czwartek, 5 czerwca 2014

„Dobry papież Jan” i „stary, zacofany Kościół”


Niedawna kanonizacja papieża Jana XXIII stałą się okazją dla rozmaitych zwolenników „otwierania Kościoła na oścież” do powtarzania ad nauseam narracji o tym, jak „dobry papież Jan” zastawszy stary i zmurszały, „zamknięty w twierdzy” Kościół katolicki postanowił go uwspółcześnić, dostosowując do szybko zmieniającego się świata. W tym ujęciu Vaticanum II było kołem ratunkowym rzuconym w ostatniej chwili Kościołowi. Bez powiewu, bliżej niezidentyfikowanego „ducha soboru”, założony przez Jezusa Chrystusa na Piotrowej opoce Kościół niechybnie by runął. Na szczęście przyszło aggiornamento i daleko idące „reformy soborowe”.


Pozostawiając na boku tą nagłą troskę lewicowych komentatorów o kondycję Kościoła, równą w swej szczerości tęsknotom za światem kornie chylącym się pod słowem papieża, a zawartym implicite w tekstach różnych autorów piętnujących „milczenie” Piusa XII w czasie II wojny światowej, należy zauważyć, że taka narracja nijak ma się do rzeczywistości.

Wystarczy sięgnąć po tekst opublikowanej w Boże Narodzenie 1962 roku przez św. Jana XXIII konstytucji apostolskiej „Humanie salutis”. Dokument ten zapowiadał zwołanie soboru watykańskiego drugiego i wyjaśniał przyczyny tej papieskiej decyzji, która po raz pierwszy została zakomunikowana Kościołowi i światu w styczniu 1959 roku.

Biedny świat i kwitnący Kościół
Lektura konstytucji apostolskiej przekonuje, że św. Jan XXIII był jak najdalszy od traktowania nadchodzącego soboru jako leku ratującego zdrowie (czy życie) Kościoła. Wręcz odwrotnie. W grudniu 1962 roku święty papież pisał: „Co się zaś tyczy samego Kościoła, to nie był on biernym wobec zmian dokonujących się w narodach, wobec postępu na polu nauki i techniki i wobec przemian społecznych, lecz wszystkie te sprawy śledził czujnie i troskliwie. Wreszcie ze swego ducha dobył sił skłaniających go do świętego apostolstwa, do modlitwy, do wzięcia udziału w ludzkiej działalności na wszystkich odcinkach. A dokonał tego najpierw przez pracę swego kleru, który nauką i cnotą uzdalnia się coraz więcej do spełnienia swych zadań. Następnie przez pracę ludzi świeckich, którzy lepiej pojmują powierzaną sobie rolę w Kościele, a zwłaszcza ciążący na wszystkich obowiązek współpracowania z hierarchią kościelną. Dlatego patrząc na zmienione oblicze ludzkiego społeczeństwa również i Kościół przedstawia się naszym oczom bardziej zmieniony i przybierającym doskonalsze formy a mianowicie, bardziej spoisty w swojej jedności, mający silniejszą obronę w nauce, więcej promieniujący blaskiem świętości”.

U progu Vaticanum II św. Jan XXIII kontrastował, owszem, ale nie słaby, zacofany Kościół wobec szybko zmieniającego się świata, tylko „z jednej strony ludzi cierpiących na wielki brak dóbr duchowych, z drugiej strony Kościół Chrystusowy kwitnący bujnym życiem”.

Nie taki znowu optymizm…
Świat legend, który roztaczają „dzieci soboru”, wspiera się na drugiej kluczowej tezie, na tzw. optymistycznej wizji świata. Krótko mówiąc, przed ostatnim soborem Kościół był wobec świata nieufny („zamknięta twierdza”), przemawiał do niego „językiem Syllabusa”, a w czasie i po soborze odkrył nagle zalety współczesności i stwierdził, że trzeba się do niej możliwie szybko dostosowywać. I dowód kluczowy: konstytucja soborowa o Kościele w świecie współczesnym, zatytułowana „Gaudium et spes” na polski: „Radość i nadzieja”. Skoro taki tytuł – głoszą autorzy klechd i podań domowych – to i taka, optymistyczna w swej wymowie treść całego dokumentu.

Uproszczenie polega na tym, że cytuje się tylko tytuł, a właściwie dwa pierwsze słowa z tytułu, które tradycyjnie (por. tytulaturę encyklik) dają tytuł całemu dokumentowi. Jednak pierwsze słowa dokumentu brzmią: „Radość i nadzieja, smutek i trwoga ludzi współczesnych…”. A to brzmi cokolwiek inaczej.

Warto zresztą zauważyć, że w cytowanej konstytucji „Humanae salutis” św. Jan XXIII spore fragmenty poświęcił wyliczeniu bolączek współczesnego świata. Trochę to brzmiało jak „język Syllabusa”, gdy święty papież obok fatalnego dziedzictwa ostatniej wojny światowej, wspominał w tym kontekście o „pożałowania godnych szkodach duchowych, wyrządzanych wszędzie przez liczne błędne poglądy”.

Godne przypomnienia są również słowa św. Jana XXIII, zacytowane przez prof. Plinia Correa de Oliveira w jego najważniejszym dziele „Rewolucja i kontrrewolucja”; słowa wypowiedziane przez Biskupa Rzymu 28 grudnia 1958 roku do mieszkańców Messyny z okazji pięćdziesiątej rocznicy tragicznego dla tego miasta trzęsienia ziemi: „Powiadamy wam ponadto, że w tej straszliwej godzinie, gdy duch zła próbuje wszystkich środków, by zniszczyć Królestwo Boże, musimy z całą energię go bronić. Trzeba tak czynić jeśli chcecie, by wasze miasto uniknęło ruiny o wiele większej od tej, spowodowanej trzęsieniem ziemi sprzed pięćdziesięciu lat. Jakże trudniej byłoby odbudować dusze, gdyby zostały one oderwane od Kościoła lub zniewolone przez fałszywe ideologie naszych czasów” (Revolution et contre-revolution, Sao Paolo 1960, s. 55). I znowu „język Syllabusa”.

Przywrócić łacinę
A cóż dopiero powiedzieć o – wspomnianej przeze mnie już kiedyś na tych łamach – konstytucji apostolskiej „Veterum Sapientia” z lutego 1962 roku, w której język łaciński został określony przez św. Jana XXIII jako „żywy język Kościoła”. Papież pisał o „doniosłości i pierwszeństwie języka łacińskiego” w Kościele i wzorem swoich poprzedników na Stolicy Piotrowej wskazywał na „niebezpieczeństwa wynikające z jego zaniedbania” i polecał, „aby w całej mocy był zachowany stary zwyczaj posługiwania się językiem łacińskim, a gdzieżby już prawie zanikał, tam należy go w pełni na nowo przywrócić”. Temu celowi służyło polecenie wydane przez św. Jana XXIII Kongregacji Seminariów i Uniwersytetów Katolickich utworzenia Akademii Języka Łacińskiego.


Grzegorz Kucharczyk


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz