poniedziałek, 22 września 2014

Swój swojego zawsze pozna?

Fot. Prensa Internacional/ZUMA Wire)

Amerykańskiego prezydenta nie wzruszył, jak się okazuje, los chrześcijan, bo niby dlaczego miałby go wzruszać po kilku latach obojętności? Do działania poderwały go dopiero ataki wymierzone w jedną z najbardziej tajemniczych i mrocznych sekt religijnych - jazydów, bo to oni właśnie skryli się w górach przed wojownikami kalifatu.


Od wielu miesięcy docierają do nas informacje o tragicznej sytuacji chrześcijan na Bliskim Wschodzie. Palone są kościoły, mordowani wyznawcy, a ci którzy umkną spod ostrza islamskiego miecza, zmuszani są do emigracji lub życia w ukryciu. Świat przygląda się tej sytuacji beznamiętnie i niemal bez słowa, bo trudno za wyrazisty głos uznać dwie rezolucje PE, jedną z 2011 roku i drugą z 2013, przyjętą zresztą dzięki inicjatywie polskiego konserwatysty, Tomasza Poręby. Temat największych w historii prześladowań wyznawców Chrystusa nie istnieje w masowej świadomości, bo nie wypowiadają się na ten temat wielcy światowej polityki, choć najwyraźniej i tu są pewne granice tolerancji, czego dowodzą ostre reakcje Baracka Obamy na ostatnie poczynania Islamskiego Państwa w Iraku i plan udzielenia pomocy ukrywającym się w górach tysiącom członkom mniejszości religijnej. Plan na tyle radykalny, że według dziennika "New York Times", nie jest wykluczona "ograniczona interwencja militarna".

Pierwszy szok mija jednak, gdy wczytamy się w szczegóły tych doniesień. Amerykańskiego prezydenta nie wzruszył, jak się okazuje, los chrześcijan, bo niby dlaczego miałby go wzruszać po kilku latach obojętności? Do działania poderwały go dopiero ataki wymierzone w jedną z najbardziej tajemniczych i mrocznych sekt religijnych - jazydów, bo to oni właśnie skryli się w górach przed wojownikami kalifatu.

Sekta powstała w XII wieku i łączy w sobie elementy zaczerpnięte zarówno z islamu, judaizmu, chrześcijaństwa w wersji nestoriańskiej, jak i jeszcze starszych wierzeń wywodzących się wprost ze starożytnego Babilonu. Przez muzułmanów uznawani są za czcicieli diabła i rzeczywiście, jak sami przyznają, oddają cześć jednemu z pierwszych archaniołów, którego zwą Melek Taus. Według wierzeń jazydów, miał on zgrzeszyć przeciw Bogu, a następnie żałując swego grzechu przebłagać Stwórcę i doprowadzić do zniszczenia piekła oraz powrotu na piedestał. Według jazydów, Melek Taus jest władcą tego świata, co powinno wiele nam wyjaśniać. Inne ich wierzenia i praktyki są równie kontrowersyjne i nie do przyjęcia dla chrześcijanina - reinkarnacja, gnoza, kult ziemi, czy też zaczerpnięte z islamu zabójstwa honorowe. W zeszłym roku naszymi zachodnimi sąsiadami wstrząsnęła zbrodnia, jakiej dokonało pięcioosobowe rodzeństwo na swej siostrze, która związała się z Niemcem, plamiąc rzekomo honor rodziny. Mordercy 18-letniej dziewczyny, jak się później okazało byli jazydami.

O tej synkretycznej religii, czy może raczej kulcie, wciąż bardzo mało wiadomo, przez co jego wyznawcy stają się często bohaterami sensacyjnych powieści. Swą uwagę poświęcił im także jeden z największych "ekspertów" w dziedzinie satanizmu, sam Anton Sandor la Vey, autor "Biblii Szatana", który uważał jazydów za cwaniaków, całe życie czczących diabła, by tuż przed śmiercią, tak na wszelki wypadek, przyjmować ostatnie namaszczenie i jednać się z Bogiem.

Liczebność sekty w całym świecie szacowana jest pomiędzy 700 tysięcy a 1,5 miliona wyznawców, z których oczywiście zdecydowana większość żyje w Iraku, choć także w Rosji istnieje kilkudziesięciotysięczna diaspora a ruch jazydzki jest oficjalnie zarejestrowany w Jekaterynburgu, Irkucku czy też w Jarosławiu.

Zastanawia ogromna rozbieżność w postawie prezydenta Obamy wobec trwających od lat prześladowań milionów chrześcijan i niewątpliwych, choć ograniczonych do niewielkiej grupy, prześladowań jazydów. Dla złośliwych komentatorów, ten dysonans mógłby sprowokować pytanie, czy przypadkiem nie sprawdza się tu powiedzenie „ciągnie wilka do lasu", lub inne - „swój swojego zawsze pozna".


Piotr Górka


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz