piątek, 3 stycznia 2014

Episkopat Słowacji: gender ściągnie na nas karę Boską



„Ideologia gender jest gorsza od ateizmu. Pod płaszczykiem praw człowieka i praw dzieci chce zafundować ona Sodomę, która ściągnie na nas karę Boską” – to tylko nieliczne fragmenty ostrego w wymowie listu episkopatu słowackiego skierowanego do wiernych w całym kraju w pierwszą niedzielę Adwentu 2013 r.


Biskupi słowaccy przypominając, iż Adwent jest okresem radosnego oczekiwania na narodzenie Pana Jezusa podkreślili, że największym darem, jakim obdarzył nas Pan Bóg jest życie. Jeśli będziemy je szanować ono będzie się rozwijać. Jeśli zaś się mu sprzeciwmy, zacznie królować „kultura śmierci.”

Hierarchowie podkreślili, iż Pan Bóg opiekuje się w sposób nadzwyczajny ludźmi i pragnie szczęścia dla nich. Wolą Bożą jest, by każdy narodził się i dorastał w rodzinie, otoczony miłością ojca oraz matki. To rodzina jest źródłem różnych form szczęścia ludzkiego: małżeńskiego, rodzicielskiego itp.

Hierarchowie zauważyli, że „rodzina jest instytucją ustanowioną przez Boga. W związku z tym człowiek nie może nią dysponować w sposób dowolny”. A tak dzieje się, gdy tworzy prawa, które de facto ją niszczą.

Sodoma

Biskupi odnieśli się do „propagatorów tzw. kultury śmierci, którzy pod płaszczykiem szlachetnych haseł, próbują zniszczyć rodzinę i pozbawić jej treści”.

Duchowni tłumaczyli wiernym, że pod pretekstem tzw. praw człowieka i praw dziecka zwolennicy „kultury śmierci” usiłują przeprowadzić rozwiązania, które są szkodliwe dla społeczeństwa. „Pod płaszczykiem praw dziecka oraz jego opiekunów, ojca i matki – czytamy – pozbawia się możliwości wychowania dzieci w sposób odpowiedzialny”.

Hierarchowie tłumaczyli wiernym, że „zwolennicy kultury śmierci lansują nową ideologię gender, głoszącą równość płci. Człowiekowi, który słyszy o tym po raz pierwszy, może się wydawać, iż chodzi o równe prawa i godność mężczyzny oraz kobiety”. Biskupi przestrzegli jednak, że „te grupy, poprzez postulat tzw. równości płci realizują coś zupełnie innego. Oni chcą nas przekonać, że nikt z nas nie jest z natury mężczyzną lub kobietą. Nie chcą uznać tożsamości mężczyzny i kobiety, prawa do małżeństwa kobiety z mężczyzną (…), ale na równi z małżeństwem chcą postawić wspólnotę dwóch mężczyzn i dwóch kobiet. To tworzy rodzaj Sodomy. Jest to kpina z woli Bożej i ściągnie na nas karę Boską”.

Hierarchowie napisali, że życie rodzinne jest święte, a to co głoszą zwolennicy tzw. ideologii gender jest „bluźnierczym buntem przeciwko Stwórcy człowieka”, który stworzył nas na swój obraz. Hierarchowie słowaccy przypomnieli naukę Kościoła na temat godności człowieka i rodziny. Z nich wywodzi się godność narodu.

Biskupi skrytykowali „upokarzające ustawodawstwo sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem”, które wypacza sens życia i niszczy instynkt samozachowawczy.

Katolicy – angażujcie się!

Duchowni wezwali wiernych katolików do angażowania się w inicjatywy, broniące życia i rodziny. Wyrazili nadzieję, że Marsze dla Życia będą stanowić zachętę i wsparcie dla urzędników, by chronili godność i witalność narodu.

Hierarchowie przestrzegli też przed „podstępnym działaniem zwolenników równości płci czekających na odpowiednią okazję, by poprzez ustawodawstwo i zdominować proces kształcenia i narzucić szkołom oraz przedszkolom ideologię Sodomy”.

Hierarchowie wezwali do czujności na wszystkich szczeblach (rodziców, władz szkolnych i wszystkich ludzi dobrej woli), by w porę przeciwstawić się ustawom, które „okradają dzieci z ich godności i okaleczają moralnie oraz psychicznie”. Duchowni przestrzegli nauczycieli przed nadużywaniem swoich uprawnień. Przypomnieli czasy komunizmu i przymusowej ateizacji. Uznali jednak, że dzisiejsza „ideologia gender” jest nawet gorsza niż ateizacja, bo lansowana przez tą ideologię „kultura śmierci zagraża istnieniu narodu”. Duchowni dodali, że poprzednie pokolenia ginęły w obronie narodu i ojczyzny.

Członkowie episkopatu słowackiego wezwali do odpowiedzialnego głosowania w wyborach na kandydatów odrzucających „kulturę śmierci”. Przeciwne stanowisko oznaczać będzie pogardę dla przodków, którzy oddali swoje życie dla dobra ojczyzny.

Na koniec hierarchowie zauważyli, że Bóg nie chciał, aby Jego Syn narodził się w pałacu, lecz zależało mu, by przyszedł na świat i mógł wzrastać w prawdziwej rodzinie. To powinno pobudzać wiernych do działań zmierzających do ocalenia rodziny.



czwartek, 2 stycznia 2014

Był jednym z najbardziej tajemniczych Polaków XX wieku. Komuniści "wymazali" go z podręczników


Nie nauczano o nim w szkołach, mimo że jego książki sprzedawały się w milionach egzemplarzy i tłumaczone były na wiele języków. Jego burzliwe życie trudno byłoby zaś streścić nawet w przepastnej książce, nie chcąc utracić ciekawych i ważnych wątków. Tymczasem wokół Ferdynanda Ossendowskiego do dziś krążą legendy. Jedna z nich dotyczy wielkiego skarbu, o którym miał mieć wiedzę, a który miał się przysłużyć w walce z komunistami. 


Był jednym z najbardziej enigmatycznych Polaków przełomu XIX i XX wieku, a jego życiorys - w zgodnej opinii znawców jego biografii - mógłby posłużyć za kanwę kilku powieści przygodowych. Kim był Ferdynand Antoni Ossendowski? Nie sposób go zaszufladkować. Za tym nazwiskiem kryje się bowiem prawdziwy człowiek renesansu - naukowiec, podróżnik, łowca przygód, szpieg, dziennikarz, polityk i strateg. Przede wszystkim był jednak zaciekłym wrogiem komunizmu. Gardził wszystkim, co miało związek z "czerwoną zarazą". Zwolennicy tego totalitarnego systemu żywili do niego te same uczucia i czynili wszystko, by go zniszczyć. Dziś spekuluje się, że Ossendowski mógł mieć duży wpływ na przebieg wielu historycznych wydarzeń. Był też prawdopodobnie posiadaczem informacji na temat miejsca, w którym znajdował się wielki skarb. Fortuna ta miała być przeznaczona na walkę z aparatem tyranii, jakiej symbolami byli Stalin i Lenin, których Polak szczerze nienawidził. 

Urodził się w 1876 r. w Lucynie (Inflanty Polskie), ale jeszcze w czasach jego młodości jego rodzina przeniosła się do Petersburga. Tam też odbywał studia na uczelni matematyczno-przyrodniczej. Marzył o karierze naukowej - w tym celu zaczął też studiować fizykę i chemię na słynnej Sorbonie - ale jednocześnie pociągały go podróże. W końcu w 1905 r. porzucił fach akademickiego belfra i został obieżyświatem. Początkowo jego podróże do odległych zakątków świata były elementem jego pracy badawczej. Potem stały się pasją, a pojawiające się w ich trakcie przygody i wrażenia służyły mu jako inspiracja do kolejnych książek. 

Pasja podróżnicza nie przesłaniała mu jednak ważnych kwestii związanych ze światem polityki. Szczególnie istotne były dla niego sprawy dotyczące jego ojczystej ziemi. Ossendowski był w nie zaangażowany do tego stopnia, że w 1905 r., po wybuchu wojny rosyjsko-japońskiej, podczas pobytu w Mandżurii, zorganizował manifestacje, które miały stanowić głos protestu wobec represji, jakich ze strony Rosji w Królestwie Polskim doświadczali jego pobratymcy. To mogło skończyć się dla niego źle. Został bowiem schwytany i początkowo za te działania skazany został na śmierć. Ostatecznie kara została zamieniona na pobyt w twierdzy. 

Najbardziej niezwykłe wydarzenia z udziałem Ossendowskiego miały miejsce już po rozpoczęciu się I wojny światowej oraz po wybuchu rewolucji bolszewickiej. Polski łowca przygód miał już wtedy za sobą mnóstwo kolejnych podróży - odwiedził do tego czasu Japonię, Indie, Kraj Ałtajski czy Sumatrę. Relacje z nich spisywał w dziennikach, a wiele z nich zostało potem rozwiniętych w jego książkach. Dzięki wojażom poznał też wiele języków - potrafił się komunikować m.in. w tak egzotycznych, jak japoński, chiński czy urdu - poinformował dziennik "Polska The Times". 

Już po wybuchu wojny domowej w Rosji, która rozpoczęła się po rewolucji październikowej w 1917 r., Ossendowski opowiedział się po stronie antykomunistów. Był do tego stopnia zaangażowany w działalność, która miała doprowadzić do ewentualnej porażki obozu rewolucjonistów, że znalazł się w sztabie doradców admirała Aleksandra Kołczaka - jednego z dowódców "Białych", czyli działających w Rosji sił antykomunistycznych. 

Działając na rzecz ruchów kontrrewolucyjnych, Polak miał odegrać kluczową rolę w aferze dyplomatycznej. Za jego sprawą na Zachód zostały przekazane dokumenty mające stanowić dowód na to, że Lenin został zwerbowany przez wywiad brytyjski, a rewolucja w Rosji opłacana jest przez Niemców. 


Kolejny niezwykły epizod w jego biografii miał miejsce już po śmierci admirała Kołczaka, gdy jego siły zostały rozbite przez Armię Czerwoną. Ossendowskiemu udało się wówczas zbiec do Mongolii, gdzie na swojej drodze spotkał rosyjskiego generała, Romana Nicolausa von Ungerna-Sternberga, określanego w wielu kręgach mianem krwawego barona. Wszystko przez jego bezkompromisowość i okrucieństwo wobec tych, którzy stali po stronie bolszewików. W związku z tym, że obaj bardzo się zaprzyjaźnili, Polak miał wejść w posiadanie wielu sekretów, które zdecydował się mu zdradzić ekscentryczny dowódca. 

Jedna z największych tajemnic, która została wówczas ujawniona przez barona Ossendowskiemu dotyczyła niebotycznego skarbu, który generał miał ukryć pod mongolską ziemią. Wśród kosztowności znajdować się miały złote monety oraz klejnoty, które przekazywane były przez buddyjskich mnichów. Warte fortunę błyskotki miały umożliwić rozpoczęcie kolejnej kampanii skierowanej przeciwko komunistom - przypomniał dziennik "Polska The Times". 

Wokół skarbu powstało do dziś wiele legend. Atmosferę wokół niego podkręcać miał zaś sam Polak, już na kartach swoich powieści. 

Zmarły w 1945 r. Antoni Ferdynand Ossendowski pozostaje do dziś w Polsce postacią mało znaną. I to mimo wielkiej sławy, jaką zyskał na całym świecie. Szczególną popularnością cieszyła się jego twórczość literacka. Już po zakończeniu II wojny światowej, gdy jego dzieła w Polsce Ludowej objęte były cenzurą, jego książki odniosły niebywały sukces na Zachodzie. Szacuje się, że w okresie dwudziestolecia międzywojennego osiągnęły one nakład ok. 80 milionów egzemplarzy. Przełożono je aż na 20 języków, a jego twórczość stawiana była w jednym rzędzie obok Kiplinga oraz Londona. Największą sławą cieszyła się książka "Zwierzęta, ludzie, bogowie", która wydana została m.in. w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Napisał też wymierzoną w komunistów oraz pierwszego przywódcę Związku Radzieckiego książkę "Lenin". 

W 2006 r. na jednym z warszawskich domów, gdzie podczas wojny mieszkał Ossendowski, została wmurowana pamiątkowa tabliczka. Wygrawerowany został na niej napis "antykomunista". W wyniku protestów mieszkańców napis ten usunięto. 

(rc/ac/niewiarygodne.pl)