piątek, 7 marca 2014

Kanada: zalegalizują pigułkę wczesnoporonną?



W Kanadzie trwają przygotowania do tego, by jeszcze w tym roku zalegalizować pigułę RU-486. Środek jest stosowany do wymuszania poronienia w okresie pierwszego trymestru ciąży.


Mary Ellen Douglas, krajowy koordynator Campaign Life Coalition mówi jasno o pigułce: – To jest przerwanie ciąży. To jest aborcja i z tego powodu jej nie chcemy. Obrończyni życia zapowiada w tej sprawie organizację protestu przez budynkiem parlamentu w marcu 2014 r.

Kanadyjskie Ministerstwo Zdrowia przymierzało się do legalizacji RU-486 już wcześniej. Testowanie pigułki zostało wstrzymane w 2001 roku, gdy okazało się, że jedna z kobiet, która brała udział w badaniu, zmarła z powodu sepsy. Badania zostały jednak wznowione, a Ministerstwo Zdrowia miało podjąć decyzję o dopuszczeniu pigułki do sprzedaży już w grudniu 2012 roku. Proces jednak się wydłużył.

Zwolennicy aborcji naciskają na rząd argumentując, że RU-486 będzie stanowiła “dogodną opcję” dla kobiet mieszkających na rozległych obszarach Kanady, w których trudno o dostęp do ośrodka aborcyjnego.

Wątpliwości polityków i urzędników budzi jednak “bezpieczeństwo” samej pigułki oraz sposób jej stosowania. W ciągu ostatnich dwóch dekad przynajmniej 15 kobiet zmarło na świecie z powodu stosowania RU-486. Niestety, mimo tych tragedii, w wielu krajach aborcyjna pigułka stała się dostępna.

Źródło: pro-life.pl

pam

czwartek, 6 marca 2014

Czerwona kokardka, czerwone podwiązki

czyli o przesądach nowoczesnych, wykształconych chrześcijan

        Księża egzorcyści nie mogą ( niestety) narzekać na brak zajęć. Biją na alarm! Nękania, dręczenia, opętania zdarzają się coraz częściej i jest tego wiele powodów.

Głupota, przywiązanie do tradycji, lekkomyślność, niewiedza czy strach przed „ odstawaniem od normy”?

Wpływ „złego” na daną osobę może być zawiniony lub niezawiniony z jej strony. Najczęściej jednak ofiara sama  lub najbliższa rodzina   zapraszają złe duchy w jej życie. Zdarza się to nawet przed jej narodzeniem. Dziwne, ale bardzo niebezpieczne czynności okultystyczne są nazywane zwyczajami rodzinnymi i tradycją przekazywaną od wielu pokoleń. Nie chcę budzić niezdrowego zainteresowania nimi, ani przykładać ręki do tego, by były rozpowszechniane, więc darujcie, że będę pisać o nich  nieco ogólnikowo. Problem zabobonów różnego rodzaju jest nie tylko bardzo rozpowszechniony, ale ma także tendencję rozwojową. Ogromny wkład w to zjawisko mają media –  czasopisma  młodzieżowe i kobiece, Internet, telewizja – różnorodne programy i seriale.

Może to jednak  niewiedza?


        Trzeba tu wyraźnie zaznaczyć, iż wszelkie  zabobony ( przesądy) są grzechem przeciwko I przykazaniu, zatem to nie jest niewinna ludzka słabostka, a grzech idolatrii.

Jeśli parafii nie  naucza ( wychowuje)  kapłan, robi to za niego demon – oczywiście mając na uwadze tylko własne korzyści. Zatem nie jest to z pewnością ewangelizacja, a skłócenie człowieka z Bogiem i oderwanie go od Niego. Owszem, bardzo wiele zależy od rodziny, bo to ona powinna od najwcześniejszych lat mówić dziecku o Bogu, uczyć modlitwy i prawidłowej postawy wobec Stwórcy  i świata, ukazywać dobre wzorce. Jednak  jeśli ona niedomaga w tym kierunku, to kto poza katechetą i przede wszystkim kapłanem powinien to czynić? Kapłan jest odpowiedzialny za stan duchowy swoich parafian, on jest bowiem naszym pośrednikiem przed Panem Bogiem. Jest przecież powołany do tego, by być dla nas „ drugim Chrystusem” i między innymi po to, by w Jego imieniu pouczać nas, leczyć nasze dusze, wskazywać drogę do Boga.

Maska czy twarz?

        Lata antyewangelizacji zrobiły ogromne spustoszenie w polskich rodzinach, przynosząc w efekcie swoistą schizofrenię.  Wiara w wyniku tych działań stała się czymś ściśle „ prywatnym” i często wstydliwie ukrywanym przed  środowiskiem. To objęło dosłownie całe społeczeństwo, nawet nieraz osoby bardzo blisko związane z życiem parafii lub innej grupy „ przykościelnej” – z małymi wyjątkami, egzystującymi pod etykietką oszołom, dewotka itp. Wiem, że   trudno uwierzyć w powszechną „ zabobonność”, ale  jeśli dobrze się zastanowicie, przyznacie mi rację. Ileż zabobonów i praktyk okultystycznych związanych jest z samym  tylko poczęciem i stanem błogosławionym!  Ich lista jest bardzo długa. Nie zawsze w pełni zdajemy sobie z tego sprawę. Nie tak dawno na forum jednego z portali chrześcijańskich pewna kobieta żaliła się, że kilkakrotnie poroniła. Inna  ( znana mi matka dwojga dzieci) zaraz znalazła tego przyczynę:

- Bo pewnie nie nosiłaś  (przemilczę szczegóły) nitki ( tasiemki)!

I tu padają także inne konkrety, gdyż nieszczęśliwa kobieta ( także znana mi, niewątpliwie wierząca) przyznała się, że nie zna tego skutecznego środka  na donoszenie ciąży i doczekanie się potomstwa. Kiedy próbowałam wyjaśnić, że jest  to myślenie magiczne, okultyzm, padło pod moim adresem irracjonalne oskarżenie – iż jestem osobą wyjątkowo nieżyczliwą dla nieszczęsnej matki i ogólnie – kobiet w ciąży. „ Osoby znające się na rzeczy” wróżą niewiastom po kształcie brzucha płeć dziecka, na ich  prośbę nieraz próbują wpłynąć na przebieg ciąży i porodu.

Dlaczego nie modlitwa?

Ileż absurdalnych „ rad” w takim stanie słyszałyśmy od „ życzliwych”, które miały rzekomo uchronić dziecię od różnorodnych niebezpieczeństw czy mających mu zapewnić szczęście po narodzinach. Nie było w nich porad  takich,  by się częściej modlić, śpiewać pieśni religijne, często przystępować do sakramentu pojednania i Komunii świętej, ofiarować siebie i dzieciątko pod szczególną opiekę Bożą, Maryi czy innych świętych niewiast, a przecież tylko takie działanie daje nam pewność bezpieczeństwa, gdyż jedynie Bóg może zapewnić nam skuteczną ochronę przed złem.

 Straszliwe skutki na całe życie

 Zabobony spychają nas w krąg oddziaływania złych duchów i co gorsze, ich skutki ciągną się latami. Nie chcę wymieniać przesądów związanych z najwcześniejszym etapem życia dziecka poza łonem matki. Niektóre poszły w zapomnienie z przyczyn „ technicznych”. Bo jakże sprostać wymaganiom zabobonnych „ kum”, by noworodka, który urodził się poza domem rodzinnym,  wprowadzić na łono rodziny  przez okno, zamiast przez drzwi ( zatem przekraczając miejsce wyjątkowo  feralne - próg) skoro  mieszkanie znajduje się np. na 10 piętrze wieżowca? Wynająć dźwig? Powiązać kilka drabin, by wejść z noworodkiem  przez okno? To z pewnością bardziej ryzykowne dla rodzica i pociechy, niż przekroczenie progu. Uważano bowiem, że gdy to się uczyni, noworodek  z pewnością umrze. Ten zabobon z pewnością dziś jest postrzegany jako niebezpieczny, ale  „ czerwona kokardka” w wózeczku czy łóżeczku, mająca zapewnić dziecku szczęście i opiekę „ dobrych duchów” już nie, choć tak naprawdę jest nie mniej groźny. Niektóre mamy „ dekorują” nią otoczenie dziecka ( łóżeczko, wózek) do momentu chrztu, inne  dłużej. Jakie to „ dobre duchy” opiekują się dzieciątkiem, skoro malec, gdy tylko znajdzie się np. w kościele lub w pobliżu poświęconych przedmiotów zaczyna nagle wrzeszczeć? Tak, wrzeszczeć – nie płakać! Pewna postępowa i bardzo modna matka dziecka „ z czerwoną kokardką na szczęście” skarżyła się, że nie może chodzić do kościoła na Mszę,  ponieważ musi z dzieckiem być  w domu.

- Przecież skoro dziecko jest zdrowe i pogoda dobra, można je zabrać z sobą! – stwierdziłam.

- Ależ ono w kościele bardzo krzyczy, jest wyjątkowo niespokojne i wszystkim przeszkadza, więc wolę zostać z nim w domu.

No tak, w domu jest spokojniejsze, ponieważ nie mieli poświęconych rzeczy, np. krzyża ( rzekomo przynoszącego nieszczęście), bo to dziś przecież „ totalna wiocha” i „obciach”. Czerwona kokardka nie jest „ obciachem” – wręcz przeciwnie, to nowoczesność,  portret żyda liczącego pieniądze  ( mający przynieść szczęście i dostatek materialny) także jest przejawem postępu .

Ciężkie jest życie przesądnego!

  Czerwone dessous ( dla niewtajemniczonych – damskie majtki) i czerwone podwiązki na maturze i egzaminach,  zestaw ślubny: coś nowego, coś starego (…), lista czynności wskazanych i zabronionych podczas sesji, mająca zapewnić powodzenie podczas zaliczeń i egzaminów,  lista kwiatów i przedmiotów, których nie wolno nikomu dać w podarunku ( np. chusteczek, które przyniosą nieszczęście obdarowanej osobie) … i z drugiej strony „ zestaw dobrych rad”, jak postąpić, by odczynić urok czy naprawić zło, które „weszło w  dom”, np. z chwilą gdy ktoś postąpił wbrew zabobonom. Do tego ogromny pakiet opowiastek, które mają uwiarygodnić dany przesąd: Ktoś podarował kalie czy chryzantemy ( kwiaty zarezerwowane tylko dla zmarłych) i obdarowany nimi nagle zmarł, ktoś inny znalazł na poduszce czarną nitkę, więc (…) itp. straszne historie mrożące krew w żyłach. Wszystkie po to, by uwiarygodnić konieczność zachowania danego przesądu. Owszem, zabobonnik może rzeczywiście umrzeć z przerażenia na zawał, gdy w jednym dniu i to w piątek 13-ego skumuluje się mu wiele „ czarnych przepowiedni”:  czarny kot przebiegnie mu drogę, znajdzie czarną nitkę na poduszce, usłyszy głuche pukanie w ścianę …

     Kiedyś, gdy byłam jeszcze panną,  pewien starszy pan ze przerażeniem  w oczach poprosił mnie w tajemnicy przed innymi domownikami, by w pokoju, w którym leżała jego zmarła teściowa, uchylić okienko, aby jej duszyczka mogła opuścić dom i nie wróciła po niego. Według niego tylko ja to mogłam uczynić jako osoba czysta, panna.  Wyjaśniłam mu, że to absurd, bo przecież dla duszy ściana nie jest przeszkodą, więc nie musi się jej otwierać okna i dlaczego ta dobra i niewątpliwie głęboko wierząca osoba chciałaby go skrzywdzić? Uchyliłam je później, ale tylko dlatego, że w pokoju było zbyt ciepło i sporo dymu z powodu palących się świec. Staruszek jednak panicznie bał się spać w tym pokoju, ale nie miał jednak wyboru, często jednak szukał pretekstu, by wyjeżdżać z domu. Panicznie bał się 77 roku życia – bo to „dwie kosy”. I zmarł na zawał w tym właśnie pokoju w tym roku życia ( jak sobie to wmówił) – ze strachu. Innej osobie  natomiast wmówiono, że skoro mąż umarł w niedzielę, to niechybnie wkrótce  przyjdzie po kogoś, by pociągnąć za sobą, a skoro  jego brat ( chory na raka)   umarł po kilku miesiącach, to teraz kolej na nią, więc zamyka się przed nim w innym pokoju – gdzie nie umarł i każdej nocy drży ze strachu tak bardzo, że ktoś musi z nią spać. Najgorsze jest to, że przesądy są „zaraźliwe” – w jakiś sposób zakorzeniają się w naszej świadomości nawet wbrew naszej woli. Kiedy z braku miejsca lub możliwości zawieszenia na krześle, np. w czasie przyjęcia, kładę torebkę na podłodze, przypomina mi się zaraz przerażający krzyk koleżanki:

- Nigdy tego nie rób, bo pieniążki uciekną ci z portfela!

Jakoś nie uciekły, bo i tak nigdy ich w nim nie było zbyt wiele.  Ta sama osoba wyjaśniła mi, że ma w domu pewną roślinę ozdobną, bo ona „ przyciąga pieniądze” i inną, bo przynosi szczęście. I ja mam je w domu od bardzo, bardzo dawna – zanim usłyszałam te „ rewelacje”, bo są po prostu i bardzo odporne, i ładne, i wyjątkowo łatwe w pielęgnacji. Wbrew jej wierzeniom wynoszę je latem na balkon, nie bojąc się, że w ten sposób „ wyprowadzam” szczęście i pieniądze z domu. Jest mi jedynie przykro, że ilekroć patrzę na nie, przypominają mi się przesądy z nimi związane. Wolałabym ich nie znać! Gdyby nie to, że rośliny są urocze, wyrzuciłabym je  z domu, by nie kojarzyć ich z jakimikolwiek zabobonami – dla „ świętego spokoju”, ale żal mi ich – cóż one winne, że ktoś napiętnował je przesądem?

Ofiarowując komuś chusteczkę, własnoręcznie ozdobioną szydełkową koronką, nieraz zastanawiam się, jak dana osoba zareaguje na ten prezent. Przecież włożyłam w to wiele serca, by jej sprawić radość i modliłam się podczas tej pracy w jej intencji! Czy taki upominek może „przynieść komuś pecha”, podobnie jak krzyż – symbol naszej nadziei na zmartwychwstanie i pociecha w trudnych chwilach?

Można wiele  wymieniać podobnych przykładów, bo to temat – rzeka,  materiał na opasłe księgi.  Życie osób zabobonnych jest rzeczywiście wyjątkowo trudne. Trzeba o wszystkim pamiętać, wszystkiego przestrzegać  i znać ogromnie dużo różnych „ recept”, by w razie czego odegnać niebezpieczeństwo i naprawić szkodę.

Konsekwencje

To może byłoby śmieszne, gdyby nie to, że każdy przesąd to wkraczanie w rzeczywistość okultyzmu. Najgorsze jednak jest to, że wiele dawno zapomnianych  przesądów na nowo rozprzestrzenia się i zatruwa swoim „ jadem” młode pokolenie. Młoda Para, która tuż przed przybyciem do kościoła ulega przesądom, tak naprawdę zawiera związek małżeński będąc w stanie grzechu ciężkiego i w takim stanie przyjmuje Komunię św.. Czy się z tego potem spowiada? Jakże więc może błogosławić im w tej sytuacji Bóg?  Podobnie jest też w przypadku różnych zabobonów „ maturalnych” i „ studenckich”. Grzech idolatrii zamyka ich na strumień łask, którymi może ich obsypać Duch św.

Temat „tabu” tylko  w obecności kapłana

Większość kapłanów nie zdaje sobie sprawy z tego, jak bardzo ich owieczki skażone są tym grzechem, bo przecież kto przyzna się do tego, że jest zabobonny i pochwali się przed nimi? Ludzie bowiem najczęściej doskonale zdają sobie sprawę z tego, że kapłan określi to jako przesąd i oceni jako grzech. Ta epidemia dotyka nie tylko osoby żyjące z dala od Kościoła i starsze pokolenie, ale też młodych: oazowiczów, studentów skupionych w duszpasterstwie akademickim i związanych z różnymi przyparafialnymi grupami, np. modlitewnymi, Kręgiem Biblijnym, Scholą,  lektorów, Marianki czy ministrantów oraz osoby pielgrzymujące, zatem osoby, które uważamy za dobrze formowane duchowo. Przykro mi o tym pisać, ale fakty są szokujące. Takie inne życie (zatem  zakłamanie, hipokryzja) gdy się jest w zasięgu wzroku i słuchu  kapłana, a inne – gdy się jest już poza nim, np. w innym mieście, gdzie się studiuje i przebywa w innym środowisku, zatem jakaś schizofrenia, brak spójności między życiem i wyznawaną wiarą.

Jak z tym walczyć i dlaczego?

       Grzech idolatrii jest jednym z najbardziej obrzydliwych w oczach Boga. Nie możemy pokładać nadziei w złych duchach. Im z pewnością nie zależy na zapewnieniu nam szczęścia ziemskiego i zbawieniu. Ochraniając dziecko polecane mu poprzez „ czerwoną kokardkę” chce mieć je w strefie swoich wpływów i gwałtownie manifestuje swoje niezadowolenie, gdy zabiera się je do kościoła. Nawet gdy w latach późniejszych  „ podopieczny” nie ma przy sobie „ czerwonej kokardki”, jest pod jego wpływem. Może ADHD i inne formy  nadpobudliwość  to nie zawsze specyfika organizmu danej osoby?  Nie dziwmy się więc, że młodzież jest agresywna, stroni od Kościoła, nie ma szacunku dla życia, szuka rozrywki w narkotykach, traktuje seks jako kolejną zabawkę.

       Proszę zatem nie tylko rodziców, ale przede wszystkim kapłanów o jak najczęstsze rozmowy  na ten temat, uświadamianie szkodliwości wszelkich przesądów. Każdy z nich ma korzenie w pogaństwie – czy to współczesnym, czy przedchrześcijańskim. Nie każdy chrześcijanin  ma tego świadomość, bo często dany przesąd od kilku pokoleń był wrośnięty w obyczajowość danego środowiska lub rodziny.  Walka z zabobonami może nieraz być „walką z wiatrakami”, ale jeśli jej nie podejmiemy, będziemy przed Bogiem odpowiadać za bezczynność i tzw. grzechy cudze. Nikt nas z tej odpowiedzialności  nie zwolni, jednak musimy sobie zdawać sprawę z tego, iż  możemy narazić się nie tylko „ zabobonnikom”, ale też „ złemu”. Bóg jednak będzie nas w tej walce wspierał i chronił, na dodatek – da nam argumenty, by przekonać innych o bezsensie czy szkodliwości danego zabobonu.  Skoro  Bóg jest z nami, to dlaczego mamy się lękać ludzkich reakcji czy złośliwości zaniepokojonego o swoje zdobycze złego ducha? Nie powinniśmy rezygnować z walki, zniechęcać się i łatwo rezygnować, bo w ten sposób służymy „ złemu”, a  nasza przegrana jest dla zwolenników zabobonów dowodem na ich słuszność. Nigdy nie ulegałam przesądom, np. studenckim – „ sesyjnym” i nigdy z tego powodu nie ucierpiałam – wręcz przeciwnie. Bóg nagradzał za wierność i to przejawiało się w dobrych ocenach, co wprawiało w zdumienie „ myślących magicznie”.

Tę walkę możemy i musimy wygrać!

       Choć żyję na tym świecie sporo lat i nie opuszczam niedzielnych Mszy i corocznych rekolekcji, przyznaję, że chyba tylko raz jeden z kapłanów (dość pobieżnie) poruszył ten temat. Jest to więc pole wyjątkowo zachwaszczone, zatem być może to także  jest powodem tak głębokiego zakorzenienia się zabobonów i stałego  rozsiewania się ich na dalsze obszary. Zdaję sobie sprawę, że to temat trudny i „ śliski”, że może kogoś urazić, ale nie wolno go pominąć, bo te zaniedbania mogą zadecydować o czyimś zbawieniu! Jakże ogromna jest tu odpowiedzialność kapłanów, ale też ogromne możliwości wyjaśnienia niebezpieczeństwa. Przecież każdy z nich odpowiada przed Bogiem za każdą powierzoną mu duszę, więc nawet jedna, która potępiła się przez jego niedbalstwo, może zadecydować o jego zbawieniu! To naprawdę nie jest moje straszenie, a informacja zaczerpnięta z objawień, które miał jeden ze znanych mistyków. Nie chcę wprowadzać w błąd, więc bez  tekstu źródłowego,  nie mając całkowicie pewności, w tym momencie nie przytoczę cytatu i imienia mistyka. Dobrze przygotowany kapłan, może naprawdę wiele zmienić. Przed wielu laty na jednej ze Mszy wakacyjnych jeden z wikariuszy wskazał niestosowność zbyt skąpych strojów kobiet i dziewcząt biorących udział we Mszy i nabożeństwach. Powiedział o tym wprost, nie obawiając się komentarzy. Takie zasady  przecież  obowiązują w innych krajach katolickich w Europie i nikt z tamtejszych katolików nie protestuje, wszyscy się do tego dostosowują ( oprócz turystów z Polski). Owoce tego kazania  trwały przez kilka lat. Nie było problemów ze znalezieniem w szafie przyzwoitych szatek. Kapłan nie bał się tego, że kogoś urazi. Tacy przewrażliwieni  „ obrażalscy” i tak wcześniej czy później odłączają się od Kościoła, szukają jedynie pretekstu, by to uczynić, ponieważ  tak im coś w nim przeszkadza, np. przykazanie „ Nie zabijaj”  ( aborcja i środki antykoncepcyjne i wczesnoporonne).  Trzeba więc niszczyć zło w zarodku i nie czekać, aż się rozpleni i zacznie wydawać owoce, bo sobie z tym nie poradzimy. Jedno zgniłe jabłko sprawi, że nadpsują się inne. I tu nie chodzi o grzmienie z ambon, można wiele rzeczy powiedzieć w sposób delikatny, ale stanowczy, co pewnie czas powracając do tematu.

„ Kropla  drąży skałę nie siłą, a częstotliwością spadania.”

http://pl.wikipedia.org/wiki/Przes%C4%85d

http://www.fakt.pl/Wielki-ranking-przesadow-Zobacz-co-przynosi-pecha-Oto-ranking-przesadow,artykuly,181261,1.html

Źródło: http://www.fronda.pl/blogi/zrozumiec-boga/czerwona-kokardka-czerwone-podwiazki,34281.html

Sowieci, gamonie i Jack Strong

Film o Kuklińskim jest taki, jakiego można było spodziewać się po Pasikowskim. To western rozgrywający się w komunistycznej Polsce. Są bandyci w Moskwie, gamonie w Warszawie, dobrzy kowboje za oceanem i bohaterski rewolwerowiec.



Nie może dziwić, że Władysław Pasikowski zrobił dość proste kino akcji, zamiast ambitnego i mocnego filmu, na który zasłużył sobie swoim życiorysem płk. Ryszard Kukliński. I nie w tym rzecz by kręcić dzieła chwalące żywot pułkownika, ale wystarczyłoby dzieło ciekawe, interesujące a nie tylko trzymające w napięciu kino szpiegowskie.



Życie płk. Kuklińskiego – jak życie każdego wysoko postawionego oficera LWP – było pełne zagadek, niejasnych powiązań, mglistych kart życiorysu. Niejasne są po dziś dzień chociażby jego powiązania ze zbrodniczą Informacją Wojskową i nie mniej bandycką Wojskową Służbą Wewnętrzną. Ale cóż z tego, skoro Pasikowski w jednym z wywiadów rzuca sobie, jak gdyby nigdy nic, że Kukliński był zdolnym planistą i z wywiadem nie miał nic wspólnego. W porządku, w takim razie jakim cudownym sposobem udało mu się przez dekadę być jednym z najważniejszych agentów CIA? Licho wie. Bo Pasikowski na pewno nie.

Dobry człowiek

Kukliński jest u Pasikowskiego po prostu dobrym człowiekiem. Z sowieckimi wojskowymi – nawet z samym Kulikowem – rozmawia jak równy z równym, niemal wyzywająco patrząc mu w oczy. W końcowej fazie filmu nawet się modli. Skąd taki nagły przypływ dobroci u człowieka wysługującego się zbrodniarzom? Czyżby był impregnowany na wpływ środowiska i ideologiczne miksowanie mózgów? Znów licho wie. W każdym razie Pasikowski nie udziela nam żadnej konkretnej odpowiedzi, jakim cudem taki poczciwy człowiek jak Kukliński, taki niemal bezczelny gość zrobił oszołamiającą karierę w Ludowym Wojsku Polskim, dorobił się willi i samochodu niezłej marki. Cała Polska zna jednego takiego „żołnierza”, który karierę w LWP robił tak zawrotną, że w końcu dochrapał się stanowiska pierwszego sekretarza.

Absolutnie nie pomniejszam zasług Kuklińskiego i tej dekady gdy przyszło mu żyć w osaczeniu, gdy jako agent CIA każdego dnia zmuszony był kłamać, lawirować, pracować w nieustannym napięciu. Piszący te słowa pamięta obrazki z dzieciństwa, gdy rodzice utyskiwali na oskarżających Kuklińskiego o zdradę kraju czy donosicielstwo. Ale szacunek wobec pewnych dokonań pułkownika nie zwalnia z myślenia i dociekania. W przypadku Pasikowskiego, jak się wydaje, było zupełnie inaczej. Jego „Jack Strong” jest bowiem obrazem o człowieku który w LWP znalazł się chyba przypadkiem, a karierę zrobił dlatego, że był uczciwy, rzetelny i pracowity. Przepraszam, ale system w którym Kukliński osiągał zawodowe sukcesy nie nagradzał ani za uczciwość, ani za rzetelność, ani za pracowitość.

„Jack Strong”, zamiast przyciągać widza jedynie wartką akcją, mógłby też – a wręcz powinien był - pociągnąć atrakcyjną osobowością postaci głównego bohatera. Zamiast tego mamy łzawą historię o bohaterze, co to się Sowietom nie kłaniał.

Źli i ciamajdy

Ta mętność Pasikowskiego widoczna jest też chociażby po dość sprytnym – choć nienowym – zabiegu poszukiwania historycznego kompromisu wokół tego kto za PRL-u był naprawdę zły, kto był pełnokrwistym komunistą, a kto tylko bawił się w wiernego Moskwie pretorianina.

I tak w „Jacku Strongu” widz otrzymuje odpowiedź jak na talerzu: naprawdę źli byli Rosjanie. Demoniczny jest Kulikow, szatańskie jest KGB, ale już wysocy oficerowie LWP to jakiś kabaret. Co drugi to ciamajda. Myślałby kto, że faktycznie znaleźli się na swoich stanowiskach dlatego, że rzuciła ich tam dialektyka, historyczny determinizm. Fakt, Pasikowski łaskawie napomknął o masakrze na Wybrzeżu, ale zaraz też pokazał jednego z tych, którzy strzelali do robotników– rozdartego wewnętrznie, szarpanego wyrzutami sumienia, kpiącego sobie w najlepsze z całej tej komuny i ostatecznie kończącego swój żywot dość marnie.

Pisząc najogólniej, gdybyśmy mieli taką wierchuszkę ludowych wojskowych, jak chce Pasikowski, to cały ten PRL potrwałby najwyżej dwadzieścia lat. Ciamajdą jest Siwicki, kontrwywiad to sympatyczni i pomocni chłopcy, a Jaruzel bąka coś trzy po trzy. Choć akurat ten ostatni przedstawiony został chyba najlepiej, być może dlatego, że na ekranie gościł stosunkowo krótko.

Szkoda, że w Polsce tak trudno o uczciwy film o PRL-u, pokazujący z jednej strony realia tamtych czasów z drugiej, nie poszukujący jakiś dziwacznych i naiwnych kompromisów. Niżej podpisany rwał sobie włosy z głowy, gdy słyszał jak ludzie podśmiewali się w kinie widząc głupawych – a przez to w jakiś sposób dobrodusznych – polskich komunistów. Nie pierwszyzna to, bo podobny zabieg zastosowano w szóstej serii „Czasu honoru”. Tam też naprawdę źli byli przede wszystkim Sowieci. Pasikowski bawi się z widzami tak samo. Co oznacza, że część widzów „Jacka Stronga” z pewnością utrwali sobie w głowie PRL jako czas gamoniowatych urzędników i jednostki postawionej na scenie teatru absurdu. Jedynym niebezpieczeństwem byli Sowieci, ale że ci głównie siedzieli w Moskwie, toteż i – jakżeby inaczej – nie było tak znowu za tego prylu źle. Bzdura. Wielka bzdura.

Pościg dużym fiatem

Jedyną – wcale niemałą – zaletą „Jacka Stronga” jest więc przede wszystkim spora dawka rozrywki. Faktycznie widz wciąga się w fabułę – w fabułę westernu łatwo jest się wciągnąć – z zapartym tchem śledzi losy płk. Kuklińskiego zmagającego się z, jak rzekło się wyżej, złymi Sowietami. Pasikowski jednak trochę się pogubił nawet w swoim własnym domu, czyli w kinie akcji. Na kabaret zakrawa scena pościgu ulicami Warszawy, gdzie za oplem pędzą duże fiaty, rozbijając się o śmieciarkę czy… tramwaje. Komizm tej sceny wciska w fotel.

Podobnie zresztą komiczna jest scena narady u Siwickiego, gdy okazuje się, że w Polsce jest „szpion” a podejrzany jest każdy z obecnych na spotkaniu oficerów. Płk Kukliński wspomina tę chwilę jako wielki dramat, jeden z najtrudniejszych momentów w jego życiu. A filmowy Kukliński? Poci się, gniecie jakieś papiery słowem: zachowuje się jak Zbigniew Chlebowski po ujawnieniu afery hazardowej. Nie, skądże znowu, żaden z tych dobrodusznych ludowych żołnierzy nie domyślił się nawet, że gdy ktoś żołądkuje się w trakcie rozmowy o krecie CIA, to może mieć coś niecoś na sumieniu.

Podobnych, mniejszych niedociągnięć można szukać w filmie więcej. Tylko po co? Pasikowski zrobił film nie dlatego, by dostarczyć widzowi jakiejś pasjonującej strawy, kontrowersyjnego scenariusza – o który w przypadku Kuklińskiego aż się prosi – otulonego stopniowo budowanym napięciem. Nie szło też o historyczną prawdę. Chodziło o to, by pójść linią najmniejszego oporu – Kuklińskiego zmienić w chodzące dobro, a widzowi dostarczyć rozrywki. Z wielkich zapowiedzi spadł więc niemrawy deszcz.

Krzysztof Gędłek

Fot. Vue Movie Distribution

Jack Strong, Polska 2014; reż. i scen. Władysław Pasikowski; wyst. Marcin Dorociński, Maja Ostaszewska, Patrick Wilson, Dmitri Bilov, Dagmara Dominczyk, Krzysztof Globisz.

 Źródło: http://www.pch24.pl/sowieci--gamonie-i-jack-strong,21016,i.html#ixzz2sjd5F6Lk


środa, 5 marca 2014

Hiszpański kardynał zaatakowany przez nagie feministki

Data publikacji: 2014-02-03 12:00

Data aktualizacji: 2014-02-03 14:42:00



Działaczki antykatolickiego ugrupowania „Femen” w barbarzyński sposób napadły na hiszpańskiego kardynała, arcybiskupa Madrytu Antonio María Rouco Varelę. Hierarcha wchodził do kościoła Santos Justo y Pastor, gdy pięć obnażonych kobiet otoczyło go i zaczęło wykrzykiwać bezbożne slogany.





Do ataku feministek doszło w niedzielę wieczorem. Kardynał wysiadł z samochodu i udał się w kierunku drzwi świątyni. Wówczas roznegliżowane kobiety z namalowanymi odwróconymi krzyżami na plecach otoczyły duchownego i towarzyszących mu księży, wykrzykując antykatolickie hasła. Kardynał Antonio María Rouco Varela był szarpany za sutannę, w jego stronę rzucono również poplamionymi czerwoną cieczą majtkami.



Bezbożne kobiety krzyczały hasła takie jak: „aborcja jest święta”. Hierarsze udało się mimo wszystko dostać do kościoła, dzięki asyście ochraniających go duchownych.



To nie pierwszy fizyczny atak bezbożnych działaczek grupy Femen na katolickiego hierarchę. Kilka tygodni temu, podczas oficjalnego wykładu w Brukseli, rozebrane do pasa kobiety zaatakowały tamtejszego metropolitę. Oblały go wodą i sprofanowały figurę Matki Bożej Fatimskiej.



Głównym hasłem grupy Femen jest „tolerancja”.



Pod tym linkiem znajdą Państwo zdjęcia i film dokumentujący to wydarzenie. TYLKO DLA DOROSŁYCH:

http://www.religionenlibertad.com/articulo.asp?idarticulo=33707







Źródło: religionenlibertad.com

kra

Za: http://www.pch24.pl/hiszpanski-kardynal-zaatakowany-przez-nagie-feministki,20901,i.html#ixzz2sG53fAnn

wtorek, 4 marca 2014

Nowoczesne aplikacje do telefonów walczą z plagą aborcji

fot. iceviking/sxc.hu


Funkcjonowanie nowoczesnej aplikacji dla smartfonów i tabletów pomagającej bronić życia zainaugurował oficjalnie metropolita Los Angeles, abp Jose H. Gomez. Po ściągnięciu na dowolne urządzenie przenośne aplikacja oferuje informacje na temat pomocy dla kobiet w ciąży i zachęca do wsparcia duchowego dla nich za pomocą modlitwy.




- Dziś zrobiliśmy wielki krok na drodze do poszerzenia kręgu ludzi troszczących się o nienarodzone dzieci i ich matki – podkreślił arcybiskup, inicjując przedsięwzięcie w 41. rocznicą legalizacji aborcji w USA. Wyjaśnił, że walka z aborcją polega w tym przypadku na stworzeniu sieci pomocy, opartej na modlitwie i praktycznych wskazaniach dla kobiet, wahających się, czy dokonać aborcji.



Z danych proaborcyjnego Instytutu Alana Guttmachera wynika, że w Stanach Zjednoczonych co roku dokonuje się 1,2 mln aborcji, a w samej tylko Południowej Kalifornii, na terenie której znajduje się archidiecezja Los Angeles oraz takie diecezje jak Orange, San Diego, San Bernardino, codziennie zabija się 220 nienarodzonych dzieci. Działa w tej części stanu 78 ośrodków pomocy kobietom w ciąży, od których dane pobiera nowoczesna aplikacja do telefonów.



Aplikację można pobrać odwiedzając stronę www.optionsunited.org. Na podstawie zgromadzonych w bazie danych informacjach o kobietach rozważających aborcję, użytkownik może zlokalizować najbliższy sobie przypadek wymagający pomocy i powiadamiany jest o potrzebie modlitwy w konkretnej sytuacji. Logując się, tworzyć może wraz z innymi krąg modlitewny. Oficjalnym potwierdzeniem przyłączenia się do grupy modlitewnego wsparcia dla kobiety w ciąży jest kliknięcie w ikonkę „Modlę się”.



Podczas inauguracji aplikacji w archidiecezji Los Angeles usłyszeć można było świadectwa kobiet, które w przeszłości dokonały aborcji, a teraz bardzo tego żałują. – Gdybym tylko wiedziała, że istnieją ośrodki pomocy kobiecie w ciąży, dokonałbym innego wyboru – opowiada Ellena Pina, która, aby zagłuszyć pojawiające się po dokonanej aborcji wyrzuty sumienia zaczęła nadużywać alkoholu i sięgać po narkotyki.





Źródło: KAI

ged

Za: http://www.pch24.pl/nowoczesne-aplikacje-do-telefonow-walcza-z-plaga-aborcji,20870,i.html#ixzz2s0EbbBWa

poniedziałek, 3 marca 2014

Hetman Żółkiewski



"W r. 1620 ruszyło na Polskę 80 000 Turków i Tatarów. Hetman Żółkiewski starał się wstrzymać ich w pochodzie, więc wyszedł naprzeciw nich i przeprawił się przez rzekę Dniestr. A zdołał zebrać naprędce ledwie 8000 żołnierzy, dziesiątą część tego, co miał nieprzyjaciel. Stanął jednak obozem pod Cecorą, żeby im zagrodzić drogę, w nadziei, że król zajmie się tymczasem zebraniem większego wojska. Gdyby Żółkiewski otrzymał na pomoc żołnierza z Inflant! Ale na próżno czekał na posiłki. Wojsko jego zaczęło szemrać, a gdy stracono wszelką nadzieję pomocy, trzeba było rozpocząć odwrót. Hetman utworzył wielki tabor, czyli ruchomą warownię z wozów i cofał się z wolna ku Dniestrowi, opędzając się na wszystkie strony podjazdom tureckim i tatarskim. Już blisko byli granicy, gdy niecierpliwość i niekarność wojska popsuła hetmanowi szyki i Turcy tabor rozbili. Dniestr był opodal i niektóre hufce pędziły samopas ku rzece, ażeby jak najprędzej znaleźć się na polskim brzegu.

Stary hetman nie stracił na chwilę poczucia, co winien honorowi; wolał zginąć, niż uciekać. Dobywszy pałasza, sam ruszył ku przednim szeregom, żeby je na nowo uszykować. O zwycięstwie nie było co myśleć; znalazło się jednak dosyć rycerstwa, które porwane przykładem sędziwego wodza, otoczyło go. Działo się tu coś podobnego, jak z królem Władysławem III pod Warną. Garstka najdzielniejszych rzedła coraz bardziej wobec straszliwej przewagi nieprzyjaciela. Wkrótce było ich żywych tylko kilkudziesięciu, niebawem tylko kilkunastu, a w końcu zaledwie kilku, a wśród nich dwaj synowie hetmańscy.

Tych kilku ostatnich bohaterów poczęło błagać hetmana, ażeby ocalił swe życie, żeby dosiadł konia i uciekał ku granicy. Oni zaś tymczasem mieli na chwilkę zająć jeszcze Turków swymi szablami, a zanimby polegli, hetman mógłby może być bezpieczny. Odrzucił jednakże te rady Żółkiewski. Gdy mu podano konia, przebił go szablą, a do grona swych towarzyszów zwrócił się tymi słowami: "Miło mi przy was umrzeć. Niech Bóg nade mną wyrok kończy". Wtem został raniony i z trudem tylko mógł kroczyć. Nowe błagania i zaklęcia, żeby jeszcze próbował ucieczki, ale on odrzuca je znowu. Wtenczas obaj synowie stoją przy nim z dobytymi pałaszami, a on oparty na ich ramionach idzie dalej na szeregi tureckie, szukając zaszczytnej śmierci. Nie potrzebował długo na nią czekać. Miał ramię odrąbane i rozciętą głowę. Jeden syn poległ wraz z ojcem, drugi dostał się do niewoli." (na zdj. obraz "Śmierć hetmana Żółkiewskiego" Walerego Eljasza Radzikowskiego)

"Święci w dziejach narodu polskiego"

Źródło: Facebook / Polecam poczytać Feliksa Konecznego