piątek, 6 czerwca 2014

Wszystko, co mówiono ci o „zdrowym odżywianiu”, to bzdury

Czy je­dze­nie zbyt du­żych ilo­ści mar­ga­ry­ny może szko­dzić? Tak zwani ”eks­per­ci”, któ­rzy od lat z pew­no­ścią w gło­sie za­le­ca­li nam za­stą­pie­nie tłusz­czów na­sy­co­nych, ta­kich jak masło, wie­lo­-nie­na­sy­co­ny­mi sma­ro­wi­dła­mi, lu­dzie któ­rzy po­win­ni wie­dzieć co mówią, nagle stali się nie­pew­ni swego. Wy­glą­da na to, że de­spe­rac­ko sta­ra­ją się wy­brnąć z in­te­lek­tu­al­ne­go za­mę­tu w jaki wpa­dli i prze­for­mu­ło­wać wła­sne teo­rie.

Nie­wdzięcz­na rola wy­ja­śnie­nia, dla­cze­go die­te­tycz­ny es­ta­bli­sh­ment wciąż sto­su­je się do dok­try­ny od­rzu­ca­ją­cej tłusz­cze na­sy­co­ne – choć dys­po­nu­je­my coraz więk­szym ma­te­ria­łem do­wo­do­wym, że na­le­ży od niej odejść – przy­pa­dła pro­fe­so­ro­wi Je­re­my’emu Pe­ar­so­no­wi z Bri­tish Heart Fo­un­da­tion. Otóż po prze­ana­li­zo­wa­niu przez fun­da­cję 72 badań aka­de­mic­kich, obej­mu­ją­cych ponad 600 ty­się­cy uczest­ni­ków, oka­za­ło się, że spo­ży­cie tłusz­czów na­sy­co­nych nie ma związ­ku z wy­stę­po­wa­niem cho­ro­by wień­co­wej. Wnio­ski te zga­dza­ły się z wy­ni­ka­mi innej me­ta-­ana­li­zy, na pod­sta­wie któ­rej w 2010 roku usta­lo­no, iż ”nie ma prze­ko­nu­ją­cych do­wo­dów, że tłusz­cze na­sy­co­ne po­wo­du­ją cho­ro­by serca”.



Ze­spół ba­daw­czy fun­da­cji nie po­tra­fił rów­nież zna­leźć żad­nych do­wo­dów na po­par­cie twier­dzeń – jakże czę­sto sły­sza­nych z ust pro­du­cen­tów mar­ga­ry­ny oraz apo­sto­łów ofi­cjal­nych wy­tycz­nych die­te­tycz­nych – że spo­ży­wa­nie tłusz­czów wie­lo-­nie­na­sy­co­nych chro­ni serce. Co wię­cej, ba­da­cze pod kie­row­nic­twem dok­to­ra Ra­ji­va Chow­dh­ry, za­ape­lo­wa­li o szyb­ką re­wi­zję ofi­cjal­nych za­le­ceń ży­wie­nio­wych. – To bar­dzo in­te­re­su­ją­ce wy­ni­ki, które po­ten­cjal­nie otwie­ra­ją nowe ścież­ki ba­daw­cze oraz skła­nia­ją do po­now­ne­go roz­wa­że­nia na­szych obec­nych wy­tycz­nych – po­wie­dział.

Dalej Chow­dh­ry ostrzegł , że na­le­ży wy­strze­gać się za­stę­po­wa­nia tłusz­czów na­sy­co­nych nad­mier­ną ilo­ścią wę­glo­wo­da­nów - ta­kich jak białe pie­czy­wo, biały ryż i ziem­nia­ki – albo cu­krem ra­fi­no­wa­nym i solą, jak ma to miej­sce w żyw­no­ści prze­two­rzo­nej. Obec­nie pro­mo­wa­na pi­ra­mi­da ży­wie­nio­wa za­le­ca, by po­sił­ki opie­ra­ły się na pro­duk­tach skro­bio­wych, więc jeśli ktoś od­ży­wia się tak, jak od lat su­ge­ru­ją mu pań­stwo­wi eks­per­ci, re­we­la­cje pro­fe­so­ra mogą go za­nie­po­ko­ić.

Czu­je­cie się za­gu­bie­ni?

A może sfru­stro­wa­ni, czy wręcz tra­ci­cie już cier­pli­wość? Z pew­no­ścią tra­cił ją pre­zen­ter BBC, któ­re­go obar­czo­no za­da­niem uzy­ska­nia ja­snej od­po­wie­dzi od Bri­tish Heart Fo­un­da­tion. Tak, Pe­ar­son zgo­dził się w końcu, że ”nie ma do­sta­tecz­nie wielu do­wo­dów, by sztyw­no trzy­mać się obec­nych wy­tycz­nych o zdro­wym ży­wie­niu”, ale też wspo­mnia­ne usta­le­nia ”nie zmie­nia­ją za­le­ceń mó­wią­cych, że spo­ży­cie zbyt du­żych ilo­ści tłusz­czu szko­dzi sercu”. Re­duk­cja ilo­ści tłusz­czów na­sy­co­nych po­win­na być tylko jed­nym z czyn­ni­ków wcho­dzą­cych w skład zbi­lan­so­wa­nej diety i zdro­we­go stylu życia. Sły­szy­cie ka­pa­nie w tle? To ofi­cjal­ne wska­zów­ki die­te­tycz­ne za­czy­na­ją spły­wać do ka­na­li­za­cji.

Oczy­wi­ście już wcze­śniej mo­gli­śmy prze­ko­nać się, jak bez­na­dziej­nie błęd­na bywa ży­wie­nio­wa or­to­dok­sja. Jesz­cze nie tak dawno wbi­ja­no nam do głowy nie­pod­wa­żal­ny ”fakt”, że nie po­win­no się jadać wię­cej niż dwa jajka ty­go­dnio­wo, po­nie­waż za­wie­ra­ją cho­le­ste­rol za­ty­ka­ją­cy nasze ar­te­rie. Ta pe­reł­ka die­te­tycz­nej mą­dro­ści zo­sta­ła po cichu ode­sła­na do la­mu­sa, kiedy nie można było już dłu­żej igno­ro­wać cię­ża­ru do­wo­dów na­uko­wych wy­ka­zu­ją­cych, że cho­le­ste­rol za­war­ty w ja­jach praw­nie nie ma wpły­wu na po­ziom cho­le­ste­ro­lu w na­szej krwi.

Skut­ki anty ja­jecz­nej kam­pa­nii były głę­bo­ko ne­ga­tyw­ne. Po­ban­kru­to­wa­li pro­du­cen­ci jaj, ale przede wszyst­kim spo­łe­czeń­stwo tra­ci­ło do­stęp­ne, nie­dro­gie, na­tu­ral­ne i pełne war­to­ści od­żyw­czych po­ży­wie­nie. Ja­jecz­ni­cę na śnia­da­nie za­czę­ły za­stę­po­wać prze­my­sło­wo prze­two­rzo­ne płat­ki w kar­to­no­wych pu­deł­kach. Ale i tak wy­rzą­dzo­na szko­da była mniej po­waż­na od tej, spo­wo­do­wa­nej odej­ściem od tłusz­czów na­sy­co­nych, czyli masła i smal­cu, na rzecz mar­ga­ryn i ra­fi­no­wa­nych tłusz­czów płyn­nych.

Po­mi­mo wie­lo­krot­nych na­ci­sków ze stro­ny śro­do­wisk ba­daw­czych, w USA ofi­cjal­ne wy­tycz­ne ży­wie­nio­we zmie­nio­no do­pie­ro w 2010 roku i to wów­czas wresz­cie mi­ni­ste­rial­ni spe­cja­li­ści od zdro­wia pu­blicz­ne­go po obu stro­nach Atlan­ty­ku przy­zna­li, że che­micz­ny pro­ces utwar­dza­nia, zmie­nia­ją­cy wie­lo-­nie­na­sy­co­ne tłusz­cze w mar­ga­ry­nę, wy­twa­rza za­ty­ka­ją­ce tęt­ni­ce tłusz­cze trans.

Pro­du­cen­ci zmie­ni­li tech­no­lo­gię wy­twa­rza­nia mar­ga­ry­ny. Obec­nie utwar­dza­ją ją in­ny­mi me­to­da­mi che­micz­ny­mi i za­pew­nia­ją, że te są nie­groź­ne dla zdro­wia. Nie­mniej przez więk­szą część XX wieku ra­do­śnie za­chę­ca­no nas, byśmy prze­rzu­ci­li się na rze­ko­mo dobre dla serca sma­ro­wi­dła – tak na­praw­dę bę­dą­ce re­cep­tą na zawał. Ci, któ­rzy po­słusz­nie za­mie­ni­li pysz­ne masło na po­nu­rą mar­ga­ry­nę, nie do­cze­ka­li się jesz­cze prze­pro­sin. Rzą­do­wi spe­cja­li­ści od nie­uży­tecz­nych porad ży­wie­nio­wych nie są skłon­ni by się kajać.

Ale jakie wnio­ski mo­że­my wy­cią­gnąć z tych hi­sto­rii? Mu­sie­li­by­śmy być ogra­ni­cze­ni, gdy­by­śmy nie za­czę­li trak­to­wać czę­sto po­wta­rza­nych die­te­tycz­nych mą­dro­ści z dużą dozą scep­ty­cy­zmu. Za­cznij­my od ka­lo­rii. Od za­wsze mówi się nam, że ich li­cze­nie to pod­sta­wa ży­wie­nio­wej rze­tel­no­ści, ale wszyst­ko wska­zu­je na to, że tak na­praw­dę to tylko gi­gan­tycz­na stra­ta czasu. Po­wo­li acz zde­cy­do­wa­nie ba­da­cze skła­nia­ją się ra­czej ku kon­cep­cji ”sy­to­ści”, czyli tego, jak pewne pro­duk­ty za­spo­ka­ja­ją nasz ape­tyt. Pod tym wzglę­dem biał­ka i tłusz­cze wy­róż­nia­ją się jako dwa naj­bar­dziej uży­tecz­ne skład­ni­ki od­żyw­cze. Wy­glą­da więc na to, że gło­dze­nie się na die­cie zło­żo­nej z chleb­ków ry­żo­wych i se­le­ra na­cio­we­go nie jest od­po­wie­dzią na epi­de­mię oty­ło­ści.

Pod­czas gdy biał­ka i tłusz­cze od­zy­sku­ją dobrą re­pu­ta­cję, coraz mi­zer­niej pre­zen­tu­ją się na ich tle wę­glo­wo­da­ny – ten roz­dę­ty, mięk­ki brzuch ofi­cjal­nej pi­ra­mi­dy ży­wie­nio­wej. W końcu skro­bią tu­czy­my trzo­dę chlew­ną, więc dla­cze­go u nas mia­ła­by wy­wo­ły­wać inne skut­ki? Roz­ma­ite ba­da­nia po­twier­dza­ją, że w utrzy­my­wa­niu wła­ści­wej masy ciała dieta nisko wę­glo­wo­da­no­wa jest sku­tecz­niej­sza od jej nisko biał­ko­wych i nisko tłusz­czo­wych ko­le­ża­nek.

Pod­czas gdy es­ta­bli­sh­ment ży­wie­nio­wy brał na ce­low­nik tłuszcz, nie­zau­wa­żo­ny przez ra­da­ry na nasze ta­la­rze wdarł się cu­kier. Wy­star­czy na ety­kiet­ce na­pi­sać ”ni­sko­tłusz­czo­we” albo ”0% tłusz­czu”, a można lu­dziom wci­snąć do­wol­ny śmieć. Tym­cza­sem ta re­li­gia od­tłusz­cza­nia zro­dzi­ła całą wiel­ką gałąź prze­my­słu żyw­no­ści wy­so­ko prze­two­rzo­nej, uszczę­śli­wia­ją­cej nas pro­duk­ta­mi o pod­wyż­szo­nym po­zio­mie cukru albo peł­nych po­dej­rza­nych sło­dzi­ków, które mają kom­pen­so­wać nie­unik­nio­ny de­fi­cyt smaku to­wa­rzy­szą­cy usu­nię­ciu tłusz­czu. Do­gmat o szko­dli­wo­ści tłusz­czów na­sy­co­nych dał bran­ży spo­żyw­czej ide­al­ną wy­mów­kę, by od­zwy­cza­ić nas od praw­dzi­we­go po­ży­wie­nia, które od wie­ków da­wa­ło nam siły – a ostat­nio przed­sta­wia­ne było jako ”za­bój­ca” – na rzecz bar­dziej lu­kra­tyw­nych, ”lek­kich” pro­duk­tów prze­two­rzo­nych, na­szpry­co­wa­nych che­micz­ny­mi do­dat­ka­mi i ta­ni­mi za­py­cha­cza­mi.

Zgod­nie z twier­dze­nia­mi, że tłusz­cze zwie­rzę­ce są szko­dli­we, za­le­ca­no nam też ogra­ni­czyć spo­ży­cie czer­wo­ne­go mięsa. Ale w uprosz­czo­nej de­ba­cie umknął gdzieś klu­czo­wy fakt. Słabe do­wo­dy epi­de­mio­lo­gicz­ne ob­cią­ża­ją­ce czer­wo­ne mięso nie wpro­wa­dza­ją roz­róż­nie­nia na nor­mal­ne mięso z ho­dow­li far­mer­skiej, a wy­so­ko prze­two­rzo­ne pro­duk­ty za­wie­ra­ją­ce kok­tajl che­micz­nych do­dat­ków, kon­ser­wan­tów i tym po­dob­nych. Jed­no­cze­śnie żadne pań­stwo­we wy­tycz­ne nie za­jąk­ną się nawet, że ja­gnię­ci­na, wo­ło­wi­na czy dzi­czy­zna po­cho­dzą­ca od kar­mio­nych tra­dy­cyj­nie zwie­rząt jest naj­lep­szym źró­dłem kwasu ru­me­no­we­go (CLA), skład­ni­ka który ob­ni­ża ry­zy­ko oty­ło­ści, za­cho­ro­wa­nia na raka i cu­krzy­cę.

Rzą­do­wi guru die­te­tycz­ni od lat pro­wa­dzą kru­cja­tę prze­ciw­ko soli, ale w tych szla­chet­nych wy­sił­kach za­bra­kło głosu, że nad­mier­ne spo­ży­cie soli to pro­blem zwią­za­ny z żyw­no­ścią prze­two­rzo­ną. Sól jest bo­wiem klu­czo­wa dla smaku ta­kich dań. Bez niej i ca­łe­go ka­ta­lo­gu che­micz­nych aro­ma­tów żyw­ność prze­two­rzo­na nie mo­gła­by ukryć swo­je­go praw­dzi­we­go ob­li­cza: po­zba­wio­ne­go smaku i ży­wie­nio­wej spój­no­ści. Przy­kła­do­wo, płat­ki ku­ku­ry­dzia­ne bez soli stają się nie­mal nie­ja­dal­ne. Nikt by ich nie ku­po­wał, bo na pierw­szy rzut oka widać by­ło­by, że to nic nie­war­ty śmieć. Ale niech ktoś po­ka­że nam do­wo­dy, że nor­mal­ne do­pra­wia­nie solą do­mo­we­go po­sił­ku wy­wo­łu­je za­gro­że­nie dla zdro­wia.

W przy­pad­ku soli, tak samo jak cukru, ofi­cjal­ne agen­dy rzą­do­we boją się prze­ciw­sta­wić po­tęż­nym kon­cer­nom spo­żyw­czym oraz ich po­plecz­ni­kom i dla­te­go nie wpro­wa­dza­ją roz­róż­nie­nia po­mię­dzy do­mo­wym je­dze­niem przy­go­to­wy­wa­nym z pod­sta­wo­wych skład­ni­ków, a prze­my­sło­wo prze­two­rzo­ny­mi da­nia­mi go­to­wy­mi.

W ofi­cjal­nych wy­tycz­nych ni­g­dzie nie po­ja­wia się klu­czo­we zda­nie: ”uni­kaj żyw­no­ści prze­two­rzo­nej” – cho­ciaż tak brzmia­ło­by naj­bar­dziej zwię­złe i prak­tycz­ne pod­su­mo­wa­nie fak­tów. Do­pó­ki nie le­gnie ono u pod­sta­wy wszel­kich za­le­ceń die­te­tycz­nych, po­ra­dom spe­cja­li­stów od ży­wie­nia po­win­ny to­wa­rzy­szyć po­dob­ne ostrze­że­nia, jak te wid­nie­ją­ce na pu­deł­kach pa­pie­ro­sów: sto­so­wa­nie się może pro­wa­dzić do cho­rób serca i śmier­ci.

Autor: Joanna Blythman, Źródło: The Guardian,
Za: onet.pl / http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=12261&Itemid=53

czwartek, 5 czerwca 2014

„Dobry papież Jan” i „stary, zacofany Kościół”


Niedawna kanonizacja papieża Jana XXIII stałą się okazją dla rozmaitych zwolenników „otwierania Kościoła na oścież” do powtarzania ad nauseam narracji o tym, jak „dobry papież Jan” zastawszy stary i zmurszały, „zamknięty w twierdzy” Kościół katolicki postanowił go uwspółcześnić, dostosowując do szybko zmieniającego się świata. W tym ujęciu Vaticanum II było kołem ratunkowym rzuconym w ostatniej chwili Kościołowi. Bez powiewu, bliżej niezidentyfikowanego „ducha soboru”, założony przez Jezusa Chrystusa na Piotrowej opoce Kościół niechybnie by runął. Na szczęście przyszło aggiornamento i daleko idące „reformy soborowe”.


Pozostawiając na boku tą nagłą troskę lewicowych komentatorów o kondycję Kościoła, równą w swej szczerości tęsknotom za światem kornie chylącym się pod słowem papieża, a zawartym implicite w tekstach różnych autorów piętnujących „milczenie” Piusa XII w czasie II wojny światowej, należy zauważyć, że taka narracja nijak ma się do rzeczywistości.

Wystarczy sięgnąć po tekst opublikowanej w Boże Narodzenie 1962 roku przez św. Jana XXIII konstytucji apostolskiej „Humanie salutis”. Dokument ten zapowiadał zwołanie soboru watykańskiego drugiego i wyjaśniał przyczyny tej papieskiej decyzji, która po raz pierwszy została zakomunikowana Kościołowi i światu w styczniu 1959 roku.

Biedny świat i kwitnący Kościół
Lektura konstytucji apostolskiej przekonuje, że św. Jan XXIII był jak najdalszy od traktowania nadchodzącego soboru jako leku ratującego zdrowie (czy życie) Kościoła. Wręcz odwrotnie. W grudniu 1962 roku święty papież pisał: „Co się zaś tyczy samego Kościoła, to nie był on biernym wobec zmian dokonujących się w narodach, wobec postępu na polu nauki i techniki i wobec przemian społecznych, lecz wszystkie te sprawy śledził czujnie i troskliwie. Wreszcie ze swego ducha dobył sił skłaniających go do świętego apostolstwa, do modlitwy, do wzięcia udziału w ludzkiej działalności na wszystkich odcinkach. A dokonał tego najpierw przez pracę swego kleru, który nauką i cnotą uzdalnia się coraz więcej do spełnienia swych zadań. Następnie przez pracę ludzi świeckich, którzy lepiej pojmują powierzaną sobie rolę w Kościele, a zwłaszcza ciążący na wszystkich obowiązek współpracowania z hierarchią kościelną. Dlatego patrząc na zmienione oblicze ludzkiego społeczeństwa również i Kościół przedstawia się naszym oczom bardziej zmieniony i przybierającym doskonalsze formy a mianowicie, bardziej spoisty w swojej jedności, mający silniejszą obronę w nauce, więcej promieniujący blaskiem świętości”.

U progu Vaticanum II św. Jan XXIII kontrastował, owszem, ale nie słaby, zacofany Kościół wobec szybko zmieniającego się świata, tylko „z jednej strony ludzi cierpiących na wielki brak dóbr duchowych, z drugiej strony Kościół Chrystusowy kwitnący bujnym życiem”.

Nie taki znowu optymizm…
Świat legend, który roztaczają „dzieci soboru”, wspiera się na drugiej kluczowej tezie, na tzw. optymistycznej wizji świata. Krótko mówiąc, przed ostatnim soborem Kościół był wobec świata nieufny („zamknięta twierdza”), przemawiał do niego „językiem Syllabusa”, a w czasie i po soborze odkrył nagle zalety współczesności i stwierdził, że trzeba się do niej możliwie szybko dostosowywać. I dowód kluczowy: konstytucja soborowa o Kościele w świecie współczesnym, zatytułowana „Gaudium et spes” na polski: „Radość i nadzieja”. Skoro taki tytuł – głoszą autorzy klechd i podań domowych – to i taka, optymistyczna w swej wymowie treść całego dokumentu.

Uproszczenie polega na tym, że cytuje się tylko tytuł, a właściwie dwa pierwsze słowa z tytułu, które tradycyjnie (por. tytulaturę encyklik) dają tytuł całemu dokumentowi. Jednak pierwsze słowa dokumentu brzmią: „Radość i nadzieja, smutek i trwoga ludzi współczesnych…”. A to brzmi cokolwiek inaczej.

Warto zresztą zauważyć, że w cytowanej konstytucji „Humanae salutis” św. Jan XXIII spore fragmenty poświęcił wyliczeniu bolączek współczesnego świata. Trochę to brzmiało jak „język Syllabusa”, gdy święty papież obok fatalnego dziedzictwa ostatniej wojny światowej, wspominał w tym kontekście o „pożałowania godnych szkodach duchowych, wyrządzanych wszędzie przez liczne błędne poglądy”.

Godne przypomnienia są również słowa św. Jana XXIII, zacytowane przez prof. Plinia Correa de Oliveira w jego najważniejszym dziele „Rewolucja i kontrrewolucja”; słowa wypowiedziane przez Biskupa Rzymu 28 grudnia 1958 roku do mieszkańców Messyny z okazji pięćdziesiątej rocznicy tragicznego dla tego miasta trzęsienia ziemi: „Powiadamy wam ponadto, że w tej straszliwej godzinie, gdy duch zła próbuje wszystkich środków, by zniszczyć Królestwo Boże, musimy z całą energię go bronić. Trzeba tak czynić jeśli chcecie, by wasze miasto uniknęło ruiny o wiele większej od tej, spowodowanej trzęsieniem ziemi sprzed pięćdziesięciu lat. Jakże trudniej byłoby odbudować dusze, gdyby zostały one oderwane od Kościoła lub zniewolone przez fałszywe ideologie naszych czasów” (Revolution et contre-revolution, Sao Paolo 1960, s. 55). I znowu „język Syllabusa”.

Przywrócić łacinę
A cóż dopiero powiedzieć o – wspomnianej przeze mnie już kiedyś na tych łamach – konstytucji apostolskiej „Veterum Sapientia” z lutego 1962 roku, w której język łaciński został określony przez św. Jana XXIII jako „żywy język Kościoła”. Papież pisał o „doniosłości i pierwszeństwie języka łacińskiego” w Kościele i wzorem swoich poprzedników na Stolicy Piotrowej wskazywał na „niebezpieczeństwa wynikające z jego zaniedbania” i polecał, „aby w całej mocy był zachowany stary zwyczaj posługiwania się językiem łacińskim, a gdzieżby już prawie zanikał, tam należy go w pełni na nowo przywrócić”. Temu celowi służyło polecenie wydane przez św. Jana XXIII Kongregacji Seminariów i Uniwersytetów Katolickich utworzenia Akademii Języka Łacińskiego.


Grzegorz Kucharczyk


środa, 4 czerwca 2014

Św. J. CHRYZOSTOM: O strzeżeniu się fałszywych proroków

NAUKA
ŚWIĘTEGO JANA CHRYZOSTOMA
PATRIARCHY KONSTANTYNOPOLITAŃSKIEGO I DOKTORA KOŚCIOŁA
(344 – 407)
O STRZEŻENIU SIĘ
FAŁSZYWYCH PROROKÓW
Chryzostom

 

“Strzeżcie się pilnie fałszywych proroków, którzy do was przychodzą w odzieniu owczym, a wewnątrz są wilcy drapieżni;
z owoców ich poznacie je” Ew. u św. Mat. r. 7.

Poprzednio zalecając Pan Apostołom swoim, aby nie czynili jałmużny swojej wobec ludzi dlatego, aby byli widziani od ludzi, jak obłudnicy – aby nie modlili się dlatego, aby byli widziani od ludzi jak obłudnicy – aby nie pościli dla oka ludzkiego jak obłudnicy: tym samym objaśnił, że dawanie jałmużny, modlenie się i poszczenie może być obłudnym i nie stanowić wcale o dobroci człowieka. Teraz to samo niejako powtarza, innymi tylko słowy, gdy mówi: “Strzeżcie się pilnie fałszywych proroków, którzy do was przychodzą w odzieniu owczym“.

Co to jest odzienie owcze? – Ach! nic innego tylko pozór pobożności. Jałmużna, która się czyni dla ludzkiego oka, jest odzieniem owczym. Modlitwa, którą odbywamy przez wzgląd na ludzi, jest odzieniem owczym. Post, który się podejmuje z uwagi na ludzi, jest odzieniem owczym. Ci co tak czynią nie rzeczywiście, ale tylko pozornie są pobożni; złość swoją i przewrotność pokrywają tym odzieniem owczym, pomimo że wewnątrz są wilkami drapieżnymi. A nic tak nie niszczy dobra, jak udane dobro.

Przed widocznym złem jako przed złem uciekamy, na ostrożności się mamy; ale się inaczej wcale zachowujemy, gdy nam złe przedstawiają jako dobre. Dopóki się nie przekonamy, za takie je mamy, i dlatego je przyjmujemy; tymczasem ono będąc zmyśleniem niszczy w nas dobro. Tak słudzy szatana wtedy najbardziej chrześcijaninowi szkodzą, gdy się za chrześcijan podają. Dlatego Chrystus Pan ostrzega uczniów swoich przed nimi, a przez nich i nas wszystkich mówiąc: “Strzeżcie się pilnie fałszywych proroków“.

Wielka to jest rzecz, gdy złe umiemy rozpoznać i silna rękojmia zbawienia, gdy wiemy kogo unikać mamy, przed kim stronić. Herezja jest rzecz niebezpieczna, ale bardzo użyteczna. Niebezpieczna, bo wielu zwodzi i o zgubę przyprawia; użyteczna, bo doświadcza wiernych i od niewiernych oddziela. Kto by szemrał na niebezpieczeństwo próby, musiałby szemrać i na nagrodę za szczęśliwe wyjście z próby. Spoczynku nie ma, jeśli trud nie poprzedzi; podobnie i w rzeczach duchownych: jeślibyśmy nie byli doświadczeni, to byśmy nie mogli być wypróbowani.

“Strzeżcie się pilnie fałszywych proroków“. Naprzód wiedzieć potrzeba, że są istotnie fałszywymi. Nic tak nie gubi chrześcijan jak to, że tych za chrześcijan uważają, którzy się za takich przedstawiają. Jeśli to niezawodna, że są fałszywi chrześcijanie, to albo on jest fałszywym chrześcijaninem albo ty. Jeśli nie ty, to on; jeśli ty, to nie on. Jeśli on, to po co go masz za chrześcijanina, skoro wiadomo: że chrześcijaninem nie jest, kogo Bóg za swego syna nie uznaje. Jakże ty masz go za brata?

Ale może powiesz: jakże go chrześcijaninem nie mam nazywać, kiedy widzę że on Chrystusa wyznaje, że ołtarz ma, że ofiarę chleba i wina sprawuje, że chrzci, że Pismo święte czyta, że inne obowiązki doń przynależne spełnia. Mój bracie! gdyby nie wyznawał Chrystusa i jawnym było jego pogaństwo, a ty byś go jednak za chrześcijanina uważał, to by było wielkie z twojej strony szaleństwo. W tym zaś przypadku, że on wyznaje Chrystusa, ale nie tak jak rozkazał Chrystus, niedbalstwo twoje jest, któremu podlegasz i którym się zwodzisz. Bo kto przypadkiem w dół wpada, ten się za niebacznego uważa, mówią o nim że źle patrzał; kto zaś umyślnie w dół wpada, ten się szalonym zowie. Co mi o praktykach religijnych nadmieniłeś, na to odpowiedź otrzymałeś. I małpa ma członki ludzkie i w wielu rzeczach naśladuje człowieka; czyliż dlatego jest człowiekiem? Tak i herezja, wszystkie tajemnice Kościoła ma i naśladuje, ale Kościołem nie jest.

Wiedząc Pan, że to nie byli jawni poganie, ale ukryci pod imieniem chrześcijańskim, nie powiedział: patrzcie, ale strzeżcie się; bo patrzeć jest to wprost na jaki przedmiot oczy skierować; strzec się zaś jest to wszechstronnie coś rozważać. Gdzie rzecz jest pewna i niewątpliwa, tam się patrzy; a gdzie niepewna i wątpliwa, tam się rozważa. Wiedząc przeto Chrystus Pan, że w nich jest co innego z wierzchu a co innego wewnątrz ukryte, rzekł: “Strzeżcie się“, to jest nie tyle oczami ciała patrzcie, ile oczami ducha. Bo jeśli oczami ciała na nich spojrzysz, nie poznasz; gdyż się za chrześcijan podają i pozory chrześcijańskie zachowują. Jako ludzie, jakże możecie widzieć kłamstwo osłoną prawdy pokryte?

Przede wszystkim więc zważać trzeba na uczynki dobre. Jeśli sami uczynki sprawiedliwości pełnimy, jeśli żadnemu błędowi nie podlegamy; to i wszelki błąd odczujemy. Sam błąd to sprawia, jeśli mu podlegamy, że błędu obcego nie poznajemy. Kto nie poznaje kłamstwa drugiego, ten sam mija się z prawdą. Dopóki więc dobre uczynki pełnimy, samo światło sprawiedliwości oczom naszym odkryje prawdę. Grzechy grzeszników tak im zmysły zaciemniają, iż nie widząc kłamstwa wpadają weń.

Sięgnijmy do początku wszech rzeczy, a mianowicie do tej chwili, w której ludzie pobłądzili. Nie błąd szatański uczynił ludzi złymi, lecz ludzie źli błąd szatański sobie przyswoili. Jeśliby błąd uczynił ludzi złymi, to by wina była Boga, który takich ludzi stworzył, aby od błędów byli zwodzeni. Ale skoro człowiek sam wybrał błąd, to wina jest człowieka; zwykle poprzedzają grzechy, a potem następują błędy. Naprzód wieloma grzechami zaślepia się człowiek i tak ułudą szatańską zwodzi, a potem w śmierć popada. Jak dopóki słońce świeci, noc nie następuje, ale dopiero wtedy gdy zajdzie; tak dopóki światło sprawiedliwości w człowieku przebywa, dopóty ciemnia błędu go nie opanowuje.

A więc na dobre uczynki baczność dawać należy, bo nie błąd rodzi grzechy, ale grzechy błąd. Mędrzec mówi: “Bezbożność wiedzie człowieka do błędów“.

Strzeżcie się – mówię – strzeżcie się myśleć, jakoby pomimo woli Boga, szatan herezje wywoływał: nie pomimo woli Boga, ale z dopuszczenia Jego. Jeśliby poganie nie uwierzyli byli w Chrystusa, to byśmy sądzili, że to była moc szatana, który poganom nie pozwolił wierzyć. Ale skoro poganie uwierzyli, skoro potem dopiero spośród wierzących powstały herezje; to pokazuje się, że to nie była moc szatana, ale dopuszczenie Boga.

Dlaczegoż tak Pan upomina, jakby nie chciał, aby się to stało? Ponieważ nie chce, aby słudzy Jego byli bez sądu, bez zdania; dlatego ich doświadcza, próbuje. Że zaś nie chce, aby przez niewiadomość zginęli, dlatego upomina. Na to próbuje, aby źli z dobrymi nie byli uwieńczeni: na to zaś upomina, ażeby dobrzy ze złymi nie zginęli: “Strzeżcie się fałszywych proroków“.

Napisano jest: wszystek zakon i prorocy aż do Jana. Nie mamy tego tak rozumieć jakoby po Janie już proroków nie było; owszem byli i Agabus i Sylas i inni. O Chrystusie tylko po Janie proroctwa ustały. Prorocy zaś byli i są nie tacy, którzy by prorokowali o Chrystusie; ale tacy którzy by tłumaczyli i wyjaśniali, co o Chrystusie Panu od dawna było prorokowanym, to jest, doktorowie Kościoła. Wszyscy chrześcijanie prorokami się zowią, jako tacy, którzy do królestwa, do kapłaństwa i do proroctwa się namaszczają.Prorockich myśli tłumaczyć nie może, kto ducha prorockiego nie ma.

Powiedzieliśmy to, abyśmy okazali, że prorokami, o których mówi Chrystus Pan, zowią się doktorowie Kościoła. Wiedząc Zbawiciel, że będą i fałszywi doktorowie, różnych herezyj twórcy, tacy którzy Pisma prorockie i apostolskie przewrotnym tłumaczeniem zamącą: przeto upomina wszystkich wiernych, wszystkich zwierzchników Kościoła słowy: “Strzeżcie się pilnie fałszywych proroków“.

Aby zaś który heretycki doktór nie powiedział, że fałszywymi prorokami nazywa nie pogańskich i żydowskich doktorów, ale nas, Zbawiciel dodał: “którzy do was przychodzą w odzieniu owczym“. Zatem miał na myśli nie swoich synów, nie swoich wybranych, ale przybyszów obłudnych.

Aby ktoś nie pomyślał, że nie o heretyckich doktorach, ale o grzesznych chrześcijańskich mówił, Zbawiciel powiedziawszy “którzy do was przychodzą w odzieniu owczym“, dodał: “a wewnątrz są wilkami drapieżnymi“. Chrześcijańscy doktorowie, chociażby byli grzesznikami, sługami ciała się zowią, bo podlegają ciału; jednak nie mają zamiaru gubić chrześcijan, i dlatego nie nazywają się wilkami drapieżnymi. Widzisz więc, że wyraźnie o heretyckich doktorach mówi, którzy w tej myśli chrześcijan odzienie przywdziewają za staraniem szatana, aby tych chrześcijan niegodziwym zwodzeniem jakby zębami rozszarpywali.

O tych wilkach w liście do Efezów, mówił Apostoł narodów: “Wiem, że po odejściu moim przyjdą wilcy zjadliwi na was, nie szczędząc trzody, i z was samych wyjdą tacy, którzy przewrotne rzeczy mówić będą, ażeby uwiedli uczniów za sobą” (*).

[Bierz to na uwagę, bracie drogi, bierz do serca i strzeż się pilnie fałszywych proroków za łaską i pomocą Pana naszego Jezusa Chrystusa, który żyje i króluje z Bogiem Ojcem i Duchem Świętym przez wszystkie wieki wieków. Amen].

(*) S. Joannis Chrysostomi homilia 19 in 7 cap. Math. Selectiora vetustissimorum ac probatissimorum Patrum. Regiomonti. 1560 a.

Cyt. za: Nauki na niedziele i święta całego roku miane w Kollegiacie Łowickiej przez Księdza Antoniego Chmielowskiego. T. III: Czas po Zielonych Świątkach. Warszawa 1893, ss. 151-155.

(Pisownię nieznacznie uwspółcześniono; końcowy tekst w nawiasie [...] pochodzi od ks. A. Ch.).

Pozwolenie Władzy Duchownej:

Varsaviae die 14 (26) Junii 1891 anno.

Judex Surrogatus,

Canonicus Metropolitanus

R. Filochowski.

pro Secretario

J. Podbielski.

N. 2870.

Nota o autorze: “Św. Jan Chryzostom (Ioannes Chrysostomus), Biskup, Wyznawca, Doktor Kościoła; – święto 27 stycznia (w Kościele Wschodnim 13 listopada).

Ur. w Antiochii ok. r. 354. Po przyjęciu chrztu (w r. 372) spędził dwa lata w pustelni. Został kapłanem (r. 386) i okazał się porywającym kaznodzieją. “Złotoustym” (Chrysostomus) nazwano go jednak dopiero w VI wieku. Przez lat 12 był kaznodzieją kościoła patriarchalnego w Antiochii. W r. 398 objął stolicę arcybiskupią w Konstantynopolu i rozpoczął wielkie reformy w swej rozległej diecezji; budował szpitale, przytułki, wysyłał misjonarzy do Gotów i wpływem swym uspakajał bunty w Efezie. Przeprowadził ostateczną rewizję liturgii greckiej, która odtąd zwie się liturgią św. Jana Chryzostoma. Tzw. “synod pod dębem”, na którym zebrała się gromada jego przeciwników, usunął go ze stolicy arcybiskupiej (w r. 403). Wkrótce jednak, gdy lud domagał się powrotu arcypasterza, cesarz cofnął dekret banicyjny, ale ostre wystąpienie Jana przeciw nadużyciom cesarzowej Eudoksji spowodowało ponowne jego uwięzienie i deportację do Pytios w Kolchidzie. W drodze, wśród wąwozów górskich, pędzony wciąż naprzód, zapadł poważnie na zdrowiu i umarł w Komana w Poncie, 14 września r. 407 ze słowami na ustach: “Bogu dzięki za wszystko”. Dzień 27 stycznia, w którym obchodzi jego pamiątkę Kościół łaciński, jest rocznicą sprowadzenia uroczystego jego zwłok do kościoła Apostołów w Konstantynopolu, w r. 438. Relikwie przewieziono w r. 1204 do Rzymu (bazylika św. Piotra).

Św. Chryzostom jest patronem kaznodziejów, jednym z czterech Wielkich Doktorów Kościoła greckiego i pierwszym z 3 hierarchów, czczonych wspólnym uroczystym świętem (30 stycznia) na Wschodzie. Jego wystąpienia na ambonie w ostatnich latach jego życia cechowała może zbytnia gwałtowność, jednakowoż postępowanie dworu cesarskiego względem Jana było krzyczącą niesprawiedliwością, której starał się przeciwdziałać papież św. Innocenty I, niestety bezskutecznie. Jako kaznodzieja Chryzostom był nieustraszonym obrońcą moralności chrześcijańskiej; piętnował wszelkie nadużycia bez względu na to, kto je popełniał – przy tym mistrz słowa, największy mówca Kościoła greckiego. Spuścizna literacka: Homilie, kazania, rozprawy ascetyczne i teologiczne, najgłówniejsza z nich: O kapłaństwie“. – Biskup Karol Radoński, Święci i Błogosławieni Kościoła Katolickiego. Encyklopedia Hagiograficzna. Warszawa – Poznań – Lublin [1947], ss. 202-203.
© Ultra montes (www.ultramontes.pl)
Kraków 2004


wtorek, 3 czerwca 2014

Sól a medycyna. Upadek edukacji na przykładzie chorób serca. #2

Ostatnio zabrał głos na łamach tv.rp.pl [8.04.2014 18.31] prof. dr Mirosław Jarosz, gastroenterolog, na temat szkodliwości soli w codziennym żywieniu. Czegóż to p. profesor nie twierdzi! A że to 50% udarów mózgu, zawałów serca, jest spowodowanych solą, 25- 30% przypadków raka żołądka powoduje sól w jedzeniu. Sól rzekomo sprzyja otyłości wśród dzieci i młodzieży, powoduje wzrost tłuszczu. Wszystko dokładnie w schemacie, jaki podałem przed laty w pracy pt: „Medycyna strachu”.

Trudno sobie wyobrazić większe pomieszanie z poplątaniem.



Po pierwsze, pojęcie sól nie jest pojęciem naukowym, chemicznym, tylko gwarowym. Np. sól himalajska zawiera aż 87 innych związków. W soli naturalnej jest kilkanaście związków. Szczególnie istotny jest stosunek potasu do sodu, który w naturalnej soli wynosić może nawet 16:1. Natomiast to, co my kupujemy, to jest sól sztuczna -NaCl- otrzymywana przez suszenie w temperaturze sięgającej nawet powyżej 1000 stopni C.

Niestety, żadna z prac wykonywanych na zlecenie przemysłu i wojska [do tego powrócę] nie precyzuje, jakie badania przeprowadzono. Czyli, czy odnoszono się do związku z chorobami serca sodu, czy soli? Po drugie, to, co nam dają, szczególnie w przetwarzanych produktach, nie ma nic wspólnego z solą naturalną, stosunek bowiem sodu do potasu wynosi jak 1:4. Badania natomiast wykazują, że to potas jest tym odpowiedzialnym zarówno za nadciśnienie, jak i za choroby serca. I to niedobór potasu odpowiada za nadciśnienie.

Co prawda w 2010 roku opublikowano dane, jakoby nadciśnienie było przyczyną ponad 2 milionów zgonów na całym świecie, ale dane były z sufitu i nikt uważający się za naukowca, nie powinien się na takim szacunku opierać. Autorzy tego nowoorleańskiego Raportu podali także, że 40% zgonów przedwczesnych było z powodu choroby niedokrwiennej serca, a 41% z powodu udaru. Jest to znowu pomieszanie z poplątaniem, ponieważ autorzy przeanalizowali 247 wybranych prac z lat 1990 - 2010, nie podając żadnych kryteriów, jakimi się kierowali wybierając te, a nie inne prace. Można się domyślać, z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, że wybrali głównie prace anglojęzyczne. Ale w pracy znajdowało się doniesienie z Kazachstanu. Każdy, nawet średnio zorientowany czytelnik wie, że żywienie w Kazachstanie jest zupełnie inne, aniżeli w Nowym Jorku. Porównywanie w rodzaju „serce - sól”  jest bezmyślne. Zupełnie inne czynniki mogą występować w Kazachstanie, a zupełnie inne w Nowym Jorku, chociażby pył, przetworzona żywność, hałas, pola elektromagnetyczne itd. Autorzy tego raportu nawet nie zająknęli się na temat polipragmazji różnych czynników.

Wiadomo, że największy wpływ na zawał mięśnia serca ma przepracowanie i stres. A w omawianym Raporcie nie został on nawet poruszony, jako czynnik ryzyka. Rodzaj soli konsumpcyjnej jest zupełnie inny w USA, niż w krajach azjatyckich. W krajach uprzemysłowionych sól jest przetworem, zawierającym około 97% chlorku sodu, ale zawiera także absorbenty wody, takie jak żelazocyjanek, glinokrzemian. Wiadomo z toksykologii, że związki te są truciznami, których w naturalnej soli nie ma. 

Rodzi się więc pytanie, w jaki sposób PT Autorzy tego raportu dokonali analizy, co tak naprawdę powoduje nadmiar przyjmowanych związków toksycznych i jak dokonali selekcji czynników toksycznych. Poza tym, z innych badań wynika, że ryzyko chorób serca jest o 56% wyższe w grupie spożywającej mało soli. Udowodniono bezspornie, że przyczyną otyłości są dodatki słodzące, takie jak chlorowcopochodne fruktozy, będące 400 - 600 razy słodsze aniżeli sacharoza. Cały przemysł cukierniczy bazuje tylko na tym preparacie słodzącym. Autorzy w ogóle nie zwrócili na to uwagi. Podobnie zresztą jak „nasz” gastroenterolog.

Chlorowcopochodne fruktozy dodaje się jako słodziwo do wszelkich sprzedawanych produktów z powodu niskiej ceny. Nawet fałszuje się nazwę pisząc, że produkt jest słodzony cukrem naturalnym, ponieważ faktycznie fruktoza jest cukrem naturalnym, ale nie ta chlorowcopochodna. Szlak metabolizmu fruktozy w organizmie jest zupełnie inny, aniżeli sacharozy, czy glukozy. Stąd otyłość i wzrost poziomu cukru, oceniany jako cukrzyca.

Aż 75% posiłków dla dzieci i młodzieży zawiera różne związki soli przetwarzanej. Jeżeli dziecko od maleńkości jest w ten sposób trute, to trudno się dziwić, że po latach ma nadciśnienie. Z moich własnych, ponad 20-letnich obserwacji chorych cukrzycowych z owrzodzeniami, wynika jednoznacznie, że odstawienie wszelkiego rodzaju batoników, napojów butelkowych, jogurtów i innych produktów kupowanych w hipermarketach, plus wzbogacenie diety o witaminę K-2 [300 - 500 mcg] pozwala w okresie 6-9 miesięcy wyzdrowieć choremu z cukrzycą typu II, nawet pobierającemu wcześniej insulinę.

Twierdzenie, że to sód jest przyczyną wszelkiego zła sercowego, jest wyraźnie naciągane i niepotwierdzone badaniami. Teoria ta ciągnie się od lat 40 i pomimo minięcia 2 pokoleń nie została udokumentowana.  Dlaczego? Pozwala ona natomiast przerzucić odpowiedzialność za chorobę z producentów tego rodzaju produktów spożywczych, na konsumenta. „To przecież ty, głupi ludziku, jesteś sobie winien, ponieważ jesz za dużo soli”. Proszę zauważyć: mamy instytucje państwowe, w rodzaju Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego -NIZP, który tak zajadle ściga biedne matki, nie chcące szczepić dzieci, a pomija całkowitym milczeniem producentów big-foodów, trujących ludzi solą? To właściwie dla kogo oni pracują i przez kogo są opłacani? Podobno z naszych podatków. Czyżby w rzeczywistości było inaczej?

a w każdym bądź razie nie znalazłem, w okresie ostatnich 10 lat, ani jednej wzmianki, aby kiedykolwiek, czy to Główny Inspektor Sanitarny, czy NIZP, kiedykolwiek wszczął kampanię przeciwko truciu ludzi w zakładach masowego żywienia, przez producentów tych „solonych” potraw. Dlaczego Oni tego nie widzą? Mogą być dwie opcje. Albo cała ta afera jest zwykłym odwracaniem kota ogonem i ma zaciemnić, czy też odsunąć podejrzenia od prawdziwych sprawców chorób serca, albo są to przyczyny pozamerytoryczne i leżące poza granicami kraju.

O tym, że może to być fałszywa flaga, świadczy bezmyślne przyjęcie przez stomatologów informacji, że podawanie fluoru, rzekomo zapobiega próchnicy. Oczywiście już w 1940-tych latach udowodniono, że jest to literacka fikcja. Był to jednakże łatwy sposób na pozbycie się wyjątkowo toksycznego kwasu fluorowodorowego, powstającego przy produkcji aluminium i uranu. Po co płacić grube pieniądze za składowanie, kiedy można wmówić mniej wartościowemu ludkowi, aby to zjadał, oczywiście dla własnego dobra. I proszę zauważyć, w Polsce nadal stosuje się fluoryzacje w szkołach i jest cała masa dentystów sprzedających taką usługę. Wystarczy w Googlach wpisać pojęcie fluoryzacja. I znowu Główny Inspektor Sanitarny nie chce pokazać, za co bierze pensję.

W podobny sposób zresztą „utylizuje” się inne toksyczne produkty. Na przykład w Gdańsku firma francuska SAUR, odpady z oczyszczalni ścieków składuje na wysypisku innych odpadów poprodukcyjnych Gdańskich Zakładów Fosforowych, na wysokości ok. 50 m nad poziomem morza. Jak wiadomo, nad morzem wieją wiatry zwane bryzami. Wiatr taki, wiejący z prędkością nierzadko powyżej 10 m/s, rozwiewa ten pył na odległość do 30 - 40 km. A ludziska muszą to wdychać. Dlatego województwo ma największy współczynnik zgonów na nowotwory, dochodzący do 17500 zgonów rocznie. Natomiast NFZ przeznacza na leczenie tych raków ok. 100 milionów złotych, to znaczy na co [100 - 200] któregoś tam chorego. Przeważnie kolejki ludzi z wykrytymi nowotworami, czekającymi na podjęcie leczenia, są kilkumiesięczne. Co to znaczy przy raku, nie trzeba przypominać. I znowu, nikomu, ani radnym, ani posłom, ani urzędom, ani uczelniom, nikomu to nie przeszkadza. Mało tego, nawet sędziowie, np. Machoy z Sądu Okręgowego, nie uważają tego problemu za istotny i uniewinniają GZNF od odpowiedzialności za trucie środowiska.

Z drugiej strony są liczne prace naukowe, wskazujące na lecznicze działanie głogu w chorobach serca. Ostatnio New York Heart Asssociaton przedstawił wyniki badań, oparte na 850 chorych na serce osobach, otrzymujących ok. 1000 mg ekstraktu z głogu. Okazało się, że ekstrakt z głogu poprawił stan zdrowia chorych w zdecydowany sposób, o wiele lepiej, aniżeli placebo. Chorzy otrzymujący ekstrakt z głogu, po 10 tygodniach przyjmowania, wykazali się o wiele lepszą tolerancją na wysiłek, zmniejszoną duszność i zmęczenie. Ekstrakty z głogu wykazały istotny, jak oceniają badacze, drastyczny spadek ciśnienia rozkurczowego krwi. Ekstrakty z głogu były skuteczniejsze, aniżeli np. lek o nazwie Captopril. I teraz proszę, wytłumacz sobie, Szanowny Czytelniku, dlaczego NFZ refunduje lek o nazwie Captopril, a nie refunduje ziół?

Dlaczego lekarze są szkoleni w przepisywaniu chemii, a nie w ordynowaniu leków ziołowych? Dlaczego Twoje, przymusowe składki na NFZ, są marnowane na zapełnianie kasy prywatnych monopolistów Big-farmy, a nie na znacznie tańsze zioła? Wręcz kryminalną aferą jest sprawa wycofania w latach 80-tych leku o nazwie strophantyna, niezbędnego w leczeniu chorych sercowych. Zamiast skutecznego i znanego od wielu pokoleń leku, po dekadzie wprowadzono bardzo kosztowne leczenie kardiochirurgiczne. Problem w tym, że leczenie strofantyną powodowało śmiertelność rzędu 3-4%, a leczenie by-pasami, czy stentami, powoduje śmiertelność rzędu 47%. Czyli w majestacie „ekspertów” wprowadzono eutanazję medyczną. I to wszystko dzieje się w majestacie prawa i „naszych” urzędników od NFZ, ustalających takie procedury. Ale czego wymagać od absolwenta kursów pomaturalnych, zwanych licencjatami?

Co to ma wspólnego z wojskiem? Ponieważ, na przykładzie tylko chemtrials, wiemy o czarnym budżecie naszego biednego kraju. Wiemy, że ten czarny budżet idzie na rozmaitego rodzaju eksperymenty także medyczne. Afera z fluorem, wskazuje jednoznacznie że stoi za tym przemysł wojskowo-zbrojeniowy. Do czasu ujawnienia tzw. eksperymentów wojskowych zupełnie nie mamy możliwości analiz przyczyn i skutków.


Dr Jerzy Jaśkowski SFMRM    Kontakt do autora: jjaskow@wp.pl

Źródło: http://www.prisonplanet.pl/nauka_i_technologia/sol_a_medycyna_upadek,p1857922643

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Sól a medycyna. Upadek edukacji na przykładzie chorób serca. #1

Od wielu już lat piszę o katastrofalnym upadku oświaty i nauki w Polsce. Zaczęło się to wszystko koło roku 1974, kiedy to gensek Edward Gierek, za „otrzymane” pożyczki, sprzedał m.in. oświatę i naukę w Polsce, wprowadzając tzw. reformy. Pamiętam te dyskusje telewizyjne i radiowe, kiedy to „wybitni” eksperci medialni wmawiali mniej wartościowym tubylcom, że po co robotnikowi znajomość historii i nauk ścisłych. Zapomniano tylko podać, że ok. 75% młodzieży [80% dziewcząt] kończyło wówczas edukację na poziomie szkoły zawodowej. Skutki tych kolejnych reform, np. likwidacja kółek naukowych i przedmiotów dodatkowych w stanie wojennym, są przerażające. Po 1990 roku nastąpiła wręcz katastrofa w postaci otwierania tzw. szkół prywatnych. Nie mam nic przeciwko szkołom prywatnym, ale ani wówczas, ani obecnie, nie posiadamy kadry nauczycielskiej, przygotowanej do prowadzenia takiej liczby placówek. Nagminne było, że jeden profesor obsługiwał kilka takich szkół. I nikomu to nie przeszkadzało?



Proszę mi pokazać prywatne szkoły, które posiadają gabinety biologiczne, fizyczne, czy chemiczne, gdzie młodzież może poznawać tajniki eksperymentów.

Sprawa się jeszcze bardziej pogorszyła, kiedy to Ministerstwo zwane Edukacji Narodowej [także nie wiadomo jakiego narodu, Polska od 1000 lat była wielonarodowym państwem i nikomu to nie przeszkadzało, z wyjątkiem sąsiadów] uznało licencjaty, czyli dawniejsze kursy pomaturalne, jako wyższe wykształcenie.

Nie było w tym nic dziwnego, ponieważ to hunta już przygotowywała,  prawie 10 lat wcześniej, „nowe kadry”, rozdając na prawo i lewo tytuły naukowe. Powtarzano starą zasadę - „kadry są wszystkim”. Tylko w pierwszym roku stanu wojennego gensek Jaruzelski alias Margules alias Wolski alias Słucki mianował 1320 profesorów.

Jak Szanowny Czytelniku możesz sam sprawdzić, od tego czasu mamy zalew odkryć naukowych w postaci licznych patentów, nawet ponad 100 rocznie! Dla przykładu, Niemcy mają 17500, a Korea Południowa 14500.

Ostatnio nawet ośrodki naukowe zauważają ten problem. Np. w krakowskiej „Pauzie” jest ciekawy artykuł na ten temat prof. Jerzego Kuczyńskego [27 marca 2014].

Nie zmienia to sytuacji, że nadal pracownicy naukowi pracują na kilku etatach. Oczywistym jest więc fakt, że nie mogą pilnować własnej katedry.

Problem szastania przez rozmaite partie i partyjki tytułami jest całkowicie zgodny z zasadami cywilizacji azjatyckiej. Tworzymy piramidę i wystarczy obsadzać tylko szczyt, aby reszta słuchała i robiła to, co chcemy. Problem w tym, że obecnie taki „naukowiec” po licencjacie przyznaje pieniądze na badania temu profesorowi. Skutki są opłakane i widoczne.

Z drugiej strony taki profesor, znając swoje braki, mówi to, co mu podsuną. A kto ma pieniądze, oprócz polityków, czyli marionetek w rękach „trzymających władzę”?  Przecież tzw. klasę średnią systematycznie, na całym świcie zresztą, się likwiduje. Oczywiście w tej sytuacji pieniądze przyznają ci, co dysponują odpowiednimi funduszami i są w stanie wykupić dany patent albo zablokować jego realizację, poprzez organa zwane państwowymi. Ewidentnym przykładem jest tutaj sprawa p. Kluski i jego Optimusa. Dzięki skutecznemu działaniu WSI, to znaczy chciałem napisać Urzędowi Skarbowemu, Optimus przestał istnieć, a jego miejsce, jak każdy może zobaczyć na półkach sklepowych, przejął Dell.

To szastanie liczbą nowych wyższych szkół w Polsce, a jest ich ok. 470 na 35 milionów obywateli, a np. w Niemczech tylko 80 na ok. 90 milionów mieszkańców, oraz tytułomania powodują, że instrukcje w postaci wytycznych, są jedną wielką dezinformacją. Skutecznie przekształcono szkoły i uniwersytety w urawniłowkę, zgodną z aktualnie obowiązującą poprawnością polityczną. Ta poprawność polityczna sprowadza się do głoszenia tez, nie tyle prawdziwych, co mających uzasadnić ściąganie podatków. Oczywiście, aby się ludziska nie buntowali, to ci znani telewizyjni naukowcy wymyślają uzasadnienia do najgłupszych teorii i teoryjek.

Wystarczy przytoczyć sprawę tzw. efektu cieplarnianego. Kiedy to garstka celebrytów ze służb specjalnych, na jawnych posadach, organizuje konferencje „naukowe” i wydaje instrukcje do szkół w sprawie rzekomej szkodliwości CO2. Zupełnie nie ma znaczenia, że ludzkie spalanie, to pomijalnie mały procent produkcji dwutlenku węgla. Ludzie oddychając wydzielają ponad 30% więcej dwutlenku, aniżeli spalając w samochodach, samolotach, czy piecach. Mało tego, mówi się ciągle o spalaniu przez społeczeństwo, ale nie podaje się, że 60% paliw zużywa wojsko. I nikt tam oszczędności nie poczynia. Żaden z owych nowomianowanych profesorków nie zabierze głosu i nie zaprzeczy tej jawnej głupocie. A nauczyciele wszelkiej maści, od szkół podstawowych, do uniwersytetów, powtarzają te dyrdymały o wpływie człowieka na klimat. No cóż, wyraźnie widać, jak skuteczne były „reformy” prowadzone przez fachowców, od lat 70-tych.

I zupełnie nie mają znaczenia nawet wystąpienia oficjalne instytucji naukowych, jak na przykład NASA, która w czerwcu ubiegłego roku opublikowała raport, że człowiek nie ma żadnego wpływu na klimat Ziemi. W kilka miesięcy potem Minister Środowiska w Polsce wyłudził w budżetu 100 milionów złotych na „zakąski” pod nazwą Konferencja Klimatyczna.

Tak to wprowadzenie testów spowodowało, że myślenie samoistnie uległo zanikowi. Własne obserwacje wskazują, że student, czyli osoba po maturze, jak ma rozwiązać zdanie typu „odpowiedź prawdziwa 1, 2, 3”, to je rozwiąże, ale jak jest podane „czerwony, czarny, niebieski”, to stoi z rozdziawioną gębą i nie wie, co robić. Najbardziej ograniczone myślenie mają absolwenci tzw. matur międzynarodowych, którzy wprost wyjaśniają, że oni tego nie mieli, więc jakim prawem zadajemy im takie pytania.

Ale „nasze” ministerstwo chcąc ich „uszlachcić”, pozwala wybierać studia bez egzaminów.

Rozdawnictwa tytułów naukowych, czyli azjatyckiego sposobu formowania elit, nie wprowadzili komuniści, jak to podaje p. Józef Wieczorek, http://blogjw.wordpress.com/ ale Austriacy, sprzedając na prawo i lewo tytuły, po wymordowaniu polskiej szlachty, w tzw. Mordach Galicyjskich, pierwszym Ludobójstwie w Europie, inaczej zwanym Rabacją w 1846 roku. Ponad 5000 osób wymordowano płacąc po 10 halerzy za głowę, a za żywego dawano tylko 5 halerzy. Do dnia dzisiejszego potomków tych bandytów w Małopolsce nazywa się pilarzami, od przecinania na pół piłami mordowanych ludzi, co później szeroko stosowali upowcy, także szkoleni w Wiedniu przez Abwehrę, tzw. mielnikowcy.

Te wymienione czynniki są wspierane bardzo potężnie przez przejęcie prasy naukowej i zmonopolizowanie jej w jednym ręku. W Polsce taki monopol ma firma Elsevier, która obsługuje ponad 30 milionów naukowców i pracowników służb zdrowia  i informacji na całym świecie. Wydawnictwo to ma 2200 tytułów czasopism naukowych, 20 000 produktów edukacyjnych w 24 krajach. W Polsce reprezentuje ich Urban & Partner, wydający większość czasopism medycznych. Innym takim wydawnictwem jest Medycyna Praktyczna, której głównymi sponsorami są GSK, Merck, Sanofil, czy Novartis, główne koncerny szczepionkarskie.

Nie trzeba być specjalnym ekonomistą, aby wiedzieć, że to dział marketingowy decyduje, jaki artykuł jest dobry a jakiego publikować nie wolno. Już w 1992 roku naczelny redaktor BMJ powiedział, że nie można znaleźć recenzenta, którego zaakceptowałby przemysł farmakologiczny.

Znając te fakty, zdziwienie budzi ciągle powtarzany przez niektórych profesorów slogan, że czasopisma recenzowane - czyli cenzurowane - są lepsze od np. internetu. Ale można się domyśleć, że człowiek, który rozumie swoją miałkość, dowartościowuje się tytułem administracyjnym, lub innym. Albo liczy sobie punkty.

W sytuacji opisanej powyżej zupełnie jasne stają się wyniki Raportu Instytutu Badań Edukacyjnych „Szkoła Samodzielnego Myślenia” [Wprost 15.02.2014]. Według tych badań tylko 2% uczniów potrafiło bezbłędnie zinterpretować tekst i użyć do tego logicznej argumentacji. Ale całkowitą interpretację tekstu przeprowadził tylko 1 promil uczniów szkół podstawowych i 2 promile gimnazjalistów. Czyli 1 na 1000 rozumie, co czyta. Dobitnie potwierdzają to wpisy internautów pod tekstami [nie mówię o trolach].

Nie jest to dziwne, ponieważ jak twierdzą PT Autorzy, duża część nauczycieli także miała problemy ze zrozumieniem tekstu. Jak wykazałem na przykładzie tzw. efektu cieplarnianego, praktycznie 100% nauczycieli nie rozumie tego zagadnienia, ponieważ we wszystkich szkołach postępuje ta indoktrynacja. Przecież muszą potem, jako dorośli, bez oporu płacić podatek od tego dwutlenku węgla. Widzimy to doskonale, obserwując „naszych” posłów.

Globalny szwindel globalnego ocieplenia. Wykład Lorda Christophera Moncktona:


OGLĄDAJ DALEJ>>>

Audycja nt globalnego ocieplenia:


OGLĄDAJ DALEJ>>>

Problem z medycyną pogłębia fakt finansowania wszelkich badań naukowych przez przemysł farmakologiczny. Ponad 50% badań jest sponsorowanych, a biorąc pod uwagę całość, tj. finanse, karuzelę stanowisk oraz wydawnictwa, można powiedzieć z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, że żadna praca przeciwna przemysłowi nie ma prawa ukazać się drukiem. Czasami zdarzają się „pomyłki”, ale pod naciskiem przemysłu, wydawnictwo szybciutko wycofuje taki artykuł, oczywiście z dużym rozgłosem prasowym. Jako oficjalną przyczynę wycofania takiego krytycznego dla przemysłu artykułu, podaje się np. rzekomo nieetyczne podejście autora do badań, ponieważ dawał dzieciom cukierki.

Ustalono, że na 73 badane prace dotyczące działania leków, publikowane w najbardziej prestiżowym czasopiśmie medycznym New England Journal of Medicine, pomiędzy sierpniem 2011, a sierpniem 2012 roku, aż 60 było finansowanych przez przemysł. A w przypadku 50 artykułów, współautorami byli pracownicy firmy produkującej dany preparat. W kolejnych 37 publikacjach główny autor był wręcz odbiorcą grantu tego producenta leku. Jakie są tego konsekwencje, musisz sam Szanowny Czytelniku sobie wyobrazić. Ale ten periodyk - NEJM - dociera do co najmniej 600 000 lekarzy na całym świecie i jest licznie przedrukowywany.

Tak totalnego prania mózgu przeciętny umysł spracowanego na wielu etatach lekarza w Polsce na pewno nie zniesie. Nie dziw się więc, że będzie taki medyk opowiadał to, co opowiada.

Powoduje to silne dewiacje umysłowe, takie jak:
- sceptycyzm względem wszystkiego, czyli twierdzenie, że prawda jest nierozstrzygalna,
- agnostycyz, czyli twierdzenie, że nie można wykazać, że prawda jest nierozstrzygalna,
- realatywizm poznawczy, czyli twierdzenie, że prawda jest stopniowana, zmienna i zależy od tego, kto i kiedy ją głosi. Czyli punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Konkretnie - lekarz pacjentowi sprzedaje lek, którego sam nigdy by nie brał.

W medycynie odnosi się to do tzw. mody na dany lek, metodę leczenia, czy teorię naukową.
Na przykład pomimo odkrycia leptonów w 1995 roku, polscy dietetycy i specjaliści od żywienia nadal powtarzają nieprawdziwe teorie o szkodliwości tłuszczy i cholesterolu. I zupełnie nie ma dla tych osób znaczenia, że ich teoria powstała ok. 60 lat temu, czyli ponad dwa pokolenia wstecz.

Oni nadal, tak jak w sekcie, wierzą w to, co im kiedyś powiedziano.

Takich teorii - dogmatów w medycynie jest dużo w każdej epoce. W okresie ostatnich 50 lat przemysł wytwarza je wręcz na pęczki. Zamiast jednostki chorobowej tworzy się wyimaginowany wskaźnik badania laboratoryjnego, którego podwyższenie, lub obniżenie u danego chorego, jest rozpoznawane jako choroba. Oczywiście przemysł ma już przygotowane lekarstwo, które wystarczy kupić i wszystko jest w porządku. A jak za mało ludzi ma ten wskaźnik zmieniony? To zmienia się normę i obniża wskaźnik. Tak postępowano od 20 lat z cholesterolem. W latach 70-tych ubiegłego wieku norma wynosiła do 250 mg, ale ewentualne leczenie rozpoczynano od wartości powyżej 400. Potem obniżono normę na 200, przed 10 laty już starano się wmówić, że norma wynosi tylko 150, a obecnie sugeruje się, że nie powinna być wyższa aniżeli 100 mg.
Problem polega na tym, że cholesterol, to jest m.in Twój mózg, Szanowny Czytelniku. Jak go sobie sam obniżysz o 50%, to będziesz płacił i nie zadawał głupich pytań „swojemu” lekarzowi.

Niestety tak się ostatnio składa, że najwięcej takich z sufitu wyciąganych teorii medycznych stwierdza się u kardiologów. W ostatnim 20-leciu kardiolodzy w Polsce rozpoczęli walkę z cholesterolem, z solą, z nadwagą, i dziesiątkiem innych problemów.

Równolegle idzie straszenie, że najbardziej niebezpieczne są właśnie choroby serca i najwięcej ludzi umiera z ich powodu.

Trudno to uczciwie potwierdzić, ponieważ nie wykonuje się od wielu lat sekcji w szpitalach, a to były jedyne prawdziwe dane. Obecnie dane „podrabia” się pod NFZ i jego punktację. Tak więc żadne uczciwe statystyki nie istnieją. Opieramy się tylko na szacunkach.

Nawet prasa ostatnio to zauważyła: „Plaga zawałów, czy żądza zysku” [Gazeta 3.04.2013]. NFZ, tylko wrocławski, zauważył wzrost liczby zawałów pomiędzy 2009 a 2010, z 12.800 do 14.700, a wzrost kosztów odpowiednio ze 154 milionów, do 181 milionów. W tym samym okresie, w liczniejszym województwie mazowieckim, wydatki na leczenie zawałów serca wzrosły ze 120 milionów do 132 milionów, i to w okresie 4 lat, a nie jednego roku.

Dr Jerzy Jaśkowski 
Polska 

2014-04-29


Źródło: http://www.prisonplanet.pl/nauka_i_technologia/sol_a_medycyna_upadek,p1096758712