piątek, 6 czerwca 2014

Wszystko, co mówiono ci o „zdrowym odżywianiu”, to bzdury

Czy je­dze­nie zbyt du­żych ilo­ści mar­ga­ry­ny może szko­dzić? Tak zwani ”eks­per­ci”, któ­rzy od lat z pew­no­ścią w gło­sie za­le­ca­li nam za­stą­pie­nie tłusz­czów na­sy­co­nych, ta­kich jak masło, wie­lo­-nie­na­sy­co­ny­mi sma­ro­wi­dła­mi, lu­dzie któ­rzy po­win­ni wie­dzieć co mówią, nagle stali się nie­pew­ni swego. Wy­glą­da na to, że de­spe­rac­ko sta­ra­ją się wy­brnąć z in­te­lek­tu­al­ne­go za­mę­tu w jaki wpa­dli i prze­for­mu­ło­wać wła­sne teo­rie.

Nie­wdzięcz­na rola wy­ja­śnie­nia, dla­cze­go die­te­tycz­ny es­ta­bli­sh­ment wciąż sto­su­je się do dok­try­ny od­rzu­ca­ją­cej tłusz­cze na­sy­co­ne – choć dys­po­nu­je­my coraz więk­szym ma­te­ria­łem do­wo­do­wym, że na­le­ży od niej odejść – przy­pa­dła pro­fe­so­ro­wi Je­re­my’emu Pe­ar­so­no­wi z Bri­tish Heart Fo­un­da­tion. Otóż po prze­ana­li­zo­wa­niu przez fun­da­cję 72 badań aka­de­mic­kich, obej­mu­ją­cych ponad 600 ty­się­cy uczest­ni­ków, oka­za­ło się, że spo­ży­cie tłusz­czów na­sy­co­nych nie ma związ­ku z wy­stę­po­wa­niem cho­ro­by wień­co­wej. Wnio­ski te zga­dza­ły się z wy­ni­ka­mi innej me­ta-­ana­li­zy, na pod­sta­wie któ­rej w 2010 roku usta­lo­no, iż ”nie ma prze­ko­nu­ją­cych do­wo­dów, że tłusz­cze na­sy­co­ne po­wo­du­ją cho­ro­by serca”.



Ze­spół ba­daw­czy fun­da­cji nie po­tra­fił rów­nież zna­leźć żad­nych do­wo­dów na po­par­cie twier­dzeń – jakże czę­sto sły­sza­nych z ust pro­du­cen­tów mar­ga­ry­ny oraz apo­sto­łów ofi­cjal­nych wy­tycz­nych die­te­tycz­nych – że spo­ży­wa­nie tłusz­czów wie­lo-­nie­na­sy­co­nych chro­ni serce. Co wię­cej, ba­da­cze pod kie­row­nic­twem dok­to­ra Ra­ji­va Chow­dh­ry, za­ape­lo­wa­li o szyb­ką re­wi­zję ofi­cjal­nych za­le­ceń ży­wie­nio­wych. – To bar­dzo in­te­re­su­ją­ce wy­ni­ki, które po­ten­cjal­nie otwie­ra­ją nowe ścież­ki ba­daw­cze oraz skła­nia­ją do po­now­ne­go roz­wa­że­nia na­szych obec­nych wy­tycz­nych – po­wie­dział.

Dalej Chow­dh­ry ostrzegł , że na­le­ży wy­strze­gać się za­stę­po­wa­nia tłusz­czów na­sy­co­nych nad­mier­ną ilo­ścią wę­glo­wo­da­nów - ta­kich jak białe pie­czy­wo, biały ryż i ziem­nia­ki – albo cu­krem ra­fi­no­wa­nym i solą, jak ma to miej­sce w żyw­no­ści prze­two­rzo­nej. Obec­nie pro­mo­wa­na pi­ra­mi­da ży­wie­nio­wa za­le­ca, by po­sił­ki opie­ra­ły się na pro­duk­tach skro­bio­wych, więc jeśli ktoś od­ży­wia się tak, jak od lat su­ge­ru­ją mu pań­stwo­wi eks­per­ci, re­we­la­cje pro­fe­so­ra mogą go za­nie­po­ko­ić.

Czu­je­cie się za­gu­bie­ni?

A może sfru­stro­wa­ni, czy wręcz tra­ci­cie już cier­pli­wość? Z pew­no­ścią tra­cił ją pre­zen­ter BBC, któ­re­go obar­czo­no za­da­niem uzy­ska­nia ja­snej od­po­wie­dzi od Bri­tish Heart Fo­un­da­tion. Tak, Pe­ar­son zgo­dził się w końcu, że ”nie ma do­sta­tecz­nie wielu do­wo­dów, by sztyw­no trzy­mać się obec­nych wy­tycz­nych o zdro­wym ży­wie­niu”, ale też wspo­mnia­ne usta­le­nia ”nie zmie­nia­ją za­le­ceń mó­wią­cych, że spo­ży­cie zbyt du­żych ilo­ści tłusz­czu szko­dzi sercu”. Re­duk­cja ilo­ści tłusz­czów na­sy­co­nych po­win­na być tylko jed­nym z czyn­ni­ków wcho­dzą­cych w skład zbi­lan­so­wa­nej diety i zdro­we­go stylu życia. Sły­szy­cie ka­pa­nie w tle? To ofi­cjal­ne wska­zów­ki die­te­tycz­ne za­czy­na­ją spły­wać do ka­na­li­za­cji.

Oczy­wi­ście już wcze­śniej mo­gli­śmy prze­ko­nać się, jak bez­na­dziej­nie błęd­na bywa ży­wie­nio­wa or­to­dok­sja. Jesz­cze nie tak dawno wbi­ja­no nam do głowy nie­pod­wa­żal­ny ”fakt”, że nie po­win­no się jadać wię­cej niż dwa jajka ty­go­dnio­wo, po­nie­waż za­wie­ra­ją cho­le­ste­rol za­ty­ka­ją­cy nasze ar­te­rie. Ta pe­reł­ka die­te­tycz­nej mą­dro­ści zo­sta­ła po cichu ode­sła­na do la­mu­sa, kiedy nie można było już dłu­żej igno­ro­wać cię­ża­ru do­wo­dów na­uko­wych wy­ka­zu­ją­cych, że cho­le­ste­rol za­war­ty w ja­jach praw­nie nie ma wpły­wu na po­ziom cho­le­ste­ro­lu w na­szej krwi.

Skut­ki anty ja­jecz­nej kam­pa­nii były głę­bo­ko ne­ga­tyw­ne. Po­ban­kru­to­wa­li pro­du­cen­ci jaj, ale przede wszyst­kim spo­łe­czeń­stwo tra­ci­ło do­stęp­ne, nie­dro­gie, na­tu­ral­ne i pełne war­to­ści od­żyw­czych po­ży­wie­nie. Ja­jecz­ni­cę na śnia­da­nie za­czę­ły za­stę­po­wać prze­my­sło­wo prze­two­rzo­ne płat­ki w kar­to­no­wych pu­deł­kach. Ale i tak wy­rzą­dzo­na szko­da była mniej po­waż­na od tej, spo­wo­do­wa­nej odej­ściem od tłusz­czów na­sy­co­nych, czyli masła i smal­cu, na rzecz mar­ga­ryn i ra­fi­no­wa­nych tłusz­czów płyn­nych.

Po­mi­mo wie­lo­krot­nych na­ci­sków ze stro­ny śro­do­wisk ba­daw­czych, w USA ofi­cjal­ne wy­tycz­ne ży­wie­nio­we zmie­nio­no do­pie­ro w 2010 roku i to wów­czas wresz­cie mi­ni­ste­rial­ni spe­cja­li­ści od zdro­wia pu­blicz­ne­go po obu stro­nach Atlan­ty­ku przy­zna­li, że che­micz­ny pro­ces utwar­dza­nia, zmie­nia­ją­cy wie­lo-­nie­na­sy­co­ne tłusz­cze w mar­ga­ry­nę, wy­twa­rza za­ty­ka­ją­ce tęt­ni­ce tłusz­cze trans.

Pro­du­cen­ci zmie­ni­li tech­no­lo­gię wy­twa­rza­nia mar­ga­ry­ny. Obec­nie utwar­dza­ją ją in­ny­mi me­to­da­mi che­micz­ny­mi i za­pew­nia­ją, że te są nie­groź­ne dla zdro­wia. Nie­mniej przez więk­szą część XX wieku ra­do­śnie za­chę­ca­no nas, byśmy prze­rzu­ci­li się na rze­ko­mo dobre dla serca sma­ro­wi­dła – tak na­praw­dę bę­dą­ce re­cep­tą na zawał. Ci, któ­rzy po­słusz­nie za­mie­ni­li pysz­ne masło na po­nu­rą mar­ga­ry­nę, nie do­cze­ka­li się jesz­cze prze­pro­sin. Rzą­do­wi spe­cja­li­ści od nie­uży­tecz­nych porad ży­wie­nio­wych nie są skłon­ni by się kajać.

Ale jakie wnio­ski mo­że­my wy­cią­gnąć z tych hi­sto­rii? Mu­sie­li­by­śmy być ogra­ni­cze­ni, gdy­by­śmy nie za­czę­li trak­to­wać czę­sto po­wta­rza­nych die­te­tycz­nych mą­dro­ści z dużą dozą scep­ty­cy­zmu. Za­cznij­my od ka­lo­rii. Od za­wsze mówi się nam, że ich li­cze­nie to pod­sta­wa ży­wie­nio­wej rze­tel­no­ści, ale wszyst­ko wska­zu­je na to, że tak na­praw­dę to tylko gi­gan­tycz­na stra­ta czasu. Po­wo­li acz zde­cy­do­wa­nie ba­da­cze skła­nia­ją się ra­czej ku kon­cep­cji ”sy­to­ści”, czyli tego, jak pewne pro­duk­ty za­spo­ka­ja­ją nasz ape­tyt. Pod tym wzglę­dem biał­ka i tłusz­cze wy­róż­nia­ją się jako dwa naj­bar­dziej uży­tecz­ne skład­ni­ki od­żyw­cze. Wy­glą­da więc na to, że gło­dze­nie się na die­cie zło­żo­nej z chleb­ków ry­żo­wych i se­le­ra na­cio­we­go nie jest od­po­wie­dzią na epi­de­mię oty­ło­ści.

Pod­czas gdy biał­ka i tłusz­cze od­zy­sku­ją dobrą re­pu­ta­cję, coraz mi­zer­niej pre­zen­tu­ją się na ich tle wę­glo­wo­da­ny – ten roz­dę­ty, mięk­ki brzuch ofi­cjal­nej pi­ra­mi­dy ży­wie­nio­wej. W końcu skro­bią tu­czy­my trzo­dę chlew­ną, więc dla­cze­go u nas mia­ła­by wy­wo­ły­wać inne skut­ki? Roz­ma­ite ba­da­nia po­twier­dza­ją, że w utrzy­my­wa­niu wła­ści­wej masy ciała dieta nisko wę­glo­wo­da­no­wa jest sku­tecz­niej­sza od jej nisko biał­ko­wych i nisko tłusz­czo­wych ko­le­ża­nek.

Pod­czas gdy es­ta­bli­sh­ment ży­wie­nio­wy brał na ce­low­nik tłuszcz, nie­zau­wa­żo­ny przez ra­da­ry na nasze ta­la­rze wdarł się cu­kier. Wy­star­czy na ety­kiet­ce na­pi­sać ”ni­sko­tłusz­czo­we” albo ”0% tłusz­czu”, a można lu­dziom wci­snąć do­wol­ny śmieć. Tym­cza­sem ta re­li­gia od­tłusz­cza­nia zro­dzi­ła całą wiel­ką gałąź prze­my­słu żyw­no­ści wy­so­ko prze­two­rzo­nej, uszczę­śli­wia­ją­cej nas pro­duk­ta­mi o pod­wyż­szo­nym po­zio­mie cukru albo peł­nych po­dej­rza­nych sło­dzi­ków, które mają kom­pen­so­wać nie­unik­nio­ny de­fi­cyt smaku to­wa­rzy­szą­cy usu­nię­ciu tłusz­czu. Do­gmat o szko­dli­wo­ści tłusz­czów na­sy­co­nych dał bran­ży spo­żyw­czej ide­al­ną wy­mów­kę, by od­zwy­cza­ić nas od praw­dzi­we­go po­ży­wie­nia, które od wie­ków da­wa­ło nam siły – a ostat­nio przed­sta­wia­ne było jako ”za­bój­ca” – na rzecz bar­dziej lu­kra­tyw­nych, ”lek­kich” pro­duk­tów prze­two­rzo­nych, na­szpry­co­wa­nych che­micz­ny­mi do­dat­ka­mi i ta­ni­mi za­py­cha­cza­mi.

Zgod­nie z twier­dze­nia­mi, że tłusz­cze zwie­rzę­ce są szko­dli­we, za­le­ca­no nam też ogra­ni­czyć spo­ży­cie czer­wo­ne­go mięsa. Ale w uprosz­czo­nej de­ba­cie umknął gdzieś klu­czo­wy fakt. Słabe do­wo­dy epi­de­mio­lo­gicz­ne ob­cią­ża­ją­ce czer­wo­ne mięso nie wpro­wa­dza­ją roz­róż­nie­nia na nor­mal­ne mięso z ho­dow­li far­mer­skiej, a wy­so­ko prze­two­rzo­ne pro­duk­ty za­wie­ra­ją­ce kok­tajl che­micz­nych do­dat­ków, kon­ser­wan­tów i tym po­dob­nych. Jed­no­cze­śnie żadne pań­stwo­we wy­tycz­ne nie za­jąk­ną się nawet, że ja­gnię­ci­na, wo­ło­wi­na czy dzi­czy­zna po­cho­dzą­ca od kar­mio­nych tra­dy­cyj­nie zwie­rząt jest naj­lep­szym źró­dłem kwasu ru­me­no­we­go (CLA), skład­ni­ka który ob­ni­ża ry­zy­ko oty­ło­ści, za­cho­ro­wa­nia na raka i cu­krzy­cę.

Rzą­do­wi guru die­te­tycz­ni od lat pro­wa­dzą kru­cja­tę prze­ciw­ko soli, ale w tych szla­chet­nych wy­sił­kach za­bra­kło głosu, że nad­mier­ne spo­ży­cie soli to pro­blem zwią­za­ny z żyw­no­ścią prze­two­rzo­ną. Sól jest bo­wiem klu­czo­wa dla smaku ta­kich dań. Bez niej i ca­łe­go ka­ta­lo­gu che­micz­nych aro­ma­tów żyw­ność prze­two­rzo­na nie mo­gła­by ukryć swo­je­go praw­dzi­we­go ob­li­cza: po­zba­wio­ne­go smaku i ży­wie­nio­wej spój­no­ści. Przy­kła­do­wo, płat­ki ku­ku­ry­dzia­ne bez soli stają się nie­mal nie­ja­dal­ne. Nikt by ich nie ku­po­wał, bo na pierw­szy rzut oka widać by­ło­by, że to nic nie­war­ty śmieć. Ale niech ktoś po­ka­że nam do­wo­dy, że nor­mal­ne do­pra­wia­nie solą do­mo­we­go po­sił­ku wy­wo­łu­je za­gro­że­nie dla zdro­wia.

W przy­pad­ku soli, tak samo jak cukru, ofi­cjal­ne agen­dy rzą­do­we boją się prze­ciw­sta­wić po­tęż­nym kon­cer­nom spo­żyw­czym oraz ich po­plecz­ni­kom i dla­te­go nie wpro­wa­dza­ją roz­róż­nie­nia po­mię­dzy do­mo­wym je­dze­niem przy­go­to­wy­wa­nym z pod­sta­wo­wych skład­ni­ków, a prze­my­sło­wo prze­two­rzo­ny­mi da­nia­mi go­to­wy­mi.

W ofi­cjal­nych wy­tycz­nych ni­g­dzie nie po­ja­wia się klu­czo­we zda­nie: ”uni­kaj żyw­no­ści prze­two­rzo­nej” – cho­ciaż tak brzmia­ło­by naj­bar­dziej zwię­złe i prak­tycz­ne pod­su­mo­wa­nie fak­tów. Do­pó­ki nie le­gnie ono u pod­sta­wy wszel­kich za­le­ceń die­te­tycz­nych, po­ra­dom spe­cja­li­stów od ży­wie­nia po­win­ny to­wa­rzy­szyć po­dob­ne ostrze­że­nia, jak te wid­nie­ją­ce na pu­deł­kach pa­pie­ro­sów: sto­so­wa­nie się może pro­wa­dzić do cho­rób serca i śmier­ci.

Autor: Joanna Blythman, Źródło: The Guardian,
Za: onet.pl / http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=12261&Itemid=53

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz