poniedziałek, 20 października 2014

PIJE TERLIK DO JAKUBA



Nie lubię spotykać się, ani rozmawiać z ludźmi, których nie lubię. Stronię od fałszywości i nie chcę w ten sposób deklarować niezgodnie z prawdą, że wszystko jest OK. Chyba, że przyświecają tej rozmowie cele ważniejsze od mojego samopoczucia czy nastawienia – wtedy będąc odpowiedzialnym godzę się na to. Coś jak zastrzyk, za którym się nie przepada, ale czasami trzeba. Dlatego doskonale rozumiem Tomasza Terlikowskiego, który usiadł na jednej ze skórzanych kanap Kuby Wojewódzkiego.


Nie ma co ukrywać, że Kuba Wojewódzki zupełnie nie jest z mojej bajki. Facet, tym co robi często wzbudza moją konsternację – nieważne czy opowiada stare kawały, które researcher znalazł mu na bashu, czy wypowiada się tonem nieznoszącym sprzeciwu na tematy mi bliskie, takie jak Kościół czy naród.

Tak samo nie da się ukryć, że słowa Tomasza Terlikowskiego też czasami mnie osłupiają. Choć nie aż w taki sposób, żeby go z mojej bajki wykluczać. Bo z Terlikowskim gramy w jednej drużynie, chodzi nam o to samo, a że czasami używamy innych metod? No cóż. Terlikowski nie jest Ochmanem, Ochman nie jest Terlikowskim i dopóki te metody są skuteczne, i nie zagrażają człowiekowi to można się co najwyżej skrzywić, ale nikt szat darł nie będzie.

Dlatego, gdy tylko się dowiedziałem, że redaktor Frondy wpadnie do Wojewódzkiego na szklankę wody przeczuwałem, że pewne grono publicystów będzie tuptało nóżkami. No i niestety się nie zawiodłem.

Wiadomo jaki argument trzeba podnieść, żeby opinia niosła się w świat: pieniądze albo lans. Jednak skoro nie wiadomo nic na temat pieniędzy, które Tomasz Terlikowski wziął (lub nie wziął) został lans. I tym lansem zaczęto machać na oślep.

„Terlikowski się lansuje, a nie ewangelizuje!”, „Chce pan ewangelizować? To może jeszcze do Playboya niech pan pisze!”, „Chce pokazać się w mediach!”, „A tak się oburzał, gdy ks. Lemański pojechał na Woodstock!”

O ile zarzut lansu jest dla mnie kompletnie nonsensowny i, gdyby mnie kto pytał, odpowiedziałbym, że wynika z zazdrości tak obśmiewanie ewangelizacji mnie zupełnie dziwi. Ja rozumiem, że w niektórych środowiskach zakłada się – mylnie – że ewangelizacja to przekonywanie przekonanych (bo przecież nie można włazić z buciorami do czyjegoś życia), ale muszę zapytać: w jaki sposób nieść ludziom wiadomość o zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa? Siedząc samemu w piwnicy? Obawiam się, że to nie działa. Nawet, gdy człowiek ma dostęp do superszybkiego internetu, to cały ten proces bez wyjścia do świata ma nikłe szanse powodzenia. Bo ewangelizacja to konfrontacja, mówienie człowiekowi „można inaczej! Jesteś błaznem, ale dopóki żyjesz jest dla ciebie nadzieja. Wiem, bo też jestem błaznem”.

Tak upartuję wizytę Terlikowskiego w TVN-ie. Spotkanie z jedną z twarzy polskiego antyteizmu i antykatolicyzmu. Konfrontacja poglądów.

Oczywiście jeśli ktoś liczy na to, że proces ewangelizacji jest jak kupno coli w automacie i że Wojewódzki jutro zapisze się do chóru kościelnego, to wyjścia są dwa: albo jest bardzo pobożny i wierzy Panu Bogu do granic rozsądku (tę postawę szczerze podziwiam i chcę się jej nauczyć), albo jest nieco naiwny.

Zarzucanie chęci pokazania się w mediach też jest, moim zdaniem, nieuczciwe, bo podejrzewam, że ci sami „katoliccy publicyści” zjedliby własne buty za możliwość posadzenia swoich tyłków na kanapie, którą nagrzał Terlikowski. Zresztą… o czym my gadamy? Ten argument, i ten od Playboya jest cienki jak festynowe piwo i wali od niego hipokryzją, bo Panowie obsmarowali swojego kolegę po fachu w portalu natemat.pl, który – jak powszechnie wiadomo – kocha Kościół miłością platoniczną i krzywdy zrobić mu nie da. Litości! Nie jestem przeciwny wypowiadaniu się gdziekolwiek, ale zachowujmy przy tym jednakowe standardy.

I jeszcze jedna sprawa: Terlikowski oburzał się na występ księdza Lemańskiego na Woodstocku. To prawda. Ale czy oburzałby się również na wystąpienie pierwszego z brzegu wikarego? Śmiem wątpić. Ksiądz Lemański pojechał tam w czasie swojej antyepiskopatowej kampanii, podczas której cierpkich słów pod adresem biskupów nie szczędził. I to była kwestia, która oburzała, nie sam fakt obecności katolickiego kapłana na woodstockowych polach.

Zadziwia mnie w tej całej sprawie jedno: dlaczego ci, którzy bronią „swoich” przyłapanych na głupich akcjach robienia sobie zdjęć, które gorszą wiernych i innych tym podobnych sytuacjach tak chętnie plują na Terlikowskiego? Dlaczego zapominają o swoim ulubionym argumencie „Jezus też jadał z celnikami”, gdy prywatna osoba, reprezentująca tylko i wyłącznie siebie lub co najwyżej prywatną firmę, w której jest zatrudniona pogada w telewizji z kolesiem, który intelekt może ma niezły, ale średnio potrafi z niego korzystać?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz