piątek, 21 lutego 2014

Cóżeś ty Francji uczynił, Ludwiku?



Ludwik XVI jest tragicznym przykładem, jak opacznie pojmowana “mniłość” i dobroć, może przynieść cierpienia milionom ludzi i niepowetowane straty dla całej cywilizacji białego człowieka. Od czasów lucyferiańskiej Rewolucji Francuskiej świat nigdy już nie był taki sam.
Admin

Degradacja pierwszej córy Kościoła do poziomu bezczelnie gwałcącej prawa Boże laickiej republiki to nie tylko skutek masońskiej rewolucji. Spora w tym również wina złego pasterza, który nie kiwnął palcem w celu ratowania naturalnego porządku i obrony powierzonej sobie trzody.



Rewolucja nazwała Ludwika XVI tyranem – trudno o większe kłamstwo! Czyż może być coś bardziej niedorzecznego niż słaby, nieudolny i naiwny tyran?! A taki właśnie był Ludwik – brakowało mu stanowczości i zdecydowania, „grzeszył” też nadmierną dobrocią i łagodnością. Czy tak się zachowuje tyran? Czy tyran może być orędownikiem swobód, czy może tolerować rozprzestrzenianie się rewolucyjnej propagandy, czy wreszcie zawaha się przed użyciem siły?

Portret Ludwika XVI malowany przez środowiska kontrrewolucyjne bywa nie mniej fałszywy – otacza go zazwyczaj nimb męczeństwa, nieledwie świętości. Owszem, zgilotynowany król Francji odznaczał się wielką pobożnością, ale świętym jest przede wszystkim ten, kto wypełnia do końca obowiązki względem Boga i ludzi. Na tym zaś polu Ludwik sromotnie zawiódł. Czyż bowiem obowiązkiem króla nie jest bronić poddanych i strzec Ładu, a wszelką ruchawkę stłumić w zarodku?!

Z rewolucyjną burdą lat 1789–1791 bez specjalnych trudności poradziłby sobie byle kapitan gwardii – gdyby tylko dostał taki rozkaz. Ludwik jednak takiego rozkazu nigdy nie wydał, gdyż z natury przeciwny rozwiązaniom gwałtownym nade wszystko pragnął zapobiec rozlewowi krwi swego ludu. Naiwnie wierząc w dobrą wolę rewolucjonistów szedł na wszelkie ustępstwa w nadziei pomyślnego zakończenia konfliktu. Nie przyjmował do wiadomości, że łagodność w pewnym momencie musi mieć swój kres, przecież sam Chrystus nie zawahał się chwycić za bat, uznawszy, iż miarka się przebrała.

Przy całej swej wrodzonej łagodności Ludwik nie był bynajmniej tchórzem – nie raz stawał oko w oko z rozjuszoną tłuszczą, wykazując spokój i siłę charakteru, które dziwiły nawet jego najzagorzalszych wrogów. W opacznym – bo nie katolickim, wszak zdrowy katolicki duch rozmył się w rozpanoszonej na salonach (również biskupich) mętnej pseudofilozofii „oświecenia” – pojmowaniu miłosierdzia, litując się nad kilkoma setkami mętów, zezwolił na straszną śmierć ponad dwóch milionów dobrych Francuzów.

A przecież kiedy 5 października 1789 roku tłumy paryskich ladacznic i drabów przebranych za kobiety przybyły do Wersalu, by go sprowadzić do Paryża, wystarczyło krzyknąć na straż szlachecką, która da się za niego porąbać, na pułki szwajcarskie, które uczynią wszystko, co każe: „Rozpędzić mi tę hałastrę!” Oto co powinien zrobić! Ludwik się na to nie zdobył i nazajutrz jechał do Paryża z rodziną eskortowany przez kokoty, przekupki i różnych oberwańców, którzy nieśli przed nim na pikach ucięte głowy jego zamordowanych gwardzistów – pisze Teodor Jeske‑Choiński w Psychologii rewolucji francuskiej. Podobnie stało się podczas ucieczki do Varennes 21 czerwca 1791 roku – oddział rojalistyczny pojawił się tuż po zatrzymaniu królewskiej karety, lecz Ludwik nie pozwolił atakować tłumu.

Ostatnią szansę zaprzepaścił 10 sierpnia następnego roku podczas ataku na miejsce swego przymusowego pobytu – pałac tuileryjski. Kiedy wierna gwardia szwajcarska w obronie własnej dała morderczą salwę i już wsiadała na karki kłębiącego się motłochu, król nakazał złożenie broni. Szwajcarów zmasakrowano, Ludwika uwięziono. Za pół roku już nie żył. Francja zaś z pierwszej córy Kościoła zamieniła się w rewolucyjną ladacznicę, kraj terroru, komunizmu i zadekretowanego ateizmu – rewolucyjnej zarazy, którą wojska obywatela Bonapartego rozniosły po całej Europie, by ją przenikała po dziś dzień…

Gdzieś w połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia kilkunastoosobowa grupa krakowskiej młodzieży związanej z nieistniejącym już dziś, a podówczas całkiem aktywnie działającym Klubem Zachowawczo‑Monarchistycznym postanowiła uczcić dwieście którąś z kolei rocznicę królobójstwa w sposób dosyć nietypowy, a mianowicie: poprzez zapalenie zniczy żałobnych w intencji zamordowanej rodziny królewskiej, jak również setek tysięcy ofiar rewolucji, przed bramą konsulatu francuskiego przy ulicy Stolarskiej. Przybyli, zapalili, odmówili modlitwę i nieniepokojeni przez nikogo (dzień bowiem był sobotni, a czas, kiedy jeszcze po Stolarskiej nie przechadzali się rozkołysanym krokiem szeryfowie z glauberytami w olstrach) już mieli iść do domu, gdy drzwi konsulatu nieoczekiwanie otworzyły się ukazując mężczyznę w średnim wieku, który na widok płonących przed progiem świec zapytał:

– Mesdames et messieurs, ale o co chodzi?

Messieurs, niespodziewający się takiego obrotu rzeczy, nieco się stropili, na szczęście mieli u swego boku mesdames, a właściwie mesdemoiselles, które natychmiast ochoczo wyjaśniły panu konsulowi (tym bowiem okazał się ów Francuz, który nieoczekiwanie zaszczycił swą osobą monarchistyczny happening, wpadłszy pomimo soboty na chwilę do biura, gdyż w przeddzień zostawił tam spinki do mankietów), że właśnie przypada rocznica śmierci pod nożem gilotyny, wiekopomnego francuskiego wynalazku, arcyfrancuskiego króla Ludwika XVI.

– Właśnie dzisiaj? – chciał wiedzieć konsul.

– Tak, stało się to 21 stycznia 1789 roku w godzinach porannych – wyjaśniły niestrudzone monarchistki, po czym krótko streściły ciąg wydarzeń prowadzący do tragedii na Placu Rewolucji, by zakończyć zwięzłym opisem wypływającego z niej ludobójstwa.

– Coś takiego, niesamowite… – wyglądało na to, że francuski dyplomata po raz pierwszy usłyszał o tych wydarzeniach. – I państwo o tym pamiętają, i specjalnie to celebrują. Jak to pięknie, jak pięknie… – przedstawiciel laickiej republiki był wyraźnie zachwycony lekcją ojczystej historii, usłyszaną w kraju, który zapewne do tej pory lokował nieporównanie dalej niż północ…

Paradoks? Z pewnością nie większy niż wyidealizowany posąg nieszczęsnego ofermy, bodaj najpiękniejszy ze wszystkich królewskich nagrobków pomieszczonych w bazylice Saint‑Denis.

Jerzy Wolak
Tekst ukazał się w 30. nr. magazynu “Polonia Christiana”
http://www.pch24.pl

Źródło: http://marucha.wordpress.com/2014/01/24/cozes-ty-francji-uczynil-ludwiku/

czwartek, 20 lutego 2014

Młoda emigracja nie wróci do Polski


Mimo że wyjeżdżają przede wszystkim ludzie wykształceni, nie osiągną oni za granicą awansu społecznego. Bardzo mała część spośród nich trafi do biedniejszej klasy średniej, znaczna większość jednak do najniższej. Oni przynajmniej na dwa pokolenia skazują się na degradację społeczną - mówi w rozmowie z PCh24.pl dr Rafał Lange, socjolog  z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.


Podążając za obietnicami otwarcia rynków pracy, zachętami ze strony rządu i, wreszcie, zmuszona trudną sytuacją ekonomiczną oraz brakiem perspektyw w kraju, ogromna rzesza naszych rodaków, zwłaszcza tych młodych, operatywnych, wykształconych, wyruszyła na zachód w celu poszukiwania pracy. Niektóre szacunki mówią nawet o 2,5 miliona osób w ciągu zaledwie ostatnich kilku lat. Słyszeliśmy z niezależnych mediów głównego nurtu, że tylko dorobią się tam i wrócą, by budować zasobną Polskę. To kiedy wrócą?
- Myślę, że nigdy nie wrócą. Blisko dziewięciu na dziesięciu spośród emigrantów deklaruje, że swoje plany na przyszłość wiąże raczej z obecnym miejscem pobytu niż z Polską. Te dziesięć procent, które rozważa, czy wrócić do kraju, ma ścieżkę reemigracji utrudnioną. Przebywając kilka lat w Londynie, Dublinie czy innych miastach wypadli z naszego rynku pracy. Spore grono ich znajomych też nie mieszka już w Polsce, zatem gdyby nawet powrócili, nie mają się już o kogo oprzeć w swoich staraniach o ponowne „urządzenie się” w Ojczyźnie. Jak wiemy z innych badań, na przykład prowadzonych przez Fundację Batorego, ¾ etatów w Polsce obsadzanych jest „po znajomości”. Dzisiaj bez tzw. kapitału towarzyskiego nie ma tu pracy, a oni już, niestety, ten „kapitał towarzyski” stracili.
Każdy z nas ma jakiś linearny pomysł na swoje życie. Na przykład taki, że pójdzie do szkoły, na studia, później do pracy, założy rodzinę, co wiąże się z miejscem zamieszkania. Jeżeli ktoś inwestuje w język obcy, w nowe kompetencje, nowe stopnie czy dokumenty poszerzające możliwości na rynku pracy, owe wybory wiążą osobę z miejscem, gdzie te kompetencje nabyła. Istnieje chociażby bardzo ograniczona możliwość nostryfikacji polskiego dyplomu w Wielkiej Brytanii i na odwrót. Tym bardziej, że pracodawcy w Polsce nie zawsze dobrze patrzą na osobę, która przyjechała z zagranicy ze zdobytymi tam kompetencjami.
Jeżeli ktoś wróci, to z dwóch zasadniczych powodów. Pierwszy z nich to wypadek losowy, gdy ktoś z rodziny w Polsce będzie wymagał opieki. Ale taka ewentualność dotyczy głównie przedstawicieli starszego pokolenia, czyli raczej osób po 35. roku życia. Młodsi nie czują się już tak związani relacją córka/syn – ojciec czy matka, by na starość zaopiekować się rodzicem.
Drugi zaś powód ewentualnego powrotu to problemy z adaptacją. Jak mówią sami niektórzy respondenci, oni czują się za granicą jak w delegacji. W Polsce nie są już u siebie, a tam - tym bardziej. To się przekłada na poważne problemy natury psychologicznej, często somatycznej. W czerwcu zeszłego roku Warszawski Instytut Medyczny przeprowadził badania wśród emigrantów w Wielkiej Brytanii. Okazało się, iż mieszkający tam Polacy spożywają o wiele więcej farmaceutyków - różnych środków przeciwbólowych, poprawiających samopoczucie, itd.
Płacą więc wysoką cenę za możliwość poprawienia statusu materialnego.
- Przeprowadzałem wywiady grupowe w Nowym Jorku, gdzie profil polskiej emigracji jest nieco inny. To są ludzie mieszkający z dala od Polski już od 20-30 lat. Na ich przykładzie można obserwować długotrwałe efekty emigracji. Spośród negatywów jako pierwsze rzuca się w oczy rozbite życie osobiste. Zostawiają w kraju rodzinę albo ta rozpada się już tam, z różnych przyczyn. W nakręconym kilkanaście lat temu filmie pt. Szczęśliwego Nowego Jorku reżyser pokazał takie właśnie postacie, co prawda przerysowane. Gdyby przyjrzeć się tamtejszej Polonii i naszym rodakom ukazanym w komedii Janusza Zaorskiego, widzimy wiele wspólnych cech. Oni sami określają się mianem crazy people, mówią, że są „zakręceni” pod względem stabilizacji życia rodzinnego.
Obawiam się, że to samo nastąpi również w przypadku emigracji „poakcesyjnej” do Unii Europejskiej. Zwłaszcza jeśli chodzi o młodych, spośród których tylko ¼ ma unormowane życie osobiste. Połowa, jeśli można tak powiedzieć, „singluje”, a ¼ żyje w związkach nieformalnych. Pod względem braku stabilizacji życiowej to są jeszcze wyższe statystyki niż odnoszące się do Polaków mieszkających w kraju. To tylko moja hipoteza, ale w ogóle warunki panujące za granicą nie sprzyjają temu, by się stabilizować. Tam cały czas trzeba być mobilnym. W Polsce jednak scenariusz wygląda na ogół tak: przyjeżdżam do miasta czy aglomeracji, tam biorę kredyt i osiadam. Stąd zresztą wziął się boom kredytowy trwający od początku wieku do roku 2008. Ludzie planowali: „w tym miejscu widzę swoją przyszłość”. A dlaczego boom się skończył? Oprócz tego, że pękła kredytowa „bańka” ludzie zaczęli się obawiać, czy rzeczywiście tu, w kraju zrealizują swoje życiowe scenariusze.
W wielokulturowym społeczeństwie chyba trudniej poczuć się częścią społeczności?
- Badaliśmy wśród najmłodszego pokolenia emigrantów tzw. podmioty tożsamości, czyli kryteria wokół których zamierzają oni planować swoje życie. Na pytanie: „kim chciałbyś być – członkiem społeczności we własnym kraju, czy społeczności na emigracji?” padło dwukrotnie więcej wskazań na kraj emigracji! Plusem dużych aglomeracji na Zachodzie jest to, że łatwiej się „schować”, łatwiej być anonimowym w wymieszanej etnicznie populacji. O wiele gorzej być Polakiem gdzieś, na przykład w walijskiej wiosce. Londyn jest pod tym względem specyficzny. Sami jego mieszkańcy twierdzą, że dwie trzecie populacji stolicy to emigranci. Istnieje określona hierarchia, której czubek stanowią Brytyjczycy spijający śmietankę z pracy imigrantów. Panujący tam system jest w istocie neo-niewolniczy. Dwieście lat temu trzeba było przemierzyć kawał świata, by schwytać i przywieźć na Wyspy złapanych do pracy przymusowej, było to kosztowne. Teraz niewolnicy przyjeżdżają sami i nie trzeba zapewniać im dachu nad głową oraz wyżywienia, na które muszą sami zapracować. Gospodarze myślą: ”co z tego, że im zapłacimy za pracę, skoro te pieniądze do nas wrócą, ponieważ koszty życia są bardzo wysokie”. Wielka Brytania zarabia nie tylko na spływających do budżetu podatkach, ale i choćby na wysokich opłatach za wynajem mieszkań. 
Nasi rodacy mieszkający za granicą czują się Polakami, ale jednocześnie także częścią owych multikulturowych społeczeństw. Bardzo zastanawia mnie to, że w przypadku wszystkich emigrantów dochodzi do swego rodzaju projekcji. To taki mechanizm: kiedy wyjeżdżam, to tu gdzie trafiam jest „wspaniale”, a w Polsce jest „beznadziejnie”. Służy to, oczywiście, zracjonalizowaniu dokonanego wyboru. Niestety jednak, mimo że wyjeżdżają przede wszystkim ludzie wykształceni, nie osiągną oni za granicą awansu społecznego. Bardzo mała część spośród nich trafi do biedniejszej klasy średniej, znaczna większość jednak do najniższej, lower class. Oni jednak, w Polsce posiadający wykształcenie, nieruchomości, tam przynajmniej na dwa pokolenia skazują się na degradację społeczną. Chcą pójść w górę, tutaj zamknięto im drogi awansu. Nawet jeśli coś zarobią, to nie mogą odłożyć i chcąc awansować społecznie, muszą wyjechać. Można powiedzieć: to nie Wielka Brytania ich przyciągnęła, tylko my ich wypchnęliśmy.
Mówimy o specyficznej emigracji: osiadłych w Londynie, głównie młodych ludziach. Mówimy o najmłodszej i najlepiej wykształconej części emigracji, która ląduje w dużych ośrodkach miejskich szukając pracy zgodnej z kompetencjami. Nie zawsze się to udaje, jednak, niestety, zdecydowana większość pracuje poniżej swoich kwalifikacji, co stanowi jeden z największych elementów ich frustracji. 
Lower class, do której trafia gros naszych rodaków odpowiada poziomem życia naszej klasie średniej. Nawet osoby z tamtejszej najniższej klasy stać, żeby co roku pojechać na zagraniczne wczasy czy zafundować sobie najnowszy gadżet. Gdy zapytamy polskich emigrantów o strukturę wydatków, okazuje się, że tylko 1,5 procent oszczędza! Oni konsumują. Poprzez media obserwują, jak mają się ich rówieśnicy z krajów zachodnich i chcieliby żyć podobnie. Nie pamiętają jednak o jednej rzeczy. Na status ich kolegów z Wielkiej Brytanii czy Niemiec pracowały całe pokolenia, a oni chcą osiągnąć podobny poziom życia w przeciągu zaledwie jednego.

Mimo niestabilnej sytuacji osobistej większości naszych emigrantów, Polki rodzą za granicą średnio znacznie więcej dzieci niż w kraju.
- Tak, ale nie dlatego, że np. Wielka Brytania przyznaje emigrantom tak wysokie świadczenia socjalne. To zjawisko ma związek z wiekiem tych, którzy wyjeżdżają. Wiekiem nazywanym w statystyce „okresem wejścia w pierwsze małżeństwo”. Wówczas ludzie najchętniej decydują się na potomstwo. Na wyspach emigranci otrzymują od państwa jakieś świadczenia, ale bardzo niewielkie w porównaniu z tzw. socjalem przyznawanym przez władze brytyjskie choćby 10 lat temu. Najważniejszym czynnikiem, dla którego decydujemy się na wyjazd jest zatem praca. To, że ją łatwo znajdę i nie stracę zbyt szybko. A jeśli nawet stracę, to szybko znajdę nową. W Polsce natomiast zatrudnienie jest dobrem luksusowym.
Co nasi młodzi emigranci mówią o Polsce? Czy jednoznacznie kojarzą kraj z którego wyjechali z państwem - III RP, czy też oddzielają te rzeczywistości, utożsamiając się z Ojczyzną?
- Mówią, że państwo ich zdradziło. Czują się związani najbardziej z tzw. małą ojczyzną: rodziną, znajomymi, krajobrazem, i to wszystko. O państwie, o Polsce mówią często pejoratywnie: „Polandia”.
Z jakimi problemami spotykają się najczęściej w Londynie?
- Przede wszystkim ekonomicznymi, związanymi z wysokimi kosztami wynajmu nieruchomości. O samym kupnie nie ma z reguły mowy, z powodu cen i z powodu braku historii kredytowej. Po drugie, doskwiera im poczucie oderwania. Nie czują się jeszcze u siebie, stoją jakby okrakiem pomiędzy nowym miejscem a Polską. Natomiast nie narzekają na relacje z Brytyjczykami, nasi rodacy mają dość dobrą opinię jako zazwyczaj pracowici i inteligentni.
Trzecią poważną kwestią jest „szklany sufit”. Dla emigrantów możliwości awansu społecznego są bardzo małe. Jeśli wyjedzie pan do Wielkiej Brytanii pracować jako dziennikarz, pana uposażenie będzie o jedną trzecią niższe niż Brytyjczyka na tym samym stanowisku. Istnieje niewielkie prawdopodobieństwo, że znajdzie pan zatrudnienie w czasopiśmie brytyjskim, o wiele większe, że w redakcji pisma o kapitale zagranicznym. Tam funkcjonuje bardzo jasna narodowa polityka – pierwszeństwo mają Brytyjczycy o wyznaniu protestanckim. Polacy, przynajmniej w pierwszym pokoleniu, a więc osoby stosunkowo religijne, mają małe szanse na wybicie się.
Czy są przynajmniej świadomi istnienia owego „szklanego sufitu”?
- Tak, zwłaszcza ci lepiej wykształceni. Zdają sobie sprawę tego, że choćby z powodu wyczuwalnego akcentu w wymowie już są trochę „gorsi”. Zmianę na lepsze w traktowaniu odczują nie ich dzieci, lecz dopiero wnukowie. 
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Roman Motoła


Dr Rafał Lange wraz ze współpracownikami prowadził badania wśród reprezentatywnej grupy naszych rodaków, których struktura społeczna odpowiadała strukturze demograficznej londyńskich Polaków notowanych w 2011 roku przez Brytyjski Urząd Statystyczny.

środa, 19 lutego 2014

Pornografia i wojna kulturowa.


Wszechogarniający erotyzm i pornografia w mediach, gazetach czy internecie rozlewająca się również po Polsce traktowana jest przez większość obywateli jako nowum z zachodu, które jest częścią współczesnej kultury. Generalnie mimo, iż u niektórych wzbudza niesmak czy zażenowanie pornografia/erotyka jest dostępna niemalże wszędzie. Trudno przejść ulicami miasta nie obserwując rozkraczonych, roznegliżowanych kobiet z otwartymi w ekstazie ustami a wchodząc do sklepu nie zauważyć prezerwatyw koło gum do żucia czy cukierków dla dzieci.



Ruch w kierunku hiperseksualizacji społeczeństwa powoli nabiera tempa i coraz trudniej będzie się można przed nim ustrzec, w związku z planowanymi przez Szkołę Frankfurcką zmianami (normalizacji homoseksualizmu, następnie pedofilii, zoofilii, i ostatecznie nekrofilii). Obecnie w Wielkiej Brytanii puszczane są już godzinne pornograficzne programy w telewizji BBC, gdzie pary kopulują na żywo wyznaczając nowe normy. Podobnie w Szwecji zalegalizowano publiczną masturbację jeśli nie jest ona wymierzona w konkretną osobę. Nowy podręcznik chorób psychicznych DSM5 zredefiniował pedofilię z choroby na "orientację seksualną". A ONZ jawnie propaguje z Polskim rządem pedofilię.

Cały ten ruch oprócz oczywistych cech deprawacji społeczeństwa ma na celu przejęcie kontroli nad masami. Jest to coś co opisała wnikliwie amerykańska armia jako "Atak kulturowy" pisząc m.in. o ekspansji kulturowej z Hollywood, że "De facto rolą sił zbrojnych USA będzie utrzymanie świata bezpiecznym dla naszej gospodarki i otwartym na nasz kulturowy atak." [...] "Siła naszej kultury będzie przeszkadzać nawet tym kulturom, których nie będziemy atakować. Nie mamy konkurenta w dziedzinie kultury i wojny. Nasze kulturowe imperium uzależniło - mężczyzn i kobiety na całym świecie - chcą więcej i są w stanie zapłacić za przywilej ich rozczarowania."

Film: Niewidzialna wojna. Wykład o procesach destabilizacji:


OGLĄDAJ DALEJ>>>

Wracając do pornografii, to mechanika procesu przejęcia kontroli nad masami wykorzystując to narzędzie oparta jest na fakcie znanym od tysięcy lat i wykorzystywanym przez rządzących masami, a mianowicie, iż podobnie jak opium czy wino pornografia uzależnia równie łatwo i szybko. Niektórzy lekarze twierdzili dotychczas, że ludzie intensywnie korzystający z pornografii wykazują te same cechy uzależnienia jak alkoholicy czy narkomani. Przed Kongresem Stanów Zjednoczonych w 2008 roku, psychiatra Jeffrey Satinover powiedział: "Współczesna nauka pozwala nam zrozumieć, że ogólny charakter uzależnienia od pornografii jest chemicznie prawie identyczny do uzależnienia od heroiny: jedynie system dostarczania jest inny."

Obecnie badania neurologiczne potwierdzają wcześniejsze słowa Satinovera. W artykule dailymail.co.uk czytamy, iż “Według badaczy kompulsywni użytkownicy pornografii wykazują takie same objawy uzależnienia w ich mózgu jak osoby uzależnione od alkoholu lub narkotyków. Mózgi młodych ludzi, którzy mają obsesję na punkcie pornografii “świecą się jak lampki choinkowe" gdy pokazane im są erotyczne zdjęcia, pokazały pionierskie badania. Obszar stymulowany- część mózgu zaangażowana w przetwarzanie nagrody, motywacji i przyjemności- to ta sama część, która jest bardzo aktywna u uzależnionych od narkotyków i alkoholu."


Wszechogarniający erotyzm i pornografia są tym samym atakiem na nieświadome społeczeństwo, atakiem tym bardziej nieświadomym, że nie wymaga użycia substancji odurzających. Istnieje niekończąca się debata o legalizacji narkotyków, alkoholu, hazardu i innych używek, nikt jednak nie widzi problemu z pornografią, choć jak z technicznego punktu widzenia obserwujemy posiada ona dokładnie taki sam efekt. Można to porównać do dodawania heroiny do produktów spożywczych by uzależnić od nich ludzi, gdzie w tym wypadku obraz jest narkotykiem.

Brytyjski system, którego przedłużeniem jest obecne imperium Amerykańskie stosował skutecznie uzależnienie od opium całej populacji w Chinach aby przejąć kontrolę nad krajem w XVIII wieku. Wydaje się, że obecny atak pornografią jest dokładnie takim samym narzędziem dążącym do takich samych efektów. Państwa które otwierają się na taki atak kulturowy, tworzą z własnego narodu skrajnie uzależnionych narkomanów, tym bardziej przeświadczonych o własnej niezależności im bardziej są uzależnieni, tym bardziej walczących o swoją seksualną ekspresję im bardziej potrzebują kolejnej “dawki”.


Źródło: http://www.prisonplanet.pl/kultura/pornografia_i_wojna_kulturowa,p150290202

wtorek, 18 lutego 2014

Chcesz przywilejów? Zrób z siebie ofiarę!


Proces emancypacji niektórych grup społecznych, jak np. homoseksualistów, lesbijek, transseksualistów czy obecnie zwolenników poliamorii jest starannie zaplanowany i pieczołowicie wdrażany. Można go opisać za pomocą pięciu charakterystycznych elementów, z których na pierwszy plan wysuwa się „robienie z siebie ofiary”, czyli wiktymizacja.


Joseph Weiler – Żyd, obrońca Krzyża w Parlamencie Europejskim, w książce pt. Chrześcijańska Europa napisał: „wielokrotnie musiałem wysłuchiwać przyjaciół, niepraktykujących katolików, którzy w nieskończoność powtarzali «ja ci zaraz powiem prawdę o Kościele»; albo «o chrześcijaństwie wiem wszystko». Wszystko jednak, co wiedzieli, to jedynie okruchy z dzieciństwa (…) w istocie często wiedzieli niewiele albo zgoła nic o ostatnich dwudziestu pięciu latach życia Kościoła. (…) Niektórzy z nich zabierali się do czytania ostatniej książki Derridy albo Fukuyamy, albo Eco (lub przynajmniej jej recenzji…); ale nawet przez myśl im nie przeszło, by przeczytać ostatnią encyklikę papieża”.

Właśnie tacy i im podobni ludzie dzierżą dzisiaj władzę – nie tylko tę polityczną. Obecnie są to właściciele mediów, wielkich koncernów przemysłowych, przewodniczący ponadnarodowych organizacji. Zaciekle walczą z Kościołem choć mienią się katolikami, są prekursorami zmian obyczajowych w społeczeństwie i dbają o to, by „mniejszości” miały nie tyle „równe szanse”, co były traktowane preferencyjnie.

Proces emancypacji niektórych grup społecznych, jak np. homoseksualistów, lesbijek, transseksualistów czy obecnie zwolenników poliamorii (utrzymywania kontaktów seksualnych z więcej niż jedną osobą w tym samym czasie, za zgodą i wiedzą wszystkich tworzących dany związek osób), jest to proces starannie zaplanowany i pieczołowicie wdrażany. Można go opisać za pomocą pięciu charakterystycznych elementów: 1) „robienie z siebie ofiary”, czyli proces wiktymizacji; 2) walka o „godne życie”; 3) kampania o neutralność; 4) upolitycznienie problemów etycznych; 5) zmiana prawa.

Wszyscy przeciwko wszystkim

W panującej obecnie dialektyce politycznej poprawności kobiety żyją pod nieustanną opresją mężczyzn, biedni pod opresją bogatych, czarni po opresją białych, niewidomi pod opresją widzących, homoseksualiści pod opresją heteroseksualistów. Listę tę można ciągnąć w nieskończoność. Zawsze można znaleźć jakąś grupę będącą w opozycji do innej. Zawsze można znaleźć wroga, z którym (w imię demokratycznej zasady równości, rzecz jasna!) należy walczyć. Tak więc mamy ciągłe tworzenie się grup rzekomo dyskryminowanych; ciągłe dążenie do takiego samego traktowania jak grupa określona jako dyskryminująca; ciągłe żądania bezwzględnej równości wszystkich grup na wszelkich możliwych płaszczyznach. Każdy rodzaj zróżnicowania społecznego przedstawiany jest konsekwentnie jako nieuzasadniony, niesprawiedliwy, dyskryminujący. Co więcej, kwestie wcześniej należące do niesformalizowanej sfery obyczaju (szacunek, tolerancja, obraza itp.) próbuje się uregulować za pomocą prawa. To stare marzenie Antonio Gramsciego, który twierdził, że aby rewolucja przyniosła oczekiwany efekt, należy opanować także te dziedziny, które istnieją spontanicznie. Tylko wtedy możliwe będzie przeprowadzenie rewolucji i ustanowienie nowego ładu.

I ty możesz być ofiarą

Chwytliwym sposobem jest więc odwołanie się do szeroko pojmowanej wrażliwości na krzywdę i nierówne traktowanie. Obecnie niemal każdy może poczuć się ofiarą niesprawiedliwości, potencjalnie (poza katolikami) każdy może być dyskryminowany, a przynajmniej obrażony przez innych. Wiktymizacja – proces „robienia z siebie ofiary”, stała się jedną z najskuteczniejszych strategii pozyskiwania uwagi i zyskiwania znaczenia w publicznym dyskursie. Wytwarza się w ten sposób obszerny potencjał „grup ofiar”, a każda walczy o prymat bycia uznaną za najbardziej pokrzywdzoną.

Weźmy przykład homoseksualistów. Opinia publiczna zarzucana jest przykładami przemocy wobec nich, choć w porównaniu z ogólną liczbą przestępstw są to przypadki marginalne. Umiejętne „rozdmuchanie” pojedynczych ekscesów tworzy wrażenie ogromnej skali pogwałcenia prawa. „Dystrybucją współczucia” – jak to nazywa Paweł Lisicki – zajmują się wielkie media, które przedstawiają agresorów jako ofiary, a tych, którzy się im opierają, jako napastników. „Od tej pory na całą rzeczywistość patrzy się tylko z perspektywy homoseksualistów, lesbijek i innych mniejszości”.

Inny przykład. Znajdujemy w gazecie artykuł – historię młodego człowieka, którego życie przerodziło się w koszmar w momencie ujawnienia przezeń orientacji homoseksualnej. Zazwyczaj dużo miejsca poświęcone jest analizie wnętrza bohatera, jego psychiki i zmian, które w nim następują pod wpływem niesprawiedliwego traktowania ze strony „opresyjnego społeczeństwa”. Najlepiej gdy narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, w formie monologów lub strumieni świadomości. Czytelnik otrzymuje w ten sposób rzekomo pełny wgląd w psychikę bohatera, we wszystkie jego procesy myślowe. Staje się świadkiem tego, jak ewoluuje jego wewnętrzna postawa. Zaczyna współodczuwać cierpienia, które on przeżywa. Stopniowo nabiera sympatii do bohatera, który niesprawiedliwie potraktowany, przeżywa ogromne męki. Niezasłużone cierpienie, wielka krzywda, nietolerancyjne otoczenie, to najczęstsze hasła przewijające się w tego typu publikacjach. Obecnie technika ta coraz częściej bywa stosowana w pokazywaniu przypadków pedofilii i kazirodztwa, przy czym owym „skrzywdzonym” jest osoba dopuszczająca się takich zachowań, a nie jej „ofiara”. Dla twórców takich kampanii, prominentnych polityków i zwolenników homoseksualizmu oczywistym stało się twierdzenie, że całą winę za taki stan ponosi „opresyjne społeczeństwo”.

Są jednak i tacy działacze homoseksualni, którzy mają odwagę przyznać się głośno, że jest to proces sterowany odgórnie. Jacek Adler, redaktor naczelny jednego z portali skupiających homoseksualistów podkreśla, że istnieje niewielka grupa, którą on nazywa „gejami zawodowymi”. „Chcą błyszczeć w mediach – mówi Adler – są hałaśliwi, nachalni, często nawet demagogicznie chamscy. Żyją z tego, że – jak głoszą – walczą o prawa gejów. Dostają na ten cel pieniądze z różnych źródeł, więc zależy im nawet na polaryzacji i powiększaniu nieporozumień pomiędzy nami a resztą społeczeństwa.”

Na koniec, krótkie przypomnienie klasyka neomarksizmu – Herberta Marcusego zawarte w Człowieku jednowymiarowym: „mniejszościom pozostanie tylko jedna broń – «siła rozpaczy», kierująca w stronę poszukiwania sposobów na skuteczne zwalczanie istniejącego porządku. (…) ich siła kryje się za każdą polityczną demonstracją na rzecz ofiar prawa i porządku”.


Monika Kacprzak

poniedziałek, 17 lutego 2014

Ford: Dzięki GPS w samochodzie "Znamy każdego kto łamie prawo"

Szef globalnego marketingu i sprzedaży Forda, Jim Farley, powiedział podczas dyskusji panelowej na temat prywatności danych na targach elektroniki w Las Vegas CES coś złowieszczego i zarazem oczywistego. Dzięki urządzeniom GPS zainstalowanym w pojazdach Forda, Ford wie, kiedy prowadzący pojazdem osiąga nadmierną prędkość, i gdzie jest kiedy to robi.


Farley starał się opisać, jak dużo nazbierano danych dotyczących klientów i zilustrować fakt, że firma korzysta z nich w niewielkim stopniu by uniknąć podnoszenia kwestii prywatności: "Znamy każdego, kto łamie prawo, wiemy, kiedy to robisz. Mamy GPS w samochodzie, więc wiemy, co robisz. Przy okazji, nie dostarczamy tych danych nikomu.", powiedział uczestnikom.

Farley wyobraża sobie dzień, kiedy dane te będą mogły być wykorzystywane anonimowo aby pomóc innym firmom z problemami komunikacyjnymi.