piątek, 18 kwietnia 2014

W Ogrodzie Oliwnym


Bł. Anna Katarzyna Emmerich w przejmującym opisie męki Zbawiciela, którą dane jej było ujrzeć, ukazuje ze szczegółami wszystkie cierpienia fizyczne i duchowe, jakie znosił Pan Jezus. Modlitwa, osamotnienie i konanie w Ogrodzie Oliwnym rozpoczynają bolesne pasmo cierpień, które przyjął na siebie Zbawiciel dla naszego Odkupienia. Oto przejmujące fragmenty opisujące cierpienie Pana Jezusa w Getsemani, jakie widziała bł. Anna Katarzyna Emmerich. Niech rozważanie agonii Zbawiciela w Ogrodzie Oliwnym stanie się wstępem dla naszych rozważań tajemnic Męki, Śmierci i Zmartwychwstania naszego Pana w czasie świętego Triduum Paschalnego i oczekiwania na poranek Zmartwychwstania. 

Getsemani

Z jedenastoma apostołami opuścił Jezus wieczernik i poprowadził ich (...) ku Górze Oliwnej. Księżyc wychylał właśnie swą jasną tarczę spoza gór; a było to przed pełnią. Duszę Je­zusa już zaczynał ogarniać smutek, zwięk­szający się coraz bardziej. Idąc przez dolinę Jozafata, rzekł Jezus do apostołów: Tutaj przyjdę kiedyś znowu, w owym ostatnim dniu, nie tak ubogi i opuszczony jak teraz, sądzić cały świat; wtenczas to wielu wołać będzie w trwodze: góry przykryjcie nas!

Była mniej więcej godzina dziewiąta, gdy Jezus przybył z uczniami do Getsemani. Nie­bo zalane było światłem księżycowym, ale tu w dole panował posępny mrok. Jezus też smutniał coraz bardziej, a i apostołów zdjął niepokój, gdy im oznajmił, że zbliża się już chwila niebezpieczeństwa. Zatrzymawszy się w ogrodzie getsemańskim, koło altanki z ga­łęzi, kazał tu zostać ośmiu apostołom (...).

Wziąwszy zaś z sobą Piotra, Jana i Jakuba Starszego, przeszedł przez drogę, oddzielającą jeden ogród od drugiego, i szedł (...) w głąb Ogrodu Oliwnego. Nieopisany smutek napełniał serce Jego; czuł zbliżającą się trwogę i pokusy(...). Rozglądnąwszy się wkoło, ujrzał Jezus zbliżające się ze wszech stron strachy i pokusy, jakby kłęby chmur, pełne strasznych mar; wtedy to rzekł do trzech to­warzyszy: Zostańcie tu, czuwajcie ze Mną i módlcie się, abyście nie weszli w pokusze­nie! (...)

Ofiara całopalna Jezusa

Gdy Jezus odszedł od apostołów, zwięk­szało się i ścieśniało coraz bardziej tłumne ko­ło straszliwych mar wokół Niego. Serce Pa­na napełniało się coraz bardziej smutkiem i trwogą. (...)

By zadośćuczynić za zaczątek i rozwój wszystkich grzechów i złych żądz, przyjął najmiłosierniejszy Jezus z miłości ku nam grzesznikom w swe Serce pierwiastki wszelkiego oczyszczającego pojednania i mąk zbawczych; dozwolił, by Jego nieskończone męki, stanowiące zadośćuczynienie za nasze nieskończone grzechy, przeniknęły i prze­rosły jak drzewo boleści o tysięcznych ko­narach, każdy członek Jego świętego Ciała, każdą cząstkę Jego świętej Duszy. Tak to, oddany samemu owemu Człowieczeństwu, upadł Jezus twarzą na ziemię, wznosząc w swym nieskończonym smutku i trwodze gorące modły do Boga. Przed sobą widział w nie­zliczonych obrazach grzechy całego świata w całej ich wewnętrznej ohydzie i przyjmo­wał je wszystkie na siebie; w modłach swych ofiarował się zadośćuczynić przez swe cier­pienia sprawiedliwości Ojca niebieskiego za wszystkie te winy. (...)

Wtem od strony nieba (...) spłynął ku Jezusowi wąski pas światła, a po nim spuścił się ku Niemu szereg aniołów, pokrzepiając i umac­niając Jezusa, upadającego pod brzemieniem smutku i trwogi. Reszta groty wypełniona była (...) strasznymi obrazami grze­chu, a złe duchy napadały ze wszech stron z szyderstwem i złością. Jezus przyjmował wszystko na siebie, choć brzemię to było ol­brzymie. Serce Jego, jedyne ze wszystkich serc, przepełnione było doskonałą miłością Boga i ludzi, więc ten bezmiar ohydy, ta obrzydliwość i ciężar wszystkich grzechów przejmowały to serce przerażeniem i smutkiem bez miary.(...)

Szatańskie ataki 

Gdy już cały ten bezmiar winy i grze­chów ludzkich (...) przesunął się przed duszą Jezusa, a On za to wszystko zgodził się być ofiarą przebłagalną i sam błagał o zesłanie na Nie­go wszelkich mąk i kar, zaczął szatan trapić Go różnymi pokusami, jak niegdyś na pus­tyni. (...) I przy tym rozwijał różne wymyślone na Jezusa cyro­grafy i z piekielną bezczelnością podsuwał Mu je przed oczy. Przypisywał Mu wszystkie błędy Jego uczniów, wszystkie zgorszenia, jakie innym dali, obwiniał Go o wywołanie za­mieszania i nieporządku przez wprowadza­nie na świat jakichś nowości i odstępowanie od starych, tradycją uświęconych zwyczajów. Jak najwytrawniejszy, najpodstępniejszy faryzeusz umiał szatan wynajdywać coraz nowe zarzuty, coraz cięższe, rzekome przewinienia Jezusa. (...)

Oddal ode mnie ten kielich.

Z początku klęczał Jezus spokojnie, po­grążony w modlitwie, lecz powoli, na widok takiego mnóstwa i ohydy grzechów i nie­wdzięczności ludzi względem Boga, lękać się zaczęła dusza Jego, serce Jego pękało prawie pod brzemieniem smutku i trwogi, aż wresz­cie ze drżeniem i lękiem wołać począł do Bo­ga: Abba Ojcze! Jeśli to możliwe, niech omi­nie Mnie ten kielich goryczy! Mój Ojcze! Dla Ciebie wszystko jest możliwe. Oddal ten kie­lich ode Mnie! A ochłonąwszy trochę, do­dał: Lecz Ojcze, nie Moja, ale Twoja niech się stanie wola! Wprawdzie wola Jego jedno była z wolą Ojca, ale że Jezus więcej czuł teraz człowieczeństwem, dlatego też jako człowiek drżał przed mękami i śmiercią.(...) 

I drżał Pan na całym ciele, a pot trwogi występował na Niego (...). Zmienił się prawie nie do poznania, wargi miał zsiniałe, a włosy zjeżone. Było około pół do jedenastej, gdy wstał cały skąpany w pocie, i chwiejąc się i potykając ciągle, wyczołgał się raczej, niż wyszedł z groty. (...)

Śpiący apostołowie

...Jezus szedł do apostołów, wiedząc że i ich dręczą pokusy i trwoga. A straszliwe mary szły wszędzie za Nim (...). Ujrzawszy apostołów śpiących, załamał Jezus ręce, osunął się przy nich na ziemię ze znużenia i zawołał: Szy­monie, czy śpisz? Ocknęli się na te słowa śpiący i zerwali z ziemi, a Jezus, czując to opuszczenie od wszystkich, rzekł im: A więc nawet przez godzinę nie mogliście czuwać ze Mną? Teraz dopiero zauważyli apostoło­wie, jak okropnie Jezus jest zmieniony, bla­dy, przemokły potem, (...) drży na całym ciele i ledwo głosu mo­że dobyć. Gdyby nie otaczała Go znana im aureola świetlista, nie byliby Go poznali.(...)


Wróciwszy do groty z nieodstępnymi swymi strachami i smutkami, upadł Jezus na twarz, rozkrzyżował ręce i pogrążył się w modlitwie do Ojca niebieskiego. Lecz już zaczęła się dla duszy Jego nowa walka, która trwała trzy kwadranse (...)

Cierpienia Kościoła

Przed duszą Jezusa stanęły jak żywe wszystkie przyszłe cierpienia Jego apostołów, uczniów i przyjaciół; widział jak małym będzie z początku Kościół, jak później z jego wzrostem pojawią się zaraz kacerstwa i schizmy, w których przez pychę i nieposłuszeństwo (...), powtórzy się historia upadku grzechowego. Widział chytrość, przewrotność i złość mnóstwa chrześcijan, różne rodzaje kłamstwa i oszukań­czych wykrętów dumnych nauczycieli; widział wszystkie świętokradzkie zbrodnie występnych kapłanów i straszne następstwa tego; widział ohydne spustoszenia w Królestwie Bożym na ziemi, w tej świętości, czynione przez ludzkość niewdzięczną, którą właśnie zamierzał odkupić i umocnić własną Krwią (...).

Tak przeciągały przed duszą bolejącego Jezusa w niezliczonych rzędach obrazów zgorszenia i występki wszystkich stuleci aż po nasze czasy i dalej, aż do skończenia świa­ta, we wszystkich przejawach chorobliwego obłąkania, pysznego fałszu, zagorzałstwa zaciekłego, fałszywego proroctwa, heretyckiej zatwardziałości i złośliwości. Wszyscy odszczepieńcy, samozwańcy, fałszywi nauczyciele, obłudni naprawiacze, uwodziciele i uwiedzeni, wszyscy szydzili zeń i dręczyli Go, że nie jest przybity do krzyża odpowiednio i do­godnie dla ich pożądliwości i wytłumaczenia ich pychy; więc darli i rozdzierali między sie­bie całodzienną szatę Kościoła Jego. Tłumy ich zniewalały Go, wyszydzały i zapierały się Go. Tłumy znów przechodziły obok Niego, dumnie wzruszając ramionami i wstrząsając głową, chociaż wyciągał ku nim zbawcze ra­miona, i szły prosto ku przepaści, pochłania­jącej ich. Mnóstwo wreszcie było takich, któ­rzy nie śmieli jawnie zaprzeć się Go; ale ze wstrętem milczeniem pomijali rany Kościoła, które sami pomagali rozdzierać, omijali Ko­ściół, jak lewita owego nieszczęśliwego, który wpadł między zbójców. Odłączali się od Jego poranionej Oblubienicy, Kościoła, jak nie­wierne, tchórzliwe dzieci opuszczają w nocy matkę, napadniętą przez zbójców i morder­ców, którzy weszli przez wrota, nienależycie przez nich strzeżone. I musiał z bólem pa­trzeć Jezus, że zamiast bronić tę Matkę, Jego Oblubienicę, szli za opryszkami, unoszącymi zdobycz na pustynię, za złotymi naczyniami i porozrywanymi klejnotami (...).

Znieważenia Najświętszego Sakramentu

Rozpoznałam wśród tych Jego wrogów wszelkiego rodzaju znieważających Go w Najświętszym Sakra­mencie,(...) począwszy od zaniedbania, nieuszanowania, opuszczenia, aż do wyraźnej pogardy, nadużycia i najohydniejszego świętokradztwa; począwszy od zwrócenia się ku bożyszczom światowym, ku pysze i fałszywej wiedzy, aż do błędnych nauk, niewiary, zaciekłego fanatyzmu, nie­nawiści i krwawych prześladowań. W tłumie tym znaleźć można było wszelkiego rodza­ju osoby (...). Ślepych, którzy nie chcieli widzieć prawdy; chro­mych, którzy, widząc ją, nie chcieli przez le­nistwo iść za nią; głuchych, którzy nie chcieli słuchać przestróg Pana i gróźb Jego; niemych, którzy nawet mieczem słowa nie chcieli walczyć za Niego; wreszcie dzieci w towarzystwie światowych, zapominają­cych o Bogu rodziców i nauczycieli, przesy­conych rozkoszami świata, otumanionych czczym mędrkowaniem, ze wstrętem odwra­cających się od rzeczy Boskich, a ginących na zawsze z powodu ich braku. Widok dzieci w tym tłumie największą mi sprawiał przy­krość, bo przecież Jezus dzieci tak kochał. Między nimi najwięcej było źle wychowa­nych i niewłaściwie nauczanych, nieuczci­wych ministrantów służących do Mszy Świę­tej, którzy nie czcili należycie Jezusa w Naj­świętszym Sakramencie. Wina ich spadała w części na nauczycieli i niebacznych paste­rzy świątyń. Wreszcie z przerażeniem ujrza­łam, że do znieważania Jezusa w Najświęt­szym Sakramencie przyczyniało się także wielu kapłanów rozmaitych stopni hierarchii kościelnej, nawet takich, którzy sami mieli się za wierzących i pobożnych. Z wielu tych nieszczęśliwców wspomnę jeden tylko ro­dzaj. Byli to tacy, którzy wierzyli w obecność żywego Boga w Najświętszym Sakramencie, czcili Go i stosownie do tego nauczali lud, lecz z tej obecności Boga na ołtarzu niewiele sobie robili, a mianowicie nie starali się i nie dbali o pałac, tron, namiot, siedzibę i strój królewski tego Króla nieba i ziemi, tj. nie starali się utrzymać w porządku i schludno­ści kościoła, ołtarza, tabernakulum, mon­strancji żywego Boga, a także wszystkich na­czyń, sprzętów, ozdób, strojów, wszystkich w ogóle przyborów i rzeczy kościoła, domu Bożego. (...) Nie było to zaś przyczyną rzeczywistego ubóstwa, tylko ospałości uczuć, gnuśności, niedbalstwa, oddania się marnym rzeczom doczesnym, nieraz także samolubstwa i we­wnętrznej śmierci duchowej; a zaniedbanie takie widziałam nawet w kościołach zamoż­nych i dostatnich. Wielu było takich, którzy zamiłowani w okazałości światowej, pousuwali najwspanialsze i najczcigodniejsze pamiątki dawnych pobożniejszych czasów, a zastąpili je czczym blichtrem. (...) 

Letni słudzy

Jakież udręczenie sprawiali Mu tu, w Ogrójcu, ci wszyscy niedbali Jego słudzy! (...) Taka opieszałość stała się nieraz powodem zgorszenia dla słabych na duchu, przez to świątynie ulegały nieraz znieważaniu, a kościoły stały pustką; kapłani tacy popadali w pogardę, więc wnet też i w sercach wiernych Kościoła zagnieżdżał się brud i opieszałość. Widząc, w jakim zaniedbaniu pozostawiają kapłani tabernakulum na ołtarzu, i oni nie oczyszczali z brudu przybytku swego serca na przyjęcie weń Boga żywego. Ci więc niedbali, nierozumni kapłani byli przyczyną, że Chrystus musiał wchodzić do brudnych, grzechem skażonych serc. Gdy chodziło o przypochlebienie się książętom i dostojnikom świata, o zaspokojenie ich zachcianek i światowych planów, to tacy kapłani znaleźli zawsze czas zająć się tym gorliwie, a tymczasem Król nieba i ziemi leżał jak Łazarz przed drzwiami, łaknąc nadaremnie okruchów miłości, bo i tego Mu nie podano.(...).


Widziałam między nimi niegodne sługi Kościoła wszyst­kich stuleci, lekkomyślnych, grzesznych kap­łanów, niegodnie sprawujących Mszę Świętą i udzielających Najświętszego Sakramentu, a zarazem tłumy takich, którzy obojętnie, lub niegodnie przyjmowali Najświętszy Sak­rament. Mnóstwo było takich, dla których źródło wszelkiego błogosławieństwa, tajemni­ca Boga żywego, stała się słowem przysięgi lub przekleństwa w złości. Byli dalej zaciekli żołdacy i słudzy szatana, którzy rozsypywa­li Najświętsze Dobro, zanieczyszczali święte naczynia, poniewierali haniebnie, a nawet bezcześcili w strasznej szatańskiej służbie bo­żyszcz (...). Było więc wielu takich, którzy przez zły przykład i zdradliwe nauki stracili wiarę w obietnicę obecności Jezusa w Najświęt­szym Sakramencie, więc też przestali czcić z pokorą obecnego tam Zbawiciela. Między nimi sporo widziałam grzesznych nauczycie­li, zbłąkanych z drogi prawdy. Walczyli oni z początku ze sobą, lecz w końcu wspólnymi siłami uderzyli na Jezusa w Najświętszym Sakramencie Kościoła Chrystusowego. Wi­działam, jak heretycy (...) po­gardą obrzucali kapłaństwo Kościoła, sta­wiali w wątpliwość (...) obecność Je­zusa w tajemnicy Najświętszego Sakramen­tu (...). A przez swe krętackie wywody odrywali od Serca Jezusa mnóstwo ludzi, za których przelał Krew swoją. (...) Przed oczyma miałam Kościół jako Ciało Jezusa, którego pojedyncze członki złączone były gorzkimi Jego cierpieniami. A od Ciała tego żywego odrywały się całe kawały, boleśnie poranione i poćwiartowane; były to wszyst­kie owe kacerskie sekty i rodziny, i ich po­tomstwo, odpadłe od społeczności Kościoła. (...)

Odstępstwa narodów chrześcijańskich

W ten sposób całe narody odrywały się od serca Jezusa, tracąc uczestnictwo w całej skarbnicy łask, pozostawionych Kościołowi. Jakże przykro było patrzeć, jak najpierw nie­liczne jednostki oddzielały się od Ciała Je­zusa i szły precz, a potem wrogo usposobio­ne wracały, wzmocnione już jako całe naro­dy; wszyscy ci odpadli od Kościoła, zdzicza­li i rozwściekleni w niewierze, zabobonach, błędnych zasadach, pysze i fałszywej umie­jętności światowej, poróżnieni w najświęt­szych uczuciach, stawali wpierw wrogo na­przeciw siebie, lecz wnet, złączeni w niezli­czone hordy, rzucali się z szałem na Kościół; a wśród nich uwijał się wąż, pobudzał do no­wej wściekłości i między nimi samymi szerzył spustoszenie. Jezus zaś odczuwał to tak bo­leśnie, jakby własne Jego Ciało darto w nie­zliczone strzępki (...).

Maryja współcierpiąca

Tymczasem Najświętsza Panna (...) upadła na ko­lana na płycie kamiennej, a skupiwszy się w sobie i zapomniawszy o całym otoczeniu, widziała tylko i czuła cierpienia swego Bos­kiego Syna. Już przedtem wysłała ludzi dla zasięgnięcia wiadomości o Nim, lecz nie mo­gąc się ich doczekać, wyszła teraz sama z Magdaleną i Salome, i w trwodze wielkiej chodziła po dolinie Jozafata. Na twarzy mia­ła zasłonę, a idąc co chwilę wyciągała ręce ku Górze Oliwnej; widziała bowiem w duchu Jezusa krwią się pocącego ze smutku i trwo­gi, więc chciała niejako otrzeć Mu oblicze rękami swymi. Dusza Jej rwała się gwałtow­nie ku ukochanemu Synowi, a On odczuwał tę Jej troskę, bo w pewnych chwilach także spoglądał w tę stronę, jakby szukając u Niej ratunku w dusznej swej trwodze.(...)


Pociecha

Jezus powróciwszy do groty, rozpoczął na nowo modły. Przezwyciężył już od­razę swej natury ludzkiej do mąk, ale znużony bardzo walką i strwożony, tak się modlił: Ojcze Mój, jeśli jest wola Twoja, oddal ten kielich ode Mnie, lecz nie Moja, ale Twoja wola niech się stanie!

Wtem rozstąpiła się przed Nim ziemia, w której głąb po smudze świetlistej wiodły schody do otchłani. W niej ukazali Mu się Adam, Ewa, wszyscy Patriarchowie i spra­wiedliwi, rodzice Matki Jego i Jan Chrzciciel, a wszyscy czekali z utęsknieniem Jego przy­bycia i wyzwolenia ich. Serce Jego przeto, miłością gorejące, wzmocniło się i pokrzepiło tym widokiem, gdyż On to przecież miał tym duszom, tęskniącym za niebem, otworzyć je przez swą śmierć. On miał je wyprowadzić z więzienia tęsknoty do wiecznej szczęśliwości. Po tych nieba dziedzicach Starego Za­konu(...), przeprowadzili przed Nim aniołowie orszak wszystkich przyszłych błogosławionych, którzy, łącząc swe walki duchowo z zasługami mąk Chrystusa, przez Niego mieli połączyć się z Ojcem niebies­kim. Był to nieopisanie piękny, pokrzepiają­cy na duchu widok, przywodzący Jezusowi na pamięć najskrytszą a niewyczerpaną moc zbawczą i uświęcającą czekającej Go śmier­ci odkupienia (...). Szli więc aposto­łowie, uczniowie, dziewice i niewiasty, wszys­cy męczennicy, pustelnicy i wyznawcy, pa­pieże i biskupi, wszyscy przyszli zakonnicy i w ogóle wszyscy, którzy mieli być zbawie­ni. Przystrojeni byli oni w zwycięskie wień­ce swych cierpień i umartwień; rozmaitość kwiatów w wieńcach, kształt tychże, barwa, zapach i siła wynikała z różności ich cierpień i walk zwycięskich za życia, w których zdobyli sobie chwałę niebieską. Lecz wszystko, ich życie i działalność, całe znaczenie i siła ich walk i zwycięstw, cały blask i świetność ich tryumfu, opierały się jedynie na połączeniu ich zasług z zasługami Jezusa Chrystusa. (...)

Tak z jednej strony patrzył Jezus na du­sze sprawiedliwych w otchłani, z drugiej przesuwał się przed oczyma Jego duszy cały Kościół przyszłych świętych; z jednej strony widział tęsknotę Patriarchów, z drugiej zwy­cięski pochód przyszłych błogosławionych, a oba te widzenia uzupełniały się nawzajem (...), otaczając jakby jedną wielką koroną zwycięską tchnące miłością Serce Zbawiciela. Dusza Jezusa, przyjąwszy na siebie wszelkie ludzkie cierpienia, czerpała z tego wzruszającego widoku moc i pokrze­pienie. Ach! tak dalece miłował Jezus swych braci, swe stworzenia, że za cenę jednej jedy­nej duszy byłby chętnie całą mękę wycierpiał! (...)


Widzenie męki

Lecz znikło w końcu to pocieszające wi­dzenie, a nowe katusze zaczęły się dla Jezusa. W grocie pojawiła się wielka liczba aniołów i ci zaczęli Mu przedstawiać całą Jego mękę, począwszy od pocałunku Judasza aż do ostatniego słowa na krzyżu: (...) zdrada Judasza, ucieczka ucz­niów, szyderstwa i zniewagi przed Annaszem i Kajfaszem, zaparcie się Piotra, wyrok Piła­ta, wyszydzenie przez Heroda, biczowanie i cierniem ukoronowanie, wyrok śmierci, upadki pod ciężarem krzyża, spotkanie Naj­świętszej Panny i Jej omdlenie, wyszydzenie Jej przez oprawców, okrutne przybijanie do krzyża, podniesienie krzyża, szyderstwa fa­ryzeuszów, boleść Marii Magdaleny i Jana, przebicie boku, słowem wszystko(...) Z lę­kiem i wzruszeniem Jezus (...) słyszał wymawiane sło­wa i odczuwał wszystko. Brał jednak chętnie te męki na siebie, poddawał się im chętnie z miłości ku ludziom. Najbardziej zasmucała Go konieczność sromotnego obnażenia na krzyżu, by zmazać nieczystości ludzi. (...)

Tymczasem Najświętsza Panna chodziła wciąż jeszcze z dwiema świętymi niewiasta­mi po dolinie Jozafata, wespół odczuwając w duchu żywo trwogę i smutek Syna swego w Ogrójcu. A Jezus nawzajem widział i czuł tę boleść i smutek Matki swej Najświętszej.

Po ukończeniu przedstawiania męki, zni­kli aniołowie, znikły i obrazy, a Jezus upadł jak konający na twarz. Krwawy pot gwałtowniej jeszcze niż przedtem spływał z Niego, przeciekając nawet w niektórych miejscach przez żółtą szatę, w którą był ubrany. (...)


Twoja wola niech się stanie.

Wtem spłynął w powietrzu ku Jezusowi anioł, większy, o wyraźniejszych kształtach i bardziej do zwykłego człowieka podobny, niż aniołowie poprzedni.(...)


Jezus więc wychylił dobrowolnie kielich swych cierpień i otrzymał wzmocnienie na duchu, po czym pozostał jeszcze kilka minut w grocie na modlitwie dziękczynnej. Smutny był wprawdzie, ale już tak dalece nadnaturalnie wzmocniony, że bez trwogi i niepoko­ju mógł śmiałym krokiem pójść do uczniów. (...) Chustką od potu osuszył Jezus twarz i otarł nią głowę; włosy mokre jeszcze były od potu i krwi, i pozlepiane w kosmyki.(...) 

Zbliżywszy się do apostołów, zastał ich Jezus jak za pierwszym razem śpiących na tarasie (...). Wtedy rzekł Jezus do nich: Nie czas teraz spać; wstańcie i módlcie się, gdyż zbliża się godzina, w której Syn Człowieczy wy­dany będzie w ręce grzeszników. Wstańcie i chodźmy naprzeciw! Patrzcie, zbliża się zdrajca.(...) Spokojnie mówił Jezus jeszcze chwilę z apos­tołami, powtórnie polecił im pocieszyć Naj­świętszą Pannę, a wreszcie rzekł: Czas już iść naprzeciw; chcę bez oporu oddać się w ręce nieprzyjaciół. (...)


Fragmenty opisów Męki Pańskiej za: Żywot i bolesna Męka Pana Naszego Jezusa Chrystusa i Najświętszej Matki Jego Maryi według widzeń Świątobliwej Anny Katarzyny Emmerich, 1927 r.


Tekst ukazał się w 27. numerze dwumiesięcznika "Przymierze z Maryją"


Męka Pańska według Całunu Turyńskiego

Całun Turyński z niezwykłą dokładnością potwierdza niewypowiedziane cierpienia Jezusa Chrystusa w czasie Jego Męki.


Zastanówmy się nad słowami św. Alfonsa Marii Liguori: „Gdyby ktoś cierpiał za przyjaciela obelgi i złe traktowanie, a później dowiedział się, że ów przyjaciel pytany o to, mówi: »Porozmawiajmy o czymś innym!«, jakże wielki ból sprawiłaby mu niepamięć niewdzięcznika! I wręcz przeciwnie, jakąż ulgę odczułby, upewniając się, że przyjaciel zapewnia o dawaniu świadectwa wiecznej wdzięczności, i że zawsze o tym pamięta wyrażając się o nim z czułością i wzruszeniem. Dlatego też wszyscy święci, zdając sobie sprawę z przyjemności jaką sprawia Jezusowi częste przywoływanie Jego Męki, troszczyli się o to, aby nieustannie rozważać cierpienia i obelgi, jakim był poddany nasz najukochańszy Odkupiciel w czasie swojego życia, a zwłaszcza w chwili śmierci”. (1)

Rozważanie Męki Chrystusowej było zawsze i jest nadal jedną z najważniejszych dróg prowadzących ku rozwojowi duchowemu i uświęceniu. Tymczasem dla nas, ludzi XXI wieku, staje się ono coraz trudniejsze głównie ze względu na naszą słabość.

„Piąta Ewangelia”


Czy to nie po to, aby wesprzeć nas w tej słabości Opatrzność Boża zachowała właśnie dla naszej epoki odkrycie skarbu zawartego w Całunie Turyńskim? Dopiero bowiem wraz z rozwojem nauki odkryte zostały cudowne znaki znajdujące się na nim: ślady korony cierniowej, pchnięcia włócznią, biczowania, a nawet znaki, które - jak można przypuszczać - zostały na nim odbite jako ślad zmartwychwstania Pana Jezusa.

Naukowcy, którzy długo badali tę świętą relikwię, uważają, że Całun Turyński jest bardziej kompletny i szczegółowy, jeśli chodzi o przedstawienie Męki Chrystusa, niż same Ewangelie. A także, że „żadne z odkryć dokonanych przez »zespół badający całun«, w ciągu trzech lat [badań i analiz], nie zawiera żadnej informacji, która stałaby w sprzeczności z treścią Ewangelii”.(2) Dlatego niektórzy zaczęli określać Całun Turyński mianem „Piątej Ewangelii” lub „Ewangelią dla XX wieku”.

Wybitny katolik, specjalista - chirurg i pisarz francuski dr Pierre Barbet, snuł w jednej ze swoich książek na temat Całunu takie rozważania: „Chirurg (w naszym wypadku, jakikolwiek czytelnik), który już rozważał cierpienia Męki Pańskiej, który postanowi zrekonstruować metodycznie wszystkie etapy tego męczeństwa trwającego noc i dzień, będzie mógł lepiej niż najbardziej wymowny kaznodzieja i lepiej niż najświętszy z ascetów (nie licząc tych, którzy mieli tego bezpośrednie wizje) wczuć się w męczeństwo Chrystusa”.(3)

I to właśnie uczynimy, opierając się na zeznaniach chirurgów, naukowców i specjalistów, którzy analizowali Całun, śledząc niektóre epizody Męki Chrystusa tak, jak nam to przedstawiają Ewangelie i Tradycja, i jak to zostało uwidocznione na Całunie Turyńskim.

Modlitwa w ogrodzie Getsemani

„Pogrążony w udręce jeszcze usilniej się modlił, a Jego pot był jak gęste krople krwi, sączące się na ziemię”. (Łk 22, 44)

Zwróćmy uwagę na to, iż jedyny ewangelista, który z precyzją i dokładnością specjalisty opowiada o tym wydarzeniu, był lekarzem (św. Łukasz). Hematidroza (wydzielanie krwawego potu) jest zjawiskiem rzadkim, ale dobrze opisanym. Pojawia się, według dr. Le Bec, w warunkach zupełnie wyjątkowych: wielkiego osłabienia fizycznego organizmu i towarzyszącego mu wstrząsu moralnego, pociągającego za sobą głębokie przeżycia i wielki strach.

Strach, przerażenie i wstrząs moralny osiągają tutaj swój szczyt. To właśnie to, co Łukasz określa słowem „agonia”, które po grecku oznacza walkę, udrękę, trwogę... Intensywne rozszerzenie podskórnych naczyń włoskowatych, które pod wpływem nacisku gwałtownie przechodzą do milionów gruczołów potowych. Krew miesza się z potem, a po jego wydzieleniu krzepnie na skórze. To właśnie ta mieszanina potu i skrzepów łącząc się, ścieka po całym ciele w wystarczającej ilości, aby spaść na ziemię.(4)

Prof. Giovanni Tamburelli, poddając komputerowej analizie trójwymiarowe zdjęcie oblicza postaci z Całunu, zauważył, że oprócz niezliczonych krwawień i małych skrzepów krwi, którymi jest ono naznaczone, wydaje się być całe pobrudzone krwią, tak jak mogła wyglądać twarz Pana Jezusa w chwilach agonii w Ogrodzie Oliwnym.

Spoliczkowanie w domu Annasza

„Gdy to powiedział, jeden ze sług obok stojących spoliczkował Jezusa, mówiąc: »Tak odpowiadasz arcykapłanowi?«” (J 18, 18,22)

Naukowcy, badając Całun, stwierdzili, że po prawej stronie twarzy, która została na nim odbita, widać duże stłuczenie, a chrząstka nosa została złamana i przesunięta w prawo.(5)

Dr Judica Cordiglia wyjaśnia, że złamanie chrząstki nosa i następujące po tym jego skrzywienie, które można zaobserwować na Całunie, spowodowane zostało uderzeniem zadanym kawałkiem krótkiego, walcowatego kija o średnicy od 4 do 5 cm.(6) Miało to spowodować obfity wypływ krwi, co da się zauważyć na Całunie, jako że wąsy są nasycone krwią, która spływa od nosa aż na brodę.(7) Nadto, w opinii językoznawców słowo używane przez św. Jana na określenie „spoliczkowania” można przetłumaczyć jako „uderzenie kijem”. Zgadzałoby się to z wnioskami, do których doszli naukowcy badający Całun. (8)

Obelgi i zniewagi cielesne

„I zaczęli Go pozdrawiać: »Witaj, Królu Żydowski!« Przy tym bili Go trzciną po głowie, pluli na Niego i przyklękając oddawali Mu hołd" (Mk 15, 18-19)

Przy pomocy nowoczesnej aparatury badawczej, można dostrzec na postaci z Całunu Turyńskiego „obrzęki w różnych częściach twarzy i ogromny ślad po plwocinie, który schodzi od wewnętrznego kącika prawego oka aż do dolnej części nosa”.(9) Ten „został zdeformowany przez złamanie chrząstki grzbietowej, całkiem blisko nasady nosa, która pozostała nienaruszona”.(10) Również „w okolicy oczu i na łukach brwiowych są rany i urazy takie same, jakie mogłyby powstać w wyniku uderzeń kijem lub pięścią. Prawa brew jest wyraźnie spuchnięta”.(11)

„Prawie na całej twarzy znajdują się zadrapania, ale przede wszystkim po prawej stronie, która jest również zdeformowana tak, jakby pod krwawymi otarciami naskórka znajdowały się także krwiaki. Obydwa łuki brwiowe prezentują owe, tak dobrze nam znane, rany pourazowe, które pojawiają się pod wpływem uderzenia kijem lub pięścią; kości łuków brwiowych przecinają skórę”.(12)

„Prawa strona twarzy jest znacznie spuchnięta. Obrzęk rozciąga się i zwiększa w bruździe znajdującej się pomiędzy nosem, policzkiem a ustami”.(13)

„Dlatego mamy przed sobą twarz, która była potwornie maltretowana uderzeniami kija, uderzeniami pięścią, policzkowana, opluwana. Wyraźne są też ślady wyrywania włosów na brodzie”.(14)

Profesor Giovanni Tamburelli, analizując trójwymiarowe zdjęcie Całunu, stwierdza: „Twarz ukazuje się pokryta rodzajem przerażającej krwawej maski, na widok której cierpienie Człowieka z Całunu wydaje się niesłychanie okrutne. Jest to coś niezwykle poruszającego”.(15)

Biczowanie

„Wówczas Piłat wziął Jezusa i kazał Go ubiczować”. (J 19, 1)

„Całun daje nam obraz biczowania o wiele bardziej kompletny, dokładny i potworny: ponad 120 potrójnych ciosów, zadanych przez dwóch silnych mężczyzn, znajdujących się po obu bokach skazańca, doświadczonych w swoim rzemiośle, z których jeden był wyższy, a drugi nieco niższy; którzy pokrywają metodycznie kolejnymi uderzeniami całą powierzchnię jego ciała nie oszczędzając żadnego miejsca z wyjątkiem okolic serca”.(16)

Na całym ciele, przede wszystkim zaś na plecach, można zobaczyć identyczne ślady, jakie pozostawiało narzędzie, którego Rzymianie używali do biczowania skazańca (flagellum taxillatum), złożone z trzech odgałęzień zakończonych małymi metalowymi kulkami z wypukłościami i połączonych ze sobą specjalnym drutem. To narzędzie nie było używane w średniowieczu (część środowisk, odrzucających autentyczność Całunu Turyńskiego, twierdzi, że jest on „tworem ludzi średniowiecza” - przyp. red.), a znane jest w naszych czasach dopiero po tym, jak zostało znalezione podczas badań archeologicznych. Każde uderzenie flagellum taxillatum wyrywało kawałki skóry, powodując krwawienia.(17)

Badając kierunek tych krwawień i kierunek uderzeń ustalono, że Jezus w czasie biczowania znajdował się w pozycji pochylonej i był przywiązany do niskiego słupa. Prof. Pierluigi Bollone doliczył się ponad 600 ran na całym ciele Człowieka z Całunu i 120 śladów po biczu.(18)

„Urazy powstałe w wyniku biczowania odznaczają się takim realizmem, taką zgodnością z danymi archeologicznymi, i występują w takiej ilości, że stoją w wyraźnej sprzeczności z niezwykle ubogimi przedstawieniami artystów wszystkich czasów”.(19)

Koronowanie cierniem

„A żołnierze uplótłszy koronę z cierni, włożyli Mu ją na głowę i okryli Go płaszczem purpurowym”. (J 19, 2). Na Całunie „głowa ukazuje ponad 50 małych głębokich ran, które świadczą o obecności korony cierniowej. Większe plamy odpowiadają dokładnie miejscom, gdzie znajdowały się żyły i tętnice, co oddala możliwość fałszerstwa, ponieważ np. w średniowieczu nie znano krwioobiegu”.(20)

„Całun Turyński nie pozostawia tutaj cienia wątpliwości. Pozwala domyślać się istnienia korony w kształcie hełmu, która pokrywała całą głowę mężczyzny, od czoła aż do karku”.(21)

„W tej części głowy, pełnej zakończeń nerwowych i dużej ilości naczyń krwionośnych, ból spowodowany przez koronę, opierającą się o krzyż, a więc wbijającą się przy każdym ruchu, był na pewno nie do zniesienia”.(22)

„Na Całunie po prawej stronie czoła katowanego człowieka można zauważyć znaczny upływ krwi dosyć gęstej w kształcie cyfry „3”. „Wiadomo, że w tej części ciała, u wielu osób występuje dosyć duża żyła która przy wielkim wysiłku znacznie się rozszerza. Jeden z cierni prawdopodobnie przedziurawił tę żyłę - a badania anatomiczne potwierdzają tę tezę - powodując ciągłe krwawienie, nawet po wyciągnięciu przedmiotu, który spowodował ranę”.(23)

„Krwotoki spowodowane przez koronę cierniową, a następnie powstałe z nich skrzepy, są oczywiste” (24) i niemożliwe jest, aby mogły zostać wymyślone przez jakiegokolwiek śmiertelnika.

Trzy upadki

„Jezus upada po raz pierwszy... Jezus upada po raz drugi... Jezus upada po raz trzeci”. (Droga Krzyżowa, Stacja III, VII i IX)

Ewangelie nie wspominają o tych trzech upadkach, których doświadczył Pan Jezus w drodze na Kalwarię, ale przekazuje nam to Tradycja. Dlatego zostały one włączone do Drogi Krzyżowej.

Te upadki „potwierdza w wyraźny sposób Całun. Człowiek z Całunu ma kolana zranione w wyniku gwałtownego upadku na kamieniste podłoże. Lewe kolano jest brudne od ziemi zmieszanej z krwią. Zadrapania znajdujące się na nosie również są zabrudzone kawałkami ziemi - znak, że twarz Jezusa uderzyła o nią gwałtownie. (...) Nie mogąc zamortyzować siły upadku rękami, przywiązanymi do poprzeczki, którą Chrystus niósł na barkach, głowa Jezusa musiała nieuchronnie uderzać z całej siły o kamieniste podłoże; poprzeczka napierała na głowę silnie uderzając w kark, przykryty cierniami. Łatwo zrozumieć dlaczego na wizerunku z Całunu kark pojawia się tak straszliwie zmasakrowany.(25)

Ukrzyżowanie

„Tam Go ukrzyżowano, a z Nim dwóch innych, z jednej i drugiej strony, pośrodku zaś Jezusa” (J 19, 18)

Najpierw zdjęli z Niego szaty. Musiało to spowodować straszliwy ból, ponieważ tkanina tuniki zaschła na ranach Boskiego ciała, przyklejając się do niego. Czasami, w podobnym wypadku, aby zdjąć tkaninę przyklejoną do bardzo poranionego ciała, konieczne jest zastosowanie ogólnego znieczulenia. „Ale dlaczego tak dotkliwy i okropny ból nie prowadzi w tym przypadku do omdlenia? To dlatego, że cały czas On [Jezus] panuje nad swoim męczeństwem, a nawet nim kieruje”.(26)

Później rzucili go na ziemię, ciągnąc go za ramiona, aby je przybić do poprzeczki krzyża.

Gdzie zostały umieszczone gwoździe? Nie na środku dłoni, jak to zazwyczaj widać na rozpowszechnionej ikonografii. Badania specjalistów udowodniły bowiem, że to miejsce było zbyt słabe, żeby wytrzymać ciężar ciała dorosłego człowieka. Zatem gdzie? Między dłonią a przedramieniem, w miejscu znanym w anatomii pod nazwą „szczelina Destota” (nadgarstek). „W tym miejscu gwóźdź wchodzi z większą łatwością, nie łamiąc żadnej kości, i utrzymuje się łatwo i pewnie na miejscu. (...) Oglądając Całun, możemy zauważyć, że wielki skrzep krwi odpowiadający ranie ramienia znajduje się dokładnie w okolicy tego miejsca”.(27)

Przebijając miejsce znajdujące się między dłonią a przedramieniem, gwóźdź powodował „ból nie do opisania, przenikliwy, który promieniował na palce, wznosił się jak ognisty język aż do łopatki i przenikał do mózgu. Dobrze wiadomo, że najbardziej nieznośny ból jakiego człowiek może doświadczyć, powstaje w wyniku zranienia jednego z większych splotów nerwowych. Jezus będzie to znosił jeszcze przez trzy godziny".(28)

Następnie kat i jego pomocnik podnieśli poprzeczkę z przybitym do niej Jezusem, aby ją umieścić na palu, czyli na pionowym drzewcu krzyża. Zadawało to Ukrzyżowanemu niewypowiedziany ból.

Podczas gdy Jezus wisiał na krzyżu, utrzymując się tylko dzięki przybitym do niego rękom, oprawcy zaczęli przybijać jego stopy do drzewca krzyża. Przebili lewą stopę w taki sposób, że główka gwoździa wyszła na podeszwie stopy; układając ją później na grzbiecie prawej stopy w taki sposób, aby gwóźdź również ją przebił, i wreszcie przymocowując obie, jedna na drugiej, do drzewca krzyża.

„Powieszenie za ręce powoduje u ukrzyżowanych zespół kontrakcji, które stopniowo przechodzą w skurcze mięśni. Dosięga ono w końcu mięśni odpowiadających za oddychanie, uniemożliwiając wydech. Katowani, nie mogąc opróżnić płuc, umierają przez uduszenie”.(29)

Śmierć

„Wtedy Jezus zawołał donośnym głosem: Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego. Po tych słowach wyzionął ducha”. (Łk 23, 46)

„Obserwując ślady na Całunie widzimy, że na wizerunku mięśnie klatki piersiowej są zwarte w spazmie, przepona jest uniesiona i zaznacza się we wklęsłości brzucha. Jest to obraz typowy dla gwałtownego zwarcia mięśni, spowodowanego duszeniem się i gwałtowną chęcią oddychania”.(30)

„Nigdy nie mógłbym uwierzyć ani nawet wyobrazić sobie, że ukrzyżowanie jest tak niemiłosierne i okrutne, jak pozwala nam to zrozumieć Całun Turyński swoim niemym a zarazem niezwykle wymownym językiem. (...) Ukrzyżowanie przewyższa pod względem okrucieństwa wszystko, co tylko możemy sobie wyobrazić”.(31)

Zakończenie

W obliczu tego wszystkiego, co udało nam się przedstawić, można zrozumieć przenikliwy komentarz prof. Plinia Correi de Oliveira:
„Całun Turyński jest nieustającym cudem. Pan Jezus dokonał wspaniałego aktu miłosierdzia, zwłaszcza jak na nasze czasy, pozwalając, aby zdjęcie ukazało jego Boskie oblicze”.

„Jest on takim cudem, takim dowodem istnienia Naszego Pana Jezusa Chrystusa, takim dowodem Jego zmartwychwstania i dowodem na to, w co wierzymy, że można byłoby sobie życzyć, aby we wszystkich środowiskach religijnych częściej mówiło się o Całunie Turyńskim”.

„Jest w Nim majestat i godność Człowieka-Boga, które przejawiają się w bólu i poniżeniu, z łagodnością baranka, ale i z dumą lwa”.

„Zachęcałbym wszystkich do posiadania pięknej reprodukcji Całunu Turyńskiego i przechowywania jej między swoimi pobożnymi przedmiotami, aby ją kontemplować, podziwiać i rozważać nad tym wizerunkiem, ponieważ jest ono jak zdjęcie Naszego Pana Jezusa Chrystusa. I to zdjęcie przypomina nam o pewnych epizodach znajdujących się w Ewangelii, które dają nam pojęcie o wielkości Naszego Odkupiciela”.(32)

Plinio Maria Solimeo

(2) Dr John H. Heller, członek zespołu STURP (Projekt Badań nad Całunem Turyńskim), w "Całun Turyński", Wyd. José Olympio, RJ, 2 wyd., 1986, str. 215


Za: http://www.pch24.pl/meka-panska-wedlug-calunu-turynskiego,1045,i.html#ixzz2zDWmLykR

Kozacy - jak dezinformują nas zawodowi historycy. #2


Zaczęło się to wszystko po bitwie pod Lepanto, w 1571 roku. Miasta włoskie doszły do wniosku, że same nie dadzą rady potędze tureckiej, nawet wespół z Habsburgami i postanowiły zastosować stary manewr skorpiona - stworzyć zagrożenie z drugiej strony imperium osmańskiego. Wybór padł na Polskę. A że było to na rękę także Anglii, realizacja tego pomysłu doprowadziła do upadku Rzeczpospolitej.


Było to stosunkowo łatwe, ponieważ wolna elekcja, odpowiednio przygotowana, pozwoliła powołać na króla tego, kogo „miano” powołać. Było to coś w rodzaju słynnego powiedzenia Forda: możecie wybrać każdy kolor, byle by był czarny. Lub jak kto woli, nie ważne kto i jak głosuje, ale ważne, kto liczy głosy. Od 1587 roku, tj. od wyboru Wazów [lenników Habsburgów], państwa ościenne starały się na stolcu polskim posadzić zawsze lennika Habsburgów. Najpierw to byli Wazowie, a potem Sasi. Jest rzeczą oczywistą, że lennicy realizowali politykę swojego suzerena, a nie lokalną. W ten sposób Polska traciła kolejne terytoria. 

Do tego celu rozbicia Rzeczpospolitej używano właśnie ówczesnej legii Cudzoziemskiej, czyli kozaków. Już sama nazwa „Powstanie Chmielnickiego” jest dezinformacją. Pojęcie „powstanie” odnosi się do oporu miejscowej ludności przeciwko okupantowi. Natomiast rokosz przeciwko legalnej władzy nazywa się rebelią. Tak więc możemy poprawnie mówić tylko o rebelii Chmielnickiego. Szeroko propagowane pisarstwo H. Sienkiewicza nijak się ma do rzeczywistości. Romantyczna opowieść o Chmielnickim służy zamazaniu agenturalnej działalności tego osobnika. Brał pieniądze od Wenecji, cara moskiewskiego i kogo się dało, aż doprowadził do sprzedania Kozaków. Teoretycznie powinien wisieć, a obecne władze Ukrainy postawiły mu pomniki?

Trzeba także przypomnieć, że kozactwo siczowe, to przede wszystkim słynna piechota zaporoska. Piechota ta, ukryta za szeregiem połączonych wozów, nieraz sześciu, była nie do pokonania dla ówczesnej kawalerii. Nawet słynna husaria nie miała nic do powiedzenia. Unowocześniony tabor husycki dawał piechocie wyposażonej w broń palną ogromne możliwości obronne. Słynnymi oddziałami najemnymi złożonymi z kozaków byli np. Lisowczycy.

Następny obraz.
Przeskoczymy teraz o kilkaset lat, aby pokazać, że nic się nie zmieniło. Mieszkańcy omawianych terenów nadal chętnie się wynajmowali temu, kto płaci. I tak, uderzając na Sowietów, Hitler prowadził już prawie 50-ciotysięczny kontyngent ukraiński. Szkoleni w Gdańsku i Wiedniu, indoktrynowani nacjonalistycznie, myśleli, że będą budować jakieś państwo. Naprawdę wystarczy kilka lat indoktrynacji, aby, stosując odpowiednie techniki, wyprać mózgi młodym ludziom. W taki sposób powstało UPA. Od wejścia do Lwowa, do 30 lipca 1941 roku, trwały zamieszki. Niemcy jednak wcale nie mieli zamiaru tworzenia odrębnego państwa ukraińskiego. Potem powstały dwa kontraktowe, na rok, bataliony ukraińskie Natinghal i Roland. Karność i przydatność ich była tak mała, że po roku, kiedy kontrakt wygasał, chciano ich rozwiązać. Sprawa wyszła na jaw i mołodcy uciekli do lasu, tworząc bandy banderowskie.

Niemcy potrzebowali jednak mięsa armatniego i werbowali dalej. Taką zupełnie zapomnianą kartą jest stworzenie I Kozackiej Dywizji Kawalerii. Dywizja ta, stworzona w 1943 roku, odegrała ważną rolę w walce z partyzantami Tity i wojskami sowieckimi w Jugosławii. Dywizja wchodziła w skład niemieckiej 2 Armii Pancernej. Kozacy wykazywali się wielką bitnością i niezwykle pomagali w walce z komunistami. Polonika z tej historii. Uzupełnienia i remonty tej dywizji były szkolone w Mokowie koło Mławy, w byłych koszarach polskiej kawalerii. Dywizja liczyła ponad 18 555 ludzi, w tym 3827 Niemców, oraz służby pomocnicze. W taborach były kobiety. Dowódcą był generał major von Pannwitz, oficer kawalerii. Wszelkie komendy i rozkazy były wydawane po rosyjsku.

Historia tej Dywizji na pewno zasługuje na opisanie. Powstała także 2 Kozacka Dywizja Kawalerii, na bazie II Kaukaskiej Brygady kawalerii. Dowódca Dywizji, usiłując nie dostać się w ręce Sowietów, wyprowadził swoich żołnierzy do Austrii, w okolice Klagenfurtu i skapitulował przed 11 Brytyjską Dywizją Pancerną. Anglicy, jak zwykle, nie dotrzymali umowy i pomimo posiadanej wiedzy o masowym mordowaniu przez NKWD jeńców, wydali wszystkich w ręce sowietów. Generał von Pannwitz zginął zamordowany wraz ze swoimi żołnierzami oraz kobietami i dziećmi, po odmowie opuszczenia oddziałów. Doskonale tragedię tych oddziałów opisał Józef Mackiewicz, który jako pierwszy ujawnił zdradę Anglików i tragedię tych żołnierzy. Pewnie dlatego jest zupełnie zapomniany w Polsce.

Kolejny obraz.
I znowu przeskoczymy kilkadziesiąt lat. Ponownie wynajęto ponad 1300 mieszkańców tych terenów do „Misji Pokojowej” w Jugosławi w 2005 roku. Stacjonowali m.in w Bazie CAMP BONDSTEEL - 400 hektarowy obszar rolniczy zmieniony na obóz warowny, otoczony 2.5 metrowej wysokości murem betonowym. Obóz ten był największą bazą amerykańska w Jugosławii, gdzie stacjonowało ponad 7000 żołnierzy, tj. 75% całego kontyngentu „bałkańskiego”. Baza ta, to był prawdziwy moloch, z 300 budynkami, 25 km dróg, otoczona 14 km wałami ziemnym i zaporami betonowymi, 11 wieżami strażniczymi i 85 km zasieków. 
Dokoptowanie Ukrainy do tych sił było o tyle dziwną sprawą, że Ukraina nie była w NATO. NATO zaatakowało Jugosławię wbrew prawu międzynarodowemu i własnemu statutowi. W owym czasie NATO miało zakaz wysyłania swoich żołnierzy do walki, nie będąc atakowanym. Warto o tym pamiętać tym wszystkim politycznie poprawnym, polskojęzycznym tubom propagandowym.

Jest jeszcze jedna ciekawa sprawa. Żołnierze ukraińscy zostali  w 2009 roku oskarżeni o handel paliwem. Podobno sprzedali go, na lewo, za 2.6 miliona euro. Niezła sumka. I sprawa ucichła. Tego typu sprawy są dobrą okazją do werbunku do służb specjalnych. Trzeba także wspomnieć, że około 4-5 milionów młodych ludzi z Ukrainy, po 1992 roku, dostało możliwość pracy za granicą: w Hiszpani, Porugalii, Włoszech, ale przede wszystkim w Kanadzie i USA. Wieść gminna głosi, że był to doskonały sposób werbunku agenturalnego. W sytuacji masowych odmów wiz np. Polakom, Ukraincy dostawali je bezproblemowo i to do pracy. Od bezpośrednich świadków wiem, że całe dzielnice były budowane przez Ukraińców, nie znających języka. Tylko inżynier kierujący budową umiał po angielsku. Porównując łatwość otrzymywania wiz przez Ukraińców, z perypetiami wizowymi Polaków, należy głęboko się zastanowić nad taką sytuacją. Taki werbunek natomiast przypomina dokładnie sytuację z 1905 roku, po przegranej z Japończykami. Także ok. 40 000 żołnierzy z Rosji  przewieziono do USA. A potem z ok. 10 000 z pośród nich, Trocki - Bronstein powrócił w 1917r do Rosji, rozwijając działania rewolucyjne pod określonym kątem.

Powracamy na Majdan, czyli rynek w Kijowie w 2014 roku. Jak już powszechnie było wiadomo, strzelcy wyborowi byli angażowani przez rzekomą opozycję. Zeznania lekarzy są jednoznaczne: strzały z góry, te same pociski w ciałach ofiar, przypadkowych cywilów i policjantów Berkutu. Pamiętam to samo z 1970 roku z Gdańska i Gdyni. Wlot kul na wysokości obojczyka, wylot pod przeponą. Różnica polegała na tym, że w Trójmieście ranny postrzałowe były nie tylko w głowę czy klatkę piersiową, ale postrzelone były również kończyny. Co jest pewnym dowodem oddawania strzału przez przypadkowych strzelców. Tego nie można powiedzieć o zamordowanych w Kopalni Wujek. Na jedenastu zabitych, aż 10 miało kulę w głowie, a jeden w klatce piersiowej. Widocznie idący przed nim się potknął. Taką celnością może pochwalić się tylko strzelec wyborowy. Tak więc wszelkie dyrdymały o jakimś rzekomym plutonie ZOMO możemy między bajki włożyć.

Nie znam bilansu z Majdanu, ale wg prasy, bardzo dużo było postrzałów w głowę. Dlaczego? Ponieważ snajper wie o możliwości noszenia kamizelek kuloodpornych. Pokazują to zdjęcia z majdanu. A głowę widzi wyraźnie, że nic na niej nie ma. Zdjęcia pokazują schwytanych snajperów. Czyli sprawa jest oczywista.
A swoją drogą, bardzo ciekawym jest fakt, widoczny na większości zdjęć z Majdanu, noszenia kamizelek kuloodpornych przez rzekomo przypadkowych protestujących. Przecież to kosztuje, a średnio na Ukrainie zarabia się po kilkadziesiąt dolarów.

Są  jeszcze dwie niewyjaśnione sprawy. Pierwsza to udział oddziału GLADIO Veteranstoday.com z dnia 7 marca 2014 pisał o tym otwartym tekstem.



Dla niewtajemniczonych: Gladio, to była tajna grupa NATO, powstała ok. 1948 roku. Coś podobnego do KGB i GRU. Składała się z mieszaniny agentów CIA i Gehlena. Grupa ta, mająca swoje oddziały w każdym kraju w Europie, jest znana z licznych zamachów terrorystycznych, np. porwania i zamordowania Aldo Moro, premiera Włoch, Boston Marathon, „Snajper w Waszyngtonie”. Gladio może być odpowiedzialne za „zaginięcie” ok. 8000 ludzi w Iraku w ubiegłym roku.





Na Ukrainie zaobserwowano ponad dwa tuziny przypadków, gdzie wysoce zorganizowane grupy zbrojne atakowały policje. O tym, że snajperzy byli przebierańcami i nie mieli nic wspólnego z legalnym rządem Ukrainy, „wygadała” się p. Cathewrina Ashton w rozmowie telefonicznej z ministrem spraw zagranicznych Estonii, Usmar Peat.





Największą hipokryzją okrył się jednak John Kerry, składając deklaracje nad ciałami pomordowanych, że pomoc amerykańska jest w drodze. Musiał dobrze wiedzieć, kto strzelał. Badania IFES 2013, wykonane przez sponsorowaną przez USA agencję ds. Rozwoju Międzynarodowego USAID, stwierdziły, że zaledwie ok. 37% mieszkańców popiera wstąpienie do Unii Europejskiej. Musisz się ze mną zgodzić, Drogi Wnuczku, że 37%, to wielkość daleko odbiegająca od przytłaczającej większości, podawanej w polskojęzycznej prasie. Poza tym życiorysy nowych przywódców Ukrainy, np. Arsenija Jacenika, były co najmniej dyskusyjne. Bardzo przypominają życiorys Szaakaszwilego, agenta przywiezionego w teczce do Gruzji i potem nazywanego agentem CIA. Był przez veteranstoday.com oskarżany o gwałty, defraudacje i cała masę pospolitych kryminalnych przestępstw w USA.



Bardzo ciekawa była w tej sytuacji rola p. Victorii Nuland, oficera prowadzącego, wg współczesnej terminologii, zarówno sekretarza stanu, Strobe Talbota [CRF] jak i czasie Majdanu, była sekretarzem Johna Kerrego[CRF], a przedtem była sekretarzem Hillary Clinton. Chwaliła się publicznie, że Majdan kosztował 5 miliardów dolarów. Pani V.Nuland jest żoną Roberta Kagana [CRF] z Brooking Institution Fellow i felietonisty Washington Post, który jest współzałożycielem projektu Nowego Amerykańskiego Stulecia PNAC. W tej sytuacji manipulowanie opinią społeczną jest niezwykle łatwe. Szczególnie jak się wszystko zaplanowało kilkanaście lat wcześniej.


Kontakt do autora: jjaskow@wp.pl


Ps. Zawsze mnie śmieszyło, gdy zawodowi dezinformatorzy, przedstawiając jakiegoś przywódcę negatywnie, opisują jego rzekome bogactwo. Tak było u nas w 1980 roku, jak to zachłystywano się „willą” genseka Gierka i rozrzutnością jego żony. To samo było z Caucescu, itd. Obecnie ten sam chwyt zastosowali w stosunku do Janukowycza. Panowie, trochę inne czasy. Ten sam numer nie przechodzi. Może lepiej pisać, że miał harem i 100 nałożnic więzionych w domu? Wymyślcie coś. Za co wam właściwie płacą? Dobrze by było chociaż pośmiać się z waszych wypocin.

Ps 2. Innym takim bezmyślnym bełkotem tzw. dyżurnych politologów jest rozważanie, co kto powiedział. Przypomina to dyskusje bab jarmarcznych, lub facetów pod budką z piwem,
- Po pierwsze, nikt tego nie słyszał. Podają to znane z dezinformacji gazetki wielkonakładowe.
- Po drugie, nic się nie dzieje na szczytach, bez uprzednich uzgodnień. Zapomnieliście, że już w 1989 roku na Malcie, prezydent R. Regan z gensekiem M. Gorbaczowem wszystko dokładnie uzgodnili? Przecież gensek M. Gorbaczow mieszka obecnie w bazie Marynarki Wojennej USA w Kaliforni. Naprawdę nic się nie dzieje przypadkowo. To za dużo kosztuje. 

Ps 3. Rosja płaciła rocznie Ukrainie 72 miliony euro za dzierżawę bazy na Krymie oraz obniżyła o 30% cenę gazu.


czwartek, 17 kwietnia 2014

Kozacy - jak dezinformują nas zawodowi historycy. #1


Już w poprzednich listach starałem się udowodnić, że od czasów tzw. reformacji w XVI wieku, szkolnictwo podlegające lokalnym władcom, służyło i służy li tylko utrzymaniu poprawności politycznej mniej wartościowego tubylczego ludu. Wyższe szkoły wcale nie były nastawione na rozwiązywanie problemów w sposób metodologicznie poprawny, lecz służyły wyłącznie uzasadnianiu różnych mniej, lub bardziej głupich, doraźnych pomysłów, wprowadzanych przez rządzących danym barakiem, czyli państewkiem. Wmawiano jednocześnie społeczeństwu, że wszystko zależy od niego. Teza ta udowodniona jest np. wiarą Polaków w pomoc Prus w okresie rozbiorowym. Większość ówczesnych Polaków studiowała na uniwersytetach niemieckich. Dowodem bezpośrednim, że tak było nadal w Polsce jest fakt, że wszelkie ekspertyzy wykonywane przez urzędy państwowe, czy samorządowe, były nadal tajne i nigdy nie można było dowiedzieć się, co było podstawą wyboru takich, a nie innych ekspertów. To samo dotyczy także sądownictwa, czy prokuratury. W przypadku jakichkolwiek zmian politycznych i w związku z tym zmian nadzorców, natychmiast zmienia się poprawność polityczna i znaczna część tych, którzy się nie zdołali dostatecznie wcześnie przestawić, opuszcza swoje stanowiska, a na ich miejsce wchodzą młodzi i gniewni, ale zupełnie nieprzygotowani osobnicy. Ci młodzi, znając zakres swojej wiedzy, byli wyjątkowo łatwi do manipulowania i o to przede wszystkim chodziło i chodzić będzie politykom. Latwo można było zauważyć, że wszyscy krzykacze w czasie zmian w 1990 latach i nawoływaniu do kapitalizmu, natychmiast po transforamcji zasiedli w fotelach administracyjnych czyli komunistycznych: „Czyli wy głupole róbta kapitalizm a my -urzędnicy byli komunistyczni będziemy i tak was skubac vide NFZ.”


Jak to wielokrotnie podawałem, tzw. politycy, to nie żadni twórcy ideologii, ale marionetki do wykonania określonego zadania. Jak osobnik taki nie rozumie, do czego został wybrany, to znika ze ceny politycznej w błyskawicznym tempie. Albo zawał, albo wypadek samochodowy kończy jego karierę. To nic nowego. Takiemu na przykład Robesspeirowi wydawało się, że rządzi rewolucją. Podobnie Dantemu, potem w zupełnie innym kraju Leniowi alias Goldmanowi, czy Trockiemu alias Bronsteinowi. Wszyscy ze szczytu spadali na dół.

Jeszcze w latach 60-tych,70-tych, starano się edukację nauk ścisłych prowadzić na odpowiednim poziomie. Ale od 1974 roku, tj. od pierwszych „reform oświatowych” genseka Gierka, a szczególnie w ostatnim dwudziestoleciu, tempo upadku znacznie przyspieszyło [wymienić trzeba znane nazwiska prof. M.Handkego, R.Gertycha, K.Hall]. Jak twierdzą znawcy, te licencjaty, to nawet nie jest poziom matury sprzed 30 lat. O reszcie wspominać nie warto.

O ile bardzo lubiłem słuchać wykładów p.prof. Wolniewicza, to jego determinizm w rodzaju - „prawa dziejowe” - zupełnie mi nie odpowiadał. Nie ma nic takiego jak prawa dziejowe, jest to typowy bełkot. Po prostu w ten sposób ukrywa się prawdziwych sprawców i prowodyrów. Żadnym prawem dziejowym nie była utrata Śląska [1346/48] przez Kazimierza zwanego Wielkim. Po prostu facet był na tak niskim poziomie, że nie widział żadnego interesu w utrzymaniu tej dzielnicy albo wprost mu po cichu dali w łapę. Tak go prowadzono, takich doradców mu podsuwano. Nie zapominajmy, że ten władca w czasie bitwy pod Płowcami w 27.09.1331 roku, tak się przestraszył, że uciekał do Krakowa przez całą Polskę, tylko konie zmieniając. Cała jego wielkość odnosiła się do kochanki, żydówki Esterki, co mądrzy inaczej nazywają sprowadzeniem Żydów do Polski. Z tego powodu hrabiowie galicyjscy go podnieśli na pomniki. Jest to ewidentne przekłamanie. Żydzi do Polski zostali wpuszczenia dopiero za Kazimierza Jagiellończyka. Czyli ponad 100 lat później, a jego brat Aleksander wydał dekret 1495 r. zabraniający pobytu Żydom w wielkim Księstwie Litewskim.

Podobnie Zygmunt Stary stracił Pomorze na rzecz swego kuzyna nie dlatego, że to były prawa dziejowe ale dlatego, że tak uzgodnili w rodzinie. To, że skutki były opłakane dla polskiej części tej rodziny, wynikało po prostu z jego braku edukacji. To, że w Rosji w 1917 roku wybuchła rewolucja, nie wynikało z żadnych praw dziejowych, ale z planu Sztabu Niemieckiego, który to starannie przygotował, a potem, jak to zwykle u Niemców, dokładnie realizował. To, że Bronstejn alias Trocki z ok. 10 000 byłymi żołnierzami przyjechał do Rosji, to nie żadne prawo dziejowe, ale doskonale przygotowywana już od 1905 roku akcja bankierów amerykańskich. Coś z tymi jeńcami musieli robić i ktoś musiał ich szkolić przez te 10 lat.

O tym, że sytuacja w kolejnych pokoleniach się powtarzała, najlepiej świadczy rozdawnictwo tytułów naukowych przez genseka Jaruzelskiego [alias Margulec alias Słucki etc]. Już w pierwszym roku stanu wojennego rozdał ponad 1320 nominacji profesorskich. Tą eksplozję nauki widzieliśmy przez następne 30 lat, aż do dnia dzisiejszego. O upadku oświaty świadczył fakt, że poseł, zamiast spędzać czas w ławach poselskich, kończył maturę, lub zdobywa licencjat. Przecież obywatele mu płacili, aby swojej wiedzy, czy doświadczenia, używał do uchwalania prawa dobrego dla ludzi, a nie kończył za społeczne pieniądze własną edukację. Taki osobnik wchodził do sejmu np. magistrem, a wychodzi po jednej lub dwu kadencjach profesorem i oczywiście od razu był ekspertem telewizyjnym z wszelkich dziedzin. I to wszystko się działo bez żadnych protestów „uczelni”. PRZECIEŻ PAN POSEŁ ZAŁATWIAŁ GRANTY. Trudno więc było wymagać od tych osobników jakiejkolwiek własnej myśli.

Historia zatoczyła krąg.

W ten sam sposób władze rozbiorowe tworzyły własnych profesorów. Po wymordowaniu ponad 3000 rodzin szlacheckich w 1846 roku, w czasie RABACJI czyli Rzeźi GALICYJSKIEJ, sprzedawano herby tzw. hrabiom galicyjskim. A te indywidua obsadzały katedry na państwowych uniwersytetach, w owym czasie austriackich, niemieckich, produkując dla maluczkich odpowiednie podręczniki. W książkach tych jest masa szczegółów i są o wiele dokładniejsze od dzisiejszych. Dlatego porównanie tych książek jest bezpośrednim dowodem, jak na psy schodzą polskie nauki humanistyczne. Obecnie rządy w sezonowym państwie, jakim jest Ukraina, tworzą swój rodowód, opierając się na kozaczyźnie. Czym zatem byli kozacy?

Co to jest kozactwo?
W podręczniku z 1897 roku „Zarys Historii Polskiej”, autorstwa A. Lewackiego, podano rodowód Kozactwa. Warto zapoznać się z tym opisem. W sposób jasny podaje on początki i rolę tych zaciężnych żołnierzy.
Kozacy stanowili bowiem odrębny rodzaj drużyn wojennych. Encyklopedia Grotgera wyjaśnia: „Pochodzenie Kozaków odnosi się do epoki tatarskiej [mongolskiej], w której dużo miast pogranicznych wynajmowało kozaków do ochrony i zapewnienia bezpieczeństwa. Te oddziały lekkiej konnicy nazywano kozakami.” Nazwa wywodzi się wprost od pojęcia tatarsko - dzagatajskiego „KAZAK”, oznaczającego bezżennego żołnierza ochotnika. 

Gwagnin już w XVI wieku wyjaśniał: „Kozak, jest słowo tatarskie, wykładając się jakoby chudy pacholek, zdobyczy sobie szukający, nikomu nie jest poddany, a za pieniądze komu chce służy”. Tatarzy nazwyali kozaków - Kazak wilejaty. Poeci rozumieli pod pojęciem kozak - kazak - dzielnego małojca, hajdamaka, najezdnika. 

W czasach Rzeczpospolitej najdalszymi grodami, czy miastami na granicy południowo - wschodniej były: Kijów, Kaniów, Czerkasy, Bracław. Tereny położone poza tą linią, wytyczoną przez te twierdze były pustym stepem nazywanym „Dzikimi Polami”. Na terenach tych toczyły się często potyczki z Mongołami, w Polsce zwanymi Tatarami. Kolonizacja tych terenów posuwała się bardzo wolno i często cofała. Krainy te, położone nad dolnym Dniestrem, Bohem i Dnieprem, zwano także NIŻEM, lub też od progów rzecznych  - Zaporożem. Na terenach tych gromadzili się młodzi ludzie wszelkiej narodowości i wiary. Byli tutaj więc Polacy, Węgrzy, Wołosi, Niemcy, Rusini, a nawet Tatarzy. Była szlachta i byli prości chłopi, mieszczanie i rozmaitego rodzaju zbiegi. Ludzie ci, nie uznając nad sobą władzy zwierzchniej, chronili się właśnie tutaj, po rozmaitego rodzaju ekscesach w stronach rodzinnych. Początkowo żyli oni na sposób tatarski, trudniąc się myślistwem, rybołówstwem, czasami organizowali się w grupy, napadając na karawany kupieckie. Czasami osiedlali się zakładając osady i trudniąc się rolnictwem. Doskonale pokazują to filmy, zwane westernami. Nasuwa się proste pytanie, dlaczego tzw. polska kinematografia ani razu nie wykorzystała tych tematów do kręcenia filmów przygodowych, historycznych, czy miłosnych? Przecież porwania, ucieczki, napady, byłyby doskonałym materiałem dla tzw. filmów akcji, czego dowodem były filmy zwane westernami. A tutaj cisza, choć za nami tyle lat rozwoju techniki filmowej.

Stawiam tezę, że starsi i mądrzejsi położyli łapę na historii naszych Kresów - istniał i istnieje zakaz pisania, mówienia, filmowania czegokolwiek na ten temat.

Ad rem. Ten sposób życia nazywano z tatarska „chodzeniem na kozaki”, a tych okresowych rozbójników w okresie późniejszym nazywano kozakami. Tych natomiast, którzy chodzili aż za porochy, nazywano Nożowcami, lub Zaporożcami. Niżowcy obozowali w warownych obozowiskach, zwanych Koszami lub Siczami. Moskwa nazywała ich Czerkiesami albo Petyhorcami [od pięciu gór kaukaskich]. Podobna Kozaczyzna wytworzyła się nad Donem, gdzie uciekali chłopi moskiewscy przed okrucieństwem Iwana Groźnego i jego następców.

Pod koniec XV wieku, kiedy sytuacja się trochę uspokoiła na tych terenach i pojawiła się władza starostów i namiestników, usiłowali oni rozciągnąć swoją władze także na kozaków. Było to coś podobnego do korsarstwa morskiego, w odróżnieniu od piractwa. Taka drużyna kozacka otaczana opieką kasztelana, mogła rabować Tatarów, czy Turków i wracać z łupem do swoich domów, nie niepokojona przez prawo.
Często zdarzało się, że na czele takiej watahy stawał sam kasztelan, czy starosta. Sławę zdobyli w owym czasie np. Przesław Lanckoroński, Ostaf Daszkiewicz, czy Dymitr Wiśniowiecki. Starosta czerkaski O. Daszkiewicz używał kozaków jako straży kresowej. Działo się to za czasów ostatnich Jagiellonów. Ta sytuacja powodowała, że część spośród kozaków przechodziła na żołd królewski. Z polecenia Zygmunta Augusta w 1572 roku, Hetman Wielki Koronny Jerzy Jazłowiecki „zregestrował”, czyli wziął na żołd królewski znaczną liczbę kozaków. W ten sposób uwolnił kozaków spod władzy lokalnych starostów i namiestników. Powołano „Starszego”, który odpowiadał za zaopatrzenie i porządek zgrupowania. Zygmunt August na miejsce postoju, magazynów etc. przeznaczył Białą Cerkiew, a Stefan Batory Trachtymirów. Część kozaków, która nie została z różnych powodów zarejestrowana, przeniosła się poniżej porochów Dniestru i założyli tzw. Bractwo. Bractwo to było bezżenne i mieszkało w obwarowanym obozie, zwanym Sicz. Majątek bractwa był wspólny. Bractwo wybierało sobie naczelnika, zwanego atamanem. W ten sposób powstało coś w rodzaju współczesnej legii cudzoziemskiej, czy Blackwater alias Haliburton czy SAIC. Bractwo to albo Kozacy Siczowi, wynajmowali się temu, kto więcej płacił. W zależności od zlecenia, na swoich lekkich czajkach napadali na porty osmańskie. Z czasem opanowali tereny pomiędzy Bohem, a Dnieprem, żyjąc z nakładanych kontrybucji na mieszkańców, czy kupców oraz opłat wnoszonych przez wynajmujące ich państwa.

Bardzo szybko wywiady obcych krajów poznały się prawdę i pomimo, że w owych czasach posłowie byli wyznaczani do konkretnych spraw, to np. posłowie weneccy przebywali na Siczy permanentnie, podburzając kozaków do ataków na Turków.




środa, 16 kwietnia 2014

kto zna bezdomnego z tabletem z modułem 3G lub smartfonem z dostępem do internetu?

Powstał portal dla osób bezdomnych.
Skorzystają te, które mają laptopy

Zakup tabletu z wyposażeniem był niezbędny do zdalnego przeglądania przez ministra danych, analiz na posiedzeniach i spotkaniach poza siedzibą ministerstwa


49 mln zł kosztowała budowa portalu internetowego dla bezdomnych i osób szukających pomocy społecznej. Na utrzymanie Emp@tii rocznie będą potrzebne 2 mln złotych - ustalił "Dziennik Gazeta Prawna". Tymczasem przez cztery miesiące skorzystało z niego kilkadziesiąt osób. W tym sam minister pracy i polityki społecznej, który dostał najnowszy model iPada.

...wymagane jest posiadanie bezpiecznego profilu w serwisie e-PUAP lub podpisu elektronicznego.


Robert Zieliński biznes.interia


Bezdomni i inne osoby w trudnej sytuacji życiowej od połowy grudnia nie muszą osobiście odwiedzać ośrodków pomocy społecznej. Wystarczy, że mają internet, a kompleksową pomoc mogą znaleźć pod internetowym adresem empatia.mpips.gov.pl.

"Wejść na stronę było już ponad 35 tysięcy" - chwali się biuro prasowe Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej w odpowiedzi na nasze pytania. Mniej imponująco wygląda odpowiedź na pytanie, ile realnych wniosków skierowano za pomocą Emp@tii. "W formie elektronicznej złożyło je kilkadziesiąt osób" - brzmi odpowiedź.

- Prawda jest taka, że każdy z tych wniosków automatycznie staje się podejrzanym o wyłudzenie świadczenia. Bo kto zna bezdomnego z tabletem z modułem 3G lub smartfonem z dostępem do internetu? - komentuje doświadczony pracownik pomocy społecznej, proszący o zachowanie anonimowości.
Co więcej, sama wizyta na portalu nie wystarczy, by złożyć wniosek o udzielenie pomocy np. ze względu na nagłe pogorszenie sytuacji życiowej. Kluczowy jest problem uwierzytelnienia wniosku, a do tego wymagane jest posiadanie bezpiecznego profilu w serwisie e-PUAP lub podpisu elektronicznego.
Z odpowiedzi, które przysłał nam resort pracy, wynika, że Emp@tia to cały system, z którego rozwiązań mają również korzystać pracownicy pomocy społecznej. W ramach projektu kupiono już 3,5 tys. laptopów, na których mogą oni przeprowadzać wywiady środowiskowe ze swoimi podopiecznymi.
"Długopisu i kartki nikt mi nie ukradnie. Za nowego laptopa jeszcze dostanę w twarz. U nas trafił do szafy pancernej" - napisał na specjalistycznym forum internetowym jeden z pracowników opieki. Komentarze utrzymane właśnie w tym tonie przeważają.

Resort tłumaczy, że Emp@tia ułatwi jednak wszystkim życie. "Dzięki temu rozwiązaniu informatycznemu zainteresowani świadczeniami rodzinnymi, świadczeniami z funduszu alimentacyjnego nie będą musieli pozyskiwać różnorakich zaświadczeń z innych urzędów: pracy, ZUS, Izby Skarbowej" - czytamy. Resort pisze o tych funkcjach w czasie przyszłym, choć projekt został już zakończony. Jak dotąd Emp@tia może wymieniać dane tylko z bazą PESEL, a w założeniach miała np. z bazami resortów gospodarki i finansów, a także ZUS.
Podobnie wygląda połączenie portalu z samorządowymi ośrodkami pomocy społecznej: spośród niemal 2,5 tys. gmin do Emp@tii podłączyło się 230. Niepodważalna jest dziś jedna funkcja Emp@tii. "Narzędzia statystyczne i analityczne wspomagające podejmowanie strategicznych decyzji, by lepiej dystrybuować środki przeznaczone na pomoce środowiskom, które tego najbardziej potrzebują" - napisał pion prasowy.

Takie jest również uzasadnienie dla zakupu na koszt projektu ministrowi pracy i polityki społecznej Władysławowi Kosiniakowi-Kamyszowi najnowszej wersji iPada. "Zakup tabletu z wyposażeniem był niezbędny do zdalnego przeglądania przez ministra danych, analiz na posiedzeniach i spotkaniach poza siedzibą ministerstwa" - brzmi odpowiedź Ministerstwa Pracy.
I jak się okazuje, nie będzie to jedyny kupiony w ramach tego projektu iPad, podobny dostęp będą miały również inne osoby z kierownictwa ministerstwa.


Robert Zieliński  25 marca 14 (nr 58) Dziennik Gazeta Prawna


wtorek, 15 kwietnia 2014

Klemens XII: O tajnych stowarzyszeniach ENCYKLIKA PAPIEŻA KLEMENSA XII

IN EMINENTI

O tajnych stowarzyszeniach

28 IV 1738 r.

KLEMENS BISKUP

Sługa Sług Bożych

Na wieczną rzeczy pamiątkę

Rozprzestrzenianie się tajnych stowarzyszeń

Do wszystkich wiernych. Pozdrowienie i apostolskie błogosławieństwo!

Ponieważ zostaliśmy wyniesieni do godności apostolskiej i chociaż mało dorównujemy im w zasługach, to jednak z zrządzenia Bożej opatrzności, jak to nakazuje Nam troska pasterska, która została Nam powierzona z wysoka, zamierzamy ze szczególną troską zwrócić uwagę na to, co kładzie kres występkom i błędom, w celu ustrzeżenia prawdziwej religii w nienaruszonej postaci, a co także powinno przyczynić się do uspokojenia grożącego w dzisiejszych czasach całemu światu katolickiemu niebezpieczeństwa zaburzeń społecznych.



Dowiedzieliśmy się z opinii publicznej, że rozprzestrzeniają się szeroko, co dzień czyniąc dalsze postępy, pewne stowarzyszenia, zgromadzenia, zebrania, koła i tajne związki zwane popularnie wolnomularzami, frankmasonami lub występujące pod inną nazwą w zależności od zróżnicowania językowego, w których ludzie wszelkich religii i wszelkich sekt, stwarzając pozory naturalnej uczciwości, wiążą się między sobą umową równie ścisłą, co nieprzeniknioną, według praw i statutów, wymyślonych po to, by zobowiązując się przysięgą złożoną na Biblię i pod groźbą najcięższych kar, pokrywać nienaruszalnym milczeniem wszystko, co czynią w mrokach tajemnicy.

Zbrodnicze cele wolnomularstwa

Ale taka jest natura zbrodni, że sama się zdradza, że woła głośno, przez co można ją odkryć i rozpoznać, toteż owe wyżej wymienione stowarzyszenia i tajne związki wzbudziły tak silne podejrzenia w umysłach wiernych, że wstąpienie do tych stowarzyszeń w oczach ludzi światłych i roztropnych oznacza splamienie się piętnem zepsucia moralnego i występku, gdyż gdyby nie czyniły one niczego złego, nie nienawidziłyby tak światła. A podejrzenia te tak się wzmogły, że w wielu państwach wymienione stowarzyszenia zostały od dawna zakazane i wyjęte spod prawa, jako zagrażające bezpieczeństwu publicznemu.

Wieczyste potępienie masonerii

Zastanawiając się więc nad ogromem zła, jakie wynika zazwyczaj z tego rodzaju stowarzyszeń lub tajnych związków nie tylko dla spokoju państw, ale też dla zbawienia dusz, i że z tego powodu nie można ich żadną miarą pogodzić z prawem cywilnym i kanonicznym, skoro z wyroków Boskich obowiązkiem Naszym jest czuwać dniem i nocą – jako wierny i roztropny sługa rodziny Pana Naszego – aby ludzie tego rodzaju nie wdzierali się jak złodzieje do domów i nie pustoszyli jak lisy winnicy, nie wypaczali serc prostaczków i nie godzili w nich potajemnie zatrutymi strzałami, aby zamknąć bardzo szeroką drogę, jaka przez to mogłaby się otworzyć dla nieprawości popełnianych bezkarnie, i dla innych znanych Nam powodów słusznych i rozsądnych, idąc za radą wielu naszych Czcigodnych Braci kardynałów świętego Kościoła rzymskokatolickiego i z Naszej własnej inicjatywy, zdobywszy uprzednio rozeznanie w tej sprawie, po dojrzałym namyśle i mocą Naszej pełnej władzy apostolskiej, postanowiliśmy i zawyrokowaliśmy potępić i objąć zakazem wymienione stowarzyszenia, zgromadzenia, zebrania kół i tajnych związków zwanych masonerią lub znanych pod inną nazwą, tak jak potępiamy je i zakazujemy ich Naszym niniejszym zarządzeniem obowiązującym na zawsze.

Zakaz wstępowania i sprzyjania stowarzyszeniom wolnomularzy pod karą ekskomuniki

Dlatego zabraniamy formalnie i na mocy świętego posłuszeństwa wszystkim i każdemu z osobna wiernym Jezusa Chrystusa wszelkiego stanu, rangi, kondycji, godności i stanowiska, świeckim i duchownym, diecezjalnym czy zakonnym, zasługującym nawet na szczególne wymienienie, by się nie odważyli i nie pozwolili sobie pod jakimkolwiek pretekstem, pod jakimkolwiek pozorem, wstępować do wymienionych stowarzyszeń wolnomularzy lub inaczej nazwanych, rozpowszechniać je, utrzymywać, przyjmować u siebie lub udzielać im schronienia gdzie indziej, ukrywać ich, zapisywać się do nich, być przez nich przyjętymi, wspomagać ich lub dawać im środki i możność do gromadzenia się, dostarczać czegokolwiek, udzielać im rady, pomocy lub poparcia, otwarcie lub potajemnie, bezpośrednio lub pośrednio, osobiście lub przez innych, w jakikolwiek sposób, jak również zachęcać innych, namawiać, nakłaniać, by się zapisywali do tego rodzaju stowarzyszeń, by stawali się ich członkami, pomagać im w tym, wspierać ich lub utrzymywać w jakikolwiek sposób lub im doradzać.

I nakazujemy im stanowczo powstrzymać się całkowicie od wszelkiego udziału w tych stowarzyszeniach, zgromadzeniach, zebraniach, kołach lub tajnych związkach, a to pod karą ekskomuniki, którą ściągnęliby na siebie wszyscy popełniający wyżej wymienione czyny przez sam fakt (ipso facto) i bez żadnych innych dochodzeń, od której to ekskomuniki nikt nie może dostąpić łaski rozgrzeszenia, jak tylko przez Nas, lub przez aktualnie sprawującego rządy Biskupa Rzymu, chyba że w niebezpieczeństwie śmierci (in articulo mortis).

Zakończenie

Życzymy też sobie i polecamy, aby wszyscy biskupi i wyżsi duchowni i inni ordynariusze miejsca i wszyscy inkwizytorzy od spraw herezji powiadamiali i występowali przeciwko popełniającym te wykroczenia bez względu na stan, rangę, kondycję, godność i stanowisko, powstrzymywali ich wymierzali zasłużone kary jako mocno podejrzanym o herezję.

Życzymy sobie także, aby odpis niniejszego dokumentu, jak i jego druk podpisany był ręką notariusza sądu cywilnego oraz opieczętowany pieczęcią kościelną w celu jego uwierzytelnienia, ma on być także publicznie obwieszczony w formie zgodnej z niniejszym oryginałem.

Nikomu nie można niniejszego dokumentu zawierającego Naszą decyzję, potępienie, zakaz i nakładającego interdykt, w jakikolwiek sposób podważać czy też zniszczyć. Jeżeli ktokolwiek odważyłby się to uczynić niech wie, że ściąganie na siebie gniew Boga Wszechmogącego i błogosławionych apostołów Piotra i Pawła.

Postanowiono w Rzymie u Św. Maryi Większej roku tysiąc siedemset trzydziestego ósmego od wcielenia Pańskiego. Dnia 28 kwietnia, w ósmym roku Naszego pontyfikatu.

Klemens XII

Encyklika „In eminenti” była pierwszym dokumentem Kościoła katolickiego potępiającym masonerię. Oficjalną datą powstania „nowożytnej” masonerii jest 24 czerwca 1717 r. w Londynie.

„W Belgii, podobnie jak we Francji czy we Włoszech, przynależność do masonerii stanowi niemal konieczny wymóg dla zrobienia kariery na uniwersytecie, w sądownictwie i na wszystkich najważniejszych stanowiskach państwowych”

prof. Roberto de Mattei

Uniwersytet Europejski w Rzymie

Źródło: Dwumiesięcznik MICHAEL, październik-listopad-grudzień 2013


Za: http://gazetawarszawska.com/2014/03/25/klemens-xii-o-tajnych-stowarzyszeniach/

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Tradycjonaliści w epoce Oświecenia

Powszechnie uważa się wiek XVIII za epokę bezwzględnej dominacji w życiu umysłowym prądów o charakterze jawnie (albo z lekka tylko, a obłudnie zakamuflowanym) antychrześcijańskim oraz wrogim tradycyjnym instytucjom życia społecznego. Faktowi owej dominacji oświeceniowo -progresywistycznej ideologii niepodobna zaprzeczyć, mimo to lekkomyślną przesadą byłoby uważać całe osiemnaste stulecie za zupełnie nieinteresujące i „stracone” z konserwatywnego punktu widzenia. Byłoby zresztą rzeczą dziwną, gdyby pomiędzy chrześcijańskimi absolutystami wieku XVII, takimi jak Bossuet czy Filmer, a fundatorami porewolucyjnego konserwatyzmu w sensie ścisłym, rozpościerała się nieprzenikniona, stuletnia (a więc w samych tylko kategoriach biologicznych mierząc — trzypokoleniowa) „czarna dziura”.



Z samej natury rzeczy wynika, iż jakichś bezpośrednich poprzedników konserwatywni kontrrewolucjoniści musieli jednak mieć. I przekonuje nas o tym natychmiast pobieżny nawet rzut oka na ówczesną sytuację ideową: w samym epicentrum oświeceniowej rebelii „rozumu”, czyli w Paryżu, dotkliwe ciosy Encyklopedystom zadawał niezmordowany Elié Fréron, a tuż przed rewolucją błyskotliwy Rivarol. Trwała także zapoczątkowana przez Fénelona tradycja krytyki absolutystycznego centralizmu z pozycji arystokratyczno-patriarchalnych, która bezpośrednio „wykarmiła” wielu Doktorów Kontrrewolucji z d`Antraiguesem na czele. Podobnie w Niemczech, w samym sercu Oświecenia wzbierała potężna fala preromantycznej rewolty przeciwko mechanistycznemu rozumowi, prowadzona przez takich obrońców „czucia i wiary”, jak Herder, Hamann czy Jacobi. Wreszcie w Anglii, bodaj najskuteczniej, przypływy radykalizmu politycznego i antyreligijnego rozbijały się o taką solidną fortecę konserwatywnego rozsądku, jaką stanowił Samuel Johnson; a w ogóle angielskie (a zwłaszcza szkockie) Oświecenie nie miało tak złowrogiego, jak na kontynencie, charakteru.

O wiele mniej znane są przejawy obrony tradycji w kraju, który skądinąd szczytowe wzniesienie swojej dojrzałości kulturowej miał już niestety za sobą, tj. we Włoszech. Niewątpliwa stagnacja XVIII-wiecznej Italii (na domiar, jak wiadomo, rozbitej na szereg państw i zdominowanej przez obce potencje) prowadziła do gorliwego plagiatorstwa oświeconych konceptów, jako rzekomego lekarstwa na zacofanie. Nie znaczy to jednak, iż wszyscy przedstawiciele kultury Settecenta poddali się paryskim modom. Przez pierwszą połowę stulecia dziedzictwa religii i kultury katolickiej bronił tu przede wszystkim niezwykle wszechstronny i imponująco płodny (jego Opere zebrane liczą 36 tomów) polihistor, filozof prawa, teolog i teoretyk sztuki — ksiądz Ludwik Antoni Muratori (1672-1750). Był on w ogóle pierwszym pracującym metodami ściśle naukowymi historykiem włoskim, a praca na stanowisku bibliotekarza księcia Modeny dala mu możność wydania największego zbioru dokumentów historii narodowej, jaki do jego czasów opublikowano w Europie. Zainteresowany głównie średniowieczem, przeciwstawił się Muratowi (z pozycji monarchistycznych) pospolitej w jego ojczyźnie idealizacji republikańskich komun miejskich, potępiając je za partykularyzm i bratobójcze waśnie. Jako myśliciel polityczny zaś bronił wzgardzonej, albo zniekształconej przez laicki racjonalizm, tomistycznej koncepcji prawa naturalnego.

Dwie rzeczy w szczególności: umiłowanie zabytków średniowiecza oraz przywiązanie do klasycystycznych prawideł „dobrego smaku” w literaturze — łączyły z Muratorim jego, nie mniej wybitnego i wszechstronnego, rówieśnika markiza Scipione Maffei (1675-1755). W swoim długim życiu zdążył on być i żołnierzem (w służbie księcia-elektora bawarskiego), i dziennikarzem, i archeologiem, i twórcą włoskiego metrum w poezji tragicznej. Obdarzony talentem zarówno apologetycznym, jak polemicznym, zaangażował się w walkę ideową na dwu głównie frontach: przeciwko racjonalistycznemu ateizmowi i laicyzmowi oraz przeciwko jansenizmowi, który właśnie w tym czasie (po przegraniu teologicznej batalii z jezuitami o stosunek łaski do woli i natury) zdegenerował się w antykatolicką sektę i przeszedł do antykościelnej konspiracji.

W drugiej połowie Settecenta centrum intelektualnego oporu przeciwko Oświeceniu stała się niespodziewanie, jakby stworzona do libertyńskiej dekadencji, Wenecja. Najbardziej interesujący fragment tej „bitwy książek” został tu stoczony na gruncie obrony specyficznie włoskiej tradycji artystycznej, jaką stanowiła ludowa, a zarazem wyrafinowana i finezyjna commedia dell`arte — właśnie dotkliwie zreformowana w duchu mieszczańskiego dydaktyzmu przez entuzjastę „postępu” Carla Goldoniego. W obronie autentycznej tradycji teatralno-narodowej wystąpił wenecki arystokrata, hrabia Carlo Gozzi (1720-1806), który w urokliwych baśniach scenicznych (fiabbe), takich jak: Miłość do trzech pomarańczy, Księżniczka Turandot czy Król Jeleń, ukazał zupełnie nowe — fantastyczno -romatyczne — możliwości tkwiące w tradycyjnej formie.

Na gruncie publicystyki natomiast kierunek antyoświeceniowy reprezentował brat Karola, hrabia Gaspare Gozzi (1713-1786), który na łamach założonego przez siebie „Obserwatora Weneckiego” zwalczał niezmordowanie chłostą szyderstwa kult postępu, laicyzm i racjonalizm. I chociaż poczucie osamotnienia w walce z naporem prądów wrogich tradycji nadawało pisarstwu braci Gozzich rys wybitnie melancholijno -pesymistyczny, to jednak ów pesymizm winien być z naszej perspektywy krzepiący; przypomina bowiem nam, będącym także ponad wszelką wątpliwość w mniejszości, że nie ma „takowych terminów”, takich epok, w których ludzie tradycji nie mogliby „robić swojego”, a nawet pozostawić po sobie dzieł naprawdę ważnych i trwałych.


Jacek Bartyzel http://www.legitymizm.org/tradycjonalisci-oswiecenie