej Mszy Świętej dla strajkujących mówił do nich nie o sprawie robotniczej, ale narodowej: To nic, że jesteście tacy wymęczeni i brudni, że macie robotnicze ubrania. Jesteście żołnierzami, w waszych rękach honor Polski. Wy tworzycie historię. W tych właśnie robotnikach Jerzy Stępień – były prezes Trybunału Konstytucyjnego RP, a w roku 1980 jeden z założycieli „Solidarności” – widzi konfederatów. I pisze, że owo spontaniczne tworzenie po całym kraju Międzyzakładowych Komitetów Strajkowych, to było:

konfederowanie się. Jednym słowem tworzenie konfederacji. Jak w Polsce przedrozbiorowej konfederacje powoływane były w sytuacji szczególnego pogwałcenia praw podstawowych (stan tzw. exorbitancji), bo – jak pisano w akcie konfederacji sandomierskiej z 1704 roku – Konfederacja „ex iure” natura każdemu narodowi „in extremis” pozwolona. Nie ma wątpliwości, że od początku wszyscy przeżywali „Solidarność” jako sprawę narodową, a nie tylko robotniczą. (…) Związek nie dążył do obalenia władzy, ale też klasyczna polska konfederacja nie miała na celu zniesienia władzy czy jej zastąpienia (…) znaleźliśmy się w samym centrum naszej najbardziej polskiej – właściwie nieznanej gdzie indziej – tradycji ustrojowej, przerwanej brutalnie pod koniec XVIII wieku.

Dlaczego? Chyba dlatego, że wyrastamy z sarmackiej przeszłości. W dawnej Rzeczypospolitej najsilniejszą strukturę społeczną tworzyła przecież sieć rozsianych po całym kraju małych siedzib sarmackiej szlachty. Wobec słabości miast i poddaństwa chłopów rządzić miała (teoretycznie, to prawda) właśnie ona: to szlachcic mógł o sobie mówić: obywatel – w dzisiejszym sensie tego słowa. Po ostatnim rozbiorze Rzeczypospolitej ów polityczny model przestał istnieć, ale szlachecki dworek zachował narodowy rząd dusz. Streszczał się on w zdaniu jakże często wypisywanym na frontonach ganków: Jam dwór polski, co walczy mężnie i strzeże wiernie. Tę rzeczywistość szlacheckiego dworu utrwalił w Panu Tadeuszu Mickiewicz.

Ale ta rzeczywistość mocno się wkrótce zmieniła. Po upadku powstania listopadowego car nakazał tak zwaną „weryfikację szlachecką”, wymierzoną w szlachtę średnią i ubogą, tę najbardziej niepokorną, którą pragnął raz na zawsze unieszkodliwić; tę, której przedstawiciele nie władali ani jedną wsią, bo chodzili dzierżawami, albo należeli do herbowej „gołoty” służącej wielkim panom. Otóż przejść przez tę procedurę udało się zaledwie jednej dziesiątej polskiej szlachty! Resztę na wiek wieków pozbawiono tytułu i praw. Można ich teraz było traktować jak chłopów. A po kolejnym powstaniu car uderzył też w posesjonatów, dokonując licznych konfiskat. W efekcie tłumy zubożałej szlachty pozbawionej majątków napłynęły do miast.

Inteligencja wyrasta z dworu
Serce polskiej kultury przeniosło się wówczas do Warszawy, Krakowa, Lwowa, Wilna i Poznania – prawdziwych ośrodków nowoczesnego narodu, który miał się składać z ludzi różnego pochodzenia, ale czujących wspólnie i mówiących jednym językiem. Teraz dopiero miało się w nim znaleźć miejsce dla chłopów, robotników, wreszcie dla licznych Żydów.

Ale rząd dusz nie wypadł tak zupełnie ze szlacheckich rąk. Inaczej niż na Zachodzie nie przejęła go burżuazja, lecz nowa grupa ludzi zwana „inteligencją”. Czyli (podaję definicję uproszczoną do maksimum, co proszę mi wybaczyć) wykształceni przedstawiciele wolnych zawodów. To inteligencja poczuła się i stała się odtąd prawdziwą głową polskiego narodu. Tym niemniej Polacy aż do dzisiaj (?) wyznają znacznie przesadzony pogląd o szlacheckim rodowodzie inteligencji polskiej (jak napisała w niedawnej monografii Magdalena Micińska). Pogląd przesadzony, bo przecież wolne zawody i wykształceni ludzie różnych stanów pojawili się w naszych miastach znacznie wcześniej, już w wieku XVIII. Z kolei potomkowie zubożałej szlachty, jakże liczni, niekoniecznie zajęli w „inteligencji” miejsca pierwsze. Jakże zaś wielu z nich „schłopiało”!

Ale przecież ów przesadzony pogląd nie jest też zupełnie bezpodstawny. I tu przychodzi rzecz najważniejsza. Jeśli nawet polska inteligencja nie całkiem wywiodła się z polskiej szlachty, to silnie zidentyfikowała z jej kulturowym dziedzictwem. Dlaczego? Bo szlachecka przeszłość nie dała się odsunąć w cień. Ona nadal przygniatała i olśniewała zarazem, a oprócz niej nie dało się dostrzec nic równie wielkiego i polskiego, na czym naród mógłby budować swoją tożsamość. Tym tłumaczyć należy fakt, że inteligencja pielęgnowała swoją kulturę – jak wyrokował klasyk polskiej socjologii, Józef Chałasiński – nie jako awangarda i elita warstw niższych, lecz jako satelita arystokracji rodowo‑majątkowej i szlachty ziemiańskiej.

I tak, w mieszczańskim salonie widziano pars pro toto wiejskiego dworu – z szablami, portretami przodków i narodowych bohaterów. Polscy publicyści narzekali wciąż na trwający uparcie polski etos szlachecki, który nie dawał się niczym zastąpić. Krytykowano chyba nie tyle za nadmierną pieczołowitość względem herbu i rodowodu, ile za brak pokory i sumienności razem wzięte, za lekkomyślność, pychę i dumę, tudzież „sejmikową” kłótliwość. Cechy, które uznajemy do dziś za narodowe wady wszystkich polskich stanów. Te same, których niezrównany obraz dał Mickiewicz w Panu Tadeuszu.

A bo właśnie, jeszcze i to: polska inteligencja wychowała się na romantycznej literaturze, pulsującej rytmem „szlacheckich” gawęd, poematów i romansów. I niewiele się zmieniło, kiedy nadeszła era pozytywistów i pracy organicznej. Bo kimże są „chłopscy” bohaterowie pozytywistycznej powieści Nad Niemnem? Szlachtą, tyle że zaściankową. Kimże jest Wokulski, arcybohater pozytywistyczny? Niby mieszczuch i kupiec, w istocie szlachcic, który trafił do miasta i boryka się ze swoim szlacheckim etosem. A twórcy obu tych bohaterów – również należeli do polskiej szlachty…

Jednak najpotężniejszym filarem krzepnięcia szlacheckiej tradycji stała się Trylogia Sienkiewicza (skądinąd, właśnie, szlachcica herbu Oszyk). Sienkiewicz idealnie trafił w oczekiwania nowoczesnego narodu – znów poprzez szlachecką tradycję. Trylogia nie tylko wymiotła modne romanse z salonów, ale i weszła tam, gdzie wcześniej nikt nie czytał: do chłopskich chałup i do miejskich suteren. W rezultacie już wkrótce, podczas kolejnych walk o niepodległość, imiona i etos szlacheckich bohaterów Trylogii stały się normą także dla plebejuszy.

Tymczasem przez czas jakiś szlachta ziemiańska wiele jeszcze miała do powiedzenia. Obliczono, że w latach międzywojennych co trzeci polski literat miał za sobą dzieciństwo w szlacheckim dworku. Aż nadszedł czas, wydawałoby się, ostateczny: rok 1944. Bolszewicki dekret głosił, że mieszkańcy ziemiańskich dworów mają opuścić swoje siedziby w ciągu trzech dni, nie zabierając ze sobą nic więcej poza przedmiotami osobistego użytku, a także bez tej części majątku osobistego, która miała wartość naukową, artystyczną lub muzealną. Spośród prawie dziesięciu tysięcy dworów istniejących na terenie PRL‑u większość zburzono lub do cna zdewastowano.

Zaraz potem polskie miasta zaczęły gwałtownie rosnąć kosztem wsi. Zatopiono je w gigantycznej otulinie blokowisk zasiedlonych chłopami, których przedzierzgnięto w robotników. Komuniści postanowili stworzyć w miastach „nowego człowieka”, z nową świadomością, pozbawionego oparcia zarówno w religii katolickiej, jak i w szlacheckiej przeszłości.

Wpływ spoza grobu
A jednak zmiany nie przebiegły dokładnie po linii ich oczekiwań. Wprawdzie szlachta roztopiła się w społeczeństwie i formalnie straciła wpływ na kulturę i politykę, ale… zarazem zyskała ten wpływ niejako „spoza grobu”. Żeby było jasne, nie mówię tu nawet o tej szlachcie, która zachowała pełną świadomość swego pochodzenia i obecnie zrzesza się w ziemiańskich związkach, pieczołowicie chroniąc własną pamięć i tożsamość. Zwracam uwagę na zjawisko inne. Na los szlachty drobnej i średniej, którą uparcie deklasowano – aż zdeklasowano. W rezultacie, po ciężkich doświadczeniach lat komuny, szlachecka krew płynie dziś w milionach mieszkańców polskich miast, gdzie żyli i pracowali ramię w ramię spadkobiercy zaściankowej szlachty, szlacheckich rządców i ekonomów, robotników i chłopów. Najbardziej typowe polskie nazwiska szlacheckie, kończące się na: „-ski”, „-cki” (odpowiednik francuskiego de) albo na „-icz” już dawno dały wzór tworzeniu nazwisk polskich w ogóle i stały się własnością powszechną. Znaczna część posiadaczy takich nazwisk przyznaje się do szlacheckiego pochodzenia, chociaż nie zna własnych przodków – i bez trudu (acz przeważnie bezpodstawnie) wskazuje swoich przodków w starych herbarzach… Sondaże przeprowadzane jeszcze w latach sześćdziesiątych zeszłego stulecia dowiodły, że Polacy en masse chętnie widzieli u siebie cechy należące do stereotypu anarchistycznej szlachty XVII wieku. Gremialnie przyznawali się do niej! Tak samo wypominane z ambon czy wskazywane przez socjologów „wady narodowe” nadal opisywano jako zakorzenione wprost w wadach dawnej polskiej szlachty.

W tym procesie utożsamiania się Polaków z dawną szlachtą paradoksalnie pomogła sama komuna. Bo panowie PRL‑u, uwłaszczywszy się na państwie, postanowili też uwłaszczyć się na narodowej tradycji. I pozostając przy „chłopsko‑robotniczej” retoryce, porzucili „chłopsko‑robotnicze” obyczaje; skandując nadal Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się, ulegli szlacheckiemu snobizmowi. No cóż – chcieli po prostu upozować się na pełnoprawnych spadkobierców polskiego dziedzictwa. Najwidoczniej nie było dla nich innej drogi – musieli sięgnąć po dwór, herb i… Trylogię. Efekt przeszedł ich oczekiwania, ale okazał się odwrotny od oczekiwanego.
Przypomnijmy: na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych powstały ekranizacje dwóch części Trylogii w reżyserii Jerzego Hoffmana, osiągając sukces równie wielki, jak w XIX wieku same powieści. Zarazem Wajda nakręcił filmy, które tradycję polskiego dworu uobecniły trwale i genialnie. Aktorzy grający główne role w tych filmach do dziś budzą emocje, są osobami publicznymi. W ten sposób polskie społeczeństwo, rzekomo już socjalistyczne i nieszlacheckie, ponownie do tradycji sarmackiej i szlacheckiej się przyznało, ponownie do niej przylgnęło. Pewno, że dokonując rozmaitych uproszczeń – ale sam fakt wątpliwości nie ulega. Zarazem luminarze polskiej sztuki – jak sam Andrzej Wajda czy kompozytor Krzysztof Penderecki i niektórzy znani aktorzy – zaczęli pół po cichu, a pół publicznie „załatwiać” sobie stare dwory i urządzać je w „szlacheckim” stylu. Takie przedsięwzięcia budziły chyba sympatię przeciętnego Polaka, który o podobnym luksusie nie mógł marzyć; ale też budowały przepaść pomiędzy nim a szarą rzeczywistością i komunistycznym reżimem. Przede wszystkim zaś w ten sposób, choć prawdziwy świat dawnej szlachty przepadł, przetrwało i odrodziło się jego masowe wyobrażenie.

Czy powinno więc dziwić, że po upadku komuny nastąpił boom wydawnictw heraldycznych? I że ujrzeliśmy zalew „dworkowatych” willi, raz ładnych, raz szkaradnych? Można je krytykować, słuszne to i sprawiedliwe, ale z drugiej strony – cieszy mnie, że powstają nowe dwory, czyli domy osadzone w polskiej tradycji, i że są pośród nich także dwory piękne i ciekawe. Bo – tu przywołam historyka sztuki Piotra Kordubę, którego o „nacjonalistyczne” poglądy trudno podejrzewać – powiedzmy sobie szczerze: neosarmacki, czy raczej neosarmacko‑ziemiański styl zamieszkiwania to jedyny styl kultury polskiego domu, który ukształtował się w pełni, bez pęknięć (…) Opleciony narodowymi konotacjami, a zarazem uwikłany w mechanizm społecznej promocji, nieobcy, swojski, odradzający się po wszystkich katastrofach (…) w każdych czasach będzie odpowiadał pewnej grupie społeczeństwa.

Tak jest: Sarmatia semper viva!



Jacek Kowalski – historyk, poeta i pieśniarz. Adiunkt na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Miłośnik kultury staropolskiej.



Tekst ukazał się w 41. numerze magazynu "Polonia Chrisitana"

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz