wtorek, 11 listopada 2014

Królewski powrót „Potopu”

Fot. Pawel Sych/Wikimedia


Słynny film Jerzego Hoffmana wrócił na duży ekran z rozmachem. Jego cyfrowa rekonstrukcja zyskała na jakości. Mimo okrojenia całości materiału do raptem 3 godzin, „Potop” robi wrażenie. Sarmacka kultura, rycerski etos, katolicyzm i patriotyzm po latach tryumfują w nowej, pięknej odsłonie.

Jesień to zwykle odrodzenie sezonu kinowego, a w przypadku przynajmniej jednego filmu śmiało można mówić o ponownych narodzinach. Polskiej widowni udostępniono wszak obraz znany przynajmniej kilku pokoleniom Polaków. Cyfrowa rekonstrukcja zapisu taśmy i liczne zmiany montażowe wydały owoc w postaci „Potop Redivivus” – trzygodzinnej wersji słynnego filmu Jerzego Hoffmana. W ten sposób uczczono upływ czterech dekad od czasu premiery tej ekranizacji.

Bez Hollywoodu

Dzięki podjętej przez Filmotekę Narodową inicjatywie, oryginał filmu ocalał przed destrukcyjnym działaniem czasu. Całość zabezpieczono bowiem na nośnikach cyfrowych. Jednocześnie nowa wersja zyskała na jakości, zarówno pod względem wizualnym, jak i dźwiękowym. „Redivivus” wolny jest od wszelkich ekranowych defektów. Mało tego, korekta nasycenia, ostrości i kontrastu przyniosła zdumiewające efekty. Niektóre sceny odznaczają się wręcz radykalną poprawą tego ostatniego, przez co obraz nabiera przyjemniejszych dla oka kolorów.

Wbrew temu, co dało się usłyszeć lub przeczytać w niektórych zapowiedziach, „odrodzony Potop” nie jest wcale próbą zaprowadzenia nad Wisłą standardu hollywoodzkiego. Zmiany w scenariuszu i montażu są na tyle ograniczone, iż widz nie ma wrażenia oglądania jakiejś nowej produkcji – to wciąż ta sama stara, dobra opowieść o polskim patriotyzmie, o tryumfie katolickiej wiary i Bożego miłosierdzia, które zaowocowały przebudzeniem sumień wielu mężów stanu i podniesieniem przez nich szabli przeciwko okupantowi.

Co wobec tego się zmieniło? Akcja nabrała tempa. Wiele kadrów skrócono lub podzielono, co pozwoliło na dynamiczniejszą zmianę ujęć. Następujące po sobie wydarzenia związano ze sobą mocniej, angażując tym samym uwagę widza do śledzenia głównego wątku.

Oczywiście, powyższe zmiany mają swoją cenę. Najwięcej cięć odbyło się kosztem ujęć krajobrazowych, marszowych i batalistycznych, a także poprzez usunięcie pewnych wątków pobocznych. Reżyser przyznał otwarcie, iż skracanie „Potopu” nie stanowiło dla niego problemu. W końcu twórczość Jerzego Hoffmana ewoluowała z upływem lat, nad czym pod wieloma względami ubolewa wielu jego fanów, w tym także piszący te słowa. Tym razem jednak reżyserska praca w duchu „unowocześniania” kultowej ekranizacji szczęśliwie nie doprowadziła do żadnej katastrofy. Przeciwnie, rozwiązania zaproponowane przez głównego montażystę odnowionej wersji - Marcina Kota Bastkowskiego, na które czujnym okiem spoglądał także autor oryginalnych zdjęć do „Potopu” Jerzy Wójcik – należy uznać za bardzo udane.

Wzruszenie i śmiech

Film zachował klimat epoki, ubrany w krzepiącą duszę historię o imponderabiliach i opasany sienkiewiczowskim patosem. Klimat, który wypełniony jest – nie bójmy się tego słowa – na wskroś katolicką kulturą dawnej Sarmacji, przenikniętą autentyczną rzymską wiarą. Klimat barwnego, rycerskiego świata, któremu towarzyszą zjawiska tak zupełnie już obce współczesnej cywilizacji, jak choćby przewyższające wszelkie pisemne porozumienia „słowo honoru”, gwarantowane dodatkowo przysięgą na Boga i Święty Krzyż.

Po czterdziestu latach, nasze narodowe dobro wciąż ujmuje wspaniałą grą aktorską, kreacją nieszablonowych postaci, których burzliwe przygody prowadzą do szczęśliwego końca. Oprócz tego, cyfrowa wersja „Redivivus” nie oszczędza widzowi ani jednej łzy wzruszeń z taśmowego oryginału. Szczególnie ujmujące są zachowane w większości sceny obrony częstochowskich murów i uroczysta procesja, prowadzona pomiędzy spadającymi na klasztor armatnimi kulami.



„Potop” w dalszym ciągu bawi. Niektóre dialogi głównych bohaterów, ze szczególnym uwzględnieniem postaci Andrzeja Kmicica, Michała Wołodyjowskiego i Jana Onufrego Zagłoby, nadal wywołują salwy śmiechu publiki.

Wyborna uczta, ale…

Film Hoffmana to obraz niezmiennie refleksyjny. To dzieło budzące głębokie uczucia patriotyczne. To także rozprawa z naszymi narodowymi słabościami i zarazem dyskusja o tym, która ścieżka służby Ojczyźnie może dać jej najwięcej korzyści. Oczywiście, Henryk Sienkiewicz zajął w tym sporze czytelne stanowisko, o co nie można mieć do niego pretensji. Reżyser natomiast przeniósł to przesłanie na ekran, przybliżając kolejnym pokoleniom Polaków jakże istotną kwestię sporu o sens i charakter walki o niepodległość. Jest to jeden z powodów, dla których „Potop” warto przywracać do pamięci i tym samym przywoływać do publicznej przestrzeni dyskurs o patriotyzmie. „Redivivus” wywiązuje się z tego zadania bardzo dobrze.

Kolejny w szeregu elementów składających się na pozytywny odbiór nowego „Potopu” to dostępność i atrakcyjność ekranizacji z punktu widzenia emisji kinowej. Trzygodzinne danie filmowe, mimo iż w dalszym ciągu wyróżnia się w repertuarze długością, jest dla przeciętnego widza ucztą wyborną i nie wywołującą efektu przejedzenia.



Nie sposób pominąć mankamentów odnowionej produkcji. Sprowadzają się one do problematyki montażu i nieudanych ingerencji w materiał – przynajmniej w dwóch miejscach. Po pierwsze, na krytykę zasługuje usunięcie i redukcja niektórych scen na Jasnej Górze. Szczególnie chodzi tu o pierwszą, po przybyciu do klasztoru, rozmowę Kmicica z duchownymi i szlachtą oraz o rozmowę głównego bohatera z przeorem o. Augustynem Kordeckim przed misją wysadzenia szwedzkiej kolubryny.

Zbyt dotkliwe i zaburzające logikę scenariusza okazało się pocięcie scen na dworze króla Jana Kazimierza – nie znający powieści widz może przez to nie zrozumieć zmiany postawy czołowych konfederackich przywódców wobec Kmicica. Mało tego, drugie wystąpienie przed monarchą człowieka, który – jeszcze jako Babinicz – świeżo uciekł ze szwedzkiej niewoli, zostało skrócone tak kuriozalnie, iż obserwujemy w nim Daniela Olbrychskiego najpierw z rozpiętą koszulą, a po sekundzie już zapiętego pod szyję.

Powyższe słabości nie zaburzają jednak siły oddziaływania filmu. Mogą stanowić pewną wskazówkę na przyszłość, asumpt do dalszych prac dla pomysłodawców kolejnych jubileuszy. Natomiast obecnie najważniejsze jest to, że „Potop” w swojej wspaniałości powrócił do kin i do ludzkiej świadomości. I jest to powrót iście królewski.

 

Paweł Momro

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz