środa, 25 czerwca 2014

Unia. I śmieszno, i straszno


Przyszło nam żyć w czasach, w których słowo „wolność” odmienia się przez wszystkie przypadki jako cel sam w sobie. To właśnie nieograniczoną wolność obiecywano przeciętnemu Kowalskiemu, gdy dziesięć lat temu Polska wstępowała do Wspólnoty Europejskiej. A już w kilka miesięcy później ów przeciętny Kowalski nie mógł kupić towarów, jakie nabywał przez lata. Unijni biurokraci zaczęli niemal na ślepo zakazywać mu dozwolonych od setek lat przyjemności.


Europą rządzi dziś niepodzielnie Komisja Europejska – pararząd unijnego parapaństwa, który zajmuje się głównie utrudnianiem życia mieszkańcom Starego Kontynentu. „Wolna Polska” od dziesięciu lat doświadcza „dobrodziejstw” tego reżimu, wskutek czego przeciętny Kowalski – niezależnie od tego, czy dziesięć lat temu tryskał radością czy też załamywał ręce na wieść o wynikach europejskiego referendum – może dziś zdecydowanie mniej niż przed akcesją jego „wolnej ojczyzny” do Unii Europejskiej. A wszystko z troski stacjonujących na co dzień w stolicy Belgii unijnych urzędników o dobro mieszkańców Bydgoszczy, Kalisza, Łomży i Sopotu.

W trosce o zdrowie euroobywateli
U progu roku 2014, z okazji dziesięciolecia wejścia Polski do Unii Europejskiej unijni urzędnicy przygotowali dla Polaków prezent. Uznawszy, że przez sam fakt zasiadania na brukselskich stołkach lepiej od nas wiedzą, co powinniśmy jeść, wydali dyrektywę zakazującą sprzedaży… wędlin.

Spokojnie, łaskawi eurokraci nie zakazali nam spożywania wszystkich wędlin, ale wyłącznie tych wędzonych. Oczywiście, dyrektywy nie nazwano zakazem, wszak w jej myśl UE nie będzie zakazywała żadnych produktów spożywczych, chodzi tylko o poziom dodatków, jakich można używać w ich produkcji. Dopuszczalne stężenie benzopirenu ma się zmniejszyć z pięciu do dwóch mikrogramów na kilogram jedzenia, co wyklucza możliwość wędzenia serów czy wędlin tradycyjną metodą na otwartym ogniu. Zamiast tego wędliny – zdaniem mędrców z UE – należy malować (sic!).

To jednak niejedyny objaw troski Komisji Europejskiej o zdrowie obywateli Unii. Na jej celowniku znalazły się również popularne również w Polsce spiralne bułeczki doprawione cynamonem. Powód? Cynamon zawiera znaczną ilość kumaryny – składnika, który zdaniem unijnych urzędników jest niezdrowy. Nic to, że od wieków używa się go w wielu kuchniach do różnorakich wypieków; nic to, że od wieków objadają się tym smakołykiem całe rodziny. Co za dużo (cynamonu), to nie zdrowo!

Od czasu, gdy Polak żyje w Unii Europejskiej, nie może też swobodnie leczyć się ziołami używanymi w polskich rodzinach od setek lat. Celem odpowiedniej dyrektywy jest oczywiście ochrona konsumentów przed potencjalnie niebezpiecznymi dla zdrowia tradycyjnymi medykamentami. I tak, na przykład, dziurawiec może zaburzać działanie pigułek antykoncepcyjnych. Producenci popularnych „ziółek” muszą teraz udowadniać zgodność ich produktów z unijnymi standardami medycznymi.

W trosce o energię (elektryczną) obywateli
Najbardziej znanym zakazem wprowadzonym przez polityków z zagranicy i przyjętym przez ich polskich przyjaciół jest prohibicja na żarówki! W pierwszej fazie zakazowego szału eurokraci wycofali ze sprzedaży wyłącznie żarówki stuwatowe. Dopiero później cień padł na żarówki o mocy większej niż 60 W, a dziś nie wolno już produkować nawet żarówek czterdziestowatowych. Skutek? Setki Polaków co tydzień przewożą do swych domów i gospodarstw żarówki z Białorusi.

Taka oto wolność zapanowała nad Wisłą po 1 maja 2004 roku.

Wolność tę ogranicza się, oczywiście, w imię troski. Troski o energię. W zniewolonym PRL Polak mógł sobie przyświecać żarówką, jaką tylko chciał (o ile udało mu się ją kupić) i zapłacić za prąd tyle, ile tegoż prądu zużył. W wolnej Europie Polak musi kupić żarówkę energooszczędną. To jednak nie koniec troski o naszą wspólną energię elektryczną. W Brukseli już opracowano przepisy zakazujące sprzedaży… odkurzaczy o zbyt dużej mocy! Na terenie Unii Europejskiej nie będzie można kupić odkurzaczy o mocy większej niż 1700 W. Trzy lata później maksymalna moc urządzeń zostanie zredukowana do 900 W (sic!).

Polak‑Europejczyk nie może też, mimo iż do tej pory nic go w tej materii nie krępowało – zmierzyć samemu sobie czy też swemu dziecku temperatury ciała za pomocą termometru rtęciowego. Ten stosowany w Polsce przez przeszło półtora wieku przyrząd okazał się zbyt niebezpieczny, abyśmy mogli swobodnie wsadzać go sobie pod pachę. Co prawda, nikt nie zna nikogo, kto zrobiłby sobie krzywdę za pomocą termometru, ale strzeżonego Unia strzeże, więc zakaz musi być!

W trosce o równość obywateli wobec jajek i butelek!
Można czasem odnieść wrażenie, że ktoś gdzieś na brukselskich szczytach organizuje konkursy na najbardziej absurdalny zakaz. Parlament Europejski zaproponował bowiem niedawno, by zakazać sprzedaży jajek i pączków na sztuki. Powinny być sprzedawane… na wagę! Powód? Mit o powszechnej równości, który zdaniem eurodecydentów uda się przelać na papier i język prawniczy – wszyscy konsumenci powinni wszak posługiwać się w sklepach jednolitym systemem pomiaru artykułów spożywczych.

Unia troszczy się także o równość wszystkich pijących. W połowie pierwszej dekady XXI wieku zakazano sprzedaży mocnych alkoholi w bardzo popularnych w Polsce objętościach 0,75 i 0,25 litra. To również uzasadniano koniecznością istnienia jednolitych standardów. W butelce 0,75 litra można dziś sprzedawać tylko wino.

W trosce o kogo?
Rodzi się zatem pytanie, czy aby na licznych absurdalnych zakazach ktoś sporo nie zyskuje?

Poznanie odpowiedzi na nie z pewnością ułatwi poniższa garść pytań pomocniczych.

Czy producenci energooszczędnych świetlówek kiedykolwiek przeżywali takie żniwa jak dziś, skoro jeszcze niedawno zwykłe żarówki były znacznie tańsze od energooszczędnych?

Czy firmy sprzedające elektroniczne termometry potrzebują lepszej reklamy niż ta, że tradycyjne są już zakazane?

Czy sztuczne medykamenty na trawienie nie sprzedają się dziś lepiej niż wówczas, gdy konkurowały z naturalnym rumiankiem?

Czy przegrywający niegdyś konkurencję na rynku rybołówstwa niemieccy rybacy nie radują się, że Polakom nie wolno już łowić większych ilości ryb niż im?

Urzędnicy Unii Europejskiej produkując liczne przepisy, rzeczywiście służą ludziom. Tyle że niewielu. I raczej nie Polakom.



Krystian Kratiuk


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz