piątek, 19 września 2014

Precz z pomnikami UPA!


Nielegalnie postawione ukraińskie pomniki w Białymstoku (gm. Dołhobyczów) i Wierzbicy (gm. Lubycza Królewska) prawdopodobnie nie zostaną rozebrane. Skończy się na korekcie napisów. Ale kiedy to nastąpi, nie wiadomo



Na początku sierpnia nieznani sprawcy zniszczyli nielegalny pomnik upamiętniający UPA w Hruszowicach na Podkarpaciu. Na postumencie znalazły się napisy „Śmierć katom Wołynia i Donbasu”, „Falanga”, a także symbole ręki z mieczem i odwróconego tryzuba. Tablica z napisem „Chwała bohaterom UPA, bojownikom o wolną Ukrainę” i nazwami sotni została rozbita.
Pomnik pod Przemyślem postawiono nielegalnie 20 lat temu. Pomimo nakazów rozbiórki, próby jego zlikwidowania kończyły się fiaskiem.

UPA wiecznie żywa
Na Zamojszczyźnie nie brakuje podobnych upamiętnień, o czym obszernie pisaliśmy w „Kronice Tygodnia”. Przypomnijmy. W Białymstoku (gm. Dołhobyczów) na nielegalnie postawionym przed kilkoma laty pomniku znajduje się napis w języku polskim i ukraińskim: „POLEGŁYM ŻOŁNIERZOM UPA ZA WOLNOŚĆ UKRAINY 26 LUTEGO 1946 ROKU”. Niżej jest lista 41 zabitych banderowców, a pod nią napis „Wdzięczni potomkowie”.
Ustaliliśmy, że samowolą budowlaną jest też pomnik upamiętniający ponad 100 banderowców na cmentarzu greckokatolickim w Wierzbicy (gm. Lubycza Królewska). Znajduje się na nim napis w języku ukraińskim: „W WALCE ZA WOLNOŚĆ UKRAINY WE WSI WIERZBICA I Z RÓŻNYCH ODDZIAŁÓW UPA ZGINĘŁO PONAD 100 OSÓB. WIECZNA IM PAMIĘĆ”. Wykaz zabitych banderowców jest po dwóch stronach pomnika.
Gdy o Hruszowicach, Białymstoku i Wierzbicy zrobiło się głośno w całym kraju, Andrzej Kunert, sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, zapowiedział zdecydowane działania zmierzające do likwidacji nielegalnych upamiętnień.

Źródło: http://kronikatygodnia.pl/precz-z-pomnikami-upa/

czwartek, 18 września 2014

Chiński profesor: trzecia wojna światowa może wybuchnąć pomiędzy USA i Rosją.


W artykule dla dziennika People’s Daily, chiński profesor Han Xudong ostrzega, że Pekin powinien przygotować się do trzeciej wojny światowej, która może wyniknąć z konfliktu między Stanami Zjednoczonymi i Rosją wokół kryzysu na Ukrainie.


"Wraz z pogłębianiem się ukraińskiego kryzysu, międzynarodowi obserwatorzy są coraz bardziej zaniepokojeni bezpośrednim starciem zbrojnym między USA i Rosją. Jeśli rywalizacja zbrojna eskaluje, to może rozszerzyć się na świat. I nie jest wykluczone, że wojna może wybuchnąć", pisze Xudong, zauważając, że świat wszedł w erę nowych form globalnej wojny "w oparciu o internet i koncepcji potęgi morskiej.”

Profesor następnie przewiduje, "Jest prawdopodobne, że zaistnieje trzecia wojna światowa, aby walczyć o prawa morskie" i aby Chiny były gotowe do nowego konfliktu, Pekin musi "rozwinąć siły militarne w kontekście globalnym", tak aby nie być coraz bardziej pasywną ofiarą wydarzeń. 

Stwierdzając, że "zamorskie interesy Chin zostały są coraz bardziej zagrożone przez USA," Xudong ostrzega, że Pekin "musi być przygotowany na trzecią wojnę światową i mieć to na uwadze przy tworzeniu sił zbrojnych, zwłaszcza sił morskich i powietrznych." 


Link do oryginalnego artykułu: LINK



środa, 17 września 2014

Fronda zirytowana: Braun, Moskwa i Żydzi

Grzegorz Braun


Grzegorz Braun po raz kolejny zirytował portal Fronda. Redakcja postanowiła wziąć w obronę oficjalną wersję wydarzeń ukraińskich, a także… Żydów rzekomo krzywdzonych przez reżysera. Nie omieszkała przy tym zakpić z jego pobytu w areszcie.



„5 sierpnia opinia publiczna zwolniła z Berezy Kartuskiej bezkompromisowego reżysera dokumentalistę, super patriotę a przy tym nadzwyczajnego analityka lokalnej i ponadlokalnej polityki Grzegorza Brauna” – czytamy w głównym poniedziałkowym tekście na portalu Tomasza Terlikowskiego. To kpiny ze skandalicznego zatrzymania reżysera (od sześciu lat ciąganego po sądach w związku z rzekomym pobiciem kilku policjantów), który za sprzeciw wyrażony pod adresem Wysokiego Sądu trafił dwa tygodnie temu do aresztu.



Co tak poirytowało Frondę? „Aktualnie jeździ po kraju [Braun] i ex catedra z logo Pch24 w tle udziela, nieuświadomionemu narodowi, lekcji prawdziwego narodowego patriotyzmu. Opartego oczywiście na politycznym realizmie”. Autorów tekstu – Tadeusza Grzesika i Emilię Drożdż – martwi, iż Grzegorz Braun inaczej niż oni postrzega konflikt na Ukrainie. Nie spodobało im się, że reżyser nawołuje do gospodarczego patriotyzmu, w tym również do zacieśnienia współpracy gospodarczej z Białorusią, co nie mieści się w obecnym kanonie politycznie poprawnych poglądów.



Braunowi dostało się także za określanie III RP pionkiem w rękach USA. Najwidoczniej autorzy nie pamiętają słów Radosława Sikorskiego (prowadzącego naszą politykę zagraniczną przez ostatnie siedem lat) ujawnionych po aferze taśmowej – minister potwierdził wówczas – w mocno wulgarny sposób – przypuszczenia wielu publicystów twierdzących, że Polska nie jest niezależna od Stanów Zjednoczonych, a wręcz przeciwnie. Może dziennikarze Frondy takie informacje przegapili?



„Portal poświęcony” zwrócił też uwagę na słowa odnoszące się do Żydów. Redaktorów oburza, że w kontekście odpowiedzialności za konflikt na Ukrainie Grzegorz Braun zamiast mówić li tylko o Putinie, zwraca uwagę również na inne fronty walki o wpływy, także w Polsce. Najwyraźniej Polacy powinni całym frontem zwrócić się przeciwko Rosji, w żaden sposób nie oglądając się na inne mocarstwa czy arcywpływowe w polityce międzynarodowej środowiska. Nie od dziś wiadomo, że według środowiska Frondy jesteśmy tylko „dziczką” wszczepioną w Izrael i słowa ponad to nie wolno o tej nacji powiedzieć.



Redaktorzy Grzesik i Drożdż porównali publicystyczną działalność Grzegorza Brauna do peerelowskiego „Paxu” i Zjednoczenia Patriotycznego Grunwald. Patriotyzm reżysera nazwali „koncesjonowanym i zorientowanym na Moskwę”. Przedstawiając zaś dokumentalistę pominęli jego najgłośniejsze i najważniejsze filmy („Towarzysz Generał”, „Towarzysz Generał idzie na wojnę”, „Transformacja. Od Lenina do Putina”). Czyżby dlatego, że nie pasowałoby to do grubymi nićmi uszytej tezy? Z punktu widzenia rzetelności dziennikarskiej to spore nadużycie – wystarczy wysłuchać wykładów Brauna. Tych, z których kpią Grzesik i Drożdż. Reżyser od dawna podkreśla bowiem, że oprócz potencjalnego zagrożenia ze strony Moskwy należy również bacznie przyglądać się innym aktorom międzynarodowej sceny politycznej, w bardziej czy mniej jawny sposób sytuujących Polskę we własnych strefach wpływów.



Tego jednak autorzy tekstu Frondy nie rozumieją albo rozumieć nie chcą. To typowe dla wielu patriotycznie zorientowanych środowisk, nie przyjmujących do wiadomości poglądu, że Polska mogłaby być podmiotowym graczem na scenie międzynarodowej, że sama mogłaby decydować o swojej pozycji, a nie tylko w sojuszu, dajmy na to z Amerykanami. Mogłaby, gdyby tylko rządzący nią tego zechcieli.



Taki sposób postrzegania świata nie mieści się jednak w kategoriach, którymi rozumuje zgodnie większość warszawskich salonów i antysalonów. Ich przedstawicieli nie dziwi, że antagonistyczne wobec nich media takie jak „Gazeta Wyborcza”, TVN czy „Newsweek” widzą wojnę na Ukrainie dokładnie tak samo, jak większość „obozu patriotycznego”. Kto się z taką wizją nie zgadza, musi być „koncesjonowanym patriotą” – jak Bolesław Piasecki. Tyle, że Piaseckiego koncesjonowało ówczesne państwo, obecne zaś koncesjonuje własne poglądy na wydarzenia ukraińskie. A są to poglądy bliskie nie Braunowi, ale Frondzie właśnie.





Krystian Kratiuk

wtorek, 16 września 2014

Wyznania poszukiwacza ofiar rzezi wołyńskiej. Tego, co znalazł, nie chciała pokazać żadna telewizja



Wyznania poszukiwacza ofiar rzezi wołyńskiej. Tego, co znalazł, nie chciała pokazać żadna telewizja
Robert Kmieć zajmuje się poszukiwaniem skarbów od kilkunastu lat. Wyciąga z jezior czołgi, samoloty i wozy opancerzone. Nie robi tego dla fantów, nie szuka łatwego zarobku. Dla niego ta praca jest odkrywaniem historii, często makabrycznej, brutalnej i niewygodnej politycznie. Tak jest w przypadku rzezi wołyńskiej, podczas której tysiące naszych rodaków straciło życie. Czy to było ludobójstwo? Poszukiwacz, który był na miejscu zbrodni i miał w ręku roztrzaskane siekierą czaszki małych dzieci nie ma żadnych wątpliwości. W rozmowie z Menstream.pl opowiada, jak trudno dotrzeć z prawdą do społeczeństwa.

Menstream.pl: Jak to możliwe, że Ukraina pozwoliła zbliżyć się polskim badaczom do miejsca zbrodni? To przecież niewygodne fakty.

Robert Kmieć: Dostaliśmy od władz Ukrainy zezwolenie na kilka dni pobytu w okręgu wołyńskim. Pojechał z nami również Adam Sikorski, znany z telewizyjnego programu Było, nie minęło. To on dokumentował całą ekspedycję. Były dwa wyjazdy, w ubiegłym roku i wcześniej, dwa lata temu. Można powiedzieć, że nasze poszukiwania były trochę półlegalne.

Co to znaczy?

Po pierwsze trzeba było przetransportować na miejsce georadary i inny sprzęt, który miał nam posłużyć do zlokalizowania i zmierzenia ewentualnych mogił, które mieliśmy zamiar znaleźć. No i nie mogliśmy przecież powiedzieć wprost Ukraińcom, po co tak naprawdę jedziemy na Wołyń.

Więc jaką wersję usłyszeli?

Akurat zdarzyło się, że prezydent Bronisław Komorowski miał spotkać się z prezydentem Ukrainy na otwarciu polskiego, powojennego cmentarza. To było niedaleko miejsca, które chcieliśmy sprawdzić. Tłumaczyliśmy więc, że jesteśmy na miejscu w związku z tym wydarzeniem. To była nasza przykrywka.

I nikt nie obserwował, co tam robicie? Trochę trudno w to uwierzyć.

Oczywiście byliśmy sprawdzani. Funkcjonariusze KGB co rusz przyjeżdżali, przyglądali się, wypytywali i patrzyli na ręce. Zdarzało się, że chcieli utrudnić nam poszukiwania podrzucając gdzieś niewybuch.

Żeby przepłoszyć badaczy?

Tak. Mówili, że mają zgłoszenie od pobliskich mieszkańców, że w okolicy jest jakiś niewypał i muszą to sprawdzić. Oczywiście dla naszego bezpieczeństwa. W rzeczywistości obawiali się tego, co możemy znaleźć.

Domyślam się, że ekspedycja na ziemię wołyńską przyniosła rezultat.

To, co zobaczyłem na Ukrainie, ma się nijak do tego, co oglądałem wcześniej, w kilkunastoletniej karierze poszukiwacza. Nie raz miałem do czynienia z grobami żołnierskimi, z których wyciągaliśmy czaszki i kości. Widziałem już po pięćdziesiąt osób pochowanych zbiorowo. Stojąc jednak nad mogiłami w Wołyniu, coś ścisnęło mi serce. Jeszcze po powrocie do kraju, przez trzy tygodnie nie mogłem dojść do siebie. Do dzisiaj trudno dobierać słowa, gdy o tym opowiadam.

Co tak Panem wstrząsnęło?

To może zrozumieć tylko osoba, która stoi nad grobem, w którym spoczywa nie jedna osoba, lecz dziesiątki dzieci powrzucanych jedno na drugie. Bo większość zwłok w odnalezionych przez nas mogiłach, to były właśnie dzieci, w różnym wieku. Znajdowaliśmy szczątki dwulatków, czterolatków, dziesięciolatków.

Żołnierze Ukraińskiej Powstańczej Armii nie oszczędzali przecież nikogo. Mordowano całe rodziny, bez wyjątku.

Tylko w jaki sposób. W niektórych czaszkach małych dzieci były dziury wielkości pięści, zapewne od uderzenia młotkiem lub siekierą. Przecież to jest niewyobrażalne, żeby tak postępować z drugim człowiekiem. Pytaliśmy też Ukraińców, którzy zainteresowani podchodzili do nas, czy pamiętają tamte lata. Niektórzy zgodzili się mówić.

Co wyłania się z ich opowieści?

Dantejskie sceny. Akurat prowadziliśmy prace przy ukraińskiej wsi Ostrówki. Lasy i pola obok tej miejscowości do dzisiaj noszą miano trupiego pola, pobliscy mieszkańcy bez problemu potrafią je wskazać. To tam Ukraińcy wymordowali setki Polaków, pozostawiając ciała bez pochówku. W lasach walały się trupy, które stały się później pożywką dla kruków. Dopiero po dwóch tygodniach armia Rosyjska, która zajęła tamte ziemie, nakazała pobliskim mieszkańcom wykopać mogiły i zrzucić do nich zwłoki. Odór rozkładających się ciał było ponoć czuć w promieniu kilku kilometrów, a zwłoki kobiet, dzieci i mężczyzn były już tak rozłożone, że trzeba było ściągać je do mogił bosakami i widłami, bo już się rozczłonkowywały, odpadały ręce, nogi i głowy. I my te mogiły właśnie odkryliśmy.

Władze Ukrainy zdają sobie sprawę z powagi tego odkrycia? Przyznał Pan, że byliście obserwowani.

Chyba nie zdają sobie sprawy ze skali naszych odkryć, ponieważ byliśmy bardzo czujni. Najgorzej było z Ukraińcem, to był chyba jakiś konserwator zabytków z okręgu lwowskiego, który został oddelegowany, by nadzorować nasze prace. No i byli jeszcze wspomniani funkcjonariusze z KGB, którzy nas nachodzili.

278448_bigRobert Kmieć na planie filmowym Skarby III Rzeszy Bogusława Wołoszańskiego. Tym razem odkrywają tajemnice Zamku Czocha.Fot. archiwum prywatne.

Na czym to nękanie polegało?

Pamiętam, jak mundurowi przyjechali i rzucili wszystkich na maskę samochodu. Rewizja, pytania, oglądanie sprzętu. Było ich kilku. Dowódca przez dłuższy czas wydzwaniał do swoich zwierzchników z pytaniem, co z nami zrobić. W końcu odpuścili, bo nie znaleźli podstaw do zatrzymania. Mieliśmy szczęście. Innym razem prawie się zdemaskowaliśmy. Mundurowi byli o krok, by zobaczyć ogrom naszych odkryć.

Jak udało się uniknąć kłopotów?

Gdy już zorientowaliśmy się, z czym mamy do czynienia, trzeba było wszystkie szczątki opisać, skatalogować i policzyć. Pomagali w tym archeolog oraz antropolog, których mieliśmy w naszej ekipie. Wszystko układali skrzętnie na workach, rozłożonych na ziemi obok grobowca. Robiliśmy dokumentację, fotografie, by nikt nie zarzucił nam bezczeszczenia ciał. Nagle usłyszeliśmy dźwięk silnika. To były dwa samochody KGB. Na szczęście droga przez pola była trudna, więc trochę zajęło im dotarcie na nasze stanowisko badawcze. Mieliśmy więc czas, by zareagować. Cztery osoby szybko wykopały nowy dół, do którego poskładaliśmy wydobyte już z mogiły szczątki i ponownie przysypaliśmy je ziemią. Na to poszła beczka, na niej porozkładaliśmy jedzenie, dla niepoznaki. Jak Ukraińcy dotarli na miejsce i zajrzeli do mogiły, było w niej chyba sześć ciał. Tylko tyle znaleźliście? zapytali. Pokręcili się trochę po obozowisku i odjechali.

Co się później stało z tymi wszystkimi szczątkami? Nadal są zakopane na trupim polu?

Nie mogliśmy tak tego zostawić. Wszystkie odnalezione przez nas zwłoki zostały przeniesione na polski cmentarz, gdzie została odprawiona msza przez polskiego księdza.

Na tym samym cmentarzu, na którym mieli spotkać się prezydenci?

Tak. Z jakiś powodów, których nie znam, do spotkania głów obu państw jednak nie doszło. Były jednak osoby z Polski, rodziny pochowanych tutaj w czasie wojny rodaków. Przyjechali również przedstawiciele duchowieństwa ukraińskiego. Pamiętam, że jak zaczęła się część mszy, podczas której chowano wszystkie znalezione przez nas szczątki, opuścili oni cmentarz i stali za płotem. Wszyscy byli w szoku, nie rozumieli takiego zachowania.

Jak Pan je interpretuje?

Jestem prostym człowiekiem, nie wiem, co o tym sądzić. Najważniejsze było dla mnie wtedy upamiętnienie pamięci zamordowanych.

Na trupim polu też stanął jakiś znak, przypominający o tej zbrodni?

Ukraińcy pozwolili nam wyciąć dwa drzewa. Zbiliśmy z nich krzyż, który tam stanął. Tylko w ten sposób, oraz krótka modlitwą, mogliśmy oddać hołd wymordowanym rodzinom.

Co stanie się z zebranym przez badaczy materiałem? Przecież robiliście zdjęcia, kręciliście materiał filmowy.

To nie zginie. Adam Sikorski robi na jego podstawie film dokumentalno-fabularyzowany. Mogę już zdradzić, że obraz będzie miał premierę we wrześniu tego roku, będą pokazy w Warszawie. Po premierze można spodziewać się niemałego zamieszania.

278449_big Robert Kmieć podczas pracy. Fot. archiwum prywatne.

Dlaczego? Przecież temat Wołynia nie jest nowy. Polacy już się z nim obyli.

Tylko ten film przedstawi prawdę historyczną, pokażemy doły śmierci, które zastaliśmy w Ukrainie. Będą inscenizacje mordu, żadnego przekłamania. Moim zdaniem to bardzo wstrząsający materiał. Proszę sobie wyobrazić, że żadna stacja telewizyjna nie jest zainteresowana wyemitowaniem dokumentu, ponieważ jest zbyt drastyczny, zbyt bije w interesy ukraińsko-polskie. Na szczęście znalazł się człowiek, który wyłożył pieniądze na realizację projektu. Tyle mogę powiedzieć.

Z tego co Pan mówi, ten film może jednak uderzyć w interesy ukraińsko-polskie.

Jeżeli były mordy, to trzeba pokazać, w jaki sposób ich dokonywano. Nie mówię, byśmy rozpętywali trzecią wojnę światową i szli na Ukraińców. Jednak dopóki władze tego narodu nie przyznają, że takie zbrodnie miały miejsce i nie potępią tego, co się wydarzyło, nie ma mowy o jakimkolwiek pojednaniu. Stepan Bandera, który ponosi odpowiedzialność za zorganizowane ludobójstwo polskiej ludności cywilnej na Wołyniu, nadal jest przecież traktowany u nich, jak bohater narodowy.

Trzy lata temu zostało mu nadane największe odznaczenie państwowe na Ukrainie. Później je cofnięto.

Co z tego, jeśli w zamian postawili mu kolejny pomnik? Ponad osiem szkół na terenie Ukrainy nosi też imię Bandery, podobnie jak około dwieście ulic, nie mówiąc o innych instytucjach. Oni naprawdę uważają go za wielką postać. Jeszcze sporo czasu może minąć, nim zmienimy karty historii.

Źródło: menstream.pl

poniedziałek, 15 września 2014

Człowiek, który w 1914 roku wygrał z Piłsudskim



Był niepozorny, trochę wyciszony, z lekko łysiejącą głową i szarmanckim wąsikiem. W chwili decydującego starcia o kierunek polskiej polityki miał 44 lata. Los sprawił, że nastąpiło ono w Kielcach, rodzinnym mieście Wiktora Jarońskiego, bo o nim tu mowa.

Jaroński był polskim posłem do Dumy Państwowej od 1906 – zasiadał we wszystkich kadencjach jako jeden z niewielu polityków Narodowej Demokracji. Zawdzięczał to poparciu jakie uzyskiwał w Kielcach i okolicy. Nie był działaczem pierwszego szeregu, były nazwiska większe i popularniejsze. Ale to właśnie z nazwiskiem Jarońskiego wiąże się wydarzenie, które zaważyło na losach sprawy polskiej w latach 1914-1918.

W chwili wybuchu wojny niemiecko-rosyjskiej (1 sierpnia 1914 roku) Jaroński przebywał w Petersburgu. Roman Dmowski, wracający z podróży z Francji i Szwajcarii – został zatrzymany przez władze niemieckie w Szczecinie, gdzie spędził noc w areszcie. Do Petersburga dotarł dopiero 12 sierpnia. Czas naglił, pierwsze polityczne enuncjacje były konieczne ze strony polskiej prawie natychmiast. 6 sierpnia w Krakowa wymaszerowała I Kompania Kadrowa Józefa Piłsudskiego, która kierowała się ku Kielcom, rodzinnej miejscowości Jarońskiego.

Program polityczny z jakim szła do Królestwa był całkowicie sprzeczny z tym, co głosiła Narodowa Demokracja. Jasny i czytelny sygnał dla ludności polskiej Królestwa oraz dla państw ententy (Rosji, Francji i Anglii) – był koniecznością. Jaroński zdecydował wobec tego, że wyda odezwę Koła Polskiego w Dumie na własną odpowiedzialność. Upublicznił ją 8 sierpnia 1914 roku, kiedy strzelcy Piłsudskiego byli już w drodze do Kielc.

Oto treść tej historycznej odezwy:

„W chwili historycznej, gdy świat słowiański ze światem germańskim — prowadzonym przez odwiecznego wroga Polski, Prusy — staje do rozstrzygającego starcia, położenie narodu polskiego, pozbawionego samoistności i możności odegrania swej roli, jest tragiczne. Tragizm ten dla kraju, będącego teatrem wojny, potęguje się przez to, że naród polski, rozdarty na trzy części, ujrzy swych synów we wrogich sobie nawzajem szeregach.
Rozdzieleni wszakże terytorialnie, my, Polacy, w uczuciach swych, w sympatiach dla Słowian musimy stanowić jedno. Skłania nas do tego nie tylko słuszna sprawa, o którą ujęła się Rosja, ale i rozum polityczny. Wszechświatowe znaczenie chwili obecnej musi usunąć na plan dalszy wszelkie porachunki między nami.
Daj Boże, by Słowiańszczyzna pod przewodem Rosji odparła Teutonów, jak odparła ich przed pięciu wiekami Polska i Litwa pod Grunwaldem.
Oby krew przez nas przelana i okropności bratobójczej dla nas wojny przyniosły połączenie rozdartego na trzy części narodu polskiego”.

Kiedy cztery dni później Roman Dmowski przeczytał odezwę, był dumny ze swojego kolegi. Jak napisał, „nigdy żaden nasz krok polityczny tak mnie nie ucieszył”. Jaroński nie musiał czekać na dyrektywy od Dmowskiego, wiedział bowiem co trzeba powiedzieć w tym dziejowym momencie. W cztery dni po deklaracji Jarońskiego, 14 sierpnia 1914 roku, opublikowano podpisaną przez Wielkiego księcia Mikołaja Mikołajewicza, „Naczelnego Głównodowodzącego wojskami Jego Cesarskiej Wysokości” odezwę do Polaków:

„Polacy !
Wybiła godzina, w której marzenie święte ojców waszych i dziadów może się urzeczywistnić. Półtora wieku temu żywe ciało Polski rozszarpane zostało na kawałki, lecz dusza Jej nie umarła. Żyła Ona nadzieją, iż nadejdzie godzina zmartwychwstania narodu Polskiego i jego pogodzenia się braterskiego z Wielką Rosją.
Wojska rosyjskie niosą wam błogą wieść tego pogodzenia. Niech znikną granice, które rozdzieliły na kawałki naród Polski ! Niech złączy się On w jedną całość pod berłem Cesarza Rosyjskiego! Pod berłem tym odrodzi się Polska, wolna pod względem swej wiary, języka i samorządu.
Jednego oczekuje Rosja od was: takiegoż poszanowania dla praw tych narodowości, z którymi złączyła was historia. Z sercem otwartym i bratersko podaną dłonią idzie do was na spotkanie Wielka Rosja. Wierzy Ona, iż nie zardzewiał miecz, który rozgromił wroga pod Grunwaldem.
Od brzegów Oceanu Spokojnego do mórz Północnych dążą hufce rosyjskie. Jutrzenka życia nowego świta dla was. Niech zabłyśnie w tej jutrzence znamię krzyża, symbol cierpienia i zmartwychwstania narodów”.

Michał Sokolnicki, jeden z najwybitniejszych piłsudczyków, napisał w swojej książce „Rok czternasty”: „Zanim zajęliśmy Kielce otrzymano tam wiadomość o manifeście wielko-książęcym i tamże pierwszy raz czytaliśmy jego tekst. Doszły też zapewne wiadomości o popartej przez Romana Dmowskiego i zachwalanej przez niego jeszcze w późniejszych latach deklaracji złożonej w Dumie przez posła ziemi kieleckiej, Wiktora Jarońskiego. Poglądy braci szlachty były więc w większości raczej rusofilskie”.

