środa, 21 stycznia 2015

Jerzy Stuhr batoży polski ciemnogród. Robert Lewandowski nie ma z tym problemu



Reżyser „Obywatela” w ostatnim czasie jest bardziej znany ze swojego ostentacyjnego kręcenia nosem na rodzimy ciemnogród. W tym samym czasie gwiazda światowego futbolu chętnie przyznaje się do tegoż zaścianka.

Przykro jest słuchać tego, co wygaduje Jerzy Stuhr, gdy jest się fanem jego filmowych, tak reżyserskich jak i aktorskich, dokonań. Tyle, że w ostatnich latach te dokonania przedstawiają się nad wyraz mizernie. Po części jest to zrozumiałe - w końcu aktor toczył jednak walkę z chorobą nowotworową. Sam podkreślał, iż mógł liczyć na wyrazy solidarności ze strony zwykłych ludzi - każdego przeciętnego Kowalskiego czy Nowaka.

Teraz okazuje się, że ten Kowalski czy Nowak są be, zazdrośni, zawistni, homofobiczni, antysemiccy, ksenofobiczni i Bóg jeden raczy wiedzieć, jacy jeszcze. Niestety maestro, który z miną wytrawnego guwernera dobrego smaku rzuca swoje werdykty na prawo, rzadziej lewo w ostatnim czasie swoją popularność zawdzięcza właśnie takim opiniom, kreśleniu pokracznego wizerunku Polaków niż własnego kunsztu. Każdy miłośnik twórczości Stuhra musi przyznać, że jego ostatnie obrazy nie dorastają do pięt filmom takim jak „Historie miłosne” czy „Tydzień z życia mężczyzny”, dzieł które powstawały zanim Stuhr wziął się za zawodowe uprawianie wstydu za własnych rodaków. Dziś pozostaje jedynie poza zgorzkniałego inteligenta, który z oskarżycielską swadą ocenia własny naród.

W tym samym czasie, gdy Jerzy Stuhr na stare lata zaczyna wstydzić się za „płytki katolicyzm i histeryczny patriotyzm” Polaków, przedstawiciel nowego pokolenia, Robert Lewandowski świętuje kolejne zwycięstwo Bayernu Monachium w Bundeslidze okraszone własnym golem. Po meczu polski napastnik przypomniał niemieckim żurnalistom o uroczystości Wszystkich Świętych. Piłkarz zadedykował gola swojemu zmarłemu ojcu. Niby prosty, nic nieznaczący gest, a jednak sporo mówiący o przywiązaniu do polskiej tożsamości.

„Lewy”, który wyrósł nam na prawdziwą futbolową gwiazdę światowego formatu, nigdy nie miał problemu z przyznawaniem się do wartości, które ukształtowały go jako człowieka, podobnie jak szacunku do polskiej flagi, z którą paradował po zwycięstwach w lidze niemieckiej.

Jestem katolikiem. (…) We współczesnym świecie wszystko idzie bardzo szybko, nieraz zapominamy o naszych wartościach i o tym, co tak naprawdę jest dla nas najważniejsze. Dlatego też ta wiara pomaga mi na boisku, ale też i poza nim, aby być po prostu dobrym człowiekiem i popełniać jak najmniej błędów

— powiedział Lewandowski, który został ambasadorem akcji „Nie wstydzę się Jezusa”.

Te słowa potwierdził również w jednym z niemieckich programów dla dzieci, w którym podkreślił swoje przywiązanie do wiary.

„Lewy” ma żadnych kompleksów z racji swojego pochodzenia czy wyznania. Wręcz przeciwnie – stanowi to dla niego powód do dumy. I jakoś nie przeszkadza mu to w aplikowaniu goli największym klubom świata i byciu prawdziwym królem życia w Monachium (Polak jest jednym z najlepiej opłacanych piłkarzy w Niemczech – przyp. red.). Trudno o lepszego ambasadora polskości za Odrą. To głównie dzięki temu skromnemu chłopakowi z podwarszawskiego Leszna nasi rodacy mieszkający w Niemczech nie muszą czuć się gorsi. „Lewy” swoimi sukcesami zerwał z nich piętno obywateli drugiej kategorii, którzy powinni czuć respekt do mocarnych Bauerów.

Jerzy Stuhr i Robert Lewandowski. Dwóch dorosłych facetów, którzy są przedstawicielami różnych pokoleń. Jeden powoli zapomina o cudownym wynalazku braci Lumière na rzecz doraźnej popularności w salonowych kręgach, a drugi w swojej miłości do futbolu nie traci z oczu zasad, które uformowały go jako człowieka.

Czyżby to młodzi musieli dziś „nieść oświaty kaganek” w tak oczywistych kwestiach? Warto w tym miejscu powtórzyć za Wojciechem Młynarskim:

Róbmy swoje!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz