piątek, 29 sierpnia 2014

Boży szaleniec z Holandii



„W tym szaleństwie jest metoda” – hasło to mogłoby być dewizą księdza Jana Koopmana. Ten holenderski duchowny nie uważał żadnego przedsięwzięcia za zbyt szalone, o ile miałoby ono bronić życia. Jego bój o nienarodzonych trwał nieprzerwanie niemal 20 lat.


Kiedy w 1973 roku ksiądz Koopman wrócił z placówki misyjnej w Brazylii, napotkał w ojczyźnie kobiety przekonujące, że chcą być „Paniami swojego brzucha”. Fundacja na rzecz Medycznego Przerywania Ciąży Stimezo starała się o legalizację aborcji w specjalnych klinikach. Kapłan szybko rozpoczął organizowanie ruchu przeciwnego: powołał Fundację Prawo Bez Różnicy, której nazwę skracano do Stirezo i od 1974 roku rozpoczął demonstracje u drzwi pierwszej z powstałych „klinik” aborcyjnych Bloemenhove w Heemstede.

W szczytowym okresie holenderskiego ruchu pro-life, w 1976 roku, ksiądz Koopman zgromadził 20-tysieczny tłum na haskim marszu przeciwników legalizacji aborcji. W tym samym roku do parlamentu trafił wniosek „o ochronę ludzkiego życia” opatrzony podpisami 700 000 Holendrów, a będący rezultatem ogólnokrajowej akcji przeprowadzonej przy współudziale wszystkich większych organizacji pro-life.

Ksiądz Koopman nie tylko jednak rozprzestrzeniał foldery i ulotki, mówiące o tym, że zabijanie dziecka w łonie matki jest obrzydliwe w oczach Boga, ale organizował też bardziej spektakularne akcje. W 1978 roku spędził kilka dni o chlebie i wodzie na szczycie dźwigu w Amsterdamie, a któregoś roku w święto Świętych Młodzianków uruchomił dzwony na Martinitoren, najwyższej, niemal stumetrowej wieży wznoszącej się nad rynkiem w Groningen.

Po tym jak w 1980 roku aborcja jednak została zalegalizowana, ksiądz był regularnym gościem pod Binnenhofem, siedzibą holenderskiego parlamentu, gdzie pojawiał się przez 13 lat w każdy trzeci wtorek miesiąca, by wraz z grupą wiernych odmawiać różaniec w intencji nienarodzonych. Nigdy nie opuścił swojego stanowiska. Przy 14 stopniach poniżej zera stał po prostu na stosie gazet. Po raz ostatni pojawił się na pod budynkiem parlamentu we wrześniu 1994 roku.

Ksiądz Jan Koopman w swojej czarnej sutannie, z różańcem w ręku i z figurą Najświętszej Marii Panny na ramieniu był postrzegany jako wzorzec katolickiego duchownego. Nie brakowało mu nigdy odwagi. Szybko zauważył, że sojuszników w walce o szacunek dla życia można znaleźć również wśród protestantów. Zaproszony do Radia Ewangelickiego, przybył tam w sutannie i nie miał żadnych oporów przed głoszeniem tego, co głosił zawsze.

Legalizacja aborcji była w oczach księdza Koopmana, niegdysiejszego członka ruchu oporu, „najgorszą tragedią”, jaka dotknęła Holandię, ale dostrzegał też inne katastrofy. I tak, kiedy w 1987 roku uprowadzony został przedsiębiorca Gerrit Jan Heijn, zorganizował szturm modlitewny. Rok później przestrzegał przed filmem „Ostatnie Kuszenie” Martina Scorsese: - Oglądać bluźnierczy film to czynić sobie szkodę duchową. Dla każdego życie to podroż w jedna stronę: do wiecznego szczęścia lub potępienia – głosił.

Urodzony w 1920 roku Jan Koopman był synem rolnika z prowincji Holandia Północna. Jako młody mężczyzna w czasie wojny brał udział w antynazistowskim ruchu oporu, za co został odznaczony przez królową Wilhelminę. Dopiero po wojnie odkrył powołanie do kapłaństwa i wstąpił do zgromadzenia księży od Najświętszego Sakramentu (Societas Sanctissimi Sacramenti), których dom w Holandii znajduje się w Brekkenstein nieopodal Nijmegen. W mieszczącym się w pobliżu Berchmanianum zmarł w 1997 roku. W ostatnich latach życia ksiądz Koopman nie mógł już mówić i poruszał się na wózku inwalidzkim. W tym czasie jego walka przybrała wyłącznie duchowy charakter.



maw


czwartek, 28 sierpnia 2014

Kontynuacja artykułu: Ukraina. Psy szczekają, karawana idzie dalej. Z cyklu - Listy do Wnuczka. #3



„Los państwa zależy od wychowania młodzieży”, Arystoteles Biblioteka Aleksandryjska IV w p.n.e
                 
Jak wiadomo w kraju nad Wisłą od kilku pokoleń trwa systematyczny spadek oświaty. Poniżej przytoczę fragment raportu p.mjr „Lawicza - Olechnowicz” z maja 1945 roku o sytuacji na kresach:
„Sowietyzacja wszystkich działów życia państwowego na terenie objętym sprawozdaniem została dokonana w pełni [po roku od wkroczenia sowietów-jj]. Wszelkie związki gospodarcze i społeczne, nie mówiąc już o politycznych, są ujęte przez NKGB [NKWD]. Władze mają przez to możność dokładnej penetracji zarówno grup, jak i poszczególnych jednostek. Na usługach NKWD są prawie wszyscy; dozorcy i zarządcy domów znacjonalizowanych, wiele kelnerek i fryzjerów itp. Szkoły roją się od pionierów i komsomolców, których zadaniem jest wszystko widzieć i donosić. Ostatnim wyczynem pionierów jest niszczenie grobów członków AK. Do szkół, szczególnie wyższych, wprowadzono związek zawodowy i partię całkowicie tłumiąc działalność naukową”.


To był rok 1945 i pełna sowietyzacja. Obecnie mamy rok 2014 czyli już 25 lat po rzekomej odnowie i w szkołach wyższych wszelkiej maści mamy nie jeden ale kilka związków zawodowych i kilka partii. I proszę zauważyć to nikomu nie przeszkadza. Jeszcze głośno krzyczą te „profesórki” jaką to mamy demokrację. Dlatego w Polsce mamy ok. 100 patentów rocznie, a taka np. Korea Płd ma ich 14500 rocznie. Jak powtarza to p.prof. Bogusław Wolniewicz „Zgodnie z prawem Newtona masa zawsze cięgnie w dół”.

Nie przeszkadza to organizowaniu częstych jubileuszy i nagradzaniu siebie nawzajem w myśl zasady „spółdzielni samopomocy”. Rolę NKWD przejęły Izby Skarbowe mające większe pełnomocnictwa aniżeli służby specjalne. Czyli inna nazwa, a zakres działania ten sam. Musisz więc zrozumieć Drogi Wnusiu na czym polega pranie mózgu. To samo tylko inaczej nazywane. Potem już demokratycznie, opinia związku negatywna i nie możesz awansować, nie dostaniesz pieniędzy na granty i Twoje ambitne plany naukowe zostają przekreślone. No, a jak nie masz publikacji to wylatujesz z uczelni.

Wracając do Ukrainy, to musisz wiedzieć, że zatwierdzony na Malcie program podziału Sowietów przewidywał zminimalizowanie ich demografii. Stąd podział na mniejsze jednostki terytorialne. Czyli mniejszy potencjał wojskowy- mobilizacyjny. Czyli w razie buntu, mniejsze koszty jego likwidacji. Sowieci z ponad 220-milionowego kraju, spadli do ok. 140 milionów. O tym, że Ukraina, jako naród nie istnieje, pisałem już kilka miesięcy temu. Ostatnio nawet przewodniczący ONZ [08.05.2014r.] oficjalnie przyznał, że tzw. władze ukraińskie nigdy nie „zarejestrowały” swoich granic, więc nie można mówić o jakimkolwiek ich łamaniu przez kogokolwiek. 

I tutaj ciekawostka, dlaczego taki pan generał Koziej, aktualny szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, o tym nie wie i publicznie twierdzi, że Rosja złamała prawo międzynarodowe? Czyli albo Rada Bezpieczeństwa ONZ albo p. generał Koziej kłamie. Musisz sam rozstrzygnąć.

Drugim problemem jest istnienie i finansowanie tego tworu, który nazywa się Biurem Bezpieczeństwa Narodowego w świetle wypowiedzi innego ministra tego rządu, Ministra Spraw Wewnętrznych - czyli resortu siłowego. Jeżeli, jak twierdzi minister Spraw Wewnętrznych, państwo polskie istnieje tylko formalnie, to po co istnieje tzw. Biuro Bezpieczeństwa Narodowego? Czyżby chodziło tylko o ciepłe posadki dla znajomych króliczka?

A tak na marginesie, ciekawe, czy po 1990 roku te wydmuszki zarejestrowały granice Polski? Przypomnę, że w 1939 roku także „nasze” władze zapomniały wypowiedzieć wojnę Sowietom 17 września, w chwili łamania przez nich granicy z Polską. I to zapomnienie utrzymywało się do końca wojny. Zawodowi dezinformatorzy zwani historykami, dziwnym trafem, pomijają te okoliczności. Dlaczego „zapomniano”?

Jak można zamieszać maluczkim w głowach, świadczy fakt stworzenia tzw. socjologii, czy politologii, przedmiotów, mających bez zgrzytów wprowadzać zmiany w umysłach pospólstwa. Typowym przykładem jest dyskusja o komunizmie i kapitalizmie, tak jakby to nie było to samo. W jednym i drugim przypadku chodzi o stworzenie monopolu na pieniądze. Robi się to w jednym i drugim przypadku poprzez służby specjalne. W jednym i drugim przypadku do szczytu piramidy można się dostać tylko przez małżeństwo, lub adopcję. Wszyscy inni pełniący funkcje dyrektorów, prezesów korporacji itd., są jedynie wydmuszkami. Najlepszym przykładem tego są nagłe i niespodziewane zgony tych osób, w Polsce na przykład Sekuły, Papały, czy nawet starego Wilczka. A na zachodzie np. szefa CIA z czasów prezydenta Raegana - W.J.Casey.

Wracając do państw i granic. O tym, że nawet legalne istnienie jakiegokolwiek państwa nie ma żadnego znaczenia, najlepiej świadczą losy Jugosławii, czy Iraku, lub Libii. Pomimo, że kraje te nie były w NATO, a doktryna NATO zabraniała atakowania obcych państw, zostały zaatakowane i zniszczone. Efektem było stworzenie wydmuszek w rodzaju dawnych księstw. Natomiast jak do Iraku czy Afganistanu Amerykanie weszli, to wyjść nie mogą i jedynym rezultatem ich obecności jest wzrost produkcji narkotyków, o czym już pisałem.

Musisz pamiętać, że np. od 1904 Ameryka opracowała tzw. „kolorowe plany”, w których poważnie podchodziła do ataku na inne kraje, nawet na Kanadę czy Anglię. Plan ataku na Kanadę przewidywał uderzenie zmasowane lotnictwa na największe miasta z użyciem gazów bojowych. Modyfikacja planu z 1935 roku przewidywała dodatkowe uderzenie na Vancuwer. Uzasadnieniem było twierdzenie szybszego zakończenia wojny i mniejsze straty własne.

Postały twór w 1991 roku, na skutek uzgodnień na Malcie, zwany Ukrainą, był drugim najbiedniejszym krajem w Europie. Na pierwszym miejscu była Mołdawia. Badania dokonał MFW, oceniając stosunek PKB do parytetu siły nabywczej PPP. Jest to podobno najbardziej obiektywna miara zamożności społeczeństwa. W tym porównaniu Rosja jest 2.5 razy bardziej zamożna, Polska prawie 3 razy bardziej, a USA 7 razy bogatsze. W 1994 roku w Budapeszcie -  Rosja, USA, Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej, potwierdziły swoje zaangażowanie na Ukrainie, zgodnie z zasadami Aktu Końcowego Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie DO POSZANOWANIA I SUWERENNOŚCI ORAZ ISTNIEJĄCYCH GRANIC. Problem polega na tym, że zapomniano te granice określić.

Cel rozbioru „imperium” Sowieckiego był jednoznaczny: sprywatyzować, czyli oddać korporacjom zachodnim bogactwa naturalne. Aby tego dokonać zgodnie z prawem, trzeba było to prawo stworzyć. Podobnie zresztą było z Polską. To w stanie wojennym premier Rakowski tworzył prawo umożliwiające powstawanie spółek z kapitałem zagranicznym w kilka lat później. W ten sposób powstawali tzw. oligarchowie, czyli wystawieni przez służby specjalne aktorzy, reprezentujący formalnie nowo powstające konsorcja. Zazwyczaj był to jeden człowieczek. Tzw. rady nadzorcze powstawały w nieznany bliżej sposób i skład ich nie był podawany do publicznej wiadomości.

Tak wiec po 10 latach mieliśmy na Ukrainie oligarchów, powstałych z ludności, która zarabiała średnio 40 dolarów miesięcznie. Taki „oligarcha” mógł kupić na przykład stocznię w Gdańsku, czy hutę w Polsce. Kupował przecież u kolegów. Co prawda nic nie zbudował, ale był to doskonały pretekst do wyprowadzenia pieniędzy z Ukrainy. Przecież prywatny właściciel czegoś tam, może robić co chce ze swoimi pieniędzmi. A że je stracił akurat w Polsce? A kogo to obchodzi, byleby płacił podatek zgodnie z przepisami i dał się pożywić innym. W ten prosty sposób doprowadzono do sytuacji, w której w roku 2010 pięćdziesięciu najbogatszych oligarchów kontrolowało ponad 50% produktu krajowego brutto. Dzięki ich działalność tylko od 2009 roku PKB spadł o 15 %. W przeciągu tylko 3 kwartałów 2013 roku eksport spadł o 49%.

Utworzenie tzw. Partnerstwa Wschodniego w 2009 roku, miało na celu wprowadzenie kapitału zachodniego w celu drenażu bogactw naturalnych Ukrainy i pozostałych 6 krajów. Chodziło nie tylko o gaz, czy ropę, ale i materiały strategiczne, niezbędne do produkcji ”kosmicznej”. Kopalnie na Ukrainie zajmują 2 miejsce na świecie w wydobyciu tych minerałów. Zasoby gazu w dawnych rejonach Podola, to ponad 40 bilionów metrów sześciennych. Podobno wystarczy tego na 50 lat dla całej Europy. Wymiana handlowa Unii Europejskiej z Ukrainą, w okresie kilku lat wzrosła z 11.9 miliarda euro, do 29.5 miliarda euro w 2012 roku. UNIA EUROPEJSKA NOTUJE NADWYŻKĘ rzędu 3.3 miliarda w okresie tylko pierwszych 6 miesięcy 2013 roku. Największymi eksporterami są Niemcy i Włochy. Jednocześnie rosło zadłużenie Ukrainy w bankach zachodnich i MFW. Sama spłata odsetek to ok. 25 miliardów dolarów rocznie. Tyle co pomoc finansowa oferowana przez kraje zachodnie po wyborach. 

W okresie od 1994 do 2009 roku system prawny tak zagmatwano, że praktycznie społeczeństwo stale zmuszane było do łamanie prawa. To urzędnicy decydowali, co jest słuszne, a co nie. Karano wszystkich, którzy przeciwstawiali się władzy. W Polsce znamy to doskonale, ponieważ te same metody niespójnego prawodawstwa stosowano od 1990 roku. Niszczono każdego, kto nie chciał płacić, w takiej lub innej formie, odpowiednim.....[wpisz właściwe słowo]. Na Ukrainie próbowano w 2010 roku wprowadzić reformę sądownictwa, ale podobnie jak w Polsce spełzła ona na niczym. Stara gwardia potomków 3 -y miesięcznych kursantów się obroniła. Łapownictwo na wysokim szczeblu było powszechne. Najważniejsze dwie sprawy w państwie, to edukacja i demografia. Edukacja Ukrainy opiera się w większości na kadrze z okresu komunistycznego. Podobnie jak to jest w Polsce. Trudno więc oczekiwać jakiś wymiernych efektów. Jedynym efektem, podobnie jak w Polsce, jest systematyczne obniżanie poziomu edukacji.

Jak już pisałem, Ukraina się wyludnia. Podobno od 1990 roku wyjechało za chlebem ponad 5 milionów ludzi. Powstają te same problemy, co w Polsce: rozbite małżeństwa, samotne dzieci i spadek przyrostu naturalnego. Na 45 milionów ludzi jest aż 14 milionów emerytów. Jest to prawie 3 razy więcej, aniżeli w Polsce. W Polsce, jak podała Rzeczypospolita, liczba emerytów w kwietniu 2014 roku wynosiła 4 940 000, czyli tyle samo, co w lutym 2009 r. Polska liczy ok. 38 milionów obywateli. Emerytury na Ukrainie pochłaniają 18% PKB, który obniżył się realnie do ok. 500 dolarów na statystyczną głowę.


POLECAM zdobycie do własnej biblioteczki książki p.Jana Głuszenia pt; „Maria Rodziewiczowna Strażniczka Kresowych Stanic”. Jest to przepiękna opowieść o starych Kresach życiu ludzi na tych terenach i ich walce z przyrodą i nie tylko, o utrzymanie polskości. Książka powinna się znaleźć w każdej Rodzinie z Korzeniami.


c.d.n.



środa, 27 sierpnia 2014

W Iraku trwa ludobójstwo chrześcijan



W Iraku dokonuje się ludobójstwo. Świat musi nam pomóc!”. Z tym dramatycznym apelem do wspólnoty międzynarodowej zwrócił się chaldejski arcybiskup Mosulu – miasta, gdzie po raz pierwszy od prawie dwóch tysięcy lat nie ma ani jednego wyznawcy Chrystusa. Abp Amel Shamon Nona wyznaje, że islamscy fundamentaliści świadomie dążą do wyczyszczenia Iraku z chrześcijan.

„To nie są przypadkowe działania. Domy chrześcijan zostały najpierw oznaczone, tak by można je było bez problemu zidentyfikować. Kolejnym krokiem było jednoznaczne ultimatum: przejście na islam albo śmierć” – mówi abp Nona. Ostateczny cios wspólnocie chrześcijańskiej dżihadyści zadali w miniony piątek. Dali im jeden dzień na podjęcie decyzji. Po czym, jak napisali w liście, który otrzymały chrześcijańskie rodziny, „między wami a nami będzie tylko miecz”. Tego samego dnia z Mosulu uciekli ostatni wyznawcy Chrystusa. Wcześniej zostali doszczętnie ograbieni, zelżeni z powodu swej wiary i pobici.

Ofensywę w Mosulu dżihadyści zaczęli od zniszczenia krzyży na świątyniach i umieszczenia w ich miejscu flag swojego ugrupowania. Potem dopełnili swego dzieła, rozbijając figury świętych, niszcząc kościoły oraz m.in. paląc biblioteki zawierające bezcenne dzieła. Obecnie ich ofensywa skierowana jest na okoliczne miasteczka. Bojownicy Islamskiego Kalifatu zajęli klasztor poświęcony irackim męczennikom Mor Benhamowi i jego siostrze Sarze, wypędzili stamtąd syryjsko-katolickich mnichów. W czasie ataku zabili także muzułmanów, którzy bronili tego miejsca. Spalili również klasztor św. Jerzego. Coraz otwarciej atakowani są także muzułmańscy szyici, uważani przez sunnickich dżihadystów za wrogów kalifatu. Także ich domy są znaczone. Pojawia się na nich słowo: „odstępca”.

„Jesteśmy na krawędzi wojny domowej, która doprowadzi do rozpadu Iraku. Oznaczałoby to nie tylko śmierć niewinnych ludzi, ale i miliony uchodźców. Dołączyliby oni do 6 mln Syryjczyków, którzy uciekli ze swej ojczyzny” – mówi zwierzchnik katolików obrządku chaldejskiego w Iraku. Patriarcha Louis Sako podkreśla, że wspólnota międzynarodowa musi się wreszcie obudzić i podjąć konkretne działania, które pozwolą zapobiec najgorszemu.



Radio Watykańskie, kra

wtorek, 26 sierpnia 2014

Międzynarodowe poparcie dla prof. Chazana

fot. Jakub Szymczuk/Foto Gosc/FORUM /
Gosc Niedzielny/Forum /Gosc Niedzielny/Forum

„Stanowisko Profesora Chazana jest dyskredytowane w oparciu o błędne założenia. Jesteśmy głęboko zaniepokojeni faktem, iż urzędnicy państwowi ulegają tym założeniom i tym samym jeszcze bardziej dyskredytują Profesora Chazana” – czytamy w oświadczeniu Europejskiej Federacji Ruchów Obrony Życia „Jeden z Nas”.



Europejskie Ruchy Pro-Life wyraziły swoje poparcie dla prof. Bogdana Chazana.  „Chcemy wyrazić nasze jednoznaczne poparcie dla niewzruszonej postawy Profesora Bogdana Chazana w walce o wolność sumienia w Polsce, zwłaszcza zaś o wolność sumienia lekarzy upominających się o poszanowanie prawa do życia najsłabszych spośród nas” - czytamy w oświadczeniu Europejskiej Federacji Ruchów Obrony Życia „Jeden z Nas”.

Największa organizacja pro-life na kontynencie, zrzeszająca organizacje pozarządowe z niemal wszystkich krajów Unii Europejskiej przekonuje w swoim oświadczeniu, że prof. Chazan, swym zaangażowaniem na rzecz ochrony życia zarówno matki, jak i dziecka, jest wzorem do naśladowania dla wszystkich ludzi, którym droga jest wolność sumienia i ochrona najsłabszych.

„Stanowisko Profesora Chazana jest dyskredytowane w oparciu o błędne założenia. Jesteśmy głęboko zaniepokojeni faktem, iż urzędnicy państwowi ulegają tym założeniom i tym samym jeszcze bardziej dyskredytują Profesora Chazana” – czytamy w oświadczeniu Europejskiej Federacji Ruchów Obrony Życia „Jeden z Nas”.

Organizacja wzywa do ponownego rozważenia „pochopnych decyzji” podjętych w sprawie prof. Chazana, by były one „zgodne z prawem, szanujące godność człowieka, wolność sumienia i fundamentalne prawo do życia”.

W oświadczeniu złożonym w imieniu Komitetu Wykonawczego (władz) Federacji podpisali się obaj prezydenci Federacji: Carlo Casini, były eurodeputowany Europejskiej Partii Ludowej i sędzia włoskiego sądu najwyższego, a dzisiaj przewodniczący największego włoskiego ruchu pro-life „Movimento per la Vita” oraz Jaime Mayor Oreja, w poprzedniej kadencji szef delegacji hiszpańskiej w EPL w Parlamencie Europejskim, a także były minister spraw wewnętrznych Hiszpanii w rządzie Jose Marii Aznara.

Faktem mocnego i jednoznacznego wsparcia Europejskiej Federacji „Jeden z Nas” dla prof. Chazana nie jest zaskoczony Jakub Bałtroszewicz, pełniący obowiązki sekretarza generalnego Europejskiej Federacji. „Sytuacja w której człowiek tej miary - dzięki któremu wzrósł wyraźnie poziom opieki i medycznej troski o polskie matki - zostaje wyrzucony z pracy, jest trudna do wyobrażenia. Warto zauważyć, że wsparcie udzielone przez prezydentów Federacji to wsparcie ludzi pochodzących z tej samej europejskiej rodziny politycznej do której należy rządząca w Polsce koalicja, czyli Europejskiej Partii Ludowej. Bronimy więc Pana Profesora nie z racji politycznych. Wymaga tego – jak wskazuje oświadczenie - szacunek dla prawa, godności człowieka, wolności sumienia i fundamentalnego prawa do życia” - komentuje Bałtroszewicz.

Profesor Chazan jest dobrze znany w europejskich środowiskach obrońców życia i był jednym z kluczowych ekspertów medycznych I Europejskiego Kongresu Ruchów Obrony Życia, który odbył się w listopadzie zeszłego roku w Krakowie.

Europejska Federacja „Jeden z Nas” powstała na gruncie organizacji współpracujących przy Europejskiej Inicjatywie Obywatelskiej o tej samej nazwie. Inicjatywa gromadząc niemal 2 miliony podpisów z 20 krajów UE pod projektem zakazu finansowania z pieniędzy UE aborcji i eksperymentów na embrionach ludzkich, odnotowała największy sukces spośród wszystkich do tej pory zgłoszonych inicjatyw. Komisja Europejska odmówiła jednak podejmowania działań w tej sprawie.

Źródło: KAI

luk


Za: http://www.pch24.pl/miedzynarodowe-poparcie-dla-prof--chazana,24364,i.html

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Co pozostało z Wielkiej Brytanii?

REUTERS / FORUM

Według premiera Davida Camerona sam fakt zamieszkiwania na terenie Wielkiej Brytanii wystarczy, by spełniać kryterium „brytyjskości”. Czyżby wyspiarska tożsamość miała być po prostu swego rodzaju geograficzną przypadłością?


Piewcom śmierci państwa narodowego wydawało się, że może, a nawet powinno ono utracić swoją kulturową treść będącą jakoby zarzewiem niebezpiecznych konfliktów i nośnikiem zniszczenia. Chcieli oni obedrzeć państwo z tej „kulturowej narośli”, pozbawić je z „tożsamościowego balastu”, przemieniając jednocześnie w - jak to określił Dariusz Gawin - narzędzie służące instytucjonalizacji potencjalnych konfliktów społecznych.
Pytanie o to, czy demokracja liberalna w takim kształcie potrzebuje do istnienia podzielanego przez większość obywateli modelu kulturowej tożsamości wydawało się zbędne. Oczywiście, że monokulturowość nie jest wymagana!

A jednak w obliczu ostatnich doniesień na temat wątpliwych owoców, jakie przynosi brak wspólnego fundamentu tożsamości wspólnoty obywatelskiej, wobec skandalu wywołanego operacją „Koń Trojański”, zatrważających liczb brytyjskich ochotników wyjeżdżających na dżihad do Syrii i Iraku (ostrożne szacunki wskazują na to, że jest ich tam około pięciuset), premier David Cameron wystosował swoistą odezwę do narodu, opublikowaną przez gazetę „Daily Mail”. Po dwudniowym pobycie u muzułmańskiej rodziny w Birmingham, zamiast zachęcać islamskich przybyszów do przyjmowania brytyjskich wartości, twierdził, że to Brytyjczycy powinni przyjmować „azjatycki [czytaj:  islamski] styl życia”.

Skąd zatem ta nagła wolta? Być może szef rządu przestraszył się pogróżek młodzieży, która obiecuje zawiesić „czarną flagę dżihadu” nad siedzibą premiera przy Downing Street. Być może to kolejna z typowych zagrywek angielskiego polityka, który powodowany chęcią zadowolenia wszystkich potencjalnych wyborców, znany jest z tego, że wygłasza wzajemnie sprzeczne opinie. Dlatego zamiast cieszyć się jego nagłym otrzeźwieniem, należy uważnie przyjrzeć się temu, co napisał, a przynajmniej podpisał własnym nazwiskiem.

Mianowicie premier próbuje przekonać rodaków do „muskularnej brytyjskości”. Brytyjskość zaś jest przez niego zdefiniowana jako demokracja, równość i tolerancja. Na samym początku nie można zatem nie zauważyć pewnej sprzeczności w apelu Camerona, który z jednej strony przekonuje, że tolerancja stanowi samo jądro brytyjskości, z drugiej zaś nawołuje do braku tolerancji wobec wartości, które brytyjskie nie są, wszystko po to, żeby ową brytyjskość promować. Zgodnie z tą logiką, Brytyjczycy powinni postępować wbrew brytyjskości!

Dalej jest jeszcze ciekawiej, bowiem premier twierdzi, że demokracja, równość i tolerancja są „tak brytyjskie jak Union Jack, piłka nożna i ryba z frytkami”. Nie można się oprzeć wrażeniu, iż to porównanie jest nieco uwłaczające. Uwłaczające tak dla wartości, które rzekomo określają brytyjskość, jak i dla niej samej, bez względu na to, jak zechcemy ją zdefiniować. Szowinizm, chuliganeria i fast food? Czy naprawdę tylko najgorsze truizmy i karykaturalne wyobrażenia rodem z Monty Python’a mają stanowić źródło dumy narodu? Osobiście wolałabym podnieść poprzeczkę nieco wyżej, ale też ja nie jestem politykiem wybranym przez masy.

Kolejny problem z narracją Camerona, podporządkowującą historię i tradycję narodową kryterium li tylko dojścia do demokracji, równości i tolerancji, to fakt, że czyni on Wielką Brytanię znaną nam z kart historii… paskudnie niebrytyjską. Był to wszakże kraj nie za bardzo demokratyczny - pierwszy parlament, w którego skład weszli wybrani członkowie, tzw.  parlament de Montforta z roku 1265, przetrwał zaledwie 26 dni, potem zaś nastała demokratyczna ciemność, którą zmienił dopiero akt reformy z 1832 roku. Kraj, w którym zdecydowanie nie panowała równość (wystarczy wspomnieć osławiony Popery Act z roku 1698, by nie wdawać się w dyskusję na temat brytyjskiego społeczeństwa klasowego, które przebija jedynie hinduski system kastowy); można też było wyczuć zdecydowaną awersję do tolerancji, szczególnie religijnej (wymienię dwa wybitnie antykatolickie akty prawne - Act of Uniformity oraz Act of Settlement z 1701 - do tego można dodać przysięgę zwierzchności, jaką zobowiązany był złożyć każdy obywatel obejmujący kościelne lub państwowe stanowisko i która w efekcie wykluczała katolików z życia publicznego).

Wydaje się zatem, że sposób, w jaki premier Cameron definiuje i rozumie brytyjskość jest co najmniej problematyczny. Obowiązujące prawo i klimat polityczny są zgodne co do założenia, że brytyjskość musi być dostępna dla wszystkich, że niedozwolony będzie jakikolwiek przejaw zamykania się. A jednak wydaje się, że w całym tym zamieszaniu „brytyjskość” komuś pomyliła się  z liberalizmem. Oczywiście liberalizm można określić mianem brytyjskiego wynalazku, chociaż jest on odkryciem relatywnie nowym. Ale to tylko jeden z wielu sposobów wyrażania brytyjskości. Nie dość jednak, że dla premiera liberalizm jest samą jej esencją. Cameron mówi, że liberalne państwo nie toleruje niczego, co nie jest liberalne. Wymaga ono całkowitego konformizmu, totalnego dostosowania się do swoich liberalnych wartości. Zatem, jeśli jądrem owych liberalnych brytyjskich wartości ma być tolerancja, jak zatem można wymagać od ludzi nietolerancji w celu pogłębienia brytyjskości? Wydaje się to raczej sprzeczne, nie tylko z opiewaną przez premiera brytyjskością, ale przede wszystkim ze zwykłą logiką.

Innymi słowy, muszę wyznać panie premierze, że w moim odczuciu pańskie dywagacje na temat „muskularnej brytyjskości” są tylko pustą retoryką pozbawioną jakiegokolwiek głębszego znaczenia. Sam pan wszakże przyznaje, że chodzi mu tylko o to, żeby w Wielkiej Brytanii ludzie z różnych krajów, kultur i grup etnicznych byli w stanie zbudować wspólny dom. Tak to właśnie zostało określone. Oskubana z frymuśnych piórek retoryki brytyjskość ma sprowadzać się zatem do przebywania na terenie Wielkiej Brytanii. Jest to brytyjskość jako przypadłość geograficzna – nic więcej. Bardzo to smutne.


Monika Gabriela Bartoszewicz