Chłodne, a nawet wrogie przyjęcie strzelców w Kielcach nie było więc, jak często pisze się u nas, wynikiem braku patriotyzmu i świadomości narodowej mieszkańców Kielecczyzny, ale rezultatem wieloletniej pracy politycznej Narodowej Demokracji i autorytetu, jakim cieszył się ten obóz polityczny, w tym także osobiście Wiktor Jaroński. Szok, jaki przeżyli strzelcy Piłsudskiego znalazł swój ślad w obraźliwych pod adresem Polaków z Królestwa fragmentach pieśni „My, Pierwsza Brygada…” Po 1926 roku sanacja „zemściła” się na Kielcach czyniąc go miastem na wskroś legionowym, i tak jest i obecnie. Mieszkańcy tego miasta i ogół Polaków nie mają świadomości tego, co naprawdę wydarzyło się w Kielcach w sierpniu 1914 roku. Nie mają też pojęcia kim był Wiktor Jaroński, skromny poseł z Kielc, który wygrał z Józefem Piłsudskim…

Na koniec warto jeszcze powiedzieć znaczeniu jakie dla Polski miała klęska polityczna Piłsudskiego w Kielcach. Po latach tak podsumował to Roman Dmowski w „Polityce polskiej i odbudowaniu państwa”:

„Nie było tragedią powstanie Naczelnego Komitetu Narodowego w Krakowie, w którego „naczelną" rolę nikt ani w kraju, ani za granicą nie wierzył. Nie były nią formacje legionowe w Galicji, a nawet wymaszerowanie z Krakowa do Kielc legionu pod dowództwem Piłsudskiego, jako mianowanego rzekomo przez „rząd narodowy” w Warszawie komendanta polskich sił wojskowych. Nie były nią wreszcie szumne i groźne, zapowiadające bezwzględność dla „zdrajców”, odezwy.

Tragedia rozpoczęłaby się dopiero, gdyby rząd narodowy, wypowiadający wojnę Rosji, naprawdę w Warszawie istniał, gdyby w odpowiedzi na zjawienie się legionu w granicach Królestwa wybuchło tu powstanie. Gdyby był taki ruch się zjawił i ogarnął kraj, cała nasza polityka znalazłaby rychły koniec. Długo byśmy pewnie wtedy nie czekali na pokój między Rosją a Niemcami, pokój, który by uregulował wiele spraw, a przede wszystkim sprawę polską. I to dobrze, na długo...

Odegralibyśmy wtedy niemałą rolę w dziejach Europy. Niemcy, uwolnione od wojny na froncie wschodnim, rzuciłyby wszystkie swe siły na zachód i w krótkim czasie rozbiłyby odosobnioną Francję. Uwolnilibyśmy Europę od długiej wojny, a siebie od kłopotów z własnym państwem. Gdyby wszakże tak się było stało, uważałbym, że nie mam prawa składać winy na legiony, na ich dowódców, na polityków krakowskich.

Wina byłaby przede wszystkim nasza. Ludzie, którzy od tak dawna zajmowali się sprawą polską i znali jej położenie, którzy w niej sobie wytknęli wyraźną drogę, a nie umieli tyle zorganizować społeczeństwa, żeby ich jako tako rozumiało i żeby w rozstrzygającej chwili przeciw nim nie poszło, złożyliby dowód niesłychanego niedołęstwa i ponieśliby straszną odpowiedzialność przed historią. Szkodnicy, świadomi czy nieświadomi, istnieją wszędzie, ale przywiązanie do ojczyzny u narodów zdrowych i silnych polega nie na tym, żeby narzekać na szkodników i płakać nad wyrządzoną przez nich szkodą, jeno na przeciwdziałaniu szkodzie, na kierowaniu postępowaniem narodu tak, żeby była ona niemożliwa.

Byliśmy wszakże spokojni. Na chwilę nawet nie obawialiśmy się, ażeby ruch galicyjski mógł się przenieść na teren Królestwa. Ci zwolennicy, których miał w Królestwie, nie przedstawiali takiej siły”.

Jan Engelgard
Na zdjęciu: Wiktor Jaroński w 1912 jako poseł Dumy (zdjęcie znajduje się w jednym z archiwów rosyjskich).