poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Tradycjonaliści w epoce Oświecenia

Powszechnie uważa się wiek XVIII za epokę bezwzględnej dominacji w życiu umysłowym prądów o charakterze jawnie (albo z lekka tylko, a obłudnie zakamuflowanym) antychrześcijańskim oraz wrogim tradycyjnym instytucjom życia społecznego. Faktowi owej dominacji oświeceniowo -progresywistycznej ideologii niepodobna zaprzeczyć, mimo to lekkomyślną przesadą byłoby uważać całe osiemnaste stulecie za zupełnie nieinteresujące i „stracone” z konserwatywnego punktu widzenia. Byłoby zresztą rzeczą dziwną, gdyby pomiędzy chrześcijańskimi absolutystami wieku XVII, takimi jak Bossuet czy Filmer, a fundatorami porewolucyjnego konserwatyzmu w sensie ścisłym, rozpościerała się nieprzenikniona, stuletnia (a więc w samych tylko kategoriach biologicznych mierząc — trzypokoleniowa) „czarna dziura”.



Z samej natury rzeczy wynika, iż jakichś bezpośrednich poprzedników konserwatywni kontrrewolucjoniści musieli jednak mieć. I przekonuje nas o tym natychmiast pobieżny nawet rzut oka na ówczesną sytuację ideową: w samym epicentrum oświeceniowej rebelii „rozumu”, czyli w Paryżu, dotkliwe ciosy Encyklopedystom zadawał niezmordowany Elié Fréron, a tuż przed rewolucją błyskotliwy Rivarol. Trwała także zapoczątkowana przez Fénelona tradycja krytyki absolutystycznego centralizmu z pozycji arystokratyczno-patriarchalnych, która bezpośrednio „wykarmiła” wielu Doktorów Kontrrewolucji z d`Antraiguesem na czele. Podobnie w Niemczech, w samym sercu Oświecenia wzbierała potężna fala preromantycznej rewolty przeciwko mechanistycznemu rozumowi, prowadzona przez takich obrońców „czucia i wiary”, jak Herder, Hamann czy Jacobi. Wreszcie w Anglii, bodaj najskuteczniej, przypływy radykalizmu politycznego i antyreligijnego rozbijały się o taką solidną fortecę konserwatywnego rozsądku, jaką stanowił Samuel Johnson; a w ogóle angielskie (a zwłaszcza szkockie) Oświecenie nie miało tak złowrogiego, jak na kontynencie, charakteru.

O wiele mniej znane są przejawy obrony tradycji w kraju, który skądinąd szczytowe wzniesienie swojej dojrzałości kulturowej miał już niestety za sobą, tj. we Włoszech. Niewątpliwa stagnacja XVIII-wiecznej Italii (na domiar, jak wiadomo, rozbitej na szereg państw i zdominowanej przez obce potencje) prowadziła do gorliwego plagiatorstwa oświeconych konceptów, jako rzekomego lekarstwa na zacofanie. Nie znaczy to jednak, iż wszyscy przedstawiciele kultury Settecenta poddali się paryskim modom. Przez pierwszą połowę stulecia dziedzictwa religii i kultury katolickiej bronił tu przede wszystkim niezwykle wszechstronny i imponująco płodny (jego Opere zebrane liczą 36 tomów) polihistor, filozof prawa, teolog i teoretyk sztuki — ksiądz Ludwik Antoni Muratori (1672-1750). Był on w ogóle pierwszym pracującym metodami ściśle naukowymi historykiem włoskim, a praca na stanowisku bibliotekarza księcia Modeny dala mu możność wydania największego zbioru dokumentów historii narodowej, jaki do jego czasów opublikowano w Europie. Zainteresowany głównie średniowieczem, przeciwstawił się Muratowi (z pozycji monarchistycznych) pospolitej w jego ojczyźnie idealizacji republikańskich komun miejskich, potępiając je za partykularyzm i bratobójcze waśnie. Jako myśliciel polityczny zaś bronił wzgardzonej, albo zniekształconej przez laicki racjonalizm, tomistycznej koncepcji prawa naturalnego.

Dwie rzeczy w szczególności: umiłowanie zabytków średniowiecza oraz przywiązanie do klasycystycznych prawideł „dobrego smaku” w literaturze — łączyły z Muratorim jego, nie mniej wybitnego i wszechstronnego, rówieśnika markiza Scipione Maffei (1675-1755). W swoim długim życiu zdążył on być i żołnierzem (w służbie księcia-elektora bawarskiego), i dziennikarzem, i archeologiem, i twórcą włoskiego metrum w poezji tragicznej. Obdarzony talentem zarówno apologetycznym, jak polemicznym, zaangażował się w walkę ideową na dwu głównie frontach: przeciwko racjonalistycznemu ateizmowi i laicyzmowi oraz przeciwko jansenizmowi, który właśnie w tym czasie (po przegraniu teologicznej batalii z jezuitami o stosunek łaski do woli i natury) zdegenerował się w antykatolicką sektę i przeszedł do antykościelnej konspiracji.

W drugiej połowie Settecenta centrum intelektualnego oporu przeciwko Oświeceniu stała się niespodziewanie, jakby stworzona do libertyńskiej dekadencji, Wenecja. Najbardziej interesujący fragment tej „bitwy książek” został tu stoczony na gruncie obrony specyficznie włoskiej tradycji artystycznej, jaką stanowiła ludowa, a zarazem wyrafinowana i finezyjna commedia dell`arte — właśnie dotkliwie zreformowana w duchu mieszczańskiego dydaktyzmu przez entuzjastę „postępu” Carla Goldoniego. W obronie autentycznej tradycji teatralno-narodowej wystąpił wenecki arystokrata, hrabia Carlo Gozzi (1720-1806), który w urokliwych baśniach scenicznych (fiabbe), takich jak: Miłość do trzech pomarańczy, Księżniczka Turandot czy Król Jeleń, ukazał zupełnie nowe — fantastyczno -romatyczne — możliwości tkwiące w tradycyjnej formie.

Na gruncie publicystyki natomiast kierunek antyoświeceniowy reprezentował brat Karola, hrabia Gaspare Gozzi (1713-1786), który na łamach założonego przez siebie „Obserwatora Weneckiego” zwalczał niezmordowanie chłostą szyderstwa kult postępu, laicyzm i racjonalizm. I chociaż poczucie osamotnienia w walce z naporem prądów wrogich tradycji nadawało pisarstwu braci Gozzich rys wybitnie melancholijno -pesymistyczny, to jednak ów pesymizm winien być z naszej perspektywy krzepiący; przypomina bowiem nam, będącym także ponad wszelką wątpliwość w mniejszości, że nie ma „takowych terminów”, takich epok, w których ludzie tradycji nie mogliby „robić swojego”, a nawet pozostawić po sobie dzieł naprawdę ważnych i trwałych.


Jacek Bartyzel http://www.legitymizm.org/tradycjonalisci-oswiecenie



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz