piątek, 14 listopada 2014

Nowy, zimny człowiek. Ludzi obok traktuje jako chodzącą konkurencję na rynku pracy albo jak wyrobników do posługi

fot. freeimages.com

Nowy, zimny człowiek, wyprodukowany w szybkim tempie przez ostatnie 25 lat w Polsce przez ględzące o równości i walce z przemocą lewactwo zadziwia ludzi poprzedniej formacji swoimi zwyczajami i potrzebami.

Cały przemysł medialny pracuje nad starannie dobraną informacją i zręczną reklamą na to, żeby go pozbawić uczuć, tworów psychicznych złożonych, niejednoznacznych, trwałych i skomplikowanych, za to rozwinąć w nim emocje, twory psychiczne proste, oczywiste i nietrwałe, najlepiej elementarne, jak seks, głód, ciepło i ciekawość. I zaspokoić je, a przynajmniej obiecać, że jest coś, co je choćby przemysłowo, taśmowo, zaspokoi. Podstawowa emocja obok maniakalnego, choć wirtualnego opętania seksem i radością z podglądania śmierci, ze zwycięstw sportowych i bycia lepszym, to nadzieja, że przyjdzie zaspokojenie.

Ten człowiek jest smutny i zimny. Smutny, bo nikt go nie kocha, ani on nikogo nie kocha, bo zimny i nie umie. To znaczy ktoś go kochał, a może i nadal kocha, ale ten ktoś mu zobojętniał już od bardzo dawna, bo był bezradny, krzyczał, wychowywał i wtrącał się. On sam nie jest doskonale jak z reklamy piękny, nie ma pieniędzy, sukcesy są rzadkie i raczej cudze, więc ludzi obok traktuje jako chodzącą konkurencję na rynku pracy albo jak wyrobników do posługi.

To są ci ludzie, którzy nie zabezpieczą przejścia obok szosy z pędzącymi samochodami, bo co ich obchodzi los cudzych dzieci. Nie owiną niesionej choinki, bo co ich obchodzi, że gałązka trafi kogoś w oko. To ci, co patrzą spokojnie na stojących, nawet w kościele, siwych staruszków i nie podniosą się sami ani nie każą swoim dwunastoletnim dzieciom ustąpić im miejsca. To pielęgniarki, których bywa już i po 8 na oddziale, ale nadal zajadają ciastka w pakamerze, gdy chorzy wołają o pomoc. To lekarze w izbie przyjęć, przestrzegający procedur tak ściśle, że ich pacjent umrze, zanim go przyjmą. Minister, który kłamie od rana do wieczora, że wszystko jest w porządku. Facet, który spokojnie potrącił mnie samochodem w wyjeździe na ulicę, wyjaśniając, że tu nie ma pasów więc nie jest winny. Dziewuchy, które siedzą w tramwaju na miejscu sanitarnym, obojętnie przyglądając się osobom o kulach i laskach.

Media nie interesują się tym. Media nie chcą wychowywać, wypowiadać się, opowiadać się po czyjejś stronie, chyba że chodzi o PiS, to oczywiście są przeciw. Media nade wszystko interesują się modą i emocjami, produkowaniem konsumentów pozbawionych uczuć. Utrzymaniem ich emocji na odpowiednio gorącym poziomie, przy którym traci się kontrolę nad postępowaniem, a najważniejsze, nad sakiewką.

Nikogo już nie interesuje, że brak panowania nad emocjami to brak sublimacji, czyli koniec kultury. Etos rycerski produkowały wojny, wojen nie ma (na razie), ale rycerzy już teraz ze świecą szukać. Nadmiar żarcia kieruje uwagę na pochłanianie i odchudzanie się. Na siebie, siebie, siebie. Ludzie bez wyrazu twarzy, bo wychowani przez zimne bezradne matki, eksperymentatorki lat 70. i 80.

Na to wszystko jest remedium. Reklamy coraz częściej mówią o wolności i wyzwoleniu, im głębiej posuwa się współczesny totalitaryzm. Ale także mówią o miłości, której tak brakuje, a o której jakoś się tym zimnym smutnym ludziom obiło o uszy.

Kochamy cię, siadaj przy komputerze. Kocha się szybko i krótko, ale czasem długo i powoli. My wiemy, czego potrzebujesz. My ci to damy. On ci to da. On cię kocha, będzie cię zawsze kochał. Bank BBB i optymalne konto. Ono cię będzie kochało na wieki.

Felieton ukazał się na stronach sdp.pl.

czwartek, 13 listopada 2014

Serce w agonii

fot. Piotr Mecik/FORUM

Chleb i Ciało złączone ze sobą nierozerwalnie, strukturalnie, biologicznie; mięsień konającego serca wrośnięty w opłatek; odwieczna prawda i patomorfologia – nauka potwierdza dogmat wiary.


"Udzielałem komunii podczas Mszy o godzinie 8.30. Nawet nie zauważyłem, kiedy wypadł ten komunikant. Nagle jedna z klęczących do komunii kobiet trąciła mnie ręką w nogę i pokazała, że przed nią na podłodze leży komunikant. Aż przeszedł mnie dreszcz, ale szybko go podniosłem" – tak zaczyna się historia najsłynniejszego cudu eucharystycznego, do jakiego doszło w dziejach polskiego katolicyzmu. Zdarzenie miało miejsce 12 października 2008 roku w kościele pod wezwaniem świętego Antoniego Padewskiego w Sokółce, a opowiadał o nim miejscowy wikariusz ksiądz Jacek Ingielewicz.

Przepisy liturgiczne precyzują, że upuszczona Hostia nie może zostać wyrzucona. Wspomniany kapłan umieścił ją w specjalnym naczyniu z wodą, w którym miała się rozpuścić.

Tydzień później, 19 października, zakrystianka, siostra Julia Dubowska ze zgromadzenia eucharystek, odkryła, że komunikant nie rozpuścił się w wodzie, a na jego powierzchni pojawiła się czerwona plama sprawiająca wrażenie krwi. Zakonnica poinformowała o tym proboszcza, księdza Stanisława Gniedziejkę, który wspólnie z innymi duchownymi obejrzał niezwykłą hostię. Nikt z obecnych nie wiedział jednak, czy ma do czynienia z naturalną reakcją chemiczną, czy ze zjawiskiem nadprzyrodzonym.

O całym zdarzeniu powiadomiono metropolitę białostockiego arcybiskupa Edwarda Ozorowskiego. Przybył on osobiście do Sokółki, by na własne oczy zobaczyć niecodzienny fenomen. Następnie nakazał zamknąć hostię w sejfie i czekać, co się dalej stanie.

29 października znów otwarto sejf i ze zdumieniem stwierdzono, że hostia wciąż nie rozpłynęła się w wodzie, a na jej powierzchni w dalszym ciągu widoczny jest czerwony fragment ciała. Arcybiskup Ozorowski podjął więc decyzję, aby wykonać naukową ekspertyzę. Badania podjęła się profesor Maria Sobaniec‑Łotowska z Zakładu Patomorfologii Lekarskiej Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku. Jest ona osobą znaną w kurii, ponieważ we wrześniu 2008 roku brała udział w zamknięciu procesu beatyfikacyjnego księdza Michała Sopoćki. Została wtedy – jako specjalista z dziedziny anatomopatologii – powołana do Komisji Rozpoznania Relikwii, żeby stwierdzić autentyczność szczątków błogosławionego kapłana. Tak poznała arcybiskupa Ozorowskiego, który stał na czele komisji.

To właśnie profesor Sobaniec‑Łotowska 7 stycznia 2009 roku pobrała próbkę do analizy. Na jej wniosek drugą, niezależną ekspertyzę wykonał inny patomorfolog w osobnym laboratorium – profesor Stanisław Sulkowski z Zakładu Patomorfologii Ogólnej Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku, który nie wiedział nawet, skąd pochodzi badana próbka.

Oboje uczeni cieszą się uznaniem w świecie akademickim jako specjaliści w dziedzinie patomorfologii. Diagnostyką histopatologiczną zajmują się od ponad trzydziestu lat, a na swoim koncie mają liczne publikacje naukowe. Ustalono, że badania przeprowadzą niezależnie od siebie, a następnie porównają ich wyniki.
Kuria białostocka poprosiła, by ze względu na wyjątkowy charakter sprawy zachować ją w pełnej tajemnicy. Z tego powodu profesor Sobaniec‑Łotowska uznała, że nie powiadomi o badaniach szefa swojej placówki – profesora Lecha Chyczewskiego.

7 stycznia 2009 roku komisyjnie pobrane próbki trafiły do dwóch różnych laboratoriów. Maria Sobaniec‑Łotowska wspomina, że pobrany materiał był kruchy, barwy brunatnej i ściśle połączony z zachowanym fragmentem hostii.

Żywe serce w okruchu chleba

Uczeni, niezależnie od siebie, doszli do jednakowych wniosków. Właściwie jest to cała seria wniosków, a każdy z nich stanowi wyzwanie rzucone współczesnej nauce. Okazało się bowiem, że najbardziej zaawansowane technologicznie urządzenia laboratoryjne potwierdzają istnienie faktów niewytłumaczalnych z naukowego punktu widzenia. Mówiąc inaczej, mamy do czynienia ze zjawiskami, które kłócą się z całą wiedzą naukową zgromadzoną do tej pory przez ludzkość.

Co więc takiego zobaczyli profesorowie z Białegostoku, że do dziś nie mogą wyjść ze zdumienia?
Po pierwsze: stwierdzili, że włożony do wody komunikant rozpuścił się tylko częściowo. Z niezrozumiałych przyczyn prawa chemii uległy zawieszeniu.

Po drugie: odkryli, że tkanka na komunikancie to fragment mięśnia sercowego człowieka, w sposób strukturalny zrośnięty z opłatkiem. Naukowcy podkreślają, że tego typu przenikanie się ciała i chleba jest zjawiskiem nigdy dotąd nieobserwowanym w przyrodzie. Wiedza naukowa nie tylko nie zna tego typu przypadków, ale wręcz wyklucza ich zaistnienie. Było to zjawisko tak niezwykłe, że dwójka patomorfologów długo obserwowała je zarówno przez mikroskopy świetlne, jak i przez elektronowy mikroskop transmisyjny, a jednak badana rzeczywistość trwała uporczywie w stanie zaprzeczającym współczesnej wiedzy biologicznej.

Po trzecie: tkanka ludzka, przebywając tak długo zarówno w wodzie, jak i w korporale, powinna ulec procesowi martwicy, czyli obumierania. Tymczasem uczeni odkryli, że wykazuje ona zachowania charakterystyczne dla mięśnia sercowego w stanie agonalnym. Zaobserwowane procesy segmentacji i fragmentacji mogą zachodzić jedynie we włóknach niemartwiczych, a więc w organizmie, który znajduje się w okresie przedśmiertnym.

W ekspertyzie przesłanej do białostockiej kurii uczeni napisali, że przebadany przez nich materiał "wskazuje na tkankę mięśnia sercowego, a przynajmniej ze wszystkich tkanek żywych organizmu najbardziej ją przypomina". Powołana przez arcybiskupa Ozorowskiego komisja stwierdziła, że przy zjawisku nie doszło do ingerencji osób trzecich, czyli nikt nie podmienił komunikantu w vasculum.

Wróg nie śpi

Jesienią 2009 roku wiadomość przedostała się do prasy. Jako pierwszy napisał o niej podlaski „Kurier Poranny” w tekście zatytułowanym "Rozpuszczona hostia zostawiła ludzki ślad. Kuria przesłuchuje świadków, czy zdarzył się cud". Pytany przez redakcję rzecznik kurii ksiądz Andrzej Dębski mówił: - Ksiądz arcybiskup Edward Ozorowski powołał specjalną komisję, która prowadzi tę sprawę. Przesłuchuje świadków. Jeżeli będziemy mieć moralną pewność, że zdarzył się cud eucharystyczny, zawiadomimy Stolicę Apostolską.

Wkrótce o sprawie zaczęły informować inne media. Na łamach „Super Expressu” profesor Lech Chyczewski, zwierzchnik profesor Marii Sobaniec‑Łotowskiej w Zakładzie Patomorfologii Lekarskiej, zakwestionował wyniki jej ekspertyzy, gdyż badania przeprowadzono, pomijając oficjalną procedurę. Kierownik przyznał, że udzielił swej podwładnej nagany, ponieważ nie poinformowała go o prośbie skierowanej przez białostocką kurię. Profesor Sobaniec‑Łotowska z kolei tłumaczyła się w „Naszym Dzienniku”, że pismo było adresowane osobiście do niej, a nie do kierownictwa placówki, arcybiskup zaś prosił ją o zachowanie tajemnicy.

A przecież kwestia, czy badanie przeprowadzono na podstawie formalnego zlecenia analizy złożonego w sekretariacie ośrodka, czy też z pominięciem tej procedury, nie ma żadnego znaczenia, jeśli chodzi o uzyskany wynik. Obraz mikroskopowy będzie taki sam niezależnie od tego, czy kuria zaadresowałaby pismo na ręce profesor Sobaniec‑Łotowskiej, czy do profesora Chyczewskiego. O wartości ekspertyzy naukowej decydują zawarte w niej zdjęcia, wykresy, pomiary i opisy, a nie obieg dokumentów wewnątrz instytucji.

Jeszcze dalej w podważaniu wyników białostockich patomorfologów posunął się, również na łamach „Super Expressu”, doktor Paweł Grzesiowski z Zakładu Profilaktyki Zakażeń Szpitalnych Narodowego Instytutu Leków. W wywiadzie zatytułowanym "To nie cud, to czysta biologia" oświadczył, że czerwone zabarwienie komunikantu z Sokółki spowodowała bakteria zwana pałeczką krwawą – po łacinie: serratia marcescens.

Cud ponad wszelką wątpliwość

Profesor Sobaniec‑Łotowska zdecydowanie odrzuciła te twierdzenia, podkreślając, że doktor Grzesiowski nie tylko nie badał, ale nawet osobiście nie widział hostii, o której się wypowiadał. Tymczasem nawet gołym okiem można dostrzec, że na komunikancie nie doszło jedynie do zabarwienia na czerwono, lecz do pojawienia się fragmentu ciała. Jak podkreśla Maria Sobaniec‑Łotowska, żadna znana nauce bakteria nie jest przecież w stanie wytworzyć tkanki mięśnia sercowego.

„Super Express” przedstawiał jednak opinie swoich rozmówców niczym ostateczne ustalenia naukowe. Fakt, że nie widzieli oni tego, o czym się wypowiadali, nie miał najmniejszego znaczenia. Dziennik przekonywał czytelników, że "cud w Sokółce to oszustwo" i zastanawiał się nad łatwowiernością tysięcy wiernych, którzy naiwnie uwierzyli w Bożą ingerencję.

W odróżnieniu od doktora Grzesiowskiego profesor Sobaniec‑Łotowska badała hostię z Sokółki, mogła więc dokładnie opowiedzieć, do jakich doszła wniosków:

"Pobrany z korporału fragment materiału badaliśmy histologicznie, to jest z użyciem mikroskopu optycznego, czyli świetlnego, i ultrastrukturalnie, to jest z użyciem mikroskopu elektronowego transmisyjnego. I, co jest niebywale interesujące, obserwowaliśmy zjawisko wzajemnego przenikania się struktury komunikantu z włóknami mięśnia serca. Tkanka, która pojawiła się na hostii, była z nią w sposób bardzo ścisły, nierozerwalny złączona, co jest ważnym dowodem, że nie mogło tu być jakiejkolwiek ludzkiej ingerencji.
Stwierdziliśmy, że cytoplazma fragmentów włókien mięśniowych, wtopionych w podłoże mogące odpowiadać strukturze hostii, w barwieniu hematoksyliną Mayera i eozyną barwiła się na różowo, ogniskowo dość intensywnie. Natomiast jądra komórkowe, położone głównie centralnie – co pragnę podkreślić w tym miejscu – na granatowo. Otóż centralne położenie jąder komórkowych wskazuje, że jest to mięsień serca ludzkiego. W badanym fragmencie tkankowym obserwowaliśmy cechy wyraźnej, nasilonej segmentacji włókien, to jest uszkodzenie komórek w miejscu wstawek, i fragmentacji – to są uszkodzenia włókien poza wstawkami; również na przebiegu pojedynczych włókien znajdowaliśmy obrazy mogące odpowiadać węzłom skurczu. Takie zmiany powstają jedynie we włóknach niemartwicznych i odzwierciedlają szybkie skurcze mięśnia serca w okresie przedśmiertnym, to jest agonalnym".

Ekspertyza patomorfologów przesłana do białostockiej kurii stała się podstawą do uznania przez Kościół fenomenu w Sokółce za cud eucharystyczny. 2 października 2011 roku cudowna hostia wystawiona została do publicznej adoracji w kaplicy Matki Bożej Różańcowej w kościele Świętego Antoniego. Wniesiono ją tam w uroczystej procesji, której przewodniczył arcybiskup Edward Ozorowski. Sama świątynia zaś podniesiona została do rangi sanktuarium.

Badacze podkreślają, że fenomen z Sokółki pozostaje niewytłumaczalny w kategoriach współczesnej nauki. Można jednak powiedzieć, że to, czego nie da się pojąć naukowo, da się wyrazić w języku religii. Połączenie w jednym organizmie komunikantu i ludzkiego mięśnia to jakby namacalne potwierdzenie dogmatu o transsubstancjacji, czyli realnej przemianie chleba w ciało Chrystusa podczas Eucharystii. Natomiast fakt permanentnej agonii serca to jakby unaocznienie zbawczej prawdy o tym, że w każdej Eucharystii uobecniona jest Męka Chrystusa.


Grzegorz Górny – dziennikarz, publicysta, współzałożyciel pisma „Fronda”. Autor m.in. książek "Świadkowie tajemnicy, Dowody Tajemnicy i Tajemnica Graala", poświęconych naukowym badaniom nad relikwiami chrześcijaństwa i cudami.

Tekst ukazał się w numerze 40. magazynu "Polonia Christiana"


środa, 12 listopada 2014

Serce w agonii

fot. Piotr Mecik/FORUM

Chleb i Ciało złączone ze sobą nierozerwalnie, strukturalnie, biologicznie; mięsień konającego serca wrośnięty w opłatek; odwieczna prawda i patomorfologia – nauka potwierdza dogmat wiary.


"Udzielałem komunii podczas Mszy o godzinie 8.30. Nawet nie zauważyłem, kiedy wypadł ten komunikant. Nagle jedna z klęczących do komunii kobiet trąciła mnie ręką w nogę i pokazała, że przed nią na podłodze leży komunikant. Aż przeszedł mnie dreszcz, ale szybko go podniosłem" – tak zaczyna się historia najsłynniejszego cudu eucharystycznego, do jakiego doszło w dziejach polskiego katolicyzmu. Zdarzenie miało miejsce 12 października 2008 roku w kościele pod wezwaniem świętego Antoniego Padewskiego w Sokółce, a opowiadał o nim miejscowy wikariusz ksiądz Jacek Ingielewicz.

Przepisy liturgiczne precyzują, że upuszczona Hostia nie może zostać wyrzucona. Wspomniany kapłan umieścił ją w specjalnym naczyniu z wodą, w którym miała się rozpuścić.

Tydzień później, 19 października, zakrystianka, siostra Julia Dubowska ze zgromadzenia eucharystek, odkryła, że komunikant nie rozpuścił się w wodzie, a na jego powierzchni pojawiła się czerwona plama sprawiająca wrażenie krwi. Zakonnica poinformowała o tym proboszcza, księdza Stanisława Gniedziejkę, który wspólnie z innymi duchownymi obejrzał niezwykłą hostię. Nikt z obecnych nie wiedział jednak, czy ma do czynienia z naturalną reakcją chemiczną, czy ze zjawiskiem nadprzyrodzonym.

O całym zdarzeniu powiadomiono metropolitę białostockiego arcybiskupa Edwarda Ozorowskiego. Przybył on osobiście do Sokółki, by na własne oczy zobaczyć niecodzienny fenomen. Następnie nakazał zamknąć hostię w sejfie i czekać, co się dalej stanie.

29 października znów otwarto sejf i ze zdumieniem stwierdzono, że hostia wciąż nie rozpłynęła się w wodzie, a na jej powierzchni w dalszym ciągu widoczny jest czerwony fragment ciała. Arcybiskup Ozorowski podjął więc decyzję, aby wykonać naukową ekspertyzę. Badania podjęła się profesor Maria Sobaniec‑Łotowska z Zakładu Patomorfologii Lekarskiej Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku. Jest ona osobą znaną w kurii, ponieważ we wrześniu 2008 roku brała udział w zamknięciu procesu beatyfikacyjnego księdza Michała Sopoćki. Została wtedy – jako specjalista z dziedziny anatomopatologii – powołana do Komisji Rozpoznania Relikwii, żeby stwierdzić autentyczność szczątków błogosławionego kapłana. Tak poznała arcybiskupa Ozorowskiego, który stał na czele komisji.

To właśnie profesor Sobaniec‑Łotowska 7 stycznia 2009 roku pobrała próbkę do analizy. Na jej wniosek drugą, niezależną ekspertyzę wykonał inny patomorfolog w osobnym laboratorium – profesor Stanisław Sulkowski z Zakładu Patomorfologii Ogólnej Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku, który nie wiedział nawet, skąd pochodzi badana próbka.

Oboje uczeni cieszą się uznaniem w świecie akademickim jako specjaliści w dziedzinie patomorfologii. Diagnostyką histopatologiczną zajmują się od ponad trzydziestu lat, a na swoim koncie mają liczne publikacje naukowe. Ustalono, że badania przeprowadzą niezależnie od siebie, a następnie porównają ich wyniki.
Kuria białostocka poprosiła, by ze względu na wyjątkowy charakter sprawy zachować ją w pełnej tajemnicy. Z tego powodu profesor Sobaniec‑Łotowska uznała, że nie powiadomi o badaniach szefa swojej placówki – profesora Lecha Chyczewskiego.

7 stycznia 2009 roku komisyjnie pobrane próbki trafiły do dwóch różnych laboratoriów. Maria Sobaniec‑Łotowska wspomina, że pobrany materiał był kruchy, barwy brunatnej i ściśle połączony z zachowanym fragmentem hostii.

Żywe serce w okruchu chleba

Uczeni, niezależnie od siebie, doszli do jednakowych wniosków. Właściwie jest to cała seria wniosków, a każdy z nich stanowi wyzwanie rzucone współczesnej nauce. Okazało się bowiem, że najbardziej zaawansowane technologicznie urządzenia laboratoryjne potwierdzają istnienie faktów niewytłumaczalnych z naukowego punktu widzenia. Mówiąc inaczej, mamy do czynienia ze zjawiskami, które kłócą się z całą wiedzą naukową zgromadzoną do tej pory przez ludzkość.

Co więc takiego zobaczyli profesorowie z Białegostoku, że do dziś nie mogą wyjść ze zdumienia?
Po pierwsze: stwierdzili, że włożony do wody komunikant rozpuścił się tylko częściowo. Z niezrozumiałych przyczyn prawa chemii uległy zawieszeniu.

Po drugie: odkryli, że tkanka na komunikancie to fragment mięśnia sercowego człowieka, w sposób strukturalny zrośnięty z opłatkiem. Naukowcy podkreślają, że tego typu przenikanie się ciała i chleba jest zjawiskiem nigdy dotąd nieobserwowanym w przyrodzie. Wiedza naukowa nie tylko nie zna tego typu przypadków, ale wręcz wyklucza ich zaistnienie. Było to zjawisko tak niezwykłe, że dwójka patomorfologów długo obserwowała je zarówno przez mikroskopy świetlne, jak i przez elektronowy mikroskop transmisyjny, a jednak badana rzeczywistość trwała uporczywie w stanie zaprzeczającym współczesnej wiedzy biologicznej.

Po trzecie: tkanka ludzka, przebywając tak długo zarówno w wodzie, jak i w korporale, powinna ulec procesowi martwicy, czyli obumierania. Tymczasem uczeni odkryli, że wykazuje ona zachowania charakterystyczne dla mięśnia sercowego w stanie agonalnym. Zaobserwowane procesy segmentacji i fragmentacji mogą zachodzić jedynie we włóknach niemartwiczych, a więc w organizmie, który znajduje się w okresie przedśmiertnym.

W ekspertyzie przesłanej do białostockiej kurii uczeni napisali, że przebadany przez nich materiał "wskazuje na tkankę mięśnia sercowego, a przynajmniej ze wszystkich tkanek żywych organizmu najbardziej ją przypomina". Powołana przez arcybiskupa Ozorowskiego komisja stwierdziła, że przy zjawisku nie doszło do ingerencji osób trzecich, czyli nikt nie podmienił komunikantu w vasculum.

Wróg nie śpi

Jesienią 2009 roku wiadomość przedostała się do prasy. Jako pierwszy napisał o niej podlaski „Kurier Poranny” w tekście zatytułowanym "Rozpuszczona hostia zostawiła ludzki ślad. Kuria przesłuchuje świadków, czy zdarzył się cud". Pytany przez redakcję rzecznik kurii ksiądz Andrzej Dębski mówił: - Ksiądz arcybiskup Edward Ozorowski powołał specjalną komisję, która prowadzi tę sprawę. Przesłuchuje świadków. Jeżeli będziemy mieć moralną pewność, że zdarzył się cud eucharystyczny, zawiadomimy Stolicę Apostolską.

Wkrótce o sprawie zaczęły informować inne media. Na łamach „Super Expressu” profesor Lech Chyczewski, zwierzchnik profesor Marii Sobaniec‑Łotowskiej w Zakładzie Patomorfologii Lekarskiej, zakwestionował wyniki jej ekspertyzy, gdyż badania przeprowadzono, pomijając oficjalną procedurę. Kierownik przyznał, że udzielił swej podwładnej nagany, ponieważ nie poinformowała go o prośbie skierowanej przez białostocką kurię. Profesor Sobaniec‑Łotowska z kolei tłumaczyła się w „Naszym Dzienniku”, że pismo było adresowane osobiście do niej, a nie do kierownictwa placówki, arcybiskup zaś prosił ją o zachowanie tajemnicy.

A przecież kwestia, czy badanie przeprowadzono na podstawie formalnego zlecenia analizy złożonego w sekretariacie ośrodka, czy też z pominięciem tej procedury, nie ma żadnego znaczenia, jeśli chodzi o uzyskany wynik. Obraz mikroskopowy będzie taki sam niezależnie od tego, czy kuria zaadresowałaby pismo na ręce profesor Sobaniec‑Łotowskiej, czy do profesora Chyczewskiego. O wartości ekspertyzy naukowej decydują zawarte w niej zdjęcia, wykresy, pomiary i opisy, a nie obieg dokumentów wewnątrz instytucji.

Jeszcze dalej w podważaniu wyników białostockich patomorfologów posunął się, również na łamach „Super Expressu”, doktor Paweł Grzesiowski z Zakładu Profilaktyki Zakażeń Szpitalnych Narodowego Instytutu Leków. W wywiadzie zatytułowanym "To nie cud, to czysta biologia" oświadczył, że czerwone zabarwienie komunikantu z Sokółki spowodowała bakteria zwana pałeczką krwawą – po łacinie: serratia marcescens.

Cud ponad wszelką wątpliwość

Profesor Sobaniec‑Łotowska zdecydowanie odrzuciła te twierdzenia, podkreślając, że doktor Grzesiowski nie tylko nie badał, ale nawet osobiście nie widział hostii, o której się wypowiadał. Tymczasem nawet gołym okiem można dostrzec, że na komunikancie nie doszło jedynie do zabarwienia na czerwono, lecz do pojawienia się fragmentu ciała. Jak podkreśla Maria Sobaniec‑Łotowska, żadna znana nauce bakteria nie jest przecież w stanie wytworzyć tkanki mięśnia sercowego.

„Super Express” przedstawiał jednak opinie swoich rozmówców niczym ostateczne ustalenia naukowe. Fakt, że nie widzieli oni tego, o czym się wypowiadali, nie miał najmniejszego znaczenia. Dziennik przekonywał czytelników, że "cud w Sokółce to oszustwo" i zastanawiał się nad łatwowiernością tysięcy wiernych, którzy naiwnie uwierzyli w Bożą ingerencję.

W odróżnieniu od doktora Grzesiowskiego profesor Sobaniec‑Łotowska badała hostię z Sokółki, mogła więc dokładnie opowiedzieć, do jakich doszła wniosków:

"Pobrany z korporału fragment materiału badaliśmy histologicznie, to jest z użyciem mikroskopu optycznego, czyli świetlnego, i ultrastrukturalnie, to jest z użyciem mikroskopu elektronowego transmisyjnego. I, co jest niebywale interesujące, obserwowaliśmy zjawisko wzajemnego przenikania się struktury komunikantu z włóknami mięśnia serca. Tkanka, która pojawiła się na hostii, była z nią w sposób bardzo ścisły, nierozerwalny złączona, co jest ważnym dowodem, że nie mogło tu być jakiejkolwiek ludzkiej ingerencji.
Stwierdziliśmy, że cytoplazma fragmentów włókien mięśniowych, wtopionych w podłoże mogące odpowiadać strukturze hostii, w barwieniu hematoksyliną Mayera i eozyną barwiła się na różowo, ogniskowo dość intensywnie. Natomiast jądra komórkowe, położone głównie centralnie – co pragnę podkreślić w tym miejscu – na granatowo. Otóż centralne położenie jąder komórkowych wskazuje, że jest to mięsień serca ludzkiego. W badanym fragmencie tkankowym obserwowaliśmy cechy wyraźnej, nasilonej segmentacji włókien, to jest uszkodzenie komórek w miejscu wstawek, i fragmentacji – to są uszkodzenia włókien poza wstawkami; również na przebiegu pojedynczych włókien znajdowaliśmy obrazy mogące odpowiadać węzłom skurczu. Takie zmiany powstają jedynie we włóknach niemartwicznych i odzwierciedlają szybkie skurcze mięśnia serca w okresie przedśmiertnym, to jest agonalnym".

Ekspertyza patomorfologów przesłana do białostockiej kurii stała się podstawą do uznania przez Kościół fenomenu w Sokółce za cud eucharystyczny. 2 października 2011 roku cudowna hostia wystawiona została do publicznej adoracji w kaplicy Matki Bożej Różańcowej w kościele Świętego Antoniego. Wniesiono ją tam w uroczystej procesji, której przewodniczył arcybiskup Edward Ozorowski. Sama świątynia zaś podniesiona została do rangi sanktuarium.

Badacze podkreślają, że fenomen z Sokółki pozostaje niewytłumaczalny w kategoriach współczesnej nauki. Można jednak powiedzieć, że to, czego nie da się pojąć naukowo, da się wyrazić w języku religii. Połączenie w jednym organizmie komunikantu i ludzkiego mięśnia to jakby namacalne potwierdzenie dogmatu o transsubstancjacji, czyli realnej przemianie chleba w ciało Chrystusa podczas Eucharystii. Natomiast fakt permanentnej agonii serca to jakby unaocznienie zbawczej prawdy o tym, że w każdej Eucharystii uobecniona jest Męka Chrystusa.


Grzegorz Górny – dziennikarz, publicysta, współzałożyciel pisma „Fronda”. Autor m.in. książek "Świadkowie tajemnicy, Dowody Tajemnicy i Tajemnica Graala", poświęconych naukowym badaniom nad relikwiami chrześcijaństwa i cudami.

Tekst ukazał się w numerze 40. magazynu "Polonia Christiana"


wtorek, 11 listopada 2014

Królewski powrót „Potopu”

Fot. Pawel Sych/Wikimedia


Słynny film Jerzego Hoffmana wrócił na duży ekran z rozmachem. Jego cyfrowa rekonstrukcja zyskała na jakości. Mimo okrojenia całości materiału do raptem 3 godzin, „Potop” robi wrażenie. Sarmacka kultura, rycerski etos, katolicyzm i patriotyzm po latach tryumfują w nowej, pięknej odsłonie.

Jesień to zwykle odrodzenie sezonu kinowego, a w przypadku przynajmniej jednego filmu śmiało można mówić o ponownych narodzinach. Polskiej widowni udostępniono wszak obraz znany przynajmniej kilku pokoleniom Polaków. Cyfrowa rekonstrukcja zapisu taśmy i liczne zmiany montażowe wydały owoc w postaci „Potop Redivivus” – trzygodzinnej wersji słynnego filmu Jerzego Hoffmana. W ten sposób uczczono upływ czterech dekad od czasu premiery tej ekranizacji.

Bez Hollywoodu

Dzięki podjętej przez Filmotekę Narodową inicjatywie, oryginał filmu ocalał przed destrukcyjnym działaniem czasu. Całość zabezpieczono bowiem na nośnikach cyfrowych. Jednocześnie nowa wersja zyskała na jakości, zarówno pod względem wizualnym, jak i dźwiękowym. „Redivivus” wolny jest od wszelkich ekranowych defektów. Mało tego, korekta nasycenia, ostrości i kontrastu przyniosła zdumiewające efekty. Niektóre sceny odznaczają się wręcz radykalną poprawą tego ostatniego, przez co obraz nabiera przyjemniejszych dla oka kolorów.

Wbrew temu, co dało się usłyszeć lub przeczytać w niektórych zapowiedziach, „odrodzony Potop” nie jest wcale próbą zaprowadzenia nad Wisłą standardu hollywoodzkiego. Zmiany w scenariuszu i montażu są na tyle ograniczone, iż widz nie ma wrażenia oglądania jakiejś nowej produkcji – to wciąż ta sama stara, dobra opowieść o polskim patriotyzmie, o tryumfie katolickiej wiary i Bożego miłosierdzia, które zaowocowały przebudzeniem sumień wielu mężów stanu i podniesieniem przez nich szabli przeciwko okupantowi.

Co wobec tego się zmieniło? Akcja nabrała tempa. Wiele kadrów skrócono lub podzielono, co pozwoliło na dynamiczniejszą zmianę ujęć. Następujące po sobie wydarzenia związano ze sobą mocniej, angażując tym samym uwagę widza do śledzenia głównego wątku.

Oczywiście, powyższe zmiany mają swoją cenę. Najwięcej cięć odbyło się kosztem ujęć krajobrazowych, marszowych i batalistycznych, a także poprzez usunięcie pewnych wątków pobocznych. Reżyser przyznał otwarcie, iż skracanie „Potopu” nie stanowiło dla niego problemu. W końcu twórczość Jerzego Hoffmana ewoluowała z upływem lat, nad czym pod wieloma względami ubolewa wielu jego fanów, w tym także piszący te słowa. Tym razem jednak reżyserska praca w duchu „unowocześniania” kultowej ekranizacji szczęśliwie nie doprowadziła do żadnej katastrofy. Przeciwnie, rozwiązania zaproponowane przez głównego montażystę odnowionej wersji - Marcina Kota Bastkowskiego, na które czujnym okiem spoglądał także autor oryginalnych zdjęć do „Potopu” Jerzy Wójcik – należy uznać za bardzo udane.

Wzruszenie i śmiech

Film zachował klimat epoki, ubrany w krzepiącą duszę historię o imponderabiliach i opasany sienkiewiczowskim patosem. Klimat, który wypełniony jest – nie bójmy się tego słowa – na wskroś katolicką kulturą dawnej Sarmacji, przenikniętą autentyczną rzymską wiarą. Klimat barwnego, rycerskiego świata, któremu towarzyszą zjawiska tak zupełnie już obce współczesnej cywilizacji, jak choćby przewyższające wszelkie pisemne porozumienia „słowo honoru”, gwarantowane dodatkowo przysięgą na Boga i Święty Krzyż.

Po czterdziestu latach, nasze narodowe dobro wciąż ujmuje wspaniałą grą aktorską, kreacją nieszablonowych postaci, których burzliwe przygody prowadzą do szczęśliwego końca. Oprócz tego, cyfrowa wersja „Redivivus” nie oszczędza widzowi ani jednej łzy wzruszeń z taśmowego oryginału. Szczególnie ujmujące są zachowane w większości sceny obrony częstochowskich murów i uroczysta procesja, prowadzona pomiędzy spadającymi na klasztor armatnimi kulami.



„Potop” w dalszym ciągu bawi. Niektóre dialogi głównych bohaterów, ze szczególnym uwzględnieniem postaci Andrzeja Kmicica, Michała Wołodyjowskiego i Jana Onufrego Zagłoby, nadal wywołują salwy śmiechu publiki.

Wyborna uczta, ale…

Film Hoffmana to obraz niezmiennie refleksyjny. To dzieło budzące głębokie uczucia patriotyczne. To także rozprawa z naszymi narodowymi słabościami i zarazem dyskusja o tym, która ścieżka służby Ojczyźnie może dać jej najwięcej korzyści. Oczywiście, Henryk Sienkiewicz zajął w tym sporze czytelne stanowisko, o co nie można mieć do niego pretensji. Reżyser natomiast przeniósł to przesłanie na ekran, przybliżając kolejnym pokoleniom Polaków jakże istotną kwestię sporu o sens i charakter walki o niepodległość. Jest to jeden z powodów, dla których „Potop” warto przywracać do pamięci i tym samym przywoływać do publicznej przestrzeni dyskurs o patriotyzmie. „Redivivus” wywiązuje się z tego zadania bardzo dobrze.

Kolejny w szeregu elementów składających się na pozytywny odbiór nowego „Potopu” to dostępność i atrakcyjność ekranizacji z punktu widzenia emisji kinowej. Trzygodzinne danie filmowe, mimo iż w dalszym ciągu wyróżnia się w repertuarze długością, jest dla przeciętnego widza ucztą wyborną i nie wywołującą efektu przejedzenia.



Nie sposób pominąć mankamentów odnowionej produkcji. Sprowadzają się one do problematyki montażu i nieudanych ingerencji w materiał – przynajmniej w dwóch miejscach. Po pierwsze, na krytykę zasługuje usunięcie i redukcja niektórych scen na Jasnej Górze. Szczególnie chodzi tu o pierwszą, po przybyciu do klasztoru, rozmowę Kmicica z duchownymi i szlachtą oraz o rozmowę głównego bohatera z przeorem o. Augustynem Kordeckim przed misją wysadzenia szwedzkiej kolubryny.

Zbyt dotkliwe i zaburzające logikę scenariusza okazało się pocięcie scen na dworze króla Jana Kazimierza – nie znający powieści widz może przez to nie zrozumieć zmiany postawy czołowych konfederackich przywódców wobec Kmicica. Mało tego, drugie wystąpienie przed monarchą człowieka, który – jeszcze jako Babinicz – świeżo uciekł ze szwedzkiej niewoli, zostało skrócone tak kuriozalnie, iż obserwujemy w nim Daniela Olbrychskiego najpierw z rozpiętą koszulą, a po sekundzie już zapiętego pod szyję.

Powyższe słabości nie zaburzają jednak siły oddziaływania filmu. Mogą stanowić pewną wskazówkę na przyszłość, asumpt do dalszych prac dla pomysłodawców kolejnych jubileuszy. Natomiast obecnie najważniejsze jest to, że „Potop” w swojej wspaniałości powrócił do kin i do ludzkiej świadomości. I jest to powrót iście królewski.

 

Paweł Momro

poniedziałek, 10 listopada 2014

Marysia Kołakowska skazana za protest ws. Golgoty Picnic. Zaocznie!

fot. You Tube
Sąd rejonowy w Gdańsku w trybie zaocznym skazał 17- letnią Marię Kołakowską na 40 godzin prac społecznych. Marysia w dniu 28 czerwca podjęła próbę uniemożliwienie odczytania w świetlicy Krytyki Politycznej w Gdańsku obrazoburczego scenariusza pseudospektaklu „Golgota picnic”.

Przez nikogo nie zatrzymywana weszła do świetlicy i w obecności około pięćdziesięciu lewackich aktywistów rozpyliła kupiony w sklepie dezodorant o nieprzyjemnym zapachu. Od lipca toczyło się postępowanie w tej sprawie. Wyrok w trybie zaocznym zapadł 2 października ale ani Marysia , ani jej adwokat nie zostali poinformowani przez sąd o zakończeniu śledztwa, dniu rozprawy  i jej skazaniu. Adwokat zaniepokojony ciszą w tej sprawie poszedł do sądu aby zasięgnąć informacji i dowiedział się, że zapadł wyrok. Z akt wynika, że nie został przesłuchany żaden ze świadków obrony . Już podczas przesłuchania Marysi przez policję, prowadzący dochodzenie funkcjonariusz powiedział, że nie życzy sobie aby jako świadek obrony został powołany poseł Andrzej Jaworski. Jego nazwisko w protokole zostało zapisane dopiero po tym jak Marysia stanowczo tego zażądała, zgodnie z przysługującym jej prawem.



Sposób prowadzenia śledztwa i wydania wyroku przypomina sądy kapturowe z bolszewickiej Rosji i praktyki sądowe z czasów stalinowskich. Nawet w stanie wojennym nie zapadały wyroki w trybie zaocznym, bez możliwości obrony oskarżonych! Marysi nie tylko nie dano możliwości obrony ale też sąd nie dochodził prawdy o przebiegu zajścia, bo nie wysłuchał świadków, którzy zostali przez nią zgłoszeni. Trudno nie zarzucić organom ścigania i sądowi stronniczości skoro niejaki Filip Gąsiorek, mężczyzna, który w Świetlicy Krytyki politycznej pobił Marysię i założył jej na głowę worek został uniewinniony. Prokuratura w ściganiu Gąsiorka „nie dopatrzyła się interesu społecznego.”

Można też przypuszczać, że o niejawnym posiedzeniu sądu i wydaniu wyroku w trybie zaocznym, zadecydował lęk wymiaru „sprawiedliwości” przed konfrontacją ze społeczeństwem, bo na rozprawę z cała pewnością -wzorem stanu wojennego- stawiłoby się bardzo wiele osób, w tym liczne grono kombatantów i byłych więźniów politycznych. W obronie Marysi list napisali członkowie Stowarzyszenia Godność skupiającego osoby represjonowane przez reżim komunistyczny w latach osiemdziesiątych oraz Kaszubsko –Kociewskie Stowarzyszenie im. Tajnej Organizacji Wojskowej „Gryf Pomorski”. Wyrazy poparcia składali także Kombatanci Armii Krajowej i Narodowych Sił Zbrojnych.

Niestety ze względu na sposób przeprowadzenie rozprawy sąd się nie zapoznał z listami poparcia i ani z motywacjami młodej osoby wychowanej w duchu wartości patriotycznych i na etosie żołnierzy Polskiego Państwa Podziemnego.

Marysia z ciążącym na niej wyrokiem za odwagę obrony wiary i wartości zapisała kolejną kartę w historii swojej rodziny, w której każde pokolenie doświadczyło represji i wiezień, począwszy od czasów zaborów, a skończywszy na stanie wojennym. Jej wuj ks. infułat Stanisław Bogdanowicz został aresztowany w 1966 r., matka w stanie wojennym w wieku 17 lat była skazana na 3 lata pozbawienia wolności, dziadek od strony ojca spędził półtora roku w sowieckim więzieniu w Charkowie i Kijowie. Pradziadek, bojowiec POW zastrzelił w 1908 r. z rozkazu Piłsudskiego carskiego tajnego radcę gubernatora w Piotrkowie. Od wiezienia uratowała go ucieczka do Brazylii. Itd.itd

Ani Marysia, ani jej rodzice nie zamierzają zgodzić się z niesprawiedliwym, upokarzającym wyrokiem i w najbliższych dniach złożą zażalenie w tej sprawie.

Gdyby sąd miał odwagę przeprowadzić rozprawę z udziałem Marysi, to nie miałby wątpliwości, że zasłużyła raczej na Krzyż Walecznych, a prace społeczne wykonała już z nawiązką pracując jako wolontariusz z łopatą na Cmentarzu Garnizonowym w Gdańsku przy poszukiwaniu polskich bohaterów zamordowanych wyrokiem stalinowskiego wymiaru sprawiedliwości.

ZOBACZ FILM z opisanego zajścia:



Źródło: http://wpolityce.pl/spoleczenstwo/217161-marysia-kolakowska-skazana-za-protest-ws-golgoty-picnic-zaocznie