piątek, 10 października 2014

Nie tylko Śląsk

Jesienią ubiegłego roku połowa dzienników lokalnych w Polsce była własnością kapitału niemieckiego. Obecnie dzienniki pozostające własnością Polaków można policzyć na palcach jednej ręki.

Nie tylko gazety lokalne, ale również te ogólnokrajowe są w zdecydowanej większości wykupywane przez koncerny niemieckie. Skoro większość Polaków czerpie swą wiedzę z tychże źródeł, kogo jeszcze dziwi coraz częściej powtarzane zdanie „przyjdzie Niemiec i zrobi porządek”?

Na chwilę obecną w Polsce nie ma wiele środków masowego przekazu niepodporządkowanych jeszcze niemieckiej polityce odzyskiwania ziem wschodnich. W związku z tym mało która osoba kupująca Dziennik Zachodni, Express Bydgoski czy jakąkolwiek inną gazetę wie, iż te informacje są redagowane przez ośrodki od zawsze wrogie Polsce, po dziś dzień nastawione na Polski rozczłonkowanie, zniszczenie i zdegenerowanie.



Swego czasu można było twierdzić, iż kapitał niemiecki znajduje największe pole działania w zachodnich i południowych częściach Polski i to tam niemiecka V kolumna zdobywa największe poparcie polityczne. Jednakże z roku na rok, kiedy to Polska jest likwidowana przez rządzących nią z nadania Zachodu namiestników, sąsiedzi zza Odry przejmują coraz to większą liczbę ziemi i zakładów na terenie całego kraju. W województwie Dolnośląskim niemieckie organizacje pozarządowe (finansowane przez rząd niemiecki) nie są wcale silniejsze niźli w województwie Warmińsko-Mazurskim, masowo wykupywanym dzięki masowemu exodusowi Polaków na Zachód. Ta V kolumna opanowawszy lokalne media, posiadająca znaczny kapitał i faworyzowana w teoretycznie polskich sądach, obecnie jest już nader aktywna na terenie całego kraju i z równą siłą uderza w każdą jego część, a skuteczność tego wzrasta wraz z każdą kolejną decyzją wszystkich osób realnie rządzących III Rzeczpospolitą już od dwudziestu pięciu lat.

Bez względu na to, czy każe się Polakom wybierać między UW, ARS i KLD, bądź też między PO, PiS i SLD, wszystkie decyzje namiestnicze, począwszy od rządów Tadeusza Mazowieckiego, przez rządy Józefa Oleksego, Jana Krzysztofa Bieleckiego, Hanny Suchockiej, Włodzimierza Cimoszewicza, Jerzego Buzka, Leszka Millera, Marka Belki i po samego Jarosława Kaczyńskiego i Donalda Tuska, podejmowane były i są w celu czynienia z Polski kraju biednego, skorumpowanego, podległego i zdemoralizowanego.

Wedle wielu międzynarodowych konwencji, doprowadzanie do sytuacji w której duża grupa ludzi jest zmuszona do opuszczania własnej Ojczyzny z powodów ekonomicznych, uniemożliwianie tym pozostającym godnego życia na choćby minimalnym poziomie, jak i utrudnianie społeczeństwu posiadania i wychowywania dzieci, jest klasyfikowane jako zbrodnia ludobójstwa. Czym jest zatem wypędzenie (nie można użyć innego słowa wobec celowego doprowadzenia do wyludnienia kraju) milionów Polaków na Zachód? Czym są ogromne obciążenia podatkowe i sztuczne zawyżanie cen, przy jednocześnie jednych z najniższych dochodów w Europie? Czym jest sabotowanie milionów przedsiębiorców przez administrację publiczną, niejasne przepisy prawne i niewydolny system emerytalny? Czym jest marnotrawienie dziesiątek miliardów złotych ciężko zarobionych przez podatników na dwa razy droższe niż być powinny ustawiane przetargi? Czym jest prawo, sądy i policja, które dręczą niewinnych obywateli swego własnego kraju i pozbawiają ich możliwości do czegokolwiek, a nie reagują na działania grup wywrotowców i jawnych sabotażystów? Czym jest służba zdrowia, która nie leczy? Czym są te szkoły, które zaprzestały tak wychowywania, jak i nauki? Czym jest zniszczona infrastruktura? Brak jakiejkolwiek polityki prorodzinnej? Rolnictwo, rybołówstwo i przemysł, zniszczone, rozsprzedane, uczynione nieopłacalnymi? Czy standardem zachodnich demokracji jest brak jakiegokolwiek szacunku przedstawicieli władzy do prawa, co objawia się chociażby przeogromną korupcją i dalszym piastowaniem stanowisk w rządzie po udowodnionych malwersacjach i knuciu przeciwko konstytucji? Czy ta demokracja i zachód to władza, która jedyne co potrafi dobrze to pić i kląć na umór? W czym jest zatem wtedy lepszy rząd od paru stałych klientów budki z piwem?

Mimo wszystko miliony Polaków wiedzą to, lecz wracają do czytania niemieckich gazet, które zapewniają ich, że sytuacja ma się tak wspaniale, a jeszcze lepiej będzie w ramach dalszego rozszerzania i pogłębiania wpływów Unii Berlińskiej. Czy zatem Ci Niemcy, którzy za parę procent wartości wykupywali polskie zakłady pracy, wkrótce powrócą i odbudują pozostawione przez siebie ruiny?

Tragedią polskiej sceny politycznej w obrębie środowisk uznawanych za narodowe i patriotyczne jest to, iż wszyscy pojmują Polskę jako całość i wobec Polski snują swe plany, lecz nikt nie zdaje sobie sprawy z tego, iż poszczególne jej rejony wymagają często kompletnie odmiennych od siebie priorytetów. Za najlepszy przykład mogę podać Śląsk, ze względu na działalność opłacanej agentury niemieckiej w RAŚ, uchodzący za centrum jej działalności, co wcale nie jest prawdą gdyż jest ona najsilniejsza w samej Warszawie. Śląsk był i zawsze pozostanie Polski, tak jak i Kosowo należy do Serbii i nie zmieni tego żadna decyzja międzynarodowych lichwiarzy, którzy najwyraźniej nie widzą problemu z odłączaniem terytoriów zależnych od obcych państw do swych własnych celów, ale którym tak bardzo nie podobają się procesy wyzwalania się Republiki Donieckiej, czy nawet Szkocji, Katalonii bądź Wenecji. Wszakże co wolno wojewodzie…

Śląsk wymaga szczególnego traktowania. W ramach programu nacjonalizacji, odbudowy i modernizacji dawnego polskiego przemysłu, ten rejon winien stać się przyczółkiem dla całościowych reform gospodarczych na terenie całego kraju. To z niego winien się wydobyć sygnał, iż pora uczynić Polskę krajem silnym i samowystarczalnym. Energetyka, kopalnie, huty byłyby dopiero początkiem dla stworzenia ze Śląska po raz kolejny centrum przemysłu ciężkiego. Pora zapomnieć o Solidarności, która wespół z każdym kolejnym rządem, pewne dziedziny przemysłu uczyniła nieopłacalnym. Do kopalń nie należy dopłacać, one nie tylko mogą, ale wręcz muszą przynosić zyski – w szczególności dla samego regionu. Nie dokona jednak tego żaden niemiecki namiestnik na Śląsku ni w Warszawie, zainteresowany jedynie marnotrawstwem miliardów złotych z budżetu Państwa, utrzymujący skomplikowaną sieć powiązań, central i skorumpowanych dyrekcji. Śląsk ze swego przemysłu winien być zdolny do odbudowy swej infrastruktury drogowej jak i kolejowej, oczywiście pod okiem Państwa – Polskiego, nie IV Rzeszy i Unii Berlińskiej. Władze centralne zaprzestałyby też niszczenia śląskiej kultury i tożsamości historycznej, a wspierałyby dążenia Ślązaków do utrzymywania ich tradycji i gwary.

Tego typu program polscy narodowcy i konserwatyści muszą zaproponować wszystkim regionom Polski. Jedne w pierwszej kolejności wymagają reform rolnych, innym z kolei potrzeba odbudowy stoczni, portów i zwiększenie znaczenie infrastruktury rzecznej oraz wykorzystywania naszego dostępu do morza, które okupiliśmy krwią wielu. Wszystko należy zaczynać od zmian wielkich, a dopiero kończyć na szczegółach. By uratować PKP potrzeba wpierw znacjonalizowania wszystkich spółek, później należy myśleć nad konkretnymi zmianami np. nad przywróceniem stanowisk naczelników i zawiadowców stacji. To jest program jednych Polaków dla innych. Tego nie uczyni za nas nikt. Ani Ślązakom, ani Pomorzanom, ani nikomu innemu nie pomoże w niczym okupacja niemiecka, banderowska, unijna ni żadna inna. Polskę odbudować mogą tylko Polacy. Może zatem jest to już pora, by wyjść do Rodaków, a nie tylko siedzieć na kanapie i pomrukiwać o konieczności zmian?

Dla Kroniki Narodowej
Robert Grunholz
http://rgrunholz.wordpress.com


Źródło: http://marucha.wordpress.com/2014/09/11/nie-tylko-slask/

czwartek, 9 października 2014

Sługa Maryi w oddziale Wyklętych

Rozmowa z Joanną Wieliczką-Szarkową

2014-09-12 pch24

Wszelka działalność patriotyczna ks. Władysława Gurgacza, jego antykomunizm wynikały z wiary w Boga. Piętnując komunistyczny reżim przypominał, że jest on nie do pogodzenia z Bożym porządkiem – mówi PCh24.pl Joanna Wieliczka-Szarkowa, historyk, autorka książki pt. „Żołnierze Wyklęci”.




W NIEDZIELĘ, 14 WRZEŚNIA ODBĘDZIE SIĘ UROCZYSTE ODSŁONIĘCIE POMNIKA KS. GURGACZA W KRAKOWSKIM PARKU JORDANA. ZOBACZ WIĘCEJ!



Ksiądz Władysław Gurgacz wychował się w katolickim domu. Jaki wpływ miała jego duchowość na działalność patriotyczną i antykomunistyczną?

- Ksiądz Gurgacz napisał kiedyś do swojej matki, że dla niego „pieśń lasu była pierwszą i najtrwalszą w skutkach nauką religii”. Jego pobożność była naturalna, a duchowość bardzo głęboka. Wyróżniała go żarliwość w modlitwie i całkowite oddanie się w opiekę Maryi (stąd zresztą potem jego pseudonim „Sem” od SM – Servus Mariae, Sługa Maryi). Jego pomysłem była też pierwotna nazwa oddziału, w którym działał – Pierwszego Podhalańskiego Oddziału Partyzantów pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny Królowej Różańca Świętego, zmieniona później na „Żandarmerię”.

Ksiądz Gurgacz nie tylko głosił porywające kazania czy rekolekcje, nie tylko był obleganym spowiednikiem, ale także utalentowanym pisarzem i malarzem, a może nade wszystko mistykiem. Dla niego „świat Bożych prawd i świat działania łaski – w ogóle przeżyć wewnętrznych – był bardziej rzeczywisty niż ten zewnętrzny”. Wszelka jego działalność patriotyczna, czyli automatycznie również antykomunistyczna, wynikała z wiary w Boga. Nie wahał się publicznie, ostro piętnować narzuconego Polsce reżimu, bo rozumiał jego istotę, to iż komunizm jest złem, niesie człowiekowi zniewolenie i nie da się go pogodzić z Bożym porządkiem.

 Był bardzo zdolny, interesował się między innymi filozofią.

- Władysław Gurgacz wcześnie odkrył swoje powołanie i od 17. roku życia był związany z Towarzystwem Jezusowym. To jezuici przygotowywali go najpierw do matury, a potem w ich kolegiach uzupełniał wykształcenie humanistyczne, aby studiować filozofię, która go bardzo zajmowała, i w końcu teologię. Gruntowne studia pod kierunkiem ojców-profesorów dały mu intelektualną i duchową siłę do przeciwstawienia się zbrodniczej ideologii. Dzielił się nią ze swymi żołnierzami, prowadząc dla partyzantów wykłady z filozofii.

 Dlaczego ks. Gurgacz zdecydował się zostać kapelanem Wyklętych w oddziale Polskiej Podziemnej Armii Niepodległościowej pod dowództwem Stanisława Pióro „Emira” na Podhalu?

- Na początku 1948 roku „Emir” przyszedł do ks. Gurgacza z prośbą o spowiedź. Mówiąc księdzu o działalności PPAN, pytał o ocenę moralną różnych czynów, między innymi o kwestię odebrania sobie życia w razie niebezpieczeństwa, kiedy wolno i czy wolno zabić bliźniego, i o sens działalności podziemnej. Poprosił też jezuitę o duchową opiekę nad partyzanckim oddziałem leśnym, który chciał utworzyć z zagrożonych aresztowaniem członków swojej organizacji. Ks. Gurgacz przyłączył się do „chłopców z lasu” – jak napisał pierwszy jego biograf ks. Stanisław Szymański – po gruntownej rozwadze z miłości dla Boga i z miłości tych ludzi, dla których nie było miejsca w Ojczyźnie. Chciał być z nimi, gdy cierpieli i chciał ratować ich dusze.

 Jaką rolę pełnił ks. Gurgacz w oddziale? Powiedział podobno kiedyś, że nie może opuścić żołnierzy, bo wówczas mogliby zejść na złą drogę.

- Jeden z żołnierzy oddziału Polskiej Podziemnej Armii Niepodległościowej, Tadeusz Ryba „Jeleń”, który ostatni raz widział się z nim na tydzień przed aresztowaniem, powiedział, że ks. Gurgacz był z nimi w najtrudniejszych chwilach i nigdy ich nie opuścił. Dodawał im wiary, otuchy. Nawoływał do nieprzelewania bez potrzeby polskiej krwi. Nigdy nie przygotowywał, ani nie uczestniczył w żadnej akcji zbrojnej, ale zawsze wspierał ich moralnie tłumacząc sens oporu wobec komunistów. Kapelan prowadził dla partyzantów wykłady z historii i filozofii, a w każdą niedzielę i święta przy okazji Mszy św. głosił kazania na tematy wyłącznie ewangeliczne.

 W jakich okolicznościach ks. Gurgacz dostał się w ręce UB?

 - Aresztowania członków PPAN zaczęły się latem 1948 roku, dzięki działalności konfidenta ps. „Wicher”, czyli Janiny Mendel, nazywanej przez partyzantów „kapitan Miłą”. Ci, którzy ocaleli schronili się na Hali Łabowskiej. Po roku, wobec zagrożenia likwidacją, partyzanci, podzieleni na grupy, zdecydowali o przedostaniu się na Zachód. Ks. Gurgacz przydzielony do oddziałku Stefana Balickiego „Byliny” wyjechał do Krakowa, gdzie zaplanowano akcję rekwizycyjną w państwowym banku w Krakowie. Zakończyła się ona jednak ujęciem partyzantów na gorącym uczynku. Zatrzymany został także ks. Gurgacz, choć w samej akcji nie brał udziału, ale kiedy dowiedział się, że innych aresztowano, nie skorzystał z możliwości ucieczki. Miało to miejsce wieczorem 2 lipca 1949 roku w mieszkaniu przy ul. Krótkiej 3 w Krakowie.

 Czy śledztwo, jakiemu został poddany, było bardzo brutalne?

 - Kapelana poddano krótkiemu, ale brutalnemu śledztwu. Już na pierwszym przesłuchaniu został pobity. Stosowano też wobec niego tzw. konwejer, czyli przesłuchanie trwające bez przerwy przez kilkanaście lub więcej godzin. Żadna z tych metod nie złamała kapłana, który odważnie bronił sensu działalności partyzantów.

 Ksiądz Gurgacz zachował niezłomną postawę także podczas samego procesu, gdy twardo zarzucał komunistom zbrodnie.

- Komuniści urządzili członkom PPAN pokazowy proces, w sierpniu 1949 roku przed Sądem Okręgowym w Krakowie. Relacjonowany obszernie przez prasę i radio był seansem nienawiści wobec niepodległościowego podziemia i Kościoła uosabianego przez „zdemoralizowanego i wykolejonego księdza-bandytę”.

Postawa ks. Gurgacza w czasie rozprawy była wyrazem jego niezłomności i najgłębszej wiary. Zdecydowanie bronił współoskarżonych i samej idei organizacji. Wiemy o tym z relacji świadków, bo protokół został sfałszowany. Nie zapisano w nim nawet ostatnich słów ks. Gurgacza: „Ci młodzi ludzie, których tutaj sądzicie, to nie bandyci, jak ich oszczerczo nazywacie, ale obrońcy Ojczyzny! Nie żałuję tego, co czyniłem. Moje czyny były zgodne z tym, o czym myślą miliony Polaków, tych Polaków, o których obecnym losie zadecydowały bagnety NKWD”.

Gdy usłyszał, że razem ze Stefanem Balickim „Byliną” i Stanisławem Szajną „Orłem” został skazany na karę śmierci, stwierdził: „Na śmierć pójdę chętnie. Cóż to jest zresztą śmierć?.... Wierzę, że każda kropla krwi niewinnie przelanej zrodzi tysiące przeciwników i obróci się wam na zgubę”.

 W jaki sposób go zamordowano?

- Ksiądz Gurgacz oraz jego towarzysze „Bylina” i „Orzeł” zostali zamordowani 14 września 1949 roku na dziedzińcu więzienia przy ul. Montelupich w Krakowie, w rogu między murem a więzienną piekarnią. Według naocznego świadka, wszyscy zginęli od „strzału katyńskiego”, w tył głowy, przy czym ksiądz Gurgacz został dobity drugim strzałem, gdyż pierwszy nie był śmiertelny. Wyrok wykonał Władysław Szymaniak wymieniony w protokole jako „dowódca plutonu egzekucyjnego”.

 Ksiądz męczennik został pochowany na Cmentarzu Rakowickim, razem ze swoimi „chłopcami z lasu”, w grobie, który miał być zapomniany, ale tak się nie stało dzięki przyjaciołom i współwięźniom kapelana. Dziś stoi na nim brzozowy krzyż i napis: „Attritus pro Deo et Patria” – „Starty dla Boga i Ojczyzny”.

 Rozmawiał: Krzysztof Gędłek

Źródło: http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=13726&Itemid=46

środa, 8 października 2014

O Śląsku i Ślązakach opowie prof. Franciszek Marek, Ślązak, pierwszy rektor UO

Z Panem prof. rozmawiamy o historii Śląska, Ruchu Autonomii Śląska, powstaniach śląskich, patriotyzmie ślązaków i języku śląskim.

- Jak wytłumaczyć czytelnikowi w Polsce, który nie ma wiedzy na temat Ślązaków i Śląska, kim są Ślązacy?

Jakakolwiek ocena Ślązaków wymaga dokładnego poznania historii. Ślązacy są fenomenem w dziejach narodu polskiego. W świetle mojej i innych historyków wiedzy, Górny Śląsk był mniej wynarodowiony po VI wiekach oderwania od Polski, niż Polacy w innych regionach po kilkudziesięciu latach rozbiorów. Jest fenomenem na skalę europejską, aby naród który nie z własnej woli został poza Polską, co ostatecznie potwierdził traktat namysłowski z 1348 roku, utożsamiał się z nią pomimo obojętności potężnego państwa polskiego. Pomimo tego polskość tu trwała. Podziwiane jest to nawet przez niektórych badaczy niemieckich. Hans Heckel, autor „Historii literatury niemieckiej,” nie może się nadziwić, że zasiedziali na śląsku Niemcy nie widzą dwoistości kulturowej, tylko sądzili, że mieszkali w Polsce, a Śląsk uważali za część Polski.

My, historycy kultury, do połowy XVII wieku wyodrębniamy okres, gdy żyli Piastowie śląscy naturalnie kojarzeni z Polską. Dla prostego ludu nie było ważne czy dany Książe śląski złożył hołd w Krakowie czy Wiedniu. W XVII w okresie wojny 30-letniej mamy dwa księstwa: opolskie i raciborskie pod władzą polskich Wazów.

Dla śląskiego ludu Piastowie byli przyrodzonymi, a więc naturalnymi władcami i utożsamiano ich z Polską. Po wymarciu dynastii legenda piastowska była niejednokrotnie mocniejsza niż za ich życia.

- Dlaczego Piastowie mają dla Ślązaków takie znaczenie?

Legenda Piastów jest na Śląsku bardzo silna, świadczy o tym choćby XVII-wieczny twórca niemiecki Andreas Gryphius z Głogowa, autor dzieła muzycznego „Piastus”, uważanego za pierwszą operę niemiecką, opisującego legendarne początki państwa polskiego. Sam uważam, że jest to dzieło patriotycznie Polskie mimo, że powstałe w języku niemieckim. W Niemczech istnieje nagroda literacka Grefiusa.

Proszę pamiętać, że Piastowie wywodzą się z okresu wczesno, czy nawet prehistorycznego. Treść dramatu Grefiusa jest oparta  na legendzie dwóch wędrowców, którzy przyszli do chaty Piasta Kołodzieja, gdy nie wpuszczono ich do grodu kniazia Popiela. Kim jest Piast? Kmieciem, który przyjmuje gości ze staropolską gościnnością. Zaprasza ich również do postrzyżyn syna Ziemowita. Wędrowcy ci wypowiadają słowa: „Głowy twoich potomków ozdobi blask korony królewskiej”. Na scenie słychać wówczas grzmot, widać błyskawicę i zjeżdża biały orzeł w koronie.

Byłem na tym przedstawieniu w języku niemieckim. Wszyscy Niemcy wstali i na stojąco bili brawa wzruszeni tą sceną. Legenda o wolnych Piastach na Śląsku trwała. Właśnie ta żywa legenda nieustannie krzepi świadomość narodową na Śląsku.

Wg prof. Henryka Barycza Polska weszła do kultury europejskiej poprzez Śląsk. Profesor uważa, że każdy region dał coś państwu polskiemu: Wielkopolska administrację, Małopolska język, a Śląsk dał formy wyższego duchowego życia. Nikt dzisiaj nie pamięta, że w Europie Środkowej pierwszy uniwersytet próbowano założyć już w 1308 roku w Legnicy. Nawet wykłady już się rozpoczęty tylko Papież nie zatwierdził fundacji.

Wielkim uczonym polskim urodzonym w okolicach Legnicy jest Erazm Ciołek, znany jako Witelon. Ze swoim dziełem „Perspectivorum libri decem” ukończonym w 1273 wszedł do elity nauki europejskiej, a kilka wieków później rozczytuje się w nim sam Leonardo Da Vinci. Wybitny uczony niemiecki Johanes Kepler, kontynuator nauki Kopernika, jedno ze swoich dzieł tytułuje: „Dodatki do Wittelona”.

- Śląsk dał Polsce wiele znamienitych rodów. Czy to prawda, że rodzina Mikołaja Kopernika pochodziła spod Nysy?

To jest dyskusyjną sprawą. Zauważmy jednak jak ludzie postępowali. Wiadomo, że Kopernik i Odrowężowie byli w konflikcie z Krzyżakami. Piastowie nie mogli działać sami. Musieli mieć wyznawców tej samej idei, takich wspólników. Tych rodów śląskich było kilka: Łabędziowie, Gryfici, Zarębowie i wspomniani już Odrowążowie. Kardynał Sapieha był ostatnim z rodu Sapiehów. Obecnie żyją tylko przedstawiciele Odrowążów, których gniazdo rodowe pochodzi z Gogolina. Ślązaków mamy wśród najlepszych teologów i prawników Uniwersytetu Krakowskiego.

- Co się stało kiedy, że Ślązacy utożsamiający się z Polską zaczęli zanikać?

Pierwszy spis dokumentujący strukturę ludnościową mamy z XVIII w., gdy ówczesny minister prowincji śląskiej opracował raport w którym wziął pod uwagę podział Śląska na Śląsk Dolny (Legnica po Zieloną Górę), Średni (Wrocławski) i Śląsk Górny (Opole aż po Mysłowice). W raporcie tym pisze, że na Dolnym Śląsku mamy przewagę języka niemieckiego, środkowy łącznie z Wrocławiem jest w połowie polski w połowie niemiecki, a o Górnym Śląsku pisał, że powszechnie urlopowani żołnierze są jedynymi mieszkańcami górnośląskich wiosek którzy w miarę znają Niemiecki.

- Dlaczego wobec tego na Dolnym Śląsku potencjał polski w większości znikał, a na Górnym Śląsku się zachował?

Ponieważ dwa księstwa: opolskie i raciborskie, były we władzy polskich władców, a Polska nie brała udziału w wojnie 30-stoletniej, która przyniosła procentowo większe straty ludnościowe w znanych historycznych dziejach Śląska niż obie wojny światowe. Dolny Śląsk został wyludniony w wyniku czego nastąpiła wielka kolonizacja niemiecka. należy przypomnieć, że w powiecie wrocławskim przed pierwszą wojną światową mamy jeszcze sporo Polaków. Nie występowali wówczas gwałtownie o swoje prawa ponieważ byli już zdominowani przez większość niemiecką.

- Jakie są główne grzechy Polski wobec Ślązaków?

Wie Pan co mnie dzisiaj najbardziej przeraża? Osoby które nie przeżyły czasów niemieckich i młodsze, urodzone w PRL, nie są w stanie wyobrazić sobie specyfiki tych czasów.Nigdy nie jest tak, aby zasługa i wina były po jednej stronie. Nie wszystko jest święte po stronie Ślązaków, ale pamiętajmy, że systemom totalitarnym udało się to, co nie udało się innym: wbito klin między dzieci a rodziców. Rodzicie w czasach hitlerowskich bali się swoich „gówniarzy” z 4 czy 5 klasy szkoły podstawowej niczym Pawki Morozowa. Atmosfera strachu przy obojętności Polski na przestrzeni wieków wytworzyła klimat, że Ślązacy wolą być ostrożni.

-Ślązacy woleli trzymać się od polityki z daleka, ale to może być postrzegane jako minus.

-Tego Ci, którzy śląskiego ludu nie znają nie zrozumieją. Śmialiśmy się z tych, którzy należeli do Hitler Jugend, a nie potrafili dobrze mówić po niemiecku.

- Skąd się wziął pomysł autonomii Śląska

Autonomia Śląska przed wojną miała uzasadnienie i sens. Po wielu wiekach poza Polską trudno było ten teren prosto włączyć w jej organizm. Pomysł autonomii zrodził się wówczas gdy o Śląsk walczono. Idea autonomii powstała po obu stronach, także po stronie niemieckiej. Gdy podpisywano konwencję genewską, to obydwa państwa: Polska i Niemcy zobowiązały się do uszanowania podzielonego regionu górnośląskiego, tego który będzie w Polsce i tego, który pozostaje w Niemczech. Polska oczywiście wywiązała się z umów, a Niemcy nie.

Jest jednak pewien przemilczany szczegół. Otóż autonomia górnośląska była niejednokrotnie świadomie bardziej patriotyczna niż oczekiwałyby tego władze polskie. Podam przykład. Policja śląska zaaresztowała dwóch senatorów z mniejszości niemieckiej za szmuglowanie ogromnych ilości broni. Tymczasem pod naciskiem ministra Józefa Becka wojewoda śląski musiał ich wypuścić na wolność. Mało tego, gdy strona Polska uzgadniała charakter autonomii z lokalnymi władzami katowickimi była zdania, że Ślązacy powinni być zwolnieni od służby wojskowej, na co władze autonomii się nie zgodziły.

- Oznacza to, że przedwojenne władze Polski nie ufały Ślązakom

Problem jest szerszy. W 1921 roku powstał Związek Obrony Kresów Zachodnich, który został zlikwidowany na życzenie strony niemieckiej po podpisaniu traktatu o nieagresji z hitlerowską Rzeszą w 1934 roku. Dotychczasowi członkowie natychmiast powołali nowe towarzystwo: Polski Związek Zachodni, który w czasach okupacji trwał w podziemiu, a zlikwidowany został dopiero w 1949 roku, bo nazwa ta drażniła naszego zachodniego sąsiada NRD. Związek ten w szczytowym momencie miał ponad 50 tysięcy członków.

Po śmierci Stalina i słynnym plenum październikowym z 1956 roku, powstało Towarzystwo Rozwoju Ziem Zachodnich (TRZZ). Należeli do niego przedwojenni działacze Związku Polaków w Niemczech, Rodłaków itd. jak Wincenty Karuda czy Franek Adamiec. Widziałem ich radość i entuzjazm. Wreszcie posiadali coś własnego. Towarzystwo to przetrwało do grudnia 1970 roku, kiedy do Warszawy przyjechał ówczesny Kanclerz Niemiec Willy Brandt podpisać traktat o nienaruszalności granicy.

Ale traktat musiał być ratyfikowany przez Bundestag w RFN. Żeby Brandtowi ułatwić uzyskanie poparcia w RFN, rząd Warszawski rozwiązał TRZZ. Widzimy, że każda organizacja była rozwiązywana bez względu na to jaka politykę prowadziła. Niestety, jak za często się likwiduje pewne inicjatywy, to później nie ma do nich entuzjazmu.

Dzisiaj tworzenie autonomii jest nie tylko czymś anachronicznym, ale powiedzmy wprost, jest to działanie antypolskie!

- Józef Gorzelik z RAŚ ma znakomitych przodków: powstańców, członków AK…

Gorzelik nie zna żadnej gwary, a walczy o język górnośląski…

- Czy język górnośląski istnieje? Przecież języki się rozwijają, kiedyś ze wspólnego słowiańskiego pnia powstał język polski.

To prawda, Język Cyryla i Metodego był rozumiany przez wszystkich Słowian. Jeśli Ślązak słyszy gwarę małopolską to ją rozumie. Ale droga do powstania języka literackiego prowadzi przez tzw. narzecze (to mowa charakterystyczna, mająca wspólne cechy na wielkim obszarze). Wytworzyło się narzecze małopolskie, narzecze wielkopolskie, jednak nie wytworzyło się narzecze śląskie. Niektórzy uważają, że mamy 13, inni że 16 gwar śląskich, i tak np. w Rybnickim i Katowickim ludzie „godają”, na Opolszczyźnie ludzie „rządzą”, w raciborskim „prawią”. Uważam, że tworzenie języka śląskiego jest zamachem na gwary, które się ostały. Powiedzmy sobie szczerze, to nie język literacki przeciwstawił się germanizacji, tylko te gwary lokalne i byłoby wielką niegodziwością je likwidować. Nie wolno niszczyć tego, co jest świętością.

- Jak do tych dążeń powinna się ustosunkować Polska?

Posłużę się nieznanym szerzej przykładem. Najbardziej wiarygodnym z Niemców jest lekarz Juliusz Roger, który jako ochotnik przyjechał do śląskiego Raciborza walczyć z epidemią tyfusu. Gdy nauczył się po polsku, został namówiony przez Augusta Heinricha Hoffmanna von Fallerslebena, autora obecnego hymnu Niemiec i serdecznego przyjaciela Polaków, do zbierania polskich pieśni ludowych. Roger tłumaczył pieśni na prozę niemiecką, a tak przetłumaczone Hofman przekladał na poezję niemiecką, przez co utracił katedrę germanistyki. Roger zebrał w jeden zbiór 476 pieśni, a we wstępie napisał, że gwary te nie różnią się od języka małopolskiego. Nie tylko Roger, ale również polscy językoznawcy jak Malinowski czy Kazimierz Nitsch widzą zbieżność gwar śląskich z językiem staropolskim.

Dlatego jestem przeciwnikiemtworzenia jednolitego języka śląskiego. W mojej ocenie są to skarby odziedziczone po przodkach. Warto przeczytać listy śląskich żołnierzy z okopów pierwszej, a także drugiej wojny światowej, które były pisane literacką polszczyzną nawiązującą do języka z czasów Kochanowskiego. Ślązacy nauczyli się jej z modlitewników. Moja mama, która mówiła gwarą, a czytała po niemiecku, gdy byłem małym chłopcem uczyła mnie historii Polski. Musiałem na pamięć przyswoić poczet królów polskich z czego byłem odpytywany jak z tabliczki mnożenia.

Wspomnę też o Franciszku Wilczku z Dobrzenia Małego czy Jakubie Kani z Siołkowic - ludzie ci chodzili do szkoły bismarkowskiej w której nie było jakichkolwiek lekcji z języka polskiego, a pisali po polsku. Dla nich wzorem była Polszczyna z modlitewników.

-Mój kolega z Siołkowic, potomek Antoniego Kośnego twierdzi, że Ślązacy, w tym jego wujkowie i dziadkowie, żałowali powstań śląskich, uważając, że były to bratobójcze wojny.

Młode pokolenie jest zagubione i wykolejone, albo przez ojców którzy zostali zdemoralizowani w czasach obu totalitaryzmów, albo gdy ci wiedzieli czym odnoszenie się do polskości groziło, nie przekazali wartości patriotycznych. Mówienie o walkach bratobójczych to bolesne kłamstwo.

Proszę wziąć pod uwagę, że nie mówimy o winach bratobójczych gdy chodzi o powstanie listopadowe czy styczniowe, a przecież Polacy brali udział w dławieniu tych powstań.

Spójrzmy w tym kontekście na powstania śląskie. Przeciętny Niemiec nie wie, że Polska ma tysiącletnią historię. Uważa, że Polska powstała jako państwo dopiero po I wojnie światowej na niemieckiej krzywdzie. W tej sytuacji w Niemczech przedstawiono powstania śląskie nie jako bunty miejscowej ludności, tylko jako wtargnięcie na Śląsk hord z państwa polskiego. Wówczas niemiecka młodzież zgłaszała się do walki z powstańcami ze względów patriotycznych. W specjalnych transportach przyjechało na Śląsk ponad 60 tysięcy niemieckich żołnierzy. Gdyby chodziło o wojny bratobójcze, to by oznaczało, że po stronie niemieckiej musieliby być miejscowi, których z różnych względów prawie nie było. Tymczasem władze niemieckie nie miały zaufania do Niemców zasiedziałych na Śląsku. Woleli brać przyjezdnych, którzy dla miejscowych byli obcymi.

W instytucie Piłsudskiego w Nowym Jorku mamy kartotekę powstańców, której kopie kilka lat temu przewieziono do Polski. Znajduje się obecnie w archiwum emerytowanego prof. Bugajczyka. Wynika z niej, że przed wojną w Polsce zarejestrowano grubo ponad 50 tysięcy powstańców. Ochotników z Polski było około 2400. Zarówno Polscy jak i Niemieccy historycy zgadzają się, że jeśli chodzi o stronę niemiecką było 90 proc. przyjezdnych i najwyżej 10 proc. miejscowych, a jeśli chodzi o stronę Polską to było 90 proc. miejscowych i najwyżej 10 proc przyjezdnych, chociaż uważam, że te 2400 żołnierzy to znacznie mniej niż 10 proc.

-Niektórzy historycy twierdzą, że „powstańcy flinty nie widzieli”

Dlaczego powstańcy umieli sobie radzić? Bo wydarzenia te miały miejsce po morderczej wojnie. Z Niemiec przyjechało wielu doświadczonych w czasie I wojny światowej frontowców: dwóch generałów, kilkuset oficerów. Przeor Kolumban z Klasztoru Franciszkanów na Górze św. Anny w swoim pamiętniku pisze: „Nikt by nie przypuszczał, że wystarczyło na to (tzn. na opanowanie Góry Św. Anny) około 40 rezolutnych chłopców uzbrojonych tylko w jeden karabin maszynowy i kilka karabinów ręcznych z 20 nabojami na chłopa”. Chwalił tych chłopców, gdyż zachowywali się przyzwoicie i uczestniczyli codziennie w nabożeństwach majowych i śpiewali polskie pieśni maryjne. Niemcy na zdobycie Góry Św. Anny potrzebowali około 3000 żołnierzy w tym 56 oficerów i jednego generała.

-Co zadecydowało u sukcesie powstań śląskich?

Zdaniem nieżyjącego już profesora Jana Ciechanowskiego - uczestnika Powstania Warszawskiego, wszystkie nasze większe powstania zakończyły się klęską, a jedynie powstania śląskie i może wielkopolskie, są wyjątkami od tej reguły. Poznaniacy walczyli z niemieckimi siłami miejscowymi, a na Śląsku mamy 60 tysięczną niemiecką armię.

Nie uważam, żeby Powstania Śląskie powinny być traktowane lepiej niż inne, ale nie chcę żeby były traktowane gorzej.

W mojej ocenie, o powodzeniu powstań śląskich zadecydował ich ludowy charakter, który jest nie tylko największym fenomenem w dziejach narodu polskiego, ale także wyjątkowym zjawiskiem w dziejach narodów europejskich.

Nie znam też ani jednego ludowego wystąpienia w Europie zachodniej o narodowym podłożu. Zarówno europejskie rewolucje burżuazyjne z rewolucją francuską na czele, jak też rewolucje i bunty chłopskie w Polsce czy Niemczech miały podłoże społeczne lub religijne, ale nie narodowe.

Podróżnicy podróżujący w XVIII czy XIX wieku przez ziemie polskie, zwłaszcza Rosjanie, nie mogli się nadziwić, że na Kresach czy Małopolsce chłopi zapytani kim są odpowiadali: „miejscowi” czy ” tutejsi”, a wjeżdżając na Śląsk odpytywani chłopi mówili, że są Polakami. W tym miejscu należy przypomnieć jakie miejscowości założyli śląscy emigranci w Ameryce: Pannę Marię, Częstochowę i Kościuszko. Gdy byłem w Teksasie, wjeżdżając do Panny Marii widziałem tablicę z napisem: „Najstarsza osada Polska w Ameryce”. Nie Śląska, ale Polska. Nie było wówczas żadnego separatyzmu, m.in. dlatego mam negatywny stosunek do dzisiejszych autonomistów.

-Dziękuję za rozmowę.

 

http://wpolityce.pl/polityka/124287-wazne-slowa-o-slasku-i-slazakach-opowiada-prof-marek-slazak-pierwszy-rektor-uniwersytetu-opolskiego
 

wtorek, 7 października 2014

Brzeziński: Zachód powinien dozbrajać Ukrainę

Zbigniew Brzeziński
Foto: Maciej Świerczyński / Agencja Gazeta

- Mu­si­my wspie­rać Ukra­inę, do­star­cza­jąc jej broń - po­wie­dział w wy­wia­dzie dla nie­miec­kiej sta­cji "Deut­sche Welle" pro­fe­sor Zbi­gniew Brze­ziń­ski. Jego zda­niem po­li­ty­ka Rosji jest "ana­chro­nicz­na". - Jeśli jed­nak Putin bę­dzie pró­bo­wał siłą zbu­do­wać nowy Zwią­zek Ra­dziec­ki, to wy­wo­ła tylko chaos w Eu­ro­pie - pod­kre­ślił eks­pert.


Znany ame­ry­kań­ski po­li­to­log pol­skie­go po­cho­dze­nia pod­kre­ślił, że takie wspar­cie za­pew­ni Ukra­inie sku­tecz­ną obro­nę, a Kreml na­ra­zi na więk­sze kosz­ty, co z kolei może zmu­sić pre­zy­den­ta Pu­ti­na do zmia­ny stra­te­gii.
Brze­ziń­ski uważa obec­ną po­li­ty­kę pre­zy­den­ta Rosji za "ana­chro­nicz­ną".
- Jeśli jed­nak Putin bę­dzie pró­bo­wał siłą zbu­do­wać nowy Zwią­zek Ra­dziec­ki, to wy­wo­ła tylko chaos w Eu­ro­pie - po­wie­dział Zbi­gniew Brze­ziń­ski, który był do­rad­cą ds. bez­pie­czeń­stwa na­ro­do­we­go za pre­zy­den­tu­ry Jimmy'ego Car­te­ra (1977-1981).


Ukraina: nagranie pokazuje odpalenie rakiet w stronę Mariupola? - Wideo nagrane przez proukraińskich aktywistów w czwartek, pokazuje prawdopodobnie atak rakiet wystrzelonych w kierunku Mariupola na wschodniej Ukrainie. (RC) - Live Info International Kft.
Ambasador Rosji przy UE: Rosja przeciwna wejściu Ukrainy do NATO
- Nie chce­my wi­dzieć Ukra­iny w NATO - po­wie­dział w Bruk­se­li ro­syj­ski am­ba­sa­dor przy Unii Eu­ro­pej­skiej Wła­di­mir Czy­żow. We­dług niego by­ło­by to "bez­pre­ce­den­so­we wy­zwa­nie dla bez­pie­czeń­stwa eu­ro­pej­skie­go, naj­waż­niej­sze od oba­le­nia muru ber­liń­skie­go".
Rząd Ukra­iny w końcu sierp­nia za­po­wie­dział swoją go­to­wość do po­now­ne­go uru­cho­mie­nia pro­ce­su wstą­pie­nia do NATO, prze­rwa­ne­go w 2010 roku przez pro­ro­syj­skie­go pre­zy­den­ta Wik­to­ra Ja­nu­ko­wy­cza. NATO po­zo­sta­wi­ło drzwi otwar­te, pod wa­run­kiem, że Kijów do­ko­na "nie­zbęd­nych re­form", "do­sto­su­je się do stan­dar­dów NATO" i "speł­ni wszyst­kie kry­te­ria."
Czy­żow ostrzegł rów­nież przed "par­tią wo­jen­ną" na Ukra­inie. - Nasze prze­sła­nie dla UE jest na­stę­pu­ją­ce: nie wpły­waj­cie na pro­ces po­ko­jo­wy po­przez wspie­ra­nie par­tii wo­jen­nej na Ukra­inie - po­wie­dział Czy­żow, ale nie wska­zał na żad­ne­go z jej przed­sta­wi­cie­li.
- Tylko Rada Bez­pie­czeń­stwa ONZ ma prawo na­kła­dać sank­cje - po­wie­dział rów­nież dy­plo­ma­ta. Oświad­czył, że na­ło­żo­ne na Rosję przez UE sank­cje są we­dług niego "nie­spra­wie­dli­we i zwod­ni­cze", po­nie­waż "opie­ra­ją się na za­ło­że­niu, że Rosja jest stro­ną kon­flik­tu", a Rosja nią "nigdy nie była, nie jest i nie bę­dzie".


(żg;RC)

poniedziałek, 6 października 2014

Mordercy Danuty Siedzikówny "Inki"

Danuta Siedzikówna "Inka" bandytą nie była, choć tak traktowali V Wileńską Brygadę Armii Krajowej komuniści. Bohaterską sanitariuszkę zamordowali 28 sierpnia 1946 r. o godz. 6.15 w gdańskim więzieniu przy ul. Kurkowej. Za sześć dni miała skończyć 18 lat. Nikogo nie wydała, zachowała się jak trzeba - pisze w artykule dla WP.PL Tadeusz Płużański. 

Prócz udziału w "bandzie Łupaszki", czyli niepodległościowym oddziale mjr Zygmunta Szendzielarza (regularna jednostka Wojska Polskiego, podlegająca konstytucyjnym władzom RP rezydującym w Londynie) i nielegalnego posiadania broni prokurator Wacław Krzyżanowski oskarżył ją o wydanie rozkazu zastrzelenia dwóch wziętych do niewoli funkcjonariuszy UB. Tego "przestępstwa" nie udowodnił jej nawet podległy bezpiece "sąd" i nie potwierdziło dwóch z pięciu zeznających "dobrowolnie" w sprawie milicjantów, którym żołnierze "Łupaszki" darowali życie. Jeden z nich przyznał, że opatrzyła go, gdy został ranny w walce z żołnierzami V Wileńskiej Brygady AK. 


Dla Krzyżanowskiego nie miało to znaczenia. W 1993 r. - kiedy stanął przed sądem jako pierwszy stalinowski prokurator oskarżony o morderstwo sądowe - tłumaczył się typowo: "Byłem młody. Zostałem skierowany na proces przypadkowo, bez przeszkolenia i przygotowania". Krzyżanowski kłamał. Ukończył szkołę oficerów bezpieczeństwa w Łodzi, a zaledwie dwie godziny wcześniej żądał kary śmierci dla 19-letniego Hansa Baumana, gdańskiego Niemca, który znalazł w lesie karabin i upolował nim sarnę. Jako groźny szpieg został rozstrzelany. 

Pułkownik Krzyżanowski w wojskowych sądach pracował - na Pomorzu i Śląsku - do 1976 r. Za zasługi został odznaczony wieloma medalami. W III RP Okręgowy Sąd Wojskowy w Poznaniu stwierdził, że... nie można jednoznacznie ustalić jego roli w procesie "Inki". Do dziś (bo nie ma informacji o jego śmierci) pobiera wysoką, resortową emeryturę. 

Uśmiechnięta, ładna dziewczyna 

W wydanej w 1969 r. książce-paszkwilu Jana Bobczenki (były szef bezpieki w Kościerzynie) i gdańskiego dziennikarza Rajmunda Bolduana "Front bez okopów" bandyta "Inka" uczestniczy w egzekucji funkcjonariuszy UB w Starej Kiszewie. Jest "krępa", ma "sadystyczny uśmiech", a w jej ręce błyszczy "czarna, oksydowana stal rewolweru". 

Tymczasem jeden z "łupaszkowców", ppor. Olgierd Christa "Leszek", zupełnie inaczej ją zapamiętał: "stała przede mną smukła, uśmiechnięta, ładna dziewczyna, w pożyczonej gdzieś na wsi letniej sukience". 

W grypsie do sióstr Mikołajewskich z Gdańska, krótko przed śmiercią, "Inka" napisała: "Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba". W tym, słynnym dziś zdaniu, tkwi jasny podział na dobro i zło. Dobro, rozumiane jako walka o ideały, które stanowią podstawę nie tylko polskiej duszy, ale po prostu człowieczeństwa, i zło - komunizm i jego funkcjonariusze. 

To właśnie adresatka tych słów - babcia "Inki" wychowywała ją po śmierci jej ojca i matki. Ojciec Danuty, Wacław, był leśniczym, żołnierzem armii Andersa, zmarł w 1942 r. wycieńczony trudami sowieckiego łagru. Trafił tam po pierwszej wielkiej deportacji Polaków 10 lutego 1940 r. Został pochowany na cmentarzu polskim w Teheranie. Matka Eugenia (z Tymińskich) za współpracę z podziemiem została po ciężkim śledztwie zamordowana przez gestapo w lesie pod Białymstokiem i pochowana w nieznanym miejscu. W prośbie o łaskę do Bieruta adwokat "Inki" wspomniał, że jego klientka została sierotą "po różnych wojennych historiach jej rodziców". Sama "Inka" podpisania podania do agenta NKWD odmówiła, gdyż jej koledzy z oddziału zostali nazwani w piśmie "bandytami". 

"Nie jesteśmy żadną bandą" 


Danuta Siedzikówna "Inka" fot. Wikimedia Commons
Historia "Inki" jest wyjątkowa - choć dla tamtego pokolenia, wychowanego w niepodległej Polsce - właściwie typowa. Danusia Siedzikówna urodziła się 3 września 1928 r. we wsi Głuszczewina pod Narewką, pow. Bielsk Podlaski (na skraju Puszczy Białowieskiej). Po wywiezieniu ojca na Syberię, leśniczówkę Siedzików zajęło NKWD i rodzina (babcia, matka i trzy córki) wynajęły pokój w Narewce. Danusia pracowała jako kancelistka w tamtejszym nadleśnictwie. Trzy miesiące po śmierci matki wstąpiła - mimo swoich 15 lat - tak jak jej starsza o rok siostra Wiesia - do Armii Krajowej. W ubeckim więzieniu - torturowana i poniżana - cały czas pamiętała słowa przysięgi, którą złożyła w grudniu 1943 r. Zgłaszając się na ochotnika do polskiego podziemnego wojska, przyjęła pseudonim "Inka" - tak na imię miała jej szkolna przyjaciółka - i została żołnierzem ośrodka Hajnówka-Białowieża. 

Najpopularniejsze
Walczyła zatem z dwoma okupantami - najpierw niemieckim, później sowieckim (to też było charakterystyczne dla pokolenia II RP). Nie tylko dla "Inki"" sowiecki terror w polskim wydaniu okazał się nieporównanie gorszy. Wstępem do późniejszej tragedii były wydarzenia z czerwca 1945 r., kiedy - wraz z innymi pracownikami nadleśnictwa Narewka - za współpracę z antykomunistycznym podziemiem została aresztowana przez grupę NKWD-UB, z polecenia zastępcy szefa WUBP w Białymstoku Eljasza Kotona (później krwawy szef szczecińskiej bezpieki). W czasie transportu do siedziby białostockiego UB zostali odbici przez patrol żołnierzy V Wileńskiej Brygady majora "Łupaszki". 

Mimo rozkazu o demobilizacji Zygmunt Szendzielarz pozostał w konspiracji. Swój wybór tłumaczył w ulotce z marca 1946 r.: "...Nie jesteśmy żadną bandą, tak jak nas nazywają zdrajcy i wyrodni synowie naszej Ojczyzny. My jesteśmy z miast i wiosek polskich (...) My chcemy, by Polska była rządzona przez Polaków oddanych sprawie i wybranych przez cały Naród, a ludzi takich mamy, którzy i słowa głośno nie mogą powiedzieć, bo UB wraz z kliką oficerów sowieckich czuwa. Dlatego też wypowiedzieliśmy walkę na śmierć lub życie tym, którzy za pieniądze, ordery lub stanowiska z rąk sowieckich, mordują najlepszych Polaków domagających się wolności i sprawiedliwości". 

Bardzo skromna i obowiązkowa 

Po uwolnieniu "Inka" wstąpiła do oddziałów "Łupaszki". Przez krótki czas jej przełożonym był zastępca majora Szendzielarza, porucznik Lech Beynar "Nowina" (późniejszy publicysta i historyk Paweł Jasienica; w marcu 1968 r. Gomułka oskarżył go o liczne morderstwa na zlecenie "Łupaszki"). 

We wrześniu 1945 r. major "Łupaszko" rozformował szwadrony na okres zimowy. "Inka" - ścigana cały czas przez UB - otrzymała fałszywe papiery na nazwisko Danuta Obuchowicz, wyjechała do Olsztyna i podjęła pracę w nadleśnictwie Miłomłyn koło Ostródy. Kiedy na początku 1946 r. brygada wznowiła działalność na Pomorzu (podporządkowana Eksterytorialnemu Okręgowi Wileńskiemu AK), Siedzikówna nie miała wątpliwości, gdzie jest jej miejsce. Znów była sanitariuszką i łączniczką, służąc pod komendą "Żelaznego" - ppor. Zdzisława Badochy, dowódcy jednego ze szwadronów "Łupaszki". 

Do lipca 1946 r. uczestniczyła w akcjach przeciwko NKWD, UB i ich konfidentom, zadziwiając ofiarnością i poświęceniem (powtórzmy - opatrywała nie tylko żołnierzy niepodległościowego podziemia, ale także rannych ubeków i milicjantów). Cytowany już zastępca "Żelaznego", ppor. Olgierd Christa "Leszek" wspominał: "Była bardzo skromna i bardzo obowiązkowa. Nie pamiętam, żeby się kiedykolwiek skarżyła, choć nie brakowało długich, forsownych marszów". 

Dramat "Inki" rozpoczął się 13 lipca 1946 r., kiedy "Leszek" wysłał ją do Gdańska po medykamenty dla szwadronu i aby nawiązała kontakt z "Żelaznym" - nie wiedziano jeszcze, że miesiąc wcześniej został zabity podczas ubeckiej obławy. Nie wiedziano również, że jedna z łączniczek - Regina Żylińska-Mordas, ps. "Regina" - po aresztowaniu przez UB wydała szereg punktów kontaktowych V Brygady Wileńskiej. Jednym z nich był lokal przy ul. Wróblewskiego 7 we Wrzeszczu, do którego "Inka" przybyła 19 lipca. Było to mieszkanie sióstr Mikołajewskich z Wilna. Helena i Jagoda, niewiele starsze od Siedzikówny, działały w konspiracji, więc dziewczęta urządziły sobie koncert pieśni patriotycznych, który trwał do późnej nocy. Nie przypuszczały, że mieszkanie jest "spalone" i pod oknami czają się ubecy. "Inkę" aresztowali nad ranem 20 lipca i przewieźli do więzienia przy ul. Kurkowej w Gdańsku. 

Walka z "bandytyzmem" 

Brutalne śledztwo przeciwko Danucie Siedzikównie prowadzili funkcjonariusze gdańskiego WUBP. Najważniejszy był Jan Wołkow, który nie tylko osobiście znęcał się nad aresztowanymi, ale decydował o tym, kogo zamordować. Przed wojną skończył podstawówkę, pracował w Warszawie jako parkieciarz. Kilkuletni wyrok więzienia odsiadywał za antypolską działalność komunistyczną. Po wrześniu 1939 r. w kom-partii na Wołyniu. W 1944 r. został zrzucony do Polski jako sowiecki wywiadowca. Do pracy w Gdańsku ściągnął Wołkowa kierujący WUBP Grzegorz Korczyński, do którego oddziału Armii Ludowej wcześniej należał.
Strona 2 z 2
Wołkow zajmował się walką z "bandytyzmem", czyli polskim podziemiem niepodległościowym. Prócz tropienia 5 Brygady Wileńskiej zasłynął dowodzeniem, w październiku 1951 r., 800-osobową obławą UB i KBW, w której zabito innego słynnego Żołnierza Niezłomnego - Edwarda Taraszkiewicza. W końcu Wołkowa zwolniono z bezpieki, bo nie opanował czytania i pisania. Zmarł nie niepokojony przez Temidę III RP w styczniu 1999 r. w Warszawie. Został pochowany na Cmentarzu Komunalnym Północnym.

Jego ofiara - "Inka" była w śledztwie bita i poniżana. Strażniczka z Gdańska o imieniu Sabina, znana z ludzkiego traktowania więźniarek, opowiadała, że rozbierano ją do naga, że do jej celi wpuszczano żony ubeków, którzy zginęli w akcjach przeciwko oddziałom "Łupaszki". Aresztowana wkrótce po Siedzikównie, jedna z sióstr Mikołajewskich - Helena, zobaczyła ją tydzień po aresztowaniu. "Inka" wyglądając przez zakratowane okno, położyła palec na ustach - dała znak, że nic nie powiedziała. Pytana o cel przyjazdu do Gdańska, powtarzała, że była umówiona na wizytę u dentysty. Ubecy nie zmusili jej nawet, aby wskazała miejsce swojego spotkania ze szwadronem - wiedzieli tylko (od "Reginy"), że ma to nastąpić na jednej ze stacji kolejowych w Borach Tucholskich. Dlatego obstawili kilka z nich, a na właściwej - Lipowa - zostali rozbici przez żołnierzy "Łupaszki". 

Uciec do Szwecji 

Drugiego sierpnia 1946 r. Józef Bik, naczelnik Wydziału Śledczego gdańskiego WUBP, wystosował pismo do prokuratury wojskowej: "Przesyłam akta sprawy przeciwko Siedzikównie Danucie, ps. Inka, w celu przekazania do Wojskowego Sądu Rejonowego w trybie postępowania doraźnego. Proszę o uzgodnienie terminu rozprawy na dzień 3.08.1946". Sześć dni po egzekucji "Inki" (zapewne w nagrodę) Bik awansował do centrali MBP w Warszawie. 

Józefa Bika, drugiego po Wołkowie mordercę z gdańskiego WUBP, nawet jego resortowi koledzy uważali za wyjątkową kanalię. W 1968 r. - po zmianie nazwiska na Bukar, a potem Gawerski - uciekł do Szwecji, gdzie przedstawiał się jako ofiara polskiego antysemityzmu. W 2003 r. przysłał do IPN list, w którym prosił o wydanie zaświadczenia, że w latach 1945-1953 pracował w bezpiece. Było mu potrzebne, aby starać się o wyższą emeryturę. Kiedy sąd odmówił mu, odwołał się do drugiej instancji i wygrał. Po tym cudownym odnalezieniu, IPN wytoczył Bikowi proces, który jednak, z powodów proceduralnych, nigdy się nie rozpoczął. Akt oskarżenia brzmiał: "Bił ich, znęcał się i zmuszał w ten sposób do składania zeznań". 

Nie mniej okrutny wobec "Inki" był Andrzej Stawicki (w gdańskim UB prowadził też inne śledztwa, zakończone wyrokami śmierci; więźniowie oceniali go na 25-26 lat). To jego podpis widnieje na akcie oskarżenia. Mimo intensywnych poszukiwań prowadzonych m.in. przez gdański IPN, nie udało się ustalić, kim był ten człowiek. W polskich archiwach nie ma po nim śladu. Prawdopodobnie zmienił nazwisko, po czym zniszczył dokumentację i wyjechał za granicę. Może, jako obywatel sowiecki, wrócił do kraju powszechnej szczęśliwości. Może wybrał inny kierunek - Izrael lub Szwecję, jak Józef Bik? 

"Sędziowie" 

Proces "Inki", mimo iż trwał trzy godziny, był jedynie formalnością. Oskarżał wspomniany Wacław Krzyżanowski. Sądowi przewodniczył major Adam Gajewski, przedwojenny prawnik (absolwent KUL). Po ochotniczym wstąpieniu do LWP w 1944 r. został sędzią wojskowym, skazującym w procesach politycznych. Później został radcą prawnym Dyrekcji Budowy Osiedli Robotniczych w Gdańsku. Zmarł w 1972 r., został pochowany na Cmentarzu Oliwskim. 

W składzie sędziowskim towarzyszyli mu kpr. Wacław Machola i kpt. Kazimierz Nizio-Narski. Ten drugi w czasie wojny był oficerem niemieckiej Kriminalpolizei (Kripo), członkiem Polskojęzycznej Grupy Gestapo powołanej przez Alberta Forstera do germanizacji Pomorza. Później został skazany za zatajenie tego faktu na osiem lat więzienia. 

Wszyscy ci "sędziowie" mieli pełną świadomość bezprawności swoich działań: niepełnoletnią dziewczynę skazali bez dowodów. Na wykonanie wyroku "Inka" czekała zamknięta w izolatce. Wysłaną przez obrońcę prośbę o łaskę do Bieruta "sąd" zaopiniował negatywnie. Nie miała ona i tak żadnego znaczenia - wyrok na Siedzikównie wykonano, nim do Gdańska dotarła odmowna odpowiedź Bieruta. 

Najpopularniejsze
Niech żyje Polska! 

Danuta Siedzikówna - sanitariuszka "Inka" została rozstrzelana rankiem 28 sierpnia 1946 r., wraz ze skazanym na śmierć dowódcą pododdziału V Brygady Wileńskiej - por. Feliksem Selmanowiczem "Zagończykiem" w gdańskim więzieniu przy ul. Kurkowej. Przed egzekucją "Inkę" wyspowiadał ks. Marian Prusak, uczestnik powstania warszawskiego, ściągnięty przez UB-eków z kościoła garnizonowego w Rumi, gdzie był wikarym: "Była bardzo spokojna. Wyspowiadała się i prosiła, by pójść do mieszkania we Wrzeszczu i powiedzieć, że ją rozstrzelano. Do siostry, która była w domu dziecka w Sopocie, wysłała już pocztówkę z informacją, że dostała wyrok śmierci. [...] W końcu zaprowadzono mnie do sali egzekucyjnej. [...] Tam była cała gromada UB, jacyś żołnierze, lekarz, prokurator. Chyba z trzydzieści osób. Było ciemno. Oszołomiła mnie ta sytuacja. W końcu wprowadzili skazańców. Prawdopodobnie mieli skute albo związane ręce. Ubecy zachowywali się grubiańsko. Nie chciałbym przytaczać tu wyzwisk, które sypały się na dziewczynę i tego pana [o tym, że był to "Zagończyk", ks. Prusak dowiedział się dopiero po latach]. Ustawiono ich pod słupkami przy ścianie. Przed rozstrzelaniem dałem im krzyż do pocałowania. Chciano im zawiązać oczy, nie pozwolili. Prokurator siedział za małym stolikiem okrytym czerwonym suknem. Odczytał wyrok i powiedział, że nie było ułaskawienia. Potem padła komenda "po zdrajcach narodu polskiego ognia". W tym momencie oni krzyknęli: "Niech żyje Polska", tak jakby się umówili. Padła salwa i oboje osunęli się na ziemię. Żołnierze strzelali z trzech, może czterech metrów". 

Ponieważ 10 ściągniętych na egzekucję i uzbrojonych w pepesze żołnierzy KBW nie trafiło "Inki" i "Zagończyka" z odległości trzech kroków (strzelali w powietrze), dobił ich strzałem z pistoletu w głowę dowódca plutonu egzekucyjnego ppor. Franciszek Sawicki z gdańskiego KBW. Relacje mówią, że był to człowiek z tzw. awansu społecznego, wcześniej służył w NKWD. W chwili oddania strzału miał krzyknąć: "Nie chciała gadzina zdechnąć trzeba ją dobić". Ksiądz Prusak spełnił ostatnie życzenie "Inki" - przekazał wiadomość pod wskazany adres. W 1949 r. został skazany na sześć lat więzienia, odsiedział trzy i pół roku. 

Pamięć o bohaterach 

Śmierć "Inki" i "Zagończyka" była zemstą ubeków za działalność Zygmunta Szendzielarza, który przeprowadził szereg udanych akcji odwetowych na przedstawicieli komunistycznej władzy (jego żołnierze zlikwidowali m.in. sowieckiego doradcę PUBP w Kościerzynie) i cieszył się autorytetem ludności, a nie można było go ująć. W śledztwie ubecy pytali Siedzikównę głównie o niego: gdzie jest major, gdzie jest "Łupaszko"? 

Do dziś nie wiadomo, gdzie Danuta Siedzikówna została pogrzebana. Istnieją przesłanki, że na Cmentarzu Garnizonowym w Gdańsku - tu IPN ma niebawem prowadzić ekshumacje. Kilka lat temu imieniem "Inki" nazwano jeden z parków w centrum Sopotu. Pamiątkowy obelisk stanął także w jej rodzinnej Narewce. 

Słowa Danuty Siedzikówny (wypowiedziane do Krystyny Gaul, innej sanitariuszki od "Łupaszki", która też siedziała więzieniu w Gdańsku): "Popatrz, ilu ludzi mogło zginąć. Lepiej, że ja jedna zginę", niestety nie sprawdziły się. W czerwcu 1948 r. UB rozpracował i ostatecznie rozbił Wileński Okręg AK. Majora Zygmunta Szendzielarza komuniści skazali na osiemnastokrotną karę śmierci. W śledztwie zachował godną postawę. O łaskę nie poprosił. Wieczorem 8 lutego 1951 r. został stracony w więzieniu mokotowskim w Warszawie. Jego szczątki zostały odnalezione na warszawskiej "Łączce" w ubiegłym roku. 

W 1991 r. Sąd Wojewódzki w Gdańsku uznał, iż działalność "Inki" i innych żołnierzy V Wileńskiej Brygady AK zmierzała do odzyskania niepodległego bytu Państwa Polskiego. 11 listopada 2006 r. Danuta Siedzikówna została pośmiertnie odznaczona przez prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski Polonia Restituta. 


Tadeusz Płużański dla Wirtualnej Polski