piątek, 7 listopada 2014

6 mitów na temat Świętej Inkwizycji



Słysząc o Inkwizycji większość współczesnych ludzi oczyma wyobraźni widzi płonące stosy i miecze zakonników rozbijające głowy niewiernych. Nic bardziej mylnego – historia Inkwizycji to jedna z najbardziej kłamliwie zmitologizowanych opowieści w dziejach świata. Poznaj sześć głównych mitów na temat Świętej Inkwizycji. Nie daj się oszukiwać historycznym ignorantom!



1.       Niesprawiedliwość procesów Inkwizycji


To nieprawda, że inkwizytorzy byli jednocześnie prokuratorami, sędziami i katami. Procesy inkwizycyjne były wyjątkowo niespieszne i drobiazgowe, opatrzone dodatkowymi zabezpieczeniami korzystnymi dla oskarżonych. Surowo karano świadków składających fałszywe zeznania. Istniała możliwość odmowy zeznań (nieznana w ówczesnym sądownictwie). Co więcej, sędziowie sprzeniewierzający się zasadom procesu byli odwoływani – stanowili bowiem zagrożenie dla autorytetu Kościoła. 




2.       Inkwizycja to tortury


Tortury były w czasach inkwizycji domeną władz świeckich – papież Aleksander IV zakazał duchownym uczestniczenia w tym procederze. Sama Inkwizycja zabraniała np. torturować dzieci, starców czy kobiet w ciąży. Nigdy nie torturowano oskarżonych na rozprawie wstępnej, a jedynie wówczas, gdy wina została niezbicie udowodniona, a oskarżony jej zaprzeczał. Mało tego, wydobyte tak przyznanie się do winy musiało być dobrowolnie powtórzone nie szybciej niż po 24 godzinach – to ewenement na skalę tamtych czasów! 




3.       Inkwizycja wszystkich paliła na stosie


Nic bardziej mylnego. Spośród wszystkich, którzy stanęli przed obliczem Inkwizytora najwyżej 1,5 proc. zostało skazanych na śmierć. To maksimum kilka tysięcy ludzi w ciągu kilku stuleci – więcej ofiar przyniosły wypadki samochodowe, do których doszło na świecie w ciągu dwóch, czy trzech ostatnich dni! O wiele częściej niż heretycy w krajach katolickich płonęły czarownice w krajach protestanckich. Karami Inkwizycji często była ofiara na Mszę św., nakaz noszenia okrycia pokutnego, cenzura czy… areszt domowy.




4.       Inkwizycji bali się wszyscy


Nie wszyscy, ale ci, którzy dopuścili się jawnego szerzenia niebezpiecznych herezji. Inkwizycja cieszyła się bowiem szerokim poparciem społecznym – herezja stawała się wszak wykroczeniem przeciwko porządkowi świeckiemu. Często ów sąd wyręczał też świeckich władców chcących pozbyć się heretyków.






5.       Inkwizycja sądziła wyłącznie światłych naukowców




 W dyskusjach o Inkwizycji często pojawia się argument sądzenia uczonych – zawsze pada nazwisko Galileusza. To jednak tylko kilka osób, maleńki promil – inkwizycja orzekała głównie w sprawach wyznawców obłąkanych idei, gotowych w imię swoich herezji przemienić świat w jeden wielki obóz koncentracyjny. Gdyby Inkwizycja działała w XX wieku, zwyrodnialcy i szaleńcy typu Rosenberga, Goebbelsa, Mengele czy Łysenki, nie zyskaliby możliwości realizacji swoich pomysłów.  





 6.       Inkwizytorzy to potwory rodem z „Imienia róży”



Jednym z najbardziej znanych dziś Inkwizytorów jest Bernard Gui – przedstawiony w powieści „Imię róży” jako żądny swądu palonych czarownic psychopata. W rzeczywistości zakonnik ów był sumiennym i dbającym o rzetelność procesu sędzią. Sam Umberto Eco – twórca zakłamanego obrazu dominikanina w powieści przeniesionej na ekrany kin – przyznał się, że oczernił tę postać, bo „pasowało mu to do koncepcji”. A ojcu Bernardowi już za życia przypisywano cudowne uzdrowienia, domagając się nawet jego kanonizacji. 

Źródło: http://www.pch24.pl/6-mitow-na-temat-swietej-inkwizycji,25754,i.html

czwartek, 6 listopada 2014

Jak Kościół krzywdzi dzieci


51. Jak Kościół krzywdzi dzieci
…i siebie przy okazji? – powinienem dodać. Paradoksalnie czyni to nie słuchając samego siebie i urządzając z mszy św. cyrk dla dzieci. Tańce, hulanki, swawole, prezenty, gadżety, żarty, pioseneczki i galopujące zero powagi. Tym samym Kościół wprowadza siebie na równię pochyłą o bardzo śliskiej powierzchni. Oto moja diagnoza.



Na marginesie: jeśli Twoim pierwszym skojarzeniem po przeczytaniu tytułu była pedofilia, sam widzisz, jak ogromna jest siła propagandy medialnej. Cytując klasyka: wiedz, że coś się dzieje.

Gertrude Anscombe, uczennica Ludwiga Wittgensteina (każdy, kto liznął odrobinę językoznawstwa lub filozofii języka wzdryga się na to nazwisko) napisała kiedyś świetne dziełko O transsubstancjacji. W charakterze przykładu opowiada tam historię pewnej kobiety, która wychowywała córkę i bardzo poważnie traktowała jej formację religijną. Tłumaczyła jej na poważnie istotę ofiary, sakramentu Eucharystii. Pewnego dnia po przyjęciu komunii św. usłyszała od córki pytanie: Czy Pan Jezus jest w Tobie? Na odpowiedź twierdzącą dziecko zareagowało klękając przed matką.

To jest dziecięce pojęcie sacrum, o którym homiletyczni stand-uperzy nie mają pojęcia.

Swoją drogą dzieło Amscombe w zeszłym roku przedrukowało na swoich łamach czasopismo Pressje. Zachęcam, aby się zapoznać.

Paradygmat rozrywkowości podczas mszy św. jest destrukcyjny. Każde działanie liturgiczne, które posiada inny priorytet niż godne oddanie Bogu czci to strzał w stopę. A raczej włócznia w Serce. Prowadzenie wyścigu na fajność to stawianie się z góry na straconej pozycji. Msza św., choćby nie wiem jak bardzo ją zeświecczyć i zniweczyć jej sens, zawsze będzie posiadała swoją strukturę, w wyniku czego coś się musi. Musi się klęknąć, musi się usiąść, musi się zaśpiewać, a przy okazji trwa to zbyt długo, by było dla dziecka fajne. Dlatego nie ma możliwości aby msza św. stając w szranki z komputerem lub piaskownicą nie zajęła gorszego miejsca. Jak pisał kard. Ratzinger:

Atrakcyjność taka nie trwa długo; na rynku ofert spędzania wolnego czasu, gdzie rozmaite formy religijności coraz częściej funkcjonują jako rodzaj podniety, konkurencja jest nie do pokonania. (…) Liturgia może przyciągać ludzi tylko wówczas, gdy nie spogląda na samą siebie, lecz na Boga, gdy pozwala Mu wejść w siebie i działać. Wówczas rzeczywiście wydarza się coś jedynego w swoim rodzaju, poza konkurencją, a ludzie czują, że jest to coś więcej niż tylko sposób spędzania wolnego czasu.

A zatem nie tędy droga. Świadomość – którą niestety zatraciła również część kapłanów – że za kilka chwil tuż obok, na ołtarzu urzeczywistniać się będzie Golgota, chroni od głupich pomysłów strzelania wodą święconą z pistoletu.

51. Jak Kościół krzywdzi dzieci

Tymczasem jedynym sposobem na zainteresowanie dziecka w Kościele jest przykład rodziców i ukierunkowanie jego uwagi na Boga. Nawet, jeśli z początku tego nie pojmuje. Stawiając dziecko w centrum pokazujemy mu, że to ono jest celem. Stąd to nieustanne popisywanie się i samoinfantylizowanie się dzieciaków na liturgii. Zresztą koncentrować uwagę na sobie można również poza świątynią, po cóż więc do niej chodzić, jeśli niczym się to nie różni od innych miejsc?

Kościół w ten sposób krzywdzi dzieci, ale również siebie. Dlaczego?

Pokazując wesołej gromadce, że jest uprzywilejowaną grupą w Kościele wychowujemy ją właśnie do tak roszczeniowej postawy. Od dziś zawsze będzie wyjątkowa. A przecież już teraz w parafiach są ogromne problemy z ludźmi, którzy z Kościołem nie mają nic wspólnego, ale gdy przychodzi czas, probostwo staje się centrum usług duchowych. Dokument musi być wydany, sakrament musi być udzielony. Musi.

A lepiej nie będzie, jeśli już teraz msza św. musi mnie zabawić, musi mi się podobać, musi zapewnić mi dobre samopoczucie. Musi.

Innym faktem jest, że po czasie dzieci co prawda wyrastają ze schematu radosnego podskakiwania (mam czasem wrażenie, że połowa biorących w tym udział już wyrosła), ale nie wydojrzewają. Wiek idzie do przodu i wstyd już pląsać z księdzem, ale świadomość religijna nie wzrosła ani odrobinę. Stawianie wymagań to nie stawianie przeszkód. Wręcz przeciwnie. A że podołają, świadczy widok ośmioletnich ministrantów operujących słowami typu: puryfikaterz czy lunula.

Od zawsze powtarzam, że nikt Kościoła nie potraktuje poważnie, jeśli sam siebie poważnie nie potraktuje. Przepisy liturgiczne nie bez powodu są takie, a nie inne i dając wokół przykład, że w sumie to można to kościółkowe gadanie olać, wcale nie sprzyja temu, by zdanie Kościoła szanowano poza Nim.

A druga strona, rzesza zwolenników? Do zaproponowania ma tylko emocjonalny ton i dobre intencje. Co prawda to już jest dużo, ale retorycznie zapytajmy: na tej płaszczyźnie czym różnią się od aborcjonistów i eutanazistów? Przesadziłem, więc oburza? I świetnie, bo dobrych ludzi – a nimi są – takie porównanie musi oburzyć. I może cokolwiek zmieni.


Źródło: http://odium.es/jak-kosciol-krzywdzi-dzieci/

środa, 5 listopada 2014

Hartman usunięty z komisji etyki

foto: Franciszek Vetulani;
creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/deed.en


Jan Hartman, po swoich wypowiedziach na temat kazirodztwa, został usunięty z działającej przy ministrze zdrowia komisji do spraw etyki w ochronie zdrowia. Wcześniej od jego wypowiedzi odciął się Uniwersytet Jagielloński, a Twój Ruch wyrzucił go ze swoich szeregów.


Hartman, kiedyś profesor, a do niedawna jeden z liderów Twojego Ruchu Janusza Palikota na blogu portalu tygodnika „Polityka” wieszczył upadek „kazirodczego tabu”.

Wypowiedź Hartmana, zachęcająca do dyskusji o związkach kazirodczych, wywołała szybką reakcję Uniwersytetu Jagiellońskiego, którego ten jest jednym z wykładowców jest ten etyk i polityk. Władze uczelni nazwały słowa Hartmana „bulwersującymi”.

Zareagowała również partia Palikota, usuwając Hartmana ze swoich szeregów. Według biura prasowego Twojego Ruchu, wpis „narusza wizerunek i dobre imię partii, co stanowi rażące naruszenie statutu Twojego Ruchu”.


Teraz zareagowało ministerstwo zdrowia. W odpowiedzi na pytanie zadane przez portal gosc.pl, rzecznik prasowy resortu Krzysztof Bąk poinformował, że „skład Komisji do spraw etyki w ochronie zdrowia, działającej przy ministrze zdrowia, został zmieniony. W nowym składzie nie ma profesora Jana Hartmana”.


wtorek, 4 listopada 2014

O co chodzi?! Polska zapłaci za amerykańskie pociski… sześć razy więcej niż Finlandia!

Flickr
Dlaczego Polacy mają płacić za amerykańskie pociski do myśliwców F-16 aż sześć razy więcej niż Finowie?! O szokujących porównaniach i zestawieniach pisze dziennik „Fakt”, opisując kontrakt, który zatwierdził Departament Stanu USA.

Polska zamierza kupić 40 sztuk nowoczesnych pocisków - jak wynika z szacunków, zapłacimy za nie aż pół miliarda dolarów. Co ciekawe - za 70 rakiet Finlandia zapłaci… 255 mln dolarów.

Dziennik dodaje, że cena jednego pocisku dla US Air Force nie przekracza miliona dolarów.

Rzecznik MON przekonuje jednak, że polskie wydatki to szacunkowa wartość kontraktów. Nie wiadomo, ile ostatecznie zapłacimy.

AGM-158A Joint Air-to-Surface Standoff Missile (JASSM), produkowany przez Lockheed Martin, to konwencjonalny pocisk dalekiego zasięgu, przenoszony przez samoloty, przeznaczony do zwalczania ważnych, dobrze chronionych celów. Pocisk o zasięgu 370 km może przenosić głowicę o masie 500 kg. lw, „Fakt”

poniedziałek, 3 listopada 2014

POLAKU, PRZECZYTAJ TO!!! TO JEST HISTORIA TWOJEGO NARODU!!!



Wyobraźmy sobie, że Rada Miasta Warszawy postanawia którąś z ulic na terenie dawnego getta 
przemianować na "Bohaterów SS". Jak przyjęliby taki pomysł Żydzi i opinia publiczna krajów zachodnich? 
Jakie padłyby słowa i jakie autorytety uznałyby za stosowne zabrać głos? 
Wiem, że to przykład absurdalny, ale tylko tak absurdalny przykład oddaje to, co zrobiła zdominowana przez ukraińskich nacjonalistów rada Lwowa, która właśnie niedawno, w 65. rocznicę "rzezi wołyńskich" postanowiła przemianować jedną z ulic tego zamieszkanego do "niedawna" głównie przez Polaków miasta na "Bohaterów UPA". Juszczenko kilka dni temu poszedł znacznie dalej, bo zbrodniarza, winnego wymordowania ponad 
200 000 Polaków w niemożliwie okrutnych rzeziach na Wołyniu i w Galicji Wschodniej, Stepana Banderę, 
podniósł do rangi bohatera Ukrainy, a zbrodnicze organizacje faszystowskie (ukraiński odpowiednik NSDAP
i SS) czyli OUN-UPA podniósł do rangi obrońców Ukrainy. 


Dostaliśmy jako Polacy w pysk, i nie to najbardziej boli - ale to, żeśmy z winy naszych władz, sobie na 
to w pełni zasłużyli. 

Postępowanie kolejnych rządów i innych oficjalnych instytucji niepodległej Polski w tej sprawie jest bowiem splotem wyjątkowej głupoty, tchórzostwa i nieudolności. Bez lęku żądamy dziś od Rosji prawdy o Katyniu 
(i słusznie), ale w kwestii Wołynia sami gorliwie współuczestniczymy w zakłamywaniu zbrodni. A przecież 
sama jej skala jest przeraźliwa: ofiarą ludobójstwa padło, wedle różnych szacunków, dwieście, dwieście pięćdziesiąt tysięcy Polaków (a łącznie w rezultacie zabójstw indywidualnych, a potem mordów zbiorowych
i rzezi kresowej ludności polskiej, terroryści OUN, a później OUN-UPA w okresie II wojny światowej - w latach 1939-1945 i jeszcze kilka lat po jej zakończeniu, zabili - przyjmując szacunkowo - około 500.000 Polaków) i - pamiętajmy o tym - kilkanaście tysięcy etnicznych Ukraińców, których winą było sprzyjanie polskim sąsiadom, albo choćby spowinowacenie z nimi. 

Ten ostatni fakt jest bardzo ważny, bo wbrew przekonaniu naszych tchórzliwych elit politycznych nie mówimy
tu o rozniecaniu polsko-ukraińskich antagonizmów, ale o potępieniu zbrodni wyznawców ukraińskiego hitlerka i stalinka w jednym - Doncewa, dokonanych w imię obłędnej, bliskiej faszyzmowi ideologii, której ofiarami padali 
nie tylko Polacy, choć oni przede wszystkim. 

Przeraźliwa jest nie tylko skala zbrodni, ale i sposoby jej dokonywania. Zapewne hitlerowskie i stalinowskie maszynerie śmierci działały z większym rozmachem, ale SS-manom ani NKWD-zistom nie chciało się 
rozrywać ludzi żywcem końmi, wydłubywać im oczu, wyrywać języków, rżnąć piłami ani dokonywać innych potworności, w jakich wyspecjalizowali się rezuni z OUN-UPA.

Większość ofiar banderowców z OUN-UPA zginęła w tak straszliwych okolicznościach i z zastosowaniem 
tak wymyślnych tortur, przede wszystkim fizycznych, a niekiedy i psychicznych, że cywilizowany człowiek
XX w. nie może tego pojąć i w to uwierzyć. Oprawcy OUN-UPA zabijali z chęci i potrzeby zabijania, aby
drwić i rozkoszować się bestialskim okrucieństwem swoim, aby upajać się widokiem tortur, męczarnią
zarówno dorosłych jak i dzieci oraz rozpaczą bezbronnych ofiar. Metod pozbawiania życia (niejako oficjalnych, spisanych w instrukcjach, których uczono na - o zgrozo - szkoleniach) było ponad sto. Nie chodziło tylko, 
żeby zabijać, ale żeby pozbawić życia polskich dzieci, kobiet i mężczyzn w najwymyślniejszych męczarniach. Znany rosyjski literat Aleksander Sołżenicyn wymienił ponad 50 metod tortur stosowanych w śledztwie przez NKWD np. zdejmowanie paznokci czy przypalanie ciała rozpalonym papierosem. Członkowie OUN-UPA - banderowcy prześcignęli znacznie NKWD stosując o wiele liczebniejsze i okrutniejsze rodzaje tortur wobec Polaków a niekiedy i wobec swoich rodaków nie akceptujących ich zbrodnicze praktyki. W UPA występowała 
w zasadzie solidarność zbrodnicza wśród jej członków. Każdy kandydat na członka UPA musiał najpierw 
dokonać zbrodni zabójstwa "Lacha" (Polaka) np. w mieszanym małżeństwie polsko-ukraińskim zabić matkę 
Polkę lub ojca Polaka, względnie kogoś wskazanego np. dziecko, aby móc być dopuszczonym do złożenia przysięgi i zostać członkiem UPA. Różnorodność stosowanych wobec Polaków tortur i okrucieństw, a także pozbawienie życia przez zastrzelenie, nie było dowolne według uznania sprawcy. Z reguły rodzaj tortur czy okrucieństwa był ustalany przez banderowski tzw. komitet rewolucyjny. Pomysłowość tortur była nagradzana. Sprawcy tortur i okrucieństw - tj. terroryści OUN-UPA - urządzali niekiedy makabryczne sceny, aby drwić i szydzić z ofiar. Na przykład: tułów z obciętymi rękami i nogami oraz obciętą głową ofiary, układali na `siedząco" pod ścianą zewnętrzną domu mieszkalnego, wystawiając je na publiczne `pośmiewisko". Czasami, rozwieszali jelita ofiary na ścianie wewnątrz izby z ukraińskim napisem - `Polska od morza do morza". Częstokroć, po dokonanej rzezi Polaków jeździli banderowcy powozem po wsi śpiewając i wiwatując przy akompaniamencie harmonii. Znany jest również przypadek zamordowania furtiana w kościele i obcięcia mu głowy oraz naigrywania się w ten sposób, że tułów banderowcy podparli z przodu i z tyłu ławką, a do rąk złożonych jak do modlitwy włożyli jego własną głowę. W innym przypadku, odrąbaną głowę ofiary dawali ukraińscy terroryści dzieciom do zabawy - kopania jej jak piłkę. Tortury psychiczne zadawane były na przykład rodzicom zmuszonym do 
oglądania szczególnie wymyślnych tortur zadawanych ich dzieciom lub dziecku..." A.Kubasik wymienia w 
swojej książce również takie tortury jak choćby: przybijanie niemowląt do ściany z podpisem "polśkij oreł", obdzieranie ludzi ze skóry i posypywanie solą, wbijanie dzieci na kołki w płocie, rozdzieranie dzieci na pół, duszenie drutem kolczastym, zakopywanie żywcem w ziemi lub tylko po szyję tak by można było głowy kosić kosą itd . 

W tym kontekście przerażające jest dzisiejsze ukraińskie zakłamanie i polskie przyzwolenie na kłamstwo. Wszystko, na co państwo polskie zdołało się zdobyć, to parę oświadczeń i przemówień wypełnionych bełkotem 
o bliżej niesprecyzowanej tragedii, sugerujących, że polska ludność Kresów padła ofiarą jakiejś klęski 
żywiołowej. Niepodległa Ukraina zaś wprost włączyła UPA do narodowego panteonu i z tym samym uporem, 
z jakim rząd Turcji zaprzecza zbrodni na Ormianach, propaguje kłamliwą tezę o symetrii wzajemnych krzywd. Mało tego, wyciąga rękę do pojednania - na gruncie stwierdzenia: "Polacy zabijali Ukraińców, Ukraińcy Polaków, czas już o tym zapomnieć". 
Ukraińska propaganda przypisuje Armii Krajowej odpowiedzialność za śmierć wspomnianych już ukraińskich ofiar terroru OUN-UPA, a potomkowie żołdaków SS-Galizien płodzą elaboraty usprawiedliwiające rzezie tym, iż Polacy rzekomo odmawiali wspólnej walki z Niemcami i masowo wstępowali do niemieckiej policji, aby wespół z hitlerowcami podpalać ukraińskie chaty. 

Nie wolno się godzić. Na Wołyniu nie było żadnej wojny domowej, żadnych symetrycznych krzywd. Było masowe ludobójstwo, zaplanowane, przygotowywane latami, dokonane na rozkaz. Nie wolno go porównywać z działaniami polskiej samoobrony. Podczas gdy do żołnierzy AK płynęły rozkazy surowo zakazujące wywierania zemsty na cywilach, kobietach i dzieciach, a za ich złamanie stawiano winnych pod sąd polowy, komenda główna OUN-UPA słała podległym oddziałom dyrektywy "rezaty lachiv" (wyciąć Lachów - Polaków), by "niszczyć Polaków z korzeniami", nie tylko mordować wszystkich, kobiety, dzieci i starców, ale burzyć domy i kościoły, wycinać sady, niszczyć całe wsie, tak, by po "Lachach" nie pozostał żaden ślad. 

Antypolskie akcje na Wołyniu, przeprowadzane z całą bezwzględnością, miały na celu zniszczenie ludności polskiej. Prowadzone były zgodnie z dyrektywami kierownictwa OUN-SD w sposób zorganizowany, i miały charakter ludobójstwa. W tajnej dyrektywie terytorialnego dowództwa UPA - "Piwnycz", podpisanej przez "Kłyma Sawura" (Roman Dmytro Klaczkiwśkyj) czytamy: "(...) powinniśmy przeprowadzić wielka akcję likwidacji polskiego elementu. Przy odejściu wojsk niemieckich należy wykorzystać ten dogodny moment dla zlikwidowania całej ludności męskiej w wieku od 16 do 60 lat(...) Tej walki nie możemy przegrać, i za każdą cenę trzeba osłabić polskie siły. Leśne wsie oraz wioski położone obok leśnych masywów powinny zniknąć z powierzchni ziemi". 

Oto meldunek dowódcy kurenia "Łysoho" o pogromie dokonanym w Ziemlicy pow. Włodzimierz Wołyński: "(...) Do wsi Mosur spędzono wszystkich mieszkańców okolicznych miejscowości z toporami i widłami, którym "druże" Zuch wyjaśnił, że pod przewodnictwem jego uzbrojonego oddziału pójdą do wsi Ziemłica, aby rozprawić się z Polakami, i wymagał od nich, żeby byli bezlitośni wobec wszystkich, kogo zastaną w tej miejscowości. W nocy okrążono wieś, a o świcie zebrali wszystkich mieszkańców w centrum wsi. Starców, dzieci i chorych, którzy nie mogli samodzielnie poruszać się, zabijali na miejscu i wrzucali do studni. Spędzonym do centrum kazali kopać dla siebie groby, a następnie przystąpili do ich zabijania przez uderzenie siekierą w głowę. Tego, kto próbował uciekać, zabijali z broni. Wszyscy mieszkańcy wsi Ziemlica zostali zlikwidowani, mienie zabrano dla UPA, budynki spalono..." 

Jak zareagowaliby Żydzi, gdyby niemieccy politycy mówili im: cóż, wyście mordowali nas, my was, czas już o tym zapomnieć! A my reagujemy na takie oferty ochoczo. Bo przecież Wiktor Juszczenko naszym przyjacielem jest. Szczerym demokratą, choć wynosi bandytów z OUN na cokoły, a w swym politycznym zapleczu ciągnie coraz bardziej wpływowych neobanderowców z UNA-UNSO. Pan prezydent Kwaśniewski osobiście uczestniczył w wiecach poparcia dla niego, specjalnie latał do Kijowa. Pan prezydent Kaczyński także postawił na niego cały swój polityczny kapitał, sądząc zapewne, że inwestując w Juszczenkę, zwiąże Ukrainę z Polską przeciw Rosji. Tak się Polacy zapamiętali w popieraniu "pomarańczowych", że nijak spostrzec nie mogą, iż popierają brunatnych. Uważam, a mój pogląd nie jest odosobniony, że prezydent Kaczyński powinien wreszcie zareagować. Kilka dni temu premier Tusk publicznie oświadczył, że urząd premiera jest ważniejszy, niż prezydenta - czy na Tuska w tej kwestii można liczyć? Raczej wątpię, bo jego, prowadzona od sondażu do sondażu polityka, nie wydaje się być realizacją jakiejś wizji Polski, ale zaspokajaniem oczekiwań ludu, ewentualnie spełnianiem oczekiwań Brukseli, albo Berlina. 

Nie nawołuję do nienawiści, nie nawołuję do zemsty. Apeluję o PAMIĘĆ i sprawiedliwą ocenę historii, która ofiarom tych makabrycznych rzezi się po prostu od nas - współczesnych Polaków i Polski jako państwa - należy. Przez kilkadziesiąt lat zamilczania tej zbrodni dziś spoczywa na nas obowiązek przypominania o losach Polaków na Kresach i dbania, by prawda nie została zafałszowana, ani wykorzystana do politycznych doraźnych rozgrywek. Musimy tę prawdę poznać. Musimy przez nią przejść i oczyścić się. Piękne słówko katharsis wydaje się tutaj odpowiednie. Bo bez oczyszczenia będzie nam trudno żyć. A przeciwko czemu lub komu piszę? Przeciwko kłamstwom, obłudzie i fałszowaniu historii. Przeciwko zbrodniarzom i cynikom, zrównującym ciężar gatunkowy zbrodni rezunów spod znaku OUN-UPA, jawnie współpracujących z SS, szkolonych przez SS i finansowanych przez SS, z "winą" tych, którzy walczyli w samoobronie. Historię czas poznać, winnych osądzić - jeśli nie żyją, to potępić - i ułożyć dobre stosunki z Ukrainą. Taka jest racja stanu Polski. Chowanie głowy w piasek to tchórzostwo i upokarzanie Polaków. 

Nie podaję linków do stron poświęconych "Rzezi Wołyńskiej", z których korzystałem pisząc ten post. Każdy zainteresowany je bez trudu znajdzie, np. za pomocą wyszukiwarki internetowej.
Opinia pod artykułem na onecie
18.02.2010r.
Onet
***
"Zapomnij o Kresach"
"Zapomnij o Kresach" - to film dokumentalny poświęcony ludobójstwu popełnionemu przez OUN-UPA na Polakach w latach 40. ubiegłego wieku. Przemawiają w nim sami świadkowie tamtych wydarzeń. Premiera 13 marca w Poznaniu. 

- Najbardziej wstrząsa mną okrucieństwo zbrodni i niepamięć o niej. To efekt poprawności politycznej, tak samo postępowano w czasach komunistycznych w sprawie Katynia - mówi Piotr Szelągowski, współtwórca filmu. Wskazuje na fotografię jednej z ofiar UPA. - Wydrukowałem własnym sumptem ponad 10 tys. ulotek opisujących straszną śmierć 5-letniej dziewczynki, córeczki Polaka i Ukrainki, której mordercy z UPA rozpruli brzuszek i połamali ręce, nogi. To dla mnie bardzo traumatyczna relacja. Nie rozumiem, jak człowiek człowiekowi może coś takiego robić - i to jest główny powód mojego zaangażowania w sprawę. Zabito ją tylko dlatego, że była Polką... Kolonia Katerynówka, gmina Rożyszcze, powiat Łuck - opowiada reżyser. 
Film zrealizowano na skutek jego prywatnej inicjatywy. Pomocy przy produkcji udzieliło m.in. Stowarzyszenie Warsztaty Idei Obywateli Rzeczypospolitej oraz Telewizja Sudecka. Dokument jest pełen bolesnych wspomnień i przerażających obrazów mordu dokonanego na ludności polskiej przez ukraińskich nacjonalistów. Jego prapremiera odbyła się 13 lutego w Centrum Kultury i Turystyki w Walimiu koło Wałbrzycha, gdzie wywarł ogromne wrażenie. Dzień wcześniej ukazał się natomiast w formie dodatku do magazynu "Wiedza i Życie - Inne Oblicza Historii" dostępnego na terenie całego kraju. Premiera filmu przewidziana jest na 13 marca podczas konferencji historycznej: Ukraina - Polska, organizowanej przez Stowarzyszenie Warsztaty Idei Obywateli Rzeczypospolitej w Pałacu Działyńskich w Poznaniu. - Ten film to następna cegiełka i element dochodzenia do prawdy na temat tych wydarzeń, czego nie chcą dostrzec nasi politycy - uważa Szelągowski. Potwierdza tę opinię dr Lucyna Kulińska, historyk i politolog, badacz stosunków polsko-ukraińskich w XX wieku. Bardzo dobrze ocenia dokument. - Mówią tam zwykli ludzie, którzy żyją wśród nas. Przechowują w pamięci straszne historie. Opowiadają o nich bez żadnej emfazy - zauważa dr Kulińska. Jej zdaniem, charakterystyczne w prezentowanych relacjach jest to, że w odczuciu wszystkich Kresowian ostatnie odznaczenie Stepana Bandery, dowódcy UPA, orderem Bohatera Ukrainy jest odczytywana jako przegrana nas wszystkich, "bo nie byliśmy w stanie powstrzymać fali terroru na Ukrainie". - To powód do ogromnego smutku, że przez tyle lat wszystkie te wspomnienia, apele do polityków nie odniosły żadnego skutku - podsumowuje dr Kulińska. 
Jacek Dytkowski
***
Chcemy pokazać historię Kresów w szkołach
Ten film nie wyczerpuje tematu
Z Piotrem Szelągowskim, współtwórcą filmu "Zapomnij o Kresach", rozmawia Jacek Dytkowski 

Skąd wziął się pomysł na realizację właśnie takiego filmu? 
- Tematyką ludobójstwa na Kresach zajmuję się od kilku lat. Znam dobrze panią Ewę Siemaszko, dr Lucynę Kulińską, ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego oraz wielu innych ludzi z Kresów, którzy przeżyli mordy popełniane przez ukraińskich nacjonalistów. Niestety, coraz więcej osób związanych z tymi wydarzeniami odchodzi. Dlatego już od trzech lat zastanawiałem się nad koncepcją stworzenia filmu, który prezentowałby świadków z różnych stron Polski. Kontakty, które posiadam ze środowiskami kresowymi ze Świebodzina, Złotowa, Szczecinka, Legnicy i wielu innych, zmobilizowały mnie do podjęcia tego tematu. Tym bardziej że zawsze, gdy kogoś odwiedzałem, spisywałem lub nagrywałem relacje kamerą, jeszcze wówczas w systemie VHS. Udało mi się nakręcić ten film m.in. dzięki mojemu przyjacielowi Rafałowi Sierchule, który pomógł mi zorganizować lepszy sprzęt i profesjonalistów do realizacji od strony technicznej. 

Świadkowie zbrodni chcieli się wypowiadać, to na pewno były dla nich traumatyczne wspomnienia? 
- Zasadniczo problemu z tym nie było. Gdy decydowali się wypowiadać, mówili zwykle tyle, na ile pozwalało im zdrowie. Trzeba bowiem pamiętać, że w większości są to osoby w podeszłym wieku, starsze, schorowane. Dzieliły się one relacjami naprawdę spontanicznie, żywiołowo. Mimo tego, że dla bardzo wielu z nich oznaczało to dużą traumę - wiemy przecież, jak te zbrodnie wyglądały - ludzie byli odważni w tym, co mówili. Sam film został dość szybko zrealizowany, w ciągu kilku dni. Sytuacja wyglądała tak, że byłem w pośrednim kontakcie telefonicznym z panią reżyser Joanną Morawską i kierowałem ją do określonych miejsc, gdzie przebywali świadkowie. Było to spowodowane moją chorobą i niemożliwością wyjazdu osobistego, a zależało nam na jak najszybszej realizacji. Przede wszystkim chodziło o rejon Świebodzina, czyli Kresowy Związek Świebodziński. Wielu świadków było nakręconych m.in. w domu Jerzego Hawrana w Lubrzy, którego rodzina przetrwała dzięki pomocy ukraińskiej. Pod Zbąszyniem natomiast nagraliśmy 19 relacji. Oczywiście nie wszystkie znalazły się w filmie, bo wtedy trwałby on aż 2 godziny, a nie zakładane 22 minuty. Reżyser przeniósł się także w okolice Legnicy i Wrocławia, ale niestety, nie udało nam się nagrać wszystkich świadków, których chcieliśmy. 

Będzie kolejna produkcja na temat ludobójstwa na Kresach? 
- Spotkaliśmy podczas produkcji kilku istotnych świadków z samoobrony. Myślę, że to dobry materiał do zekranizowania następnego filmu na ten temat. Jest to bowiem pewien sposób dokumentowania, zostawiania śladów pamięci ludzi. A szczególnie związana jest z tym realizacja takich dokumentalnych filmów, gdzie żywe słowo świadka stanowi dowód bezpośredni. Nie ma tutaj naukowych przesłanek, ale uczestnik zdarzeń, który mówi, jak było naprawdę. Zastanawiam się więc nad następną produkcją, która obejmie uczestników samoobrony powstałych na Kresach, których niewielu już zostało. 

W jaki sposób rozpowszechniacie Państwo film? 
- Prapremiera odbyła się już w Walimiu. Przyszło na nią bardzo dużo ludzi. Nic w tym dziwnego - są to tereny zachodnie, gdzie na pewno znajduje się dużo przesiedleńców z naszych Kresów Wschodnich. Premiera odbędzie się 13 marca w Poznaniu na konferencji, którą współorganizujemy. Obecni będą na niej pani Ewa Siemaszko, dr Lucyna Kulińska i ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski. W ramach rozpowszechniania tej produkcji na pewno zwrócimy się do szkół, gimnazjów i liceów. Po pokryciu kosztów dojazdu jestem w stanie bezpłatnie w dowolnym miejscu Polski ten film wyświetlić. Jeśli chodzi o dystrybucję pośrednią, film został dołączony do czasopisma "Wiedza i Życie - Inne Oblicza Historii" wraz z kilkoma artykułami dr Kulińskiej. Pojawi się również za jakieś trzy lub cztery miesiące w periodyku "Actum", który wychodzi w niewielkim nakładzie 200-300 egzemplarzy. Staramy się również rozmawiać na temat jego dystrybucji, ale za wcześnie jest jeszcze na podanie konkretów. 

Dziękuję za rozmowę.

18.02.2010r.
Nasz Dziennik