wtorek, 18 marca 2014

Rodzina podejrzana


- Niektóre rodziny boją się korzystać z pomocy socjalnej, bo zainteresowanie ze strony urzędnika może doprowadzić do tego, że zdecyduje on o odebraniu im dzieci – mówi PCh24.pl Paweł Woliński, prezes Fundacji Mamy i Taty.

W ostatnich miesiącach głośno jest o przypadkach odbierania przez państwo dzieci rodzicom. Fundacja Mamy i Taty proponuje wysyłanie listów do premiera Donalda Tuska, by przypomnieć mu o tym problemie. Czy można zaryzykować tezę, że władzy nie zależy na trwałości rodziny?


- Postawienie takiej tezy wymagałoby posiadania jakichś bardzo mocnych dowodów, że konkretni przedstawiciele administracji podejmują świadome i celowe decyzje ułatwiające likwidację rodzin poprzez odbieranie im dzieci. Takiej wiedzy nie mam. Natomiast na pewno mamy do czynienia z zaniedbaniami i, szerzej, systemowym problemem. Decyzje urzędników nie są wystarczająco weryfikowane a ich błędy wiązane z osobistą odpowiedzialnością i adekwatnie karane.

Obserwując obecnie działania państwowych instytucji wobec rodziny, śmiało można powiedzieć, że idą one często na pewną łatwiznę. Łatwiej jest bowiem odebrać rodzinie dzieci niż pomóc jej zmierzyć się z problemami. Klasycznym przykładem sprzyjania mniejszej odpowiedzialności organów samorządowych za swoje decyzje jest system finansowania pobytu dzieci w domach dziecka. Gmina finansuje taki pobyt w dziesięciu procentach, resztę pokrywa powiat. Odbierając dzieci rodzicom gminni urzędnicy tak naprawdę pozbywają się problemu. Zamiast pomóc rodzinie, przerzucają koszty na powiat.

Jakie są głównie przyczyny odbierania dzieci rodzicom?

- Główne przyczyny to tzw. dysfunkcje i patologie. Jednak pewne dane pokazują, że pojawia się też argument ubóstwa rodzin. I to jest sytuacja wyjątkowo skandaliczna. Rozdzielenie rodziny zawsze jest wielką tragedią, bez realnego zagrożenia zdrowia i życia dzieci nie powinno być niedopuszczalne. Ale tym bardziej bulwersuje fakt, że według niektórych szacunków ponad 1800 dzieci zostało zabranych rodzinom, dlatego że, zdaniem urzędników, nie mogły one wychowywać się w określonej sytuacji materialnej. Słynny w ostatnich dniach przypadek z Suwałk – gdzie nastolatek popełnił samobójstwo, gdy dowiedział się o tym, że ma trafić do rodziny zastępczej – dotyczył, jak wskazują szczegółowe informacje, również rodziny ubogiej – matka wychowywała tam samotnie czwórkę dzieci.

W kontekście odbierania rodzicom dzieci warto też przypatrzeć się statystykom ilości dzieci w domach dziecka. W 1996 roku w takich placówkach wychowywało się ponad 17 tys. na 11 mln dzieci. Z kolei w 2011 roku przebywało tam już 26 tys. dzieci na 8 mln w skali całego kraju. Gdyby spojrzeć na to kategoriami zupełnie suchej statystyki to w 1996 roku na 1000 dzieci w domach dziecka przebywało 1,5 dziecka, a w 2011 liczba ta wzrosła do ponad 3. Jest to więcej niż dwukrotny wzrost.

Teraz proszę sobie wyobrazić, że podobne statystyki ogłoszono by w przypadku zachorowania na jakąś chorobę. Od razu ruszyłyby wielkie kampanie społeczne, mówiono by o lawinowym wzroście zachorowalności. Tymczasem w ciągu kilkunastu lat wzrosła lawinowo liczba dzieci w domach dziecka, przy jednoczesnym spadku liczebności dzieci w ogóle. I przechodzi to niemal bez echa.

Media nagłaśniają informacje o przypadkach odbierania dzieci.

- Oczywiście media raz na jakiś czas opisują, co bardziej drastyczne przypadki odebrania dzieci rodzicom. Ale w kwestii rozwiązań systemowych niewiele się robi. Nie stawia się pytań o to, dlaczego takie sytuacje się zdarzają.

Warto też wspomnieć, że odbieranie dzieci rodzinom uboższym uderza głównie w rodziny wielodzietne, bo to one zwykle zmagają się z problemami materialnymi. Znany jest nam przypadek, gdy jednej z rodzin wielodzietnych urzędnicy przypisywali występowanie przemocy seksualnej w myśl obłędnej logiki, że przy kiepskiej sytuacji finansowej nie jest możliwe by kobieta dobrowolnie decydowała się na kolejne dziecko. Ojcu tej rodziny przypisywano też alkoholizm, kierowano go na leczenie, po czym się okazywało jednak, że tym alkoholikiem nie jest.

To już niemal szaleństwo.

- Pewne odstępstwa od tak zwanej normy mogą się zdarzyć w każdej rodzinie. I po pierwsze, niekoniecznie należy je łączyć z jakąś patologią, a po drugie nawet, jeśli taka patologia zaistnieje, to państwo powinno raczej pełnić funkcję pomocniczą wobec rodziny, czyli pomagać w rozwiązaniu tych problemów. Państwo powinno wspomagać taką rodzinę w rozwiązywaniu jej problemów, a nie ją demontować.

Tymczasem do mnie dochodzą sygnały, że są rodziny, które obawiają się już skorzystać z pomocy socjalnej, bo nie są pewne czy przy tej okazji nie zostaną pozbawione dzieci. To paradoks, ale zwrócenie się o pomoc do urzędnika, może sprawić, że zacznie on przypatrywać się danej rodzinie i uzna, iż dzieciom dzieje się jakaś krzywda a w związku z tym nie powinny wychowywać się w takim domu.

Po głośnej sprawie odebrania dzieci państwu Bajkowskim, ówczesny minister sprawiedliwości, Jarosław Gowin zapowiedział stosowane zmiany w kodeksie rodzinnym, które miały ograniczyć skalę ingerencji państwa w rodzinę. Czy coś się zmienia w tej sprawie?

- Pomysł Gowina miał ustalić kolejność stosowania poszczególnych środków wobec rodzin przez sądy w takich sprawach, tak by odebranie dzieci było środkiem ostatecznym. Na razie jednak nic się w tej sprawie nie zmienia. Obecnie sądy dysponują oczywiście pewnym katalogiem rozwiązań, jakie może zastosować, ale sięgają chyba zbyt często po ten, który powinien być na końcu, czyli odebranie dzieci rodzicom.

Jakby tego było mało, sądy mogą być częściowo niejako „ubezwłasnowolnione” opiniami psychologów. Tak było na przykład we wspomnianej sprawie Bajkowskich. Sąd dostał opinie z Ośrodka Dydaktyczno-Konsultacyjnego i, bazując na opinii specjalisty, podął decyzję najbardziej drastyczną.

Obok opinii biegłych nie bez wpływu na postępowanie sędziów jest też atmosfera, jaka panuje w Polsce wokół rodziny. Media nagłaśniają bowiem przypadki rodzinnych patologii, nawet zabójstw. Są to informacje porażające. Mogą więc prowadzić one do podejmowania decyzji asekuranckich, orzekania na wyrost. Sędzia decydując o odebraniu dziecka rodzicom jest pewien, że nic mu ze strony najbliższych nie grozi. Przechodzi do porządku dziennego nad krzywdą, jaką wyrządza w ten sposób rodzinie.

Akcja Fundacji Mamy i Taty ma też prowadzić do tego, by zdjąć z rodziny odium podejrzeń, że nawet, jeśli dochodzi w niej do pewnych zaburzeń, to nadal właśnie biologiczni rodzice są tymi, którzy stworzą najlepsze warunki rozwoju dla dziecka. Żaden dom dziecka nie zapewni małemu człowiekowi takiego środowiska wychowawczego jak rodzina.

Gdzie w tym wszystkim jest Rzecznik Praw Dziecka? Nadużyciami wobec najmłodszych on powinien być zainteresowany najbardziej.

- Też jestem ciekawy gdzie jest Rzecznik Praw Dziecka. Moim zdaniem on akurat wpisuje się w atmosferę podejrzliwości wobec rodziny. To przecież Marek Michalak opublikował poradnik dla dentystów, który zachęca lekarzy do podejrzliwości wobec sytuacji, gdy dziecko spóźniło się na umówione wizyty lub gdy taka wizyta została odwołana. Może to bowiem świadczyć o jakiejś patologii. Myślę, że to raczej świadczy o jakimś paranoicznym sposobie myślenia Rzecznika.

Sam jestem ojcem rodziny wielodzietnej i wiem, jak trudno czasami coś precyzyjnie zaplanować i takiego planu się trzymać. Można przecież umówić się na wyznaczony dzień z jednym z dzieci do dentysty, po czym okazuje się, że akurat tego dnia inne dziecko zachorowało, i wymaga natychmiastowej opieki, więc trzeba udać się do lekarza z tym chorym a wizytę przełożyć. Według poradnika Rzecznika, taka sytuacja ma już wzbudzić podejrzenia dentysty.

Inny przykład z poradnika dla dentystów dotyczy problemu molestowania seksualnego dzieci. W jaki sposób, według Rzecznika Praw Dziecka, lekarz może wnioskować o tym, że wobec dziecka rodzice mogą używać przemocy seksualnej? Gdy na przykład dziecko boi się usiąść na fotelu dentystycznym, czy otworzyć ust. Dla rodziców nie jest żadną tajemnicą, że większość dzieci się tego boi.

Czy po premierze Tusku spodziewa się Pan jakiejś reakcji na akcję Fundacji?

- Możemy się spodziewać wszystkiego i niczego. Premier pokazał kilkakrotnie, że w sprawach, które jakoś go poruszyły lub uznał je za ważne wizerunkowo potrafił działać bardzo szybko, co jednak nie oznacza, że skutecznie. Wystarczy przypomnieć sprawę kastracji chemicznej pedofilów czy dopalaczy. To były efektowne deklaracje, choć nie zawsze szły za nimi efektywne działania. Być może więc jest jakaś szansa, że jakoś zareaguje też w sprawie odbierania dzieci rodzicom.

Z drugiej strony rządząca koalicja lekceważyła inicjatywy obywatelskie, nawet wtedy, gdy popierały je swoimi podpisami setki tysięcy ludzi. W związku z tym może okazać się, że zdanie rodziców nie wystarcza premierowi by podjąć jakieś działania.

Ale nasz protest ma – obok kwestii apelu do premiera – inny, bardzo ważny cel. To cel społeczny. Chcemy wskazać na pewne niepokojące zjawiska. Jeśli nie będziemy nagłaśniać problemów, z jakimi zmagają się rodziny, to z czasem może to zostać potraktowane jako norma. A nie jest normalne, że państwo odbiera dzieci rodzinom ze względu na ich zły stan materialny.



Rozmawiał: Krzysztof Gędłek

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz