czwartek, 20 lutego 2014

Młoda emigracja nie wróci do Polski


Mimo że wyjeżdżają przede wszystkim ludzie wykształceni, nie osiągną oni za granicą awansu społecznego. Bardzo mała część spośród nich trafi do biedniejszej klasy średniej, znaczna większość jednak do najniższej. Oni przynajmniej na dwa pokolenia skazują się na degradację społeczną - mówi w rozmowie z PCh24.pl dr Rafał Lange, socjolog  z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.


Podążając za obietnicami otwarcia rynków pracy, zachętami ze strony rządu i, wreszcie, zmuszona trudną sytuacją ekonomiczną oraz brakiem perspektyw w kraju, ogromna rzesza naszych rodaków, zwłaszcza tych młodych, operatywnych, wykształconych, wyruszyła na zachód w celu poszukiwania pracy. Niektóre szacunki mówią nawet o 2,5 miliona osób w ciągu zaledwie ostatnich kilku lat. Słyszeliśmy z niezależnych mediów głównego nurtu, że tylko dorobią się tam i wrócą, by budować zasobną Polskę. To kiedy wrócą?
- Myślę, że nigdy nie wrócą. Blisko dziewięciu na dziesięciu spośród emigrantów deklaruje, że swoje plany na przyszłość wiąże raczej z obecnym miejscem pobytu niż z Polską. Te dziesięć procent, które rozważa, czy wrócić do kraju, ma ścieżkę reemigracji utrudnioną. Przebywając kilka lat w Londynie, Dublinie czy innych miastach wypadli z naszego rynku pracy. Spore grono ich znajomych też nie mieszka już w Polsce, zatem gdyby nawet powrócili, nie mają się już o kogo oprzeć w swoich staraniach o ponowne „urządzenie się” w Ojczyźnie. Jak wiemy z innych badań, na przykład prowadzonych przez Fundację Batorego, ¾ etatów w Polsce obsadzanych jest „po znajomości”. Dzisiaj bez tzw. kapitału towarzyskiego nie ma tu pracy, a oni już, niestety, ten „kapitał towarzyski” stracili.
Każdy z nas ma jakiś linearny pomysł na swoje życie. Na przykład taki, że pójdzie do szkoły, na studia, później do pracy, założy rodzinę, co wiąże się z miejscem zamieszkania. Jeżeli ktoś inwestuje w język obcy, w nowe kompetencje, nowe stopnie czy dokumenty poszerzające możliwości na rynku pracy, owe wybory wiążą osobę z miejscem, gdzie te kompetencje nabyła. Istnieje chociażby bardzo ograniczona możliwość nostryfikacji polskiego dyplomu w Wielkiej Brytanii i na odwrót. Tym bardziej, że pracodawcy w Polsce nie zawsze dobrze patrzą na osobę, która przyjechała z zagranicy ze zdobytymi tam kompetencjami.
Jeżeli ktoś wróci, to z dwóch zasadniczych powodów. Pierwszy z nich to wypadek losowy, gdy ktoś z rodziny w Polsce będzie wymagał opieki. Ale taka ewentualność dotyczy głównie przedstawicieli starszego pokolenia, czyli raczej osób po 35. roku życia. Młodsi nie czują się już tak związani relacją córka/syn – ojciec czy matka, by na starość zaopiekować się rodzicem.
Drugi zaś powód ewentualnego powrotu to problemy z adaptacją. Jak mówią sami niektórzy respondenci, oni czują się za granicą jak w delegacji. W Polsce nie są już u siebie, a tam - tym bardziej. To się przekłada na poważne problemy natury psychologicznej, często somatycznej. W czerwcu zeszłego roku Warszawski Instytut Medyczny przeprowadził badania wśród emigrantów w Wielkiej Brytanii. Okazało się, iż mieszkający tam Polacy spożywają o wiele więcej farmaceutyków - różnych środków przeciwbólowych, poprawiających samopoczucie, itd.
Płacą więc wysoką cenę za możliwość poprawienia statusu materialnego.
- Przeprowadzałem wywiady grupowe w Nowym Jorku, gdzie profil polskiej emigracji jest nieco inny. To są ludzie mieszkający z dala od Polski już od 20-30 lat. Na ich przykładzie można obserwować długotrwałe efekty emigracji. Spośród negatywów jako pierwsze rzuca się w oczy rozbite życie osobiste. Zostawiają w kraju rodzinę albo ta rozpada się już tam, z różnych przyczyn. W nakręconym kilkanaście lat temu filmie pt. Szczęśliwego Nowego Jorku reżyser pokazał takie właśnie postacie, co prawda przerysowane. Gdyby przyjrzeć się tamtejszej Polonii i naszym rodakom ukazanym w komedii Janusza Zaorskiego, widzimy wiele wspólnych cech. Oni sami określają się mianem crazy people, mówią, że są „zakręceni” pod względem stabilizacji życia rodzinnego.
Obawiam się, że to samo nastąpi również w przypadku emigracji „poakcesyjnej” do Unii Europejskiej. Zwłaszcza jeśli chodzi o młodych, spośród których tylko ¼ ma unormowane życie osobiste. Połowa, jeśli można tak powiedzieć, „singluje”, a ¼ żyje w związkach nieformalnych. Pod względem braku stabilizacji życiowej to są jeszcze wyższe statystyki niż odnoszące się do Polaków mieszkających w kraju. To tylko moja hipoteza, ale w ogóle warunki panujące za granicą nie sprzyjają temu, by się stabilizować. Tam cały czas trzeba być mobilnym. W Polsce jednak scenariusz wygląda na ogół tak: przyjeżdżam do miasta czy aglomeracji, tam biorę kredyt i osiadam. Stąd zresztą wziął się boom kredytowy trwający od początku wieku do roku 2008. Ludzie planowali: „w tym miejscu widzę swoją przyszłość”. A dlaczego boom się skończył? Oprócz tego, że pękła kredytowa „bańka” ludzie zaczęli się obawiać, czy rzeczywiście tu, w kraju zrealizują swoje życiowe scenariusze.
W wielokulturowym społeczeństwie chyba trudniej poczuć się częścią społeczności?
- Badaliśmy wśród najmłodszego pokolenia emigrantów tzw. podmioty tożsamości, czyli kryteria wokół których zamierzają oni planować swoje życie. Na pytanie: „kim chciałbyś być – członkiem społeczności we własnym kraju, czy społeczności na emigracji?” padło dwukrotnie więcej wskazań na kraj emigracji! Plusem dużych aglomeracji na Zachodzie jest to, że łatwiej się „schować”, łatwiej być anonimowym w wymieszanej etnicznie populacji. O wiele gorzej być Polakiem gdzieś, na przykład w walijskiej wiosce. Londyn jest pod tym względem specyficzny. Sami jego mieszkańcy twierdzą, że dwie trzecie populacji stolicy to emigranci. Istnieje określona hierarchia, której czubek stanowią Brytyjczycy spijający śmietankę z pracy imigrantów. Panujący tam system jest w istocie neo-niewolniczy. Dwieście lat temu trzeba było przemierzyć kawał świata, by schwytać i przywieźć na Wyspy złapanych do pracy przymusowej, było to kosztowne. Teraz niewolnicy przyjeżdżają sami i nie trzeba zapewniać im dachu nad głową oraz wyżywienia, na które muszą sami zapracować. Gospodarze myślą: ”co z tego, że im zapłacimy za pracę, skoro te pieniądze do nas wrócą, ponieważ koszty życia są bardzo wysokie”. Wielka Brytania zarabia nie tylko na spływających do budżetu podatkach, ale i choćby na wysokich opłatach za wynajem mieszkań. 
Nasi rodacy mieszkający za granicą czują się Polakami, ale jednocześnie także częścią owych multikulturowych społeczeństw. Bardzo zastanawia mnie to, że w przypadku wszystkich emigrantów dochodzi do swego rodzaju projekcji. To taki mechanizm: kiedy wyjeżdżam, to tu gdzie trafiam jest „wspaniale”, a w Polsce jest „beznadziejnie”. Służy to, oczywiście, zracjonalizowaniu dokonanego wyboru. Niestety jednak, mimo że wyjeżdżają przede wszystkim ludzie wykształceni, nie osiągną oni za granicą awansu społecznego. Bardzo mała część spośród nich trafi do biedniejszej klasy średniej, znaczna większość jednak do najniższej, lower class. Oni jednak, w Polsce posiadający wykształcenie, nieruchomości, tam przynajmniej na dwa pokolenia skazują się na degradację społeczną. Chcą pójść w górę, tutaj zamknięto im drogi awansu. Nawet jeśli coś zarobią, to nie mogą odłożyć i chcąc awansować społecznie, muszą wyjechać. Można powiedzieć: to nie Wielka Brytania ich przyciągnęła, tylko my ich wypchnęliśmy.
Mówimy o specyficznej emigracji: osiadłych w Londynie, głównie młodych ludziach. Mówimy o najmłodszej i najlepiej wykształconej części emigracji, która ląduje w dużych ośrodkach miejskich szukając pracy zgodnej z kompetencjami. Nie zawsze się to udaje, jednak, niestety, zdecydowana większość pracuje poniżej swoich kwalifikacji, co stanowi jeden z największych elementów ich frustracji. 
Lower class, do której trafia gros naszych rodaków odpowiada poziomem życia naszej klasie średniej. Nawet osoby z tamtejszej najniższej klasy stać, żeby co roku pojechać na zagraniczne wczasy czy zafundować sobie najnowszy gadżet. Gdy zapytamy polskich emigrantów o strukturę wydatków, okazuje się, że tylko 1,5 procent oszczędza! Oni konsumują. Poprzez media obserwują, jak mają się ich rówieśnicy z krajów zachodnich i chcieliby żyć podobnie. Nie pamiętają jednak o jednej rzeczy. Na status ich kolegów z Wielkiej Brytanii czy Niemiec pracowały całe pokolenia, a oni chcą osiągnąć podobny poziom życia w przeciągu zaledwie jednego.

Mimo niestabilnej sytuacji osobistej większości naszych emigrantów, Polki rodzą za granicą średnio znacznie więcej dzieci niż w kraju.
- Tak, ale nie dlatego, że np. Wielka Brytania przyznaje emigrantom tak wysokie świadczenia socjalne. To zjawisko ma związek z wiekiem tych, którzy wyjeżdżają. Wiekiem nazywanym w statystyce „okresem wejścia w pierwsze małżeństwo”. Wówczas ludzie najchętniej decydują się na potomstwo. Na wyspach emigranci otrzymują od państwa jakieś świadczenia, ale bardzo niewielkie w porównaniu z tzw. socjalem przyznawanym przez władze brytyjskie choćby 10 lat temu. Najważniejszym czynnikiem, dla którego decydujemy się na wyjazd jest zatem praca. To, że ją łatwo znajdę i nie stracę zbyt szybko. A jeśli nawet stracę, to szybko znajdę nową. W Polsce natomiast zatrudnienie jest dobrem luksusowym.
Co nasi młodzi emigranci mówią o Polsce? Czy jednoznacznie kojarzą kraj z którego wyjechali z państwem - III RP, czy też oddzielają te rzeczywistości, utożsamiając się z Ojczyzną?
- Mówią, że państwo ich zdradziło. Czują się związani najbardziej z tzw. małą ojczyzną: rodziną, znajomymi, krajobrazem, i to wszystko. O państwie, o Polsce mówią często pejoratywnie: „Polandia”.
Z jakimi problemami spotykają się najczęściej w Londynie?
- Przede wszystkim ekonomicznymi, związanymi z wysokimi kosztami wynajmu nieruchomości. O samym kupnie nie ma z reguły mowy, z powodu cen i z powodu braku historii kredytowej. Po drugie, doskwiera im poczucie oderwania. Nie czują się jeszcze u siebie, stoją jakby okrakiem pomiędzy nowym miejscem a Polską. Natomiast nie narzekają na relacje z Brytyjczykami, nasi rodacy mają dość dobrą opinię jako zazwyczaj pracowici i inteligentni.
Trzecią poważną kwestią jest „szklany sufit”. Dla emigrantów możliwości awansu społecznego są bardzo małe. Jeśli wyjedzie pan do Wielkiej Brytanii pracować jako dziennikarz, pana uposażenie będzie o jedną trzecią niższe niż Brytyjczyka na tym samym stanowisku. Istnieje niewielkie prawdopodobieństwo, że znajdzie pan zatrudnienie w czasopiśmie brytyjskim, o wiele większe, że w redakcji pisma o kapitale zagranicznym. Tam funkcjonuje bardzo jasna narodowa polityka – pierwszeństwo mają Brytyjczycy o wyznaniu protestanckim. Polacy, przynajmniej w pierwszym pokoleniu, a więc osoby stosunkowo religijne, mają małe szanse na wybicie się.
Czy są przynajmniej świadomi istnienia owego „szklanego sufitu”?
- Tak, zwłaszcza ci lepiej wykształceni. Zdają sobie sprawę tego, że choćby z powodu wyczuwalnego akcentu w wymowie już są trochę „gorsi”. Zmianę na lepsze w traktowaniu odczują nie ich dzieci, lecz dopiero wnukowie. 
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Roman Motoła


Dr Rafał Lange wraz ze współpracownikami prowadził badania wśród reprezentatywnej grupy naszych rodaków, których struktura społeczna odpowiadała strukturze demograficznej londyńskich Polaków notowanych w 2011 roku przez Brytyjski Urząd Statystyczny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz