piątek, 8 sierpnia 2014

Atak na prof. Chazana ma zamaskować błędy „in vitro”. „Uszkodzony płód” bez połowy głowy to efekt sztucznego zapłodnienia. Czy zabijanie „nieudanych egzemplarzy” to standard?


Prof. Bogdan Chazan nie chciał zabić chorego dziecka, które poczęli „na szkle” jego koledzy po fachu. Mimo, że sam sprzeciwia się zapłodnieniu in vitro, każde istniejące życie ludzkie jest dla niego świętością. Choć dołożył wszelkich starań, by uratować upragnione i długo wyczekiwane dziecko pacjentki, która do niego trafiła, został okrzyknięty przestępcą. Według mediów „odmówił pomocy kobiecie, której płód był uszkodzony”. Kto sformułował to stwierdzenie? Lobby proaborcyjne czy pacjentka, która mogła złożyć „reklamację” na źle przeprowadzoną kosztowną procedurę in vitro? Wygląda na to, że wściekła nagonka na prof. Chazana ma zamaskować brutalną prawdę o zapłodnieniu „na szkle”.


Gdyby pan profesor przyjechał teraz do mnie do kliniki i zobaczył to życie, które uratował, to chyba miałby trochę inne podejście. To jest dziecko, które nie ma połowy głowy, ma mózg na wierzchu, ma wiszącą gałkę oczną, ma rozszczep całej twarzy, nie ma mózgu w środku i będzie umierało przez najbliższy miesiąc albo dwa, bo ma zdrowe serce i zdrowe płuca, aż umrze w końcu z powodu jakiegoś zakażenia. A kobieta, która urodziła to dziecko musiała mieć zrobione cięcie cesarskie. To jest sukces profesora Chazana

– przekonywał histerycznie na antenie TVN24 prof. Romuald Dębski, szef Kliniki Ginekologii i Położnictwa Szpitala Bielańskiego w Warszawie. Dlaczego pomija fakt, że dziecko zostało poczęte wskutek zapłodnienia in vitro? Jest przecież czołowym zwolennikiem tej metody, aktywnie lobbującym za finansowaniem jej z budżetu państwa.

Zwolennicy metody in vitro powinni przy tej okazji odpowiedzieć podstawowe pytania:

— Ile dzieci „poczętych w ten sposób ma tak poważne nieprawidłowości rozwojowe? — Ile z nich, będących pod opieką klinik in vitro, zostaje zabitych w łonie matek? — Ile kobiet ma świadomość głębokiego niedorozwoju ich dzieci, zanim podjęta zostaje decyzja o aborcji? — Jakie fakty ukrywają salonowi medycy, którzy nakręcają biznes swoim klinikom?

Sprawa dziecka ocalonego przez prof. Chazana ujawnia porażającą rozbieżność w podejściu do pacjenta przez dwie grupy medyczne – lobbystów i służących. Ci pierwsi, jak widać skupieni na poprawie jakości produktu zdrowia reprodukcyjnego, nie uznają kategorii świętości życia. Felerny „produkt” ma trafić do kosza i nie psuć statystyk. Drudzy, bezinteresownie i do ostatniej chwili ratują życie, nie bacząc na cenę, jaką mogą za to zapłacić.

Zaproponowałem opiekę podczas ciąży, a także w czasie porodu i po porodzie. Osobiście nawiązałem kontakt z hospicjum prenatalnym, gdzie zgodzono się na udzielenie profesjonalnej pomocy

– wyjaśnia dyrektor szpitala Św. Rodziny. Prof. Chazan wielokrotnie dementował nieprawdziwe zarzuty, jakie formułowano pod jego adresem. Nie jest prawdą, że kobieta przechodziła serię badań, a on sztucznie przedłużał moment postawienia diagnozy. „Odpowiedź na prośbę pacjentki w sprawie dokonania aborcji przekazałem jej następnego dnia” – wyjaśnia. Szpital, którym kieruje słynie z faktu, że nie ma w nim miejsca zabijanie dzieci nienarodzonych. Skierowanie do niego kobiety przez Centrum Zdrowia Dziecka sprawia wrażenie działania prowokacyjnego. Wygląda na krok wyprzedzający fatalne w skutkach zdarzenie, które mogłoby uderzyć w dobry PR „in vitro”. Jednocześnie to dobry moment, by wykorzystać odwrócenie uwagi do zaszczucia lekarzy-katolików i przygotować opinię publiczną do zliberalizowania przepisów medycznych.

Przypadek ten można by śmiało wykorzystać do skompromitowania metody in vitro. Jednak prof. Chazan, do którego trafia kobieta z dzieckiem nic takiego nie robi. Ma głęboką świadomość dramatu, jaki przeżywa jego pacjentka. Wie, że ma za sobą trudne ciąże, których nie udało się utrzymać. Wie, że pragnie być matką i właśnie dlatego zdecydowała się na sztuczne zapłodnienie. Zdaje sobie sprawę jakim bólem jest dla kobiety strata upragnionego dziecka i jak potężne spustoszenie zostawia w jej psychice syndrom postaborcyjny.

Lekarstwem na problem wady rozwojowej nie jest zabicie dziecka. Celem lekarzy nie jest czyszczenie populacji z ludzi, którzy są nieprawidłowo ukształtowani, którzy są chorzy

-– podkreśla prof. Chazan.

Gdzie więc ta rzekoma stygmatyzacja dzieci z „in vitro”, którą za każdym razem zarzuca się katolikom? A może wreszcie należałoby stawić czoła zamiatanym pod dywan doniesieniom o wysokiej zawodności tej metody zapłodnienia?

Ministerstwo Zdrowia powinno natychmiast zrewidować procedury i sprawdzić, czy przeznaczając prawie 300 mln złotych z wydrenowanej kieszeni resortu na refundację „in vitro” nie działa na szkodę pacjentów. Przypadek dziecka „z połową głowy i mózgiem na wierzchu” przedstawia się jeszcze bardziej niepokojąco na tle raportu, który resort Arłukowicza opublikował z dumą kilka dni temu. 1 lipca 2014 minął rok od wprowadzenia rządowego projektu dofinansowywania in vitro z budżetu. Z raportu wynika że z zarejestrowanych 11789 par, do programu zakwalifikowano 8685. W trakcie „leczenia” jest 7939 par, wśród których jest 2559 ciąż. **Jak na razie w ramach programu urodziło się tylko 214 dzieci. Co z pozostałymi? Ile z nich z ciężkimi wadami niedorozwojowymi nie przetrwało ciąży?

Z pieniędzy podatników wydano na dofinansowanie in vitro 72.4 mln zł, czyli ciąża każdej pary kosztowała budżet ok. 8300 złotych, co stanowi tylko część bardzo drogiej procedury, sięgającej od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy złotych. Jak widać system sprawdza się świetnie – publiczne pieniądze trafiają na konta prywatnych klinik a rządowy program nagania im klientów. Największy beneficjent z grona kilkunastu klinik otrzymał od resortu zdrowia ponad 17 mln złotych. **Wszystko odbywa się w świetle prawa, które wprowadziła samowładnie wąska grupka zainteresowanych. Biznes się kręci, a zainteresowani jego rozwojem zrobią wszystko, żeby utrzymać wrażenie jego nieskazitelności.

Gdyby kobieta, która zapłaciła grube tysiące za dramat ciąży i urodzenie chorego dziecka z połową czaszki, wytoczyła klinice proces, ministerstwo borykałoby się z potężnymi problemami. W następstwie powinno się wycofać z programu. Na to pan Arłukowicz, jawnie popierających biznes in vitro, nie mógł sobie pozwolić. Widać więc wyraźnie, że przerzucenie uwagi opinii publicznej na lekarza, który próbował znaleźć sposób na uratowanie życia dziecka, jest wszystkim na rękę.

W całej sprawie aż kipi od manipulacji. Prof. Dębski, atakując prof. Chazana sięga po argumenty, którymi podważa własną wiarygodność. Najlżejszy dotyczy zarzutu, że kobiecie trzeba było zrobić cięcie cesarskie. A przecież prof. Dębski niejednokrotnie wmawiał zdrowym kobietom, że mają do niego pełne prawo. Tydzień temu namawiał do tego na łamach „Gazety Wyborczej”. W rubryce „Nasz ekspert radzi” zachęcał:

Jestem w stanie zrozumieć strach przed porodem. Mam dość liberalne podejście do cesarskiego cięcia. Jak przyjdziesz do mnie i powiesz: „Ja się tak strasznie boję porodu, że chcę mieć cesarskie cięcie”, nie ma sprawy”.

Tydzień później, gdy trzeba było uderzyć w prof. Chazana, entuzjazmu wobec cesarki już u pana doktora nie było. Chwiejność postaw dosyć charakterystyczna dla lobbystów. Czyżby prof. Dębski nabrał wprawy w relatywizowaniu argumentacji podczas szkoleń dla ekspertów firm farmaceutycznych? Kilka lat temu przyznał, że współpracował w badaniach lub grantach edukacyjnych z 15 firmami medycznymi: Adamed, Bayer Schering, Boehringer Ingelheim, Eli Lilly, Gedeon Richter, Janssen-Cilag, Novartis, Novo Nordisk, Organon Schering-Plough, Pfizer, Polpharma, Servier, Solvay, Wyeth, Zentiva. Bayer Schering, Gedeon Richter czy Pfizer to znani producenci środków antykoncepcyjnych. Organon jest kluczową firmą na produkującą farmaceutyki stosowane w tzw. terapiach rozrodu, stosowanych w klinikach in-vitro.

Prof. Dębski od lat lobbuje za in vitro. W 2008 roku podpisał list otwarty do premiera, w którym zwraca się „z prośbą o osobiste zaangażowanie i pomoc w stworzeniu nowoczesnego „prawa reprodukcyjnego” w Polsce”. In vitro to potężny biotechnologiczny biznes. Inkubatory, mikroskopy, narzędzia, płytki grzewcze – ogrom specjalistycznego sprzętu, obsługującego koło zamachowe „szklanego” interesu. Lobbyści pieczołowicie dbają o to, by powstałe kilka lat temu kliniki nie odczuły kryzysu ekonomicznego. Stara się o to także inny krytyk prof. Chazana – były minister zdrowia w rządzie Leszka Milera dr Marek Balicki, związany ze Stowarzyszeniem „Nasz Bocian”, która gra kluczową rolę w procesie refundacji in vitro.

Ministerstwo Zdrowia powinno w tej sprawia zająć jednoznaczną postawę. Niestety, jedyne na co się zdobyło to włączenie się w nagonkę na lekarza, który ofiarnie służy swoim pacjentom, chroniąc ich życie i zdrowie. W państwie rządzonym przez Platformę Obywatelską taka postawa nazywana jest przestępstwem. Na piedestał stawiani są ci, dla których powodem do dumy i społecznego szacunku jest zabijanie chorych dzieci. Zanim na dobre uodpornimy się na słowo aborcja, warto sobie uświadomić czym jest rozrywanie żywego, czującego dziecka na kawałki. Czy taka śmierć jest może być lepsza od naturalnej? To, że lekarski wyrok śmierci odbywa się w ciszy i ciemności ukrytej przed światem katowni, jaką jest ciało matki, nie zmienia faktu, że jest okrutnym zabójstwem.


Minister Arłukowicz chce pozbawić prof. Chazana prawa do prowadzenia szpitala, a NFZ ukarał go grzywną w wysokości 70 tys. złotych. Za co? Oficjalnie za to, że nie wskazał pacjentce lekarza, który zamiast niego zabije jej dziecko. Tyle tylko, że nie istnieje żadna podstawa prawna, o którą profesor mógłby się oprzeć. Nie istnieje bowiem żadna oficjalna lista szpitali czy lekarzy, którzy wykonują aborcję. Przyznał to sam resort zdrowia w odpowiedzi na interpelację posła Przemysława Wiplera, który prosił o wskazanie placówek. Ministerstwo poinformowało, że nie prowadzi się żadnych statystyk w tej kwestii i nie jest w stanie wskazać, w których szpitalach przeprowadza się takie zabiegi. Jedna sprawa, a co najmniej pięć powodów do dymisji ministra Arlukowicza. Ofiarą jest lekarz, wykonujący swoje obowiązki. Ot, mistrzostwo manipulacji…

CZYTAJ TAKŻE:

— Lekarze mają obowiązek zabijać chorych a „sztuka” musi ociekać bluźnierstwem. Czy Polską już oficjalnie rządzi partia barbarzyńców?

— Drugie dno afery podsłuchowej. Sowiecka strategia „wojny bez walki” dobiega końca. Państwo nie działa, podziałów nie sposób zasypać, a naród ma dosyć degrengolady. Kiedy wkroczy polityczny zbawca?

— Uwaga! Szarlatani u sterów! Prof. Hartman zapowiada eugeniczny dyktat urodzeń i stworzenie nowego gatunku. Handel embrionami to ledwie początek

— Finansowanie in vitro to skandaliczny transfer środków publicznych do prywatnych klinik. Dla CZD pieniędzy nie było





czwartek, 7 sierpnia 2014

Piłkarze Algierii przekazują premie Strefie Gazy


Reprezentacja Algierii w piłce nożnej zrezygnowała z premii za awans do 1/8 finałów na Mistrzostwach Świata w Brazylii. Podobnie zachowali się piłkarze Grecji, którzy również dotarli do tej fazy rozgrywek.


 Islam Slimani poinformował o decyzji piłkarzy Algierii:

"Pieniądze zostaną przekazane ludziom ze Strefy Gazy, którzy ich bardziej potrzebują niż my."

Warto dodać, że Slimani strzelił dwie bramki na mundialu w Brazylii - z Koreą Południową (4:2) oraz w meczu decydującym o awansie do następnej fazy rozgrywek przeciwko reprezentacji Rosji (1:1)

Algierczycy proponują, aby z ich premii utworzyć fundusz, dzięki któremu będzie mogła powstać baza treningowa szkoląca młode piłkarskie talenty ze Strefy Gazy.

Awans do 1/8 finałów jest największym sukcesem w historii algierskiej piłki nożnej.

Niestety, na obecnym mundialu mogliśmy się również spotkać z przeciwną postawą. Nigeryjczycy przed fazą pucharową opuścili trening, aby wyrazić swoje niezadowolenie co do wysokości premii. Piłkarze Kamerunu, zagrozili że nie polecą do Brazylii, jeśli ich premie za udział w turnieju nie zostaną zwiększone o 40 tysięcy euro ( z 70 tys. do 110 tys.).

Wojtek NC

Źródło: Przegląd Sportowy


środa, 6 sierpnia 2014

W Oklahomie chcą odprawić czarną mszę. Miejscowi katolicy protestują przeciw bluźnierstwu

fot. freeimages.com

21 września w miejskiej sali koncertowej w Oklahoma City ma się odbyć czarna msza. Katoliccy biskupi wzywają do oporu i modlitwy.

Sataniści poinformowali na swojej stronie internetowej, że w trakcie bluźnierczego rytuału będą używać konsekrowanej hostii skażonej przez wydzieliny płciowe.

Autentyczność i cel czarnej mszy pozostają niezmienne, jednak wprowadzone zostaną do niej niewielkie zmiany, by nie łamać prawa Oklahomy, dotyczącego nagości, publicznego oddawania moczu oraz innych aktów seksualnych

— ogłosili amerykańscy sataniści.



Zapowiedź przeprowadzenia satanistycznego rytuału spotkał się ze zdecydowaną odpowiedzią miejscowych katolików.

To kpina z wiary, akt wrogi względem znaczącej wspólnoty wiary, wspólnoty katolickiej

— mówi arcybiskup Oklahoma City Paul S. Coakley.

Wierzący próbowali wpłynąć na zarząd miejskiej sali, w której ma się odbyć bluźniercza msza. Przedstawiciele zarządu stwierdzili jednak, że nie odwołają rezerwacji, a salę wynajmują każdemu, bez znaczenia co planuje w niej zorganizować.

Wiernym pozostaje jedynie modlitwa. Katolicy z Oklahomy będą odmawiać różaniec i modlitwę do św. Michał Archanioła.

gosc.pl/CNA/tk

Źródło: http://wpolityce.pl/kryminal/207998-w-oklahomie-chca-odprawic-czarna-msze-miejscowi-katolicy-protestuja-przeciw-bluznierstwu

wtorek, 5 sierpnia 2014

Wstrząsające świadectwo dziecka z in vitro: Chciałabym się nie narodzić


Wstrząsające świadectwo dziecka z in vitro: Chciałabym się nie narodzić Wiedza o własnych biologicznych korzeniach i znajomość biologicznych rodziców to absolutny fundament. I dlatego trudno się dziwić, że dzieci z heterogenicznego in vitro cierpią.
Jednym z istotnych moralnych problemów związanych z heterogenicznym (to znaczy materiałem genetycznym, który nie pochodzi od rodziców społecznych) in vitro jest fakt, że w istocie rodzi on rodzicielstwo pozorne, nie związane z biologią, a jednocześnie udające biologiczne. Nie ma ono nic wspólnego z adopcją, która jest przyjęciem jako swoje, dziecka biologicznie innych rodziców, a które jest aktem otwartym. W tym przypadku mamy do czynienia z działaniem zupełnie innym, które pozorując rodzicielstwo biologiczne w istocie pozbawia dzieci i samych opiekunów prawdziwego rodzicielstwa, a także otwartości, szczerości i wielkoduszności jaką niesie ze sobą adopcja. A jakby tego było mało tego typu in vitro głęboko krzywdzi dzieci.

Nie chcę skazać na to przez co przeszłam


Mocnym tego dowodem jest historia Gracie, którą przytacza portal LifeNews.com jest jednym z pierwszych brytyjskich dzieci urodzonych z darowanego zarodka, i która nie ma najmniejszych biologicznych czy genetycznych relacji ze swoimi rodzicami. Jakby tego było mało jest ona innego pochodzenia etnicznego niż jej rodzice. Kiedy urodziła się w 1998 roku zapisy były jasne i odbierało jej (i tak jest do tej pory) prawo do wiedzy o własnym genetycznym pochodzeniu, i to nawet w przypadku, gdyby wiedza ta była istotna dla jej zdrowia. Brytyjskie władze umożliwiły wgląd w swoją przeszłość takim dzieciom dopiero siedem lat później, ale jej już te zapisy nie obowiązują, i ona nigdy nie dowie się, kim – w znaczeniu biologicznym – jest.

I właśnie dlatego Grace zdecydowała się, i to przy wsparciu swoich społecznych rodziców, zacząć mówić otwarcie o tym, na co narażają rodzice swoje dzieci poczęte z darowanych zarodków, spermy czy komórek jajowych. Takich dzieci jest rocznie, w samej tylko Wielkiej Brytanii dwa tysiące, a w ciągu ostatnich dwudziestu lat było ich ponad 44 tysiące. I wiele z nich odczuwa ból psychiczny i cierpi. O nich, i o ich uczuciach chce mówić Grace, która sama przyznaje, że jej życie jest trudne, i to mimo wielkiej miłości rodziców. - Chciałabym zostać kiedyś matką, więc może będę miała kogoś z kim będę genetycznie związana, ale jeśli nie będę mogła mieć dziecka w sposób naturalny, to nigdy nie skorzystam z poczęcia dzięki dawcom – tłumaczy Grace. - Nie chcę skazać nikogo na to przez co ja przeszłam – dodaje. I opowiada, że największym problemem jest świadomość, że dwoje ludzi, których kocha najbardziej na świecie nie jest z nią spokrewnionych, i nie jest do niej podobnych jest dla niej wielkim cierpieniem. - Są takie momenty, gdy pragnęłabym nigdy się nie narodzić, i choć bardzo kocham moich rodziców to jest bardzo trudne nie wiedzieć, kim się jest i skąd się pochodzi – podkreśla dziewczyna.

Syndrom ocaleńca

Warto mieć też świadomość, że dziewczyna została uratowana przez rodziców z wielkich beczek z ciekłym azotem, w których na nie-śmierć i nie-życie skazali ją jej genetyczni rodzice i lekarze. Oni zdecydowali się na ofiarowanie jej ratunku, obdarzyli ją miłością i przyjęli, a mimo to ona wciąż odczuwa odrzucenie. - Każdy kto rozważa przyjęcie życia, które zostało już przez kogoś innego rozpoczęte nie powinien wybierać tego bez namysłu. Trzeba pomyśleć nie tylko własnym pragnieniu posiadania dziecka, ale także o tym, co będzie odczuwać to dziecko, szczególnie w okresie dorastania. Trzeba wtedy rozmawiać z ludźmi takimi jak ja i moi rodzice – tłumaczy Grace. I dodaje, że w przypadku adopcji zarodków trzeba by wybierać zarodki zbliżone pochodzeniem do rodziców. - Ale to oznaczałoby odrzucenie innych, a to też nie jest w porządku – podkreśla.

Nie jestem psychologiem, ale trudno nie dostrzec w tych słowach Grace syndormu ocaleńca. Ona ma świadomość, że w odróżnieniu od tysięcy dzieci, które wciąż przebywają w beczkach otrzymała szansę przeżycia, ona ma świadomośc, że inaczej niż jej genetyczne rodzeństwo ma możliwość przeżycia swojego życia. A mimo to cierpi i odczuwa solidarność z tymi, którzy wciąż tkwią w wielkich beczkach z azotem. I nie jest w takich emocjach osamotniona. Podobną, tyle, że o wiele mocniejszym językiem historię opowiada Alana S. Newman założycielka AnonymousUs.org. Ona przekonuje, że zapłodnienie heterogeniczne czy urodzenia z darowanych zarodków narusza fundamentalne prawo dziecka do relacji biologicznej z rodzicamu. - Fakty o moim poczęciu są takie, że mojemu ojcu zapłacono za to, żeby mnie odrzucił. Nie ma w tym godności. A ja cierpię z powodu problemów z własną tożsamością, z powodu nieufności a nawet nienawiści do płci przeciwnej, czuję się uprzedmiotowiona – jakby istniała tylko dla zabawy – jako zabawka dla innych, jako eksperyment naukowy – wskazuje Newman. - Jeśli ludzie mogą ci odebrać coś tak ważnego jak ojca i matkę i jeszcze wymagać od Ciebie byś był za to wdzięczny, to co jeszcze mogą zrobić? Jak można oczekiwać od następnych pokoleń, że będą walczyć o wolność, demokrację, czyste powietrze czy wodę jeśli coś tak fundamentalnego jak ojciec i matka jest ci odebrane? Odebrane przez państwo i przez przemysł in vitro – dodaje.

Koszty przemysłu in vitro

I choć te słowa brzmią twardo, i choć można w nich usłyszeć bardzo mocne emocje, to jednocześnie trudno nie zadać pytania o to, czy rzeczywiście prawo do dziecka (inna sprawa, że nic takiego jako prawo do innego człowieka nie istnieje) może usprawiedliwiać cierpienie dzieci? Czy pragnienia rodziców mogą skazywać na tego typu cierpienia konkretne osoby? Grace i Alana pokazują bowiem odwrotną stronę przemysłu in vitro, stronę dzieci, które zostały poczęte w ten sposób, a teraz cierpią z powodu niewiedzy o swoim pochodzeniu, z powodu odrzucenia, a także ze świadomości, że ich właśni rodzice genetyczni zdecydowali się na umieszczenie ich w wielkich beczkach z ciekłym azotem. Tak jakby nie byli ludźmi, jakby nie byli ich dziećmi, a tylko produktem ubocznym posiadania dziecka, śmieciem, który można wyrzucić, gdy otrzyma się już to, czego się chciało. I nie ma znaczenia, co podkreśla Grace, że znaleźli się inni, którzy życie jej dali. Cierpienie, odrzucenia pozostają. A jeśli nie taka historia to co? To trwanie w butlach bez możliwości narodzin, ale też bez śmierci, aż do momentu, gdy ktoś zdecyduje się wylać ich zawartość do zlewu, albo przeznaczyć je na badania.

Tak wygląda przemysł in vitro. Takie są jego koszty. A liczby są zastraszające. Wielka Brytania, a jest to jedyny kraj, który udostępnia na ten temat dane, pokazała, że aby mogło narodzić się jedno dziecko z in vitro to trzeba stworzyć trzydzieści ludzkich zarodków (trzydzieści osób). I to jest skala tego procederu. Skala, o której nie wolno nam zapominać, także wówczas gdy bombardowani jesteśmy propagandą sukcesu tego gigantycznego przemysłu.

Zniszczenie fundamentów

Trudno nie dostrzec, że zgoda na heterogeniczne in vitro czy upowszechnienie adopcji prenatalnej oznacza także zniszczenie tradycyjnego rozumienia rodzicielstwa. Od zawsze jest ono związane z biologicznym i genetycznym pochodzeniem i na nim się opiera. Tak dzieci jak i rodzice odczuwają nie tylko potrzebę, ale też znaczenie tego powiązania. I nie mogą tego zmienić opowieści bioetyków, którzy nawołują do zastąpienia „przestarzałych”, „genetycznych” koncepcji jakimiś nowymi ujęciami. Anna Smajdor czy Daniele Cutas, choćby nie wiem, co zrobiły, nie są w stanie zniszczyć tego ścisłego powiązania.

Rozerwanie tej społeczno-biologicznej relacji byłoby zresztą bardzo niebezpieczne dla społeczeństwa, co pokazuje w klasycznym już tekście Leon R. Kass. „Właściwie pojmowane i szeroko rozpowszechnione tabu zakazujące kazirodztwa oraz zakaz cudzołóstwa sugerują, że jasne pojęcie tego, kim są właśnie rodzice, przejrzystość śladów pochodzenia oraz pewność «kto do kogo należy» stanowią nieodzowny fundament solidnego życia rodzinnego, będącego z kolei solidną podstawą cywilizowanego społeczeństwa. Pewna wiedza o swoim pochodzeniu jest niezbędnym budulcem poczucia tożsamości, a tym samym szacunku dla samego siebie” - wskazuje Kass i odrzuca w ten sposób, przynajmniej zjawisko adopcji prenatalnej. A jeśli wmyśleć się w jego myślenie to wymaga to także odrzucenia in vitro heterogenicznego. I to nie tylko z powodu cierpienia poczętych tymi sposobami dzieci, ale także z troski o fundamenty życia społecznego.

Tomasz P. Terlikowski

1.07.2014, 9:04


Źródło: http://www.fronda.pl/a/wstrzasajace-swiadectwo-dziecka-z-in-vitro-chcialabym-sie-nie-narodzic,39049.html

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Protestanci zakłócili pogrzeb katolickiego księdza



Członkowie Baptystycznego „Kościoła” Westboro zakłócili pogrzeb księdza Kennetha Walkera FSSP – zabitego przez uzbrojonych włamywaczy, którzy próbowali obrabować kościół. Wierni zgromadzeni licznie w kościele pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa modlili się tego dnia także za protestanckich fundamentalistów.


Pogrzeb 28-letniego ks. Walkera odbył się 20 czerwca. Msza św. pogrzebowa rozpoczęła się o godzinie 11:00. W tym czasie przed kościołem pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa zebrało się kilkunastu protestanckich fundamentalistów z Westboro Baptist Church. – Myślę, że było to bardzo niestosowne i bardzo bezmyślne biorąc pod uwagę to, co ludzie przeżywali – powiedziała uczestnicząca w pogrzebie Bridget Bogowith. – Kiedy ich zobaczyłam byłam w szoku – dodała. – Modlimy się za nich – powiedział inny uczestnik pogrzebu, Michael Drake. Jak skomentowała to inna z wiernych, chciałaby prowadzić życie tak święte, by jej pogrzeb także oprotestowała protestancka sekta.

Fundamentaliści zapowiadając pikietę pisali o „papieskich kłamstwach” i „satanistycznej doktrynie” wyznawanej przez rzymskich katolików. Duchownego odprawiającego tradycyjną katolicką Mszę określili jako osobę „dobrowolnie podążającą ścieżką Antychrysta” dodając, że „na temat krwawych zbrodni Rzymu napisano całe tomy”. „Żaden papież, żaden katolicki katechizm, bajki o czyśćcu ani ostatnie namaszczenia nie mogą pomóc Walkerowi. Nasze przesłanie dla żyjących jest takie: Bóg brzydzi się kłamliwymi katolikami i ich papieżem”.

Westboro Baptist Church to fundamentalistyczna protestancka grupa założona przez Freda Phelpsa, skupia głównie jego krewnych i znajomych. Szacuje się, że należy do niej około 40 osób. Amerykańska badaczka badająca doktrynę i funkcjonowanie tej grupy, Rebecca Barrett-Fox, oceniła ją jako przykład „hiper-kalwinizmu”.

Westboro Baptist Church przyciągnęło uwagę amerykańskiej opinii publicznej protestami przeciwko pochówkom żołnierzom zabitym w Iraku, osób związanych z kulturą popularną, ale i paleniem amerykańskiej flagi. Członkowie grupy atakują katolicyzm, jak i prawosławie, judaizm i… inne grupy protestanckie.


Źródło: catholicnewsagency.com / jceworld.blogspot.com

mat

Rzym: katolicy nie wiedzą o co chodzi w katolicyzmie?


Opublikowany przez Watykan w ostatnich dniach dokument zwraca uwagę na fakt, że wielu zwykłych katolików nie zna bądź nie akceptuje katolickiego nauczania w kwestiach życia i rodziny. Problem ten dotyczy nawet niektórych duchownych, którzy albo nie znają tego nauczania, albo mają do niego indyferentny stosunek. Stwierdzenie ignorancji katolików w sprawach życia i rodziny jest zbieżne z wieloletnimi obserwacjami katolickich obrońców życia.


Robocza wersja dokumentu "Wyzwania pastoralne dla Rodziny w kontekście Ewangelizacji" zwraca uwagę, że "wielu katolików jest nieświadomych samego istnienia nauczania o małżeństwie i rodzinie". Autorzy dokumentu ubolewają, że wśród "ludu Bożego znajomość soborowych i posoborowych dokumentów Magisterium na temat rodziny jest niewielka". Zwracają też uwagę, że dokumenty te nie mają wpływu na mentalność wiernych.

Autorzy dokumentu zauważają, że częściową odpowiedzialność za tą sytuację ponosi także duchowieństwo. Zauważają, że często duchowni także nie mają wiedzy o nauce Kościoła w kwestii życia i rodziny, a także, że brakuje im możliwości uzupełnienia tej wiedzy. "Czasami wydaje się, że kler czuje się tak niepewnie w kwestiach seksualności, płodności i prokreacji, że decyduje się w ogóle nie wypowiadać się w tych kwestiach". Odrębnym problemem jest zniechęcenie niektórych duchownych do wspomnianych kwestii. Są oni indyferentni względem nich i dlatego nie decydują się na walkę w ich obronie.

Jak zauważa Hilary White na lifesitenews.com, tego typu spostrzeżenia są zbieżne ze spostrzeżeniami wielu katolików zaangażowanych w ruch obrony życia. "Cały ruch pro-life przez dekady podkreślał, że głównymi przeszkodami dla ich działania jest fakt, że większość katolików rzadko kiedy, jeśli w ogóle słyszała homilie lub inne instrukcje Kościoła na temat moralności seksualnej, aborcji, małżeństwa, homoseksualizmu, antykoncepcji, rozwodu i ponownego małżeństwa oraz wspólnego zamieszkiwania bez ślubu", pisze dziennikarka.


Źródło: lifesitenews.com

Mjend