poniedziałek, 17 marca 2014


Zapukał do drzwi. Niemal bezgłośnie. To jedynie formalność, prosty wyraz grzeczności. Wszedł do mieszkania bez pytania. Rozejrzał się. Matka, ojciec, szóstka dzieci. Bieda aż piszczy. „Trzeba zabrać dzieciaki” – pomyślał. I uśmiechnął się niewinnie do przerażonego dziecka, które właśnie podniosło na niego swoje wielkie, ciemne oczy.


Co się dzieje w głowie urzędnika bezceremonialnie wkraczającego w życie rodziny, dla którego zabrać dzieci to jak splunąć? Trudno powiedzieć. Wiadomo jedno: tragedie rodzinne fundowane przez urzędniczą masę przekraczają wszelkie możliwe granice. I napawają przerażeniem. Bo dzisiaj przyszli po dzieci Bajkowskich a jutro zabiorą sobie Twoje i Twoje i jeszcze Twoje…

Powody, dla których dziecko odbierane jest rodzicom są zapewne różne. Sposób, w jaki się to dokonuje też nie jest jednakowy. Jednej z matek porwano dziecko ze szpitala podczas jej chwilowej nieobecności przy łóżku malca. Innej policja brutalnie wydarła pociechy bez odpowiedniego zezwolenia sądowego, czyli bezprawnie! Zezwolenie pojawiło się dopiero później.

Urzędnicy nie liczą się w walce o dobro z żadnymi regułami, gnębią poszukującą sprawiedliwości matkę tak, jak gnębią wszystkich petentów w innych, mniej poważnych sprawach. Jedna z matek słała do sądu zażalenia, a ten, by uniemożliwić ich instancyjną kontrolę, po prostu traktował je jako wnioski. Zapewne gdyby zapytać sędziego, dlaczego tak postąpił, dlaczego pogardzał prawem na straży, którego ma przecież stawać, odpowiedziałby krótko: „chodziło o dobro dziecka”.

Bo „dobra dziecka” chcą wszyscy. Chce go też państwo. I dlatego chętnie się każdym dzieckiem zaopiekuje. Chętnie każdym dzieckiem zaopiekować się chciał też Robespierre. Kojarzony głównie z terrorem i najkrwawszymi epizodami rewolucji francuskiej, był w gruncie rzeczy miłym i ciepłym facetem. Doprowadził do przyjęcia przepisu, że dzieci będą odbierane rodzicom i umieszczane w specjalnych internatach. Chciał po prostu otoczyć opieką malców, nieświadomych być może tego, ku jak wielkiemu postępowi kroczyła Francja. Gra szła o to, by dzieciaki w tej mierze uświadomić. Później z francuskich doświadczeń pełnymi garściami korzystali urzędnicy bolszewiccy i hitlerowscy.

Państwowi urzędnicy, zabierając rodzicom dzieci, nie myślą zapewne o tym, by kogokolwiek indoktrynować, ale by móc stwarzać realny problem (np. wydumana przemoc domowa), który można by nieustannie rozwiązywać (zabierać dzieci, zwracać dzieci a potem znowu zabierać itd.). Rodziny rozbijają jednak w iście barbarzyńskim stylu.

Kręcicie Państwo głowami i myślicie o widmie państwa Orwella? Nic podobnego. O żadnym widmie nie ma mowy. W takim państwie właśnie żyjemy. Czujne oko obserwuje nas nieustannie. I wcale nie dlatego, że życzy sobie tego jakiś bliżej nieokreślony „ktoś”, kto pociąga za sznurki i przestawia wajchę. Ścieżka prowadząca nas do państwa Orwella jest prosta jak drut: cała urzędnicza masa – z rządem na czele – pragnie rozwiązywać problemy najprostszym sposobem, czyli najlepiej chirurgicznym cięciem.

Zdarzają się gwałty? Zalegalizujmy aborcję i problem z głowy. Dzieci nieodpowiedzialnie rozpoczynają życie seksualne? Wyedukujmy ich na temat seksu w szkole i załatwione. Mamy za dużo analfabetów? Wyślijmy wszystkich na studia i odfajkowane. W budżecie brakuje pieniędzy? Połóżmy łapę na oszczędnościach Polaków w OFE i sprawa załatana. Rodziny są ubogie? To zabierzmy im dzieci. Tak, krok po kroku, rozbudowywane są instytucje państwa, które w coraz ostrzejszy i coraz bardziej bezpardonowy sposób ingerują w każdą dziedzinę życia człowieka.

Jeżeli czegokolwiek mamy się teraz obawiać to wizji Huxleya. Jego nowy, wspaniały świat to nie było zwykłe państwo ciemiężące jednostki, podporządkowujące je bezwzględnie dobru kolektywu – oczywiście przy założeniu, że definicję tego dobra wyznaczał dyktator. Antyutopia Huxleya to świat, gdzie ludzie stan zniewolenia traktują jako stan normalny. To prosta konsekwencja taktyki salami – konsekwentnego odkrawania przez władzę kolejnych plasterków „wolności od”. Często dzieje się to w niemal niezauważalny sposób, w dodatku z uzasadnieniem, że tak będzie lepiej dla wszystkich. Przykłady można mnożyć. Weźmy fotoradary – stawiane na każdym korku miały rzekomo pomóc wyłapywać krnąbrnych kierowców. A naprawdę chodziło po prostu o to, by zebrać więcej mandatów i odnotować przypływ gotówki w państwowym budżecie. To opresja w pełni usprawiedliwiona przez premiera i ministra. I to argumentami trudnymi do podważenia.

Przesada? Paranoja? Proszę spojrzeć na socjalistyczną Szwecję, której mieszkańcy uznali, że… nie chcą obniżki podatków, bo obawiają się ograniczenia funkcji opiekuńczych państwa. Zniewolenie człowieka przez wszechobecne instytucje państwowe tak uzależniło Szwedów, że ci nie chcą dostawać wyższego wynagrodzenia za pracę, byle tylko móc liczyć na pomoc urzędasa.

Polskie rodziny ubożeją. Dane GUS są bezlitosne. Pokazują, że najciężej jest rodzinom wielodzietnym. Aż 26,6 proc. rodzin mających czworo i więcej dzieci żyje w skrajnej nędzy. Wydaje się, że instytucje mające w założeniu pomagać rodzinie, znalazły jeden, upiornie prosty sposób by ograniczyć problemy materialne podstawowej komórki społecznej: odbierać dzieci.



Krzysztof Gędłek

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz