piątek, 22 listopada 2013

Chiny chcą powrotu do standardu złota



Od pewnego czasu z ust chińskich wysokich przedstawicieli świata finansów padają sugestie zastąpienia dolara jako światowej waluty rezerwowej. Wobec postępującego upadku amerykańskiej waluty, wspomina się o nowym systemie z Bretton Woods, który miałby stworzyć walutę rozliczeniową i rezerwową.



O takim rozwiązaniu wspomniał ostatnio członek Komitetu Polityki Pieniężnej Ludowego Banku Chin Yao Yudong. Z kolei Zhou Xiaochuan, szef Ludowego Banku Chin już w 2009 r. proponował nową, globalną walutę w miejsce dolara. Miałyby nią być tzw. SDR-y, czyli specjalne prawa ciągnienia, jednostki używane obecnie w rozliczeniach przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Od tego czasu pozycja dolara na tyle osłabła, że dyskusje na temat przyszłości światowej waluty przybierają na sile.

Teoretycznie, Chiny, poprzez powiązanie swej waluty, renminbi, z dolarem, są beneficjentem obecnego systemu, ponieważ drukowane przez FED dolary tracą na wartości, a w ślad za tym i chińska waluta, dzięki czemu chińskie towary są tanie, a jak wiadomo, eksport jest podstawą chińskiej gospodarki. By jednak powiązanie walut amerykańskiej i chińskiej było możliwe, Chiny muszą stale zwiększać swoje rezerwy dolarowe. Wynoszą one obecnie 3 bln dolarów, z czego niemal trzy czwarte stanowią amerykańskie papiery dłużne. Rezerwy te są niezdywersyfikowane, a więc narażone są na utratę wartości w przypadku deprecjacji dolara. Co więcej, prowadzenie luźnej polityki monetarnej, podobnie, jak USA, na dłuższą metę nie wyjdzie Chinom na dobre.

Oficjalne szacunki dotyczące chińskich rezerw złota mówią nawet o 10 tys. ton. Niewykluczone, że gdyby doszło do tworzenia nowego parytetu złota, okazałoby się, że złote rezerwy Chin są jeszcze większe. Niewątpliwie Chiny zyskałyby potężnego sojusznika w postaci swego sąsiada, Rosji, która również posiada ogromne rezerwy w złocie i, podobnie jak Chiny, zainteresowana jest osłabieniem supremacji amerykańskiej waluty. Państwo Środka już od dawna dystansuje się wobec pośrednictwa dolara w stosunkach handlowych. W podpisywanych przez nie umowach handlowych z różnymi państwami nie trzeba przeliczać renminbi na dolary. Rozwiązania takie mają wkrótce zacząć obowiązywać również w stosunkach handlowych z Australią i Francją.


Tomasz Tokarski



Źródło: obserwatorfinansowy.pl

 Za: http://www.pch24.pl/chiny-chca-powrotu-do-standardu-zlota,18239,i.html#ixzz2h7hpQnui

czwartek, 21 listopada 2013

Śmierć mózgu i śmierć to nie to samo

Współczesna medycyna zajmuje się nie tylko ratowaniem ludzkiego życia, ale także jego odbieraniem. Aborcja i eutanazja to najbardziej znane przykłady. Mniej znany jest problem przeszczepów, które jak twierdzą odważni naukowcy są niekiedy pobierane od osób żywych.



Współcześnie za śmierć uznaje się tzw. śmierć mózgową, pomimo, że istnieją przypadki obalające to przekonanie. Jeden z takich przypadków zdarzył się w lipcu br. w szpitalu św. Józefa w Nowym Jorku. Kobieta, u której rzekomo zdiagnozowano śmierć mózgową nagle obudziła się. Jej organy miały wkrótce zostać usunięte w celu dokonania przeszczepu. 41-letnia pani Burns trafiła do szpitala już w 2009 r. z powodu przedawkowania leków. Lekarze orzekli nieodwracalne uszkodzenie mózgu. Jak jednak pokazał raport stanowego Ministerstwa Zdrowia, medycy zlekceważyli twierdzenia pielęgniarki twierdzącej, że pani Burns żyła, a jej stan się poprawiał.



Personel medyczny nie podjął także odpowiednich kroków, mających na celu powstrzymanie wchłonięcia leków przez układ trawienny pacjentki. Kobieta, która jak się później okazało była w stanie śpiączki, dawała znaki życia i jak zauważyła pielęgniarka oddychała niezależnie od respiratora, a także poruszała ustami i językiem. Pielęgniarka dała pacjentce zastrzyk uspokajający, o którym jednak nie wspominają lekarskie raporty. Według Ministerstwa Zdrowia, Burns "nie cierpiała na (...) nieodwracalne uszkodzenie mózgu". Jak podał portal lifesitenews.com, stanowe

Ministerstwo Zdrowia ukarało szpital św. Józefa grzywną w wysokości 6000 dolarów. Dyrekcji nakazano także podjęcie działań naprawczych, między innymi zatrudnienie neurologa, który miałby nauczyć personel szpitalny prawidłowego diagnozowania śmierci mózgu.

Podobny przypadek, w którym potencjalny dawca organów obudził się w ostatniej chwili miał miejsce w 2008 r. Medycy mieli za chwilę wycinać organy 21 letniemu Amerykaninowi Zackowi Dunlapowi, jednak jego dwie siostry, z zawodu pielęgniarki, postanowiły sprawdzić czy na pewno nie żyje. Zrobiły to w sposób tyleż drastyczny co skuteczny. Użyły do tego celu noża, m.in. tnąc jego stopy. Silne reakcje Zack'a dowiodły, że był on świadomy, gdy... lekarze rozmawiali o pobraniu od niego organów. Filmy dotyczące sytuacji Zack’a można obejrzeć na serwisie You Tube.

Do 1968 r. obowiązywała definicja śmierci jako trwałego ustania oddychania i krążenia. Środowisko medyczne zdecydowało się jednak na jej zmianę pod wpływem tzw. raportu Harvardzkiego z 1968 r. Jego autorzy postanowili sobie za cel przedefiniowanie pojęcia śmierci, tak aby obejmowało ludzi znajdujących się w stanie trwałej śpiączki. Jak mówił dr n. med. o. Jacek Norkowski OP w rozmowie z portalem Polonia Christiana, celem wprowadzenia nowej definicji było oczyszczenie od zarzutów lekarza z Republiki Południowej Afryki, który dokonał przeszczepu od żywej pacjentki. Niektórzy twierdzą, że motywy tej przemiany miały charakter rasistowski, gdyż niedobrowolna dawczyni była Murzynką, a w RPA panował wówczas apartheid.

Inny przypadek miał miejsce we wcześniejszych latach. W 1977 r. Ruth Olivier, psychiatra z Vancouver został uznany za klinicznie zmarłego z powodu wewnętrznego krwawienia mózgu. Jednak przeżył i określał się po latach jako „żywy dowód na to, że ludzie mogą przetrwać śmierć mózgu”.

Nie zawsze więc śmierć zdiagnozowana przez lekarzy jest śmiercią w rzeczywistości, a organy do transplantacji bywają pobierane od osób żywych bez ich zgody! - Tzw. zwłoki z bijącym sercem, które są używane jako dawcy, są tak naprawdę żywymi pacjentami - powiedział dr John Yun, onkolog zajmujący się także problematyką śmierci mózgu. Podobną opinię wyraził w ostatnich dniach Polak, prof. Jan Talar.



Źródła: lifesitenews.com / pch24.pl

Mjend


Źródła: http://www.pch24.pl/smierc-mozgu-i-smierc-to-nie-to-samo,18241,i.html#ixzz2h6x0ARQL

środa, 20 listopada 2013

Przed Jego Majestatem aniołowie kryją twarz

Rozmowa z JE księdzem biskupem Athanasiusem Schneiderem
Data publikacji: 2013-09-30 19:00
Data aktualizacji: 2013-10-04 12:10:00


O dzieciństwie spędzonym w Związku Sowieckim, wyniesionej ze swej młodości głębokiej czci dla Najświętszego Sakramentu, o gorszących nadużyciach liturgicznych, roli kobiet w Kościele, o świętym kapłaństwie mówi w rozmowie z dwumiesięcznikiem „Polonia Christiana” JE Athanasius Schneider, biskup pomocniczy Archidiecezji Najświętszej Maryi Panny w Astanie (Kazachstan).




Ksiądz Biskup jest z pochodzenia Niemcem, urodzonym jednakże i wychowanym na terenie byłych republik sowieckich. Jak do tego doszło?

- Na początku XIX wieku (w latach 1809-1810) miała miejsce wielka emigracja farmerów z Niemiec południowo-wschodnich do regionu Morza Czarnego, znajdującego się na terenie dawnego Imperium Rosyjskiego. Emigrowali mieszkańcy Badenii, Alzacji, Lotaryngii i Palatynatu. Car Rosji nieodpłatnie nadał im działki bardzo żyznej ziemi (czarnoziem). Przybysze mieli prawo założyć wioski, w których mówiono wyłącznie po niemiecku i które zachowywały religijną odrębność (istniały więc wioski czysto katolickie i luterańskie) i które nosiły niemieckie nazwy, takie jak Strassburg, Elsass, Karlsruhe, Baden, Mannheim, Speyer, itd. ... Moi przodkowie byli emigrantami z północnej Alzacji, z okolic miast Seltz i Hagenau. Żyli tam (w rejonie Morza Czarnego – przyp. IP) aż do II wojny światowej. Po wojnie stalinowski reżim deportował ich do różnych miejsc na terenie Związku Sowieckiego, w których byli internowani i skazani na ciężkie roboty. Moi rodzice zostali deportowani do gór Uralu. Gdy odzyskali wolność, przenieśli się do centralnej Azji, do Kirgistanu, w którym przyszedłem na świat.

Dzieciństwo Waszej Ekscelencji z pewnością naznaczone było wszechobecnymi prześladowaniami Wiary przez terror sowiecki. W jakich warunkach przyszło Ekscelencji i Jego Rodzinie praktykować Wiarę? W jaki sposób rozwijało się życie religijne Księdza Biskupa i kto odegrał w nim najważniejszą rolę?

- Celem reżimu komunistycznego było ustanowienie społeczeństwa bez Boga. Każdy publiczny gest religijny lub publiczny kult był zatem zabroniony. Wiara była przeżywana i przekazywana przez rodziny, dzięki rodzinie katolickiej jako kościołowi domowemu. Miałem ten wielki przywilej i wielkie szczęście przyjść na świat w bardzo katolickiej rodzinie i można powiedzieć, że wyssałem wiarę katolicką z mlekiem matki. W czasach prześladowania i pod nieobecność kapłanów (która trwała czasem kilka lat) moi rodzice celebrowali i uświęcali niedzielę odmawiając z nami, dziećmi, zwykłe modlitwy w godzinach porannych. Później przenieśliśmy się do Estonii, gdzie mieliśmy księdza i kościół oddalony o około 100 kilometrów. Zatem pokonywaliśmy zawsze tę odległość, aby uczestniczyć we Mszy Świętej. Uważaliśmy, że jest to bardzo niewielka odległość i lubiliśmy te niedzielne podróże do kościoła, mimo iż wymagały one pewnych poświęceń. Nasza rodzina miała zaszczyt osobiście znać dwóch świątobliwych kapłanów: błogosławionego Ojca Alexija Zaritzkiego, ukraińskiego księdza ze Lwowa, który zmarł śmiercią męczeńską w gułagu w Karagandzie w 1963 r., i który został beatyfikowany w 2001r., oraz ojca Janisa Andreasa Pavlovsky’ego, łotewskiego kapucyna, który cierpiał jako wyznawca wiary w gułagu w Karagandzie. Był on moim proboszczem w Estonii i zmarł w opinii świętości w Rydze w 2000 r.

W latach siedemdziesiątych XX w. nastoletniemu podówczas Księdzu Biskupowi i Jego Rodzinie zezwolono na powrót do Niemiec. Wreszcie możliwe stało się swobodne praktykowanie Wiary. Jakie były pierwsze doświadczenia Waszej Ekscelencji w tym zakresie? Mówimy o czasach, w których wprowadzonych zostało już wiele z niefortunnych, posoborowych reform liturgicznych.

- My, którzy praktykowaliśmy wiarę katolicką w czasach prześladowania, wyobrażaliśmy sobie Niemcy i świat zachodni jako “raj”. W prześladowanym Kościele żyliśmy głęboką wiarą, zachowując wielką cześć dla wszelkiej świętej rzeczywistości, dla kapłana, liturgii i przede wszystkim dla Komunii Świętej.
Tym, co głęboko nas zaszokowało, był brak czci i sacrum w liturgii Mszy Świętej. Po raz pierwszy w naszym życiu obserwowaliśmy niewyobrażalną scenę rozdzielania Komunii Świętej na rękę. Wydało się nam czymś tak banalnym i tak pospolitym jak rozdawanie ciastek. Gdy wróciliśmy do domu, odczuwaliśmy w naszych duszach cichy ból. Gdy moja matka zauważyła, że podobne sceny mają miejsce w prawie wszystkich kościołach, które odwiedzaliśmy, głęboko cierpiała i płakała.

Ekscelencja często podkreśla, że Komunia Święta powinna być przyjmowana wyłącznie do ust i w pozycji klęczącej. Jakie są największe ryzyka i konsekwencje szerzącej się praktyki przyjmowania Komunii Świętej na rękę (zarówno w kategoriach obiektywnych, jak i odnośnie do wiary danej osoby)?

- Największym ryzykiem i najcięższą konsekwencją praktyki udzielania Komunii Świętej na rękę jest olbrzymia utrata cząstek Eucharystii i to, że cząstki te są deptane przez ludzkie stopy w naszych kościołach. Następnym poważnym ryzykiem jest ogromna łatwość kradzieży konsekrowanych Hostii. Praktykowanie przyjmowania Komunii Świętej na rękę przez dłuższy czas wyraźnie osłabia wiarę w Realną Obecność i w Przeistoczenie, ponieważ Najświętszy spośród Świętych traktowany jest jak zwykły pokarm, bez przekonujących gestów adoracji.

Niektórzy katolicy, którzy popierają przyjmowanie Komunii Świętej na rękę (lub po prostu są do tej praktyki przyzwyczajeni), przekonują, że ludzka dłoń grzeszy mniej niż usta. Mówią, że gest trzymania naszego Zbawiciela w dłoniach daje im piękną możliwość adorowania Go przez chwilę. Twierdzą oni również, że pozycja klęcząca uwłaczałaby ich ludzkiej godności oraz że pozycja stojąca jest bardziej stosowna i równie pełna szacunku. Jak Ksiądz Biskup odpowiedziałby na powyższe argumenty?

- Organy naszego ciała (dłoń, język itd.) nie są winne grzechu. Grzech przypisywany jest osobie ludzkiej. Organy używane przez osobę ludzką w celu popełnienia grzechu zawsze pozostają niewinne. Dlatego nonsensem jest przeciwstawianie dłoni ustom. Adorowanie naszego Pana przez świeckich poprzez trzymanie konsekrowanej Hostii w dłoniach zaprzecza całej tradycji Kościoła powszechnego. Ta praktyka jest subiektywistycznym, mimo iż pobożnym, nadużyciem. Kościół zawsze rezerwował prawo dotykania sakramentalnego Ciała Chrystusa dla wyświęconych kapłanów. Wyjątki czynione były z obiektywnych powodów w czasach prześladowania lub w stanie absolutnie wyższej konieczności, lecz nigdy po to, aby zaspokoić indywidualną pobożność. Nawet w pierwszych wiekach Komunia Święta nigdy nie była dotykana przez świeckich palcami, lecz przyjmowali ją oni bezpośrednio ustami z dłoni, a kobiety przykrywały swoje dłonie białą tkaniną. Pozycja stojąca ma swoją wartość i swój czas. Jest to typowo chrześcijańska pozycja, ponieważ chrześcijanin jest osobą, która została odkupiona, żyje nowym życiem i wierzy w zmartwychwstanie ciała. Ale pozycja klęcząca jest również pozycją typowo chrześcijańską i używana jest w momentach i w aktach adoracji Boga, Chrystusa, Boga Wcielonego. Używana jest także, aby wyrazić modlitwy błagalne, pokutę i skruchę. Sam nasz Pan modlił się klęcząc, czynili tak również apostołowie i niewiasty w poranek Zmartwychwstania. Klęczącą postawę widzi się w Niebieskim Jeruzalem, w którym Aniołowie wraz z odkupioną ludzkością upadają na kolana, a nawet na twarz, aby adorować Chrystusa, Baranka Bożego. Dlatego najbardziej biblijnym, najwłaściwszym i najbardziej logicznym gestem w momencie, w którym wierny wita i przyjmuje Baranka Bożego pod postacią chleba, jest pozycja klęcząca.

Mówimy, że wierzymy w Boga, lecz nie potrafimy okazywać Mu należnej czci; próbujemy to robić na swój własny, często godny pożałowania sposób. Jakie są, według Ekscelencji, przyczyny zaniku czci dla naszego Pana Jezusa Chrystusa? Jakie duszpasterskie i katechetyczne rozwiązania mogłyby, według Księdza Biskupa, przywrócić tę cześć?

- Ludzka natura składa się z części widzialnej i części niewidzialnej, czyli z unii duchowej duszy i materialnego ciała. W rezultacie człowiek musi działać zgodnie ze swoją naturą, co w naszym przypadku oznacza to, iż musi on adorować Boga jednocześnie w akcie wewnętrznym i akcie zewnętrznym. Akt wewnętrzny jest najważniejszy i ożywia on akt zewnętrzny, lecz z tego powodu akt zewnętrzny nie może zostać zaniedbany. Wyłączne podkreślanie aktu wewnętrznego przy jednoczesnym zaniedbaniu aktu zewnętrznego prowadzi nas ku nieludzkiej postawie platonizmu lub gnostycyzmu. Podkreślanie jedynie aktu zewnętrznego, przy jednoczesnym zapomnieniu i zaniedbaniu aktu wewnętrznego, prowadzi nas ku hipokryzji i martwemu formalizmowi. Nasz Pan powiedział: „To zaś należało czynić, a tamtego nie opuszczać” (Mt 23:23). Aby przywrócić cześć niezbędne jest, aby nauczać oraz wiernie i kompletnie głosić prawdę o Sakramencie Eucharystycznym, szczególnie o Realnej Obecności i o Przeistoczeniu; musi temu towarzyszyć wprowadzenie zewnętrznych gestów czci.

Mimo iż możliwość przyjmowania Komunii Świętej na rękę została wprowadzona w Polsce w 2005 r., wciąż nie stała się ona, dzięki Bogu, powszechną praktyką. Wprowadzane są jednakże inne, zasmucające nowości: krzesło celebransa umieszczane jest centralnie między Tabernakulum a ołtarzem, co sprawia, że kapłan siedzi tyłem do Pana Jezusa; ministranci przechodzący z jednej strony prezbiterium na drugą kłaniają się nabożnie (choć raczej bezmyślnie) w kierunku pustego stołu ołtarzowego, wypinając się jednocześnie w kierunku Sanctissimum, Króla Królów. Obserwujemy zjawisko „fraternizacji” wiernych, zwłaszcza młodzieży, z Jezusem Chrystusem. Owej „fraternizacji” towarzyszy trywializacja i infantylizacja sposobu, w jaki oddajemy kult Bogu i jest ona często aprobowana lub wręcz promowana przez kapłanów. Gdy próbuje się rozmawiać na ten temat z proboszczami, często zasłaniają się oni najnowszymi wskazówkami liturgicznymi lub potrzebami duszpasterskimi i w zasadzie nie chcą podejmować odnośnej dyskusji z „naprzykrzającymi się” wiernymi. Jakich argumentów powinniśmy używać, aby przekonać naszych duszpasterzy, że lex orandi w zasadniczy sposób wpływa na lex credendi? Czy jako osobom świeckim wolno nam w ogóle napominać naszych kapłanów (w sposób, jaki nakazał nam Pan Jezus w Ewangelii) za każdym razem, gdy szacunek dla Pana Jezusa narażony jest na szwank?

- Nadprzyrodzona znajomość prawdy wiary o wielkości tajemnicy eucharystycznej musi przede wszystkim wzrastać wśród duchowieństwa. Również prawidła autentycznego kultu chrześcijańskiego i katolickiego muszą być lepiej poznane, zgodnie z niezmienną Tradycją i odwiecznym nauczaniem Magisterium (perennis sensus Ecclesiae). Fundamentalne prawo kultu Bożego brzmi następująco: Bóg, Chrystus, wieczność, jest centrum i wszystkie aspekty i szczegóły kultu muszą być ustawicznie Jemu podporządkowane i na Niego nastawione (tak nauczał Sobór Watykański II w „Sacrosanctum Concilium”, Art. 2). Gdy celebrans stawia swoje krzesło w centrum, w widoczny sposób podkreśla on, że centrum liturgii jest człowiek. Jest to sprzeczne z nauczaniem Kościoła, a szczególnie z wyżej wspomnianym nauczaniem Soboru Watykańskiego II. Natomiast gdy Tabernakulum i duży krzyż z wizerunkiem Chrystusa pozostaje w centrum, a krzesło celebransa stoi z boku, podkreślona jest wyraźnie prawda o tym, że to Chrystus jest przewodniczącym, liderem i głową każdej liturgii
eucharystycznej. Chrystus jest Głową Swojego Mistycznego Ciała i dlatego Chrystus jest również Głową Swojego „liturgicznego ciała”. Ponieważ Chrystus jest wcielony, a liturgia jest sakramentalna, widzialna i niesie znaki, prawda o tym, że Chrystus jest centrum i Głową, również musi być widzialna, to znaczy: Jego Realna Obecność w Tabernakulum i Jego widzialny wizerunek na Krzyżu muszą znajdować się w centrum kościoła i w centrum liturgii eucharystycznej.

Sobór Watykański II i Prawo Kanoniczne zachęcają wiernych do tego, aby komunikowali oni duchownym swój niepokój o duchowe dobro Kościoła („Lumen Gentium”, kk 37; kanon 212 i kanon 213 KPK). Dlatego każdy świecki ma prawo prosić duchownych, aby korygowali skandale i nadużycia, które sprzeczne są z duchowym dobrem dusz i z prawami samego Boga. Kościół daje wiernym następujące prawo: „Każdy katolik, czy to kapłan, czy diakon, czy wierny świeci ma prawo zgłosić skargę na nadużycie liturgiczne przed biskupem diecezjalnym lub równym mu w prawach kompetentnym ordynariuszem, lub przed Stolicą Apostolską na mocy prymatu Biskupa Rzymu.” (Redemptionis Sacramentum, 184).

Błogosławiony Jan Paweł II powiedział w 1980 r., że “dotykanie konsekrowanych cząstek i rozdawanie ich własnymi rękami jest przywilejem kapłanów”. Co Ekscelencja sądzi o świeckich szafarzach rozdających Komunię Świętą? Mimo iż (przynajmniej w Polsce) szafarzami mianowani są zazwyczaj starannie wybrani, szanowani mężczyźni, mężowie i ojcowie, ich niejednoznaczna, rosnąca rola rodzi pewien niepokój.

- Rozdzielanie Komunii Świętej podczas Ofiary Eucharystycznej przez świeckich jest sprzeczne z całą tradycją Kościoła powszechnego (Wschodniego i Zachodniego) i nigdy nie było praktykowane. Jest ono absolutnym novum i prawdziwym zerwaniem z Tradycją. W czasach prześladowania [świeccy i] eremici na pustyni mogli rozdawać wiernym Komunię Świętą, lecz miało to zawsze miejsce poza Mszą Świętą. Wprowadzenie świeckich szafarzy usprawiedliwiane jest chęcią zaoszczędzenia czasu i odciążenia księży w trakcie rozdzielania Komunii Świętej tłumom ludzi. Gdy zdamy sobie sprawę z nieporównywalnej wielkości i świętości Komunii Świętej i z tego, że moment przyjęcia Eucharystycznego Pana naprawdę jest kulminacyjnym punktem życia katolika, wówczas nikt – ani kapłan, ani wierny – nie będzie spoglądał na zegarek odliczając minuty, nie będzie też lamentował nad okolicznościami powodującymi zmęczenie. Współczesna rzeczywistość wygląda następująco: w kościołach, w których świeccy szafarze zaangażowani są w rozdzielanie Komunii Świętej, kapłan po Mszy Świętej marnuje czas na pogaduszki z ludźmi lub na internet i oglądanie telewizji. W takich przypadkach ksiądz marnuje często więcej czasu po Mszy Świętej niż zużyłby go na rozdzielanie Komunii Świętej samemu i bez udziału świeckich szafarzy. Kolejne usprawiedliwienie angażowania świeckich szafarzy brzmi następująco: aby wyrazić aktywne uczestnictwo świeckich w liturgii. Jest to błędne pojmowanie aktywnego uczestnictwa, sprzeczne z nauczaniem Magisterium i Tradycją Kościoła. Rozdzielanie Komunii Świętej jest zasadniczą częścią posługi wyświęconych kapłanów i nigdy w nie było w Kościele sposobem aktywnego uczestnictwa laikatu. Sobór Watykański II naucza: „W odprawianiu liturgii każdy spełniający swą funkcję, czy to duchowny, czy świecki, powinien czynić tylko to i wszystko to, co należy do niego z natury rzeczy i na mocy przepisów liturgicznych.” (Sacrosanctum Concilium, KL 28) oraz „Celem wzmożenia czynnego uczestnictwa należy pobudzać wiernych do wykonywania aklamacji, odpowiedzi, psalmów, antyfon, pieśni jak również czynności czy gestów oraz przybierania właściwej postawy ciała. W odpowiednim czasie należy zachować także pełne czci milczenie” (tamże, KL 30). Nie istnieje wzmianka o świeckich szafarzach Komunii Świętej jako o środku aktywnego uczestnictwa, ponieważ takie rozumienie i taki środek są sprzeczne z odwieczną tradycją Kościoła i zaprzeczają następującej zasadzie, jakiej naucza Sobór Watykański II:
„Wreszcie nowości należy wprowadzać tylko wtedy, gdy tego wymaga prawdziwe i niewątpliwe dobro Kościoła, z zastrzeżeniem jednak, aby formy nowe wyrastały niejako organicznie z form już istniejących.” (tamże, KL 23).

W swojej pięknej książce poświęconej Komunii Świętej, zatytułowanej “Dominus Est”, Ksiądz Biskup opisał rolę “eucharystycznych kobiet” w sowieckim podziemiu, które pod nieobecność kapłanów zdołały przechować płomień Wiary poprzez adorację naszego Pana w Najświętszym Sakramencie i przez przyjmowanie Pana Jezusa choćby w sposób duchowy. Ekscelencja opisał poruszającą historię swojej Matki, Marii Schneider, której ukrywający się kapłan w drodze wyjątku zezwolił osobiście udzielić Komunii Świętej jej ciężko chorej matce, pod warunkiem, że uczyni to ona z największym możliwym szacunkiem. Matka Księdza Biskupa założyła na dłonie nowe, białe rękawiczki i za pomocą pęsety podała Komunię Świętą swojej matce. Następnie spaliła kopertę, w której przechowywana była konsekrowana Hostia. W przeciwieństwie do powyżej opisanego, pełnego największej czci zachowania kobiet działających w stanie wyższej konieczności, dzisiaj rodzi się wiele wątpliwości związanych z rosnącą aktywnością kobiet we wszystkich obszarach służby liturgicznej (jako ministrantki, szafarki Komunii świętej lub nawet jako „asystentki pastoralne”). Jakie powinny być granice aktywizmu liturgicznego kobiet i jakich argumentów należy używać, aby odwodzić kobiety od nadmiernego angażowania się w służbę ołtarza?

- Rola kobiet w Kościele została określona przez samego Boga i zgodna jest z prawami, które Bóg w Swojej mądrości i miłości zapisał w ramach wyjątkowości istoty i czynów kobiety. Porządek stworzenia ludzkiej natury w dwóch płciach odzwierciedla piękno i wzajemne uzupełnianie się, a nie rywalizację. W nadprzyrodzonym porządku życia Kościoła nadrzędnym i najpiękniejszym wzorem kobiety chrześcijańskiej jest Maryja, Matka Boga. Najgłębszą i najpiękniejszą cechą charakterystyczną kobiety jest macierzyństwo. Chrystus, Wcielony Bóg i Odwieczny Najwyższy Kapłan przyjął ludzką naturę w płci męskiej i w Swojej Mądrości nierozerwalnie połączył istotę urzędowego kapłaństwa we wszystkich jego stopniach i we wszystkich formach posługi z płcią męską, gdyż symbolizuje ono duchowe ojcostwo samego Chrystusa. Stopniami kapłaństwa Chrystusowego są episkopat i prezbiterat i w tej jakości stanowią one najwyższy poziom służby ołtarza. Można by powiedzieć: biskup i kapłan są akolitami, ministranci i lektorzy również. Diakonat w swojej służbie ołtarza i słowa symbolizuje tę posługę episkopatu i prezbiteratu w konkretnej i sakramentalnej formie. Wszystkie inne święcenia i formy posługi poniżej diakonatu (subdiakon, akolita, lektor, ministrant) są ćwiczeniami diakonatu w formie niesakramentalnej i służą rozwojowi do roli diakonatu, a ostatecznie również do prezbiteratu i episkopatu. Zgodnie z tą prawdą powszechna i odwieczna tradycja Kościoła nigdy nie dopuszczała kobiet do służby ołtarza i słowa podczas Ofiary Eucharystycznej, która jest sama w sobie liturgią urzędowego kapłaństwa. Podczas liturgii godzin, która nie jest kapłańską i ofiarną liturgią w sensie ściśle urzędowym, osoby świeckie, w tym kobiety, mogą jednakże pełnić rolę lektora. Najwyższym wzorem liturgii ofiarnej w sensie ściśle urzędowym jest liturgia Ostatniej Wieczerzy, na której obecnych było tylko dwunastu apostołów i nie było nawet Maryi, Matki Boga. Wieczernikowi Ostatniej Wieczerzy odpowiada przestrzeń ołtarza lub “prezbiterium” w dzisiejszych kościołach. Dlatego podczas Liturgii Eucharystycznej kobiety nigdy nie były aktywne w przestrzeni ołtarza, lecz w nawie kościoła, ponieważ nawa symbolizuje powszechne kapłaństwo i łącznie z przestrzenią ołtarza, “prezbiterium”, tworzy cały Kościół lub całe kapłaństwo Chrystusa, składające się z kapłaństwa urzędowego i kapłaństwa powszechnego jako jednego ciała, pełniącego jednakże zasadniczo odmienne role (Sobór Watykański II, Lumen Gentium, 10).

Chciałabym zapytać o higieniczny aspekt przyjmowania Komunii Świętej do ust. Uważam, że niemożliwe jest, aby jakakolwiek choroba mogła być przenoszona przez Pana Jezusa, który jest istotowo obecny w konsekrowanej Hostii i według mojej wiedzy nigdy w historii Kościół nie został oskarżony o spowodowanie lub o rozprzestrzenianie jakiejkolwiek epidemii. Mimo tego, niedawno zdarzyło się, że przyjmowanie Komunii Świętej do ust zostało tymczasowo zakazane, a rozdzielanie Komunii Świętej na rękę zostało narzucone (sic!) przez jedną z Konferencji Episkopatu z obawy przed świńską grypą. Jak można się było spodziewać, skutkiem tej decyzji był błyskawiczny, drastyczny zanik szacunku dla Najświętszego Sakramentu i nawet po tym, jak powyższy zakaz został uchylony, nikt nie przyjmuje już w tym kraju Komunii Świętej do ust ze względu na “troskę o higienę”, która niestety zdominowała wiarę w Realną Obecność. Chciałabym spytać Księdza Biskupa, czy podobne przypadki epidemii można w ogóle traktować jako uzasadniony powód dla wprowadzenia Komunii Świętej na rękę? Czy zalecenie Episkopatu, aby przyjmować Komunię Świętą duchową, byłoby dopuszczalną alternatywą w przypadkach epidemii?

- Faktycznie, w ciągu dwóch tysięcy lat liturgii chrześcijańskiej nigdy nie słyszano, żeby przez Komunię Świętą przenoszone były choroby lub epidemie. Udowodniono, że dłoń zawiera więcej bakterii niż język. Każdy używa śliny, aby dokonać pierwszej dezynfekcji rany, lecz nikt nie używa w tym celu palca. Dłoń osoby, która przyjmuje Komunię Świętą na rękę, zwykle dotykała uprzednio wielu przedmiotów, na których jest pełno bakterii lub nawet brudu: klamki drzwi w środkach transportu publicznego i w kościele, lecz przede wszystkim monety i banknoty. Takimi nieumytymi palcami osoby te dotykają konsekrowanych Hostii, zostawiając na Hostii olbrzymie ilości bakterii i taką Hostię pełną bakterii wkładają sobie spokojnie do ust. Doprawdy przyjmowanie Komunii Świętej na rękę jest wysoce niehigieniczne. Jeśli władze diecezjalne szczerze kierują się “troską o higienę”, powinny przede wszystkim zakazać Komunii Świętej na rękę. W pewnych rzadkich przypadkach szczególnie niebezpiecznych epidemii zalecenie przyjmowania Komunii Świętej duchowej mogłoby być dopuszczalną alternatywą. Istotnie musimy na nowo odkryć i docenić owocną praktykę Komunii Świętej duchowej.

Moje następne pytanie dotyczy sposobów unikania ryzyka świętokradztwa w czasie Mszy Świętych sprawowanych dla dużych zgromadzeń ludzkich i na których mogą znaleźć się również ludzie, którzy nie zostali ochrzczeni w wierze katolickiej (lub w ogóle nie są chrześcijanami), którzy przychodzą na Mszę Św. z ciekawości i którzy mimo to przyjmują Komunię Świętą. Z pewnością praktyka rozdzielania Komunii Świętej do ust, którą przywrócił nasz umiłowany Papież Senior Benedykt XVI i którą podtrzymał Ojciec Święty Franciszek, jest naturalnym “filtrem”, który może powstrzymać niekatolików przed przyjmowaniem Ciała Chrystusa. Jakie inne środki ostrożności mogłyby zostać wprowadzone przez kapłanów w sytuacjach, w których ryzyko popełnienia świętokradztwa jest zbyt wysokie?

- Kościół od początków swojego historycznego pielgrzymowania zawsze strzegł Najświętszego ze Świętych, Sanctissimum, Ciała Chrystusa w sakramencie eucharystycznym, zgodnie z napomnieniem naszego Pana: “Nie dawajcie psom tego, co święte, i nie rzucajcie swych pereł przed świnie” (Mt 7:6). W Liturgii Eucharystycznej w pierwszych wiekach, po liturgii słowa wszyscy katechumeni i wszyscy nieochrzczeni byli odsyłani. Diakon ogłaszał: “Katechumeni, odejdźcie. Żaden katechumen nie może pozostać”. Te słowa używane są w liturgii bizantyjskiej po dziś dzień. W Kościele istniała
specjalna posługa liturgiczna „odźwiernego” (ostiariusza), który miał pilnie czuwać, aby żadna nieochrzczona osoba nie przyjęła Komunii Świętej i aby żadna osoba mająca złe intencje nie zakłócała ani nie profanowała liturgii i świętego miejsca. Powszechne przywrócenie funkcji i służby takiego odźwiernego jest realną potrzebą duszpasterską w całym Kościele. W liturgii bizantyjskiej osoba, która przyjmuje Komunię Świętą, musi wypowiedzieć swoje imię, musi ujawnić swoją tożsamość wobec kapłana, który rozdziela Komunię Świętą. Ten sposób czyni ryt Komunii Świętej bardziej osobistym, nadaje mu rodzinną atmosferę, a zarazem pozwala lepiej zapobiegać profanacjom. [Praktyka ta] mogłaby zostać zaadaptowana również przez Kościół rytu łacińskiego.

Katolicy, którzy idą do kościoła w krajach Europy Zachodniej i pragną przyjąć Komunię Świętą na kolanach i do ust, są czasem traktowani przez kapłanów z awersją. Zdarzyło mi się, że ze łzami w oczach musiałam błagać księdza, aby udzielił mi Komunii Świętej do ust, gdyż ten uparcie odmawiał. W końcu przystał na moją prośbę, lecz uczynił to z wyraźnym obrzydzeniem. Jaka postawa jest, według Waszej Ekscelencji, bardziej właściwa: zawsze nalegać i być przygotowanym na reprymendę lub nawet na werbalny konflikt z kapłanem w momencie, w którym powinniśmy koncentrować się już wyłącznie na naszej wewnętrznej, a nie na zewnętrznej (zdawałoby się, oczywistej) dyspozycji do przyjęcia Pana Jezusa? Czy powinniśmy raczej zdecydować się na przyjęcie w podobnych sytuacjach Komunii Świętej duchowej, aby unikać sytuacji raniących nasze serca i łamiących sumienia? Czy istnieje jakieś inne, możliwe rozwiązanie?

- Prawo Kościoła stanowi bardzo jasno: żaden kapłan ani biskup nie ma prawa odmówić wiernemu Komunii Świętej tylko dlatego, że wierny pragnie przyjąć ją w pozycji klęczącej i do ust. To prawo zostało spisane w instrukcji „Redemptionis Sacramentum”, nr 91. Pogwałcenie tej normy Kościół traktuje jako “poważne wykroczenie”, patrz wspomniana Instrukcja, nr 173. Kościół napomina świętych szafarzy następującymi, poważnymi słowami: „Każdy święty szafarz powinien się również poważnie zapytać, czy respektował prawa wiernych świeckich, którzy z zaufaniem powierzają mu siebie oraz swoje dzieci z przekonaniem, że wszyscy oni dla dobra wiernych prawidłowo wykonują te zadania, które Kościół z mandatu Chrystusa pragnie wypełnić, celebrując świętą liturgię. Każdy bowiem powinien pamiętać, że jest sługą świętej liturgii.” (Redemptionis Sacramentum, n. 186). Odmówienie wiernemu Komunii Świętej tylko dlatego, że pragnie on ją przyjąć na kolanach lub na język, jest przejawem aroganckiego klerykalizmu i klerykalnego despotyzmu.

Od około piętnastu lat Ekscelencja pełni posługę kapłańską i biskupią w Kazachstanie. Przez wiele dziesiątek lat wiernym w dawnym Związku Sowieckim nie wolno było słuchać Mszy Świętej; pozbawieni byli oni kapłanów i możliwości korzystania z sakramentów. Księża misjonarze, którzy przybyli na te tereny w latach dziewięćdziesiątych XX w., siłą rzeczy odprawiali Msze Święte według nowego mszału oraz wprowadzili szereg nowych, wcześniej nieznanych praktyk liturgicznych i duszpasterskich, które nie były nacechowane dawnym szacunkiem dla Sanctissimum. Jak katolicy, którzy wciąż pamiętali Starą Mszę i których formacja religijna była dużo bardziej tradycyjna, przyjęli owe nowości?

- Nowy Ryt został wprowadzony w dawnym Związku Sowieckim już na początku lat siedemdziesiątych. Lecz był on sprawowany w duchu Starego Rytu, z głęboką wiarą i czcią. W mojej własnej parafii, do której należałem w latach 1969-1973 w Tartu, Estonii, Msza Święta sprawowana była według Novus Ordo, lecz versus Deum, przy głównym ołtarzu, po łacinie, Komunia Święta przyjmowana była przy
balaskach na klęcząco i na język. Zatem dla moich rodziców i dla mnie różnica między oboma „ordo” była prawie niedostrzegalna. Celebracja versus populum została wprowadzona w Kazachstanie jeszcze w czasach Związku Sowieckiego, lecz sposób celebracji był bardzo nabożny. Został on wprowadzony z głębokiego posłuszeństwa dla instrukcji Stolicy Apostolskiej. Po upadku i rozpadzie Związku Sowieckiego przybyło tam wielu księży misjonarzy z różnych krajów. Niektórzy z tych kapłanów wprowadzili praktyki liturgiczne sprzeczne z pobożnością cechującą życie wiernych i odziedziczoną po czasach prześladowań. Takimi praktykami było na przykład przyjmowanie Komunii Świętej na stojąco, używanie gitar i klaskanie podczas Mszy Świętej, sentymentalne piosenki i piosenki na świecką melodię śpiewane w czasie liturgii. Lecz, dzięki Bogu, Konferencja Biskupów Katolickich Kazachstanu ustanowiła normę, zgodnie z którą jedyny dopuszczalny sposób przyjmowania Komunii Świętej to Komunia Święta przyjmowana w pozycji klęczącej i na język, z wyjątkiem przypadków osób, których kondycja fizyczna uniemożliwia uklęknięcie.

Czy mógłby Ksiądz Biskup opisać wiarę swojej trzódki? Czy wierni w Kazachstanie nadal okazują większą cześć dla Najświętszego Sakramentu niż katolicy na Zachodzie? Czy ich pobożność została może zbyt mocno naznaczona skutkami reżimu ateistycznego?

- Katolicy w Kazachstanie zachowali cenne dziedzictwo z czasów prześladowania, to znaczy: głęboką wiarę, wielką cześć dla liturgii, a przede wszystkim dla Świętej Eucharystii; zachowali jasną świadomość grzechu, dlatego wierni często korzystają z sakramentu pokuty; wielkie umiłowanie modlitwy, w szczególności adoracji eucharystycznej; miłość i cześć dla kapłanów i biskupów; głębokie poczucie i cześć dla sacrum.

We Wschodnich Kościołach w XX wieku nie zostały zaprowadzone żadne drastyczne reformy liturgiczne. Czy, według obserwacji Księdza Biskupa, w Kościołach tych został zachowany szacunek dla Chrystusa Eucharystycznego, czy został on wykorzeniony pod wpływem sowieckiego ateizmu?

- Kościoły Wschodnie, zarówno katolickie, jak i prawosławne, wciąż zachowują wielką cześć dla tradycji liturgicznej. Zmienić liturgię jest dla nich czymś równoznacznym ze zmianą wiary. Są one głęboko zakorzenione w wierności wierze i tradycji liturgicznej. Postrzegają one liturgię jako święty skarb, który Kościół musi starannie przechować i przekazać następnym pokoleniom. Taka postawa Kościołów Wschodnich, w szczególności Kościołów prawosławnych, jest wartością, która może i powinna wzbogacić Kościół łaciński w dzisiejszych dniach wielkiego kryzysu doktrynalnego i liturgicznego. Jest to moje doświadczenie wynikające z kontaktów z duchowieństwem i wiernymi kościoła prawosławnego. Nauczenie się i przyjęcie liturgicznego ducha i wierności od kościołów prawosławnych byłoby jednym z najlepszych ekumenicznych gestów ze strony katolików.

Cześć, jaką okazujemy Panu Jezusowi, nigdy nie jest doskonała. W jaki sposób możemy ćwiczyć się w nieustannym zwiększaniu naszej czci dla Chrystusa? Czy Ksiądz Biskup mógłby udzielić nam w tej kwestii kilku praktycznych wskazówek?

- Przede wszystkim musimy lepiej poznać pełnię wiary katolickiej na temat Eucharystii, w szczególności niezwykle bogate dokumenty Magisterium. Pomocna będzie także lektura żywotów i przykładów życia eucharystycznych świętych i męczenników. Musimy wyrażać naszą wiarę za pomocą jasnych gestów czci, adoracji i pobożności wobec Eucharystycznego Pana. Bardzo pomocną praktyką
przynoszącą owoce duchowe jest adoracja eucharystyczna. Musimy promować adorację eucharystyczną w naszych środowiskach, a nawet zakładać grupy lub bractwa czcicieli Eucharystii. Musimy również pocieszać naszego Pana z powodu ogromnych i licznych aktów świętokradztwa oraz braku szacunku i ofiarować w duchu pokuty, poprzez dłonie Błogosławionej Dziewicy Maryi, Eucharystycznej Niewiasty, akty pokuty i wynagrodzenia za przykładem Anioła, który objawił się dzieciom w Fatimie.

Na zakończenie chciałabym spytać Księdza Biskupa o to, jaka jest, według Waszej Ekscelencji, definicja świętego kapłana.

- Święty kapłan to taki kapłan, który świadomy jest tego, iż obiektywnie i ontologicznie jest on drugim Chrystusem, alter Christus, i który przy pomocy Bożej łaski próbuje codziennie coraz bardziej stawać się alter Christus, również w swoim umyśle, w swoich intencjach, w swoich słowach i czynach, zgodnie z duchem i przykładem Chrystusa, Odwiecznego Najwyższego Kapłana, Dobrego Pasterza; który oddaje swoje życie za wieczne zbawienie nieśmiertelnych dusz ludzkich, który nie troszczy się o własny zysk, lecz wyłącznie o chwałę Bożą i o duchowe dobro dusz. A największą pomoc w tym procesie zyska wtedy, jeśli codziennie sprawować będzie z coraz głębszą wiarą i głębszą miłością ofiarę Mszy Świętej.

Rozmawiała Izabella Parowicz



+ Athanasius Schneider, Tytularny Biskup Celeriny i Pomocniczy Biskup Archidiecezji Najświętszej Maryi Panny w Astanie (Kazachstan).


Tłumaczenia fragmentów Pisma Świętego za http://www.nonpossumus.pl/ps/

wtorek, 19 listopada 2013

Brońmy krzyża przed nowym totalitaryzmem


Szatan wie, że na krzyżu przegrał i chce w tę swoją przegraną wciągnąć ludzi. Skoro więc szatan nienawidzi krzyża, nienawidzą krzyża również ci, którzy są przez złego ducha wciągani w tę nieczystą grę – mówi PCh24.pl ks. Stanisław Małkowski, kaznodzieja, działacz antykomunistycznej opozycji.


Czy, w tych rzekomo spokojnych czasach, trzeba jeszcze bronić krzyża?


- To nie są czasy spokojne. To czasy walki. Kościół walczy, przeciwstawiając się Złemu i złu w różnych postaciach.

Był Ksiądz na Krakowskim Przedmieściu, gdzie dochodziło do najgłośniejszych aktów profanacji krzyża w III RP, w dodatku za przyzwoleniem części mediów i opinii publicznej. Skąd nienawiść do krzyża?

- Byłem na Krakowskim Przedmieściu, modliłem się, poświęciłem krzyż, który tam stanął. A skąd ta nienawiść do Chrystusa, do Kościoła, do obrazu Boga w człowieku? Miało to swoje przyczyny polityczne, ale również duchowe, zawarte w ludzkim grzechu. Skoro więc krzyż jest znakiem zwycięstwa Pana Jezusa nad śmiercią, grzechem, piekłem, szatanem, złem w każdej postaci, to walka z krzyżem jest opowiedzeniem się po stronie tych złych sił i mocy, które Chrystus, umierając na krzyżu, pokonał.

Krzyż – znak miłości Boga do człowieka, jest, przez nieprzyjazne Kościołowi środowiska, przedstawiany jako symbol opresji. Dlaczego?

- Jeżeli miłość nazywamy nienawiścią, a nienawiść miłością, prawdę kłamstwem, a kłamstwo prawdą, to trudno dziwić się temu, jak fałszywie przedstawiany jest dzisiaj krzyż przez środowiska, o których Pan wspomniał. A takie pomylenie pojęć to przecież istota ideologii postmodernistycznej. Dla niej już samo głoszenie prawdy jest mową nienawiści.

A przecież w krzyżu zawiera się prawda. Krzyż na Krakowskim Przedmieściu niósł i niesie orędzie prawdy, pamięci i nadziei.

Dlaczego część ludzi odrzuca tę prawdę i nadzieję?

- To jest tajemnica. Robią to na własną zgubę. Jest to nienawiść z jednej strony doświadczalna, którą widzimy i odczuwamy, a z drugiej jest zakorzeniona w duchowych siłach zła.

Szatan wie, że na krzyżu przegrał i chce w tę swoją przegraną wciągnąć ludzi. Skoro więc szatan nienawidzi krzyża, nienawidzą krzyża również ci, którzy go duchowo jakoś naśladują, są przez złego ducha wciągani w tę nieczystą grę.

Jest też wymiar polityczny tej walki z krzyżem. Jedna z pierwszych decyzji prezydenta Bronisława Komorowskiego dotyczyła właśnie usunięcia krzyża z Krakowskiego Przedmieścia. Podobnie prezydent Warszawy, Hanna Gronkiewicz-Waltz nakazała usunięcie niewielkich, przydrożnych krzyżyków, które upamiętniały ludzką, tragiczną śmierć. A krzyż to przecież Chrystusowe dobro, które odniosło zwycięstwo nad złem. Jeżeli ktoś odbiera krzyż ludziom, usuwa z miejsc publicznych, to odbiera im też sens życia, odbiera nadzieję.

Bez symbolu zwycięskiej miłości Boga, ludzie przestają myśleć o innych, zaczynają koncentrować się na sobie, żyć tylko dniem dzisiejszym. Rozpada się wspólnota. Bo Chrystus umarł na krzyżu, aby rozproszone dzieci Boże zgromadzić w jedno. Mam wrażenie, że cała walka z krzyżem jest pewnym programem politycznym, społecznym, duchowym i kulturowym. To walka z życiem, nadzieją i Kościołem, to próba usunięcia Chrystusa z przestrzeni publicznej i z naszych dziejów.

Jaki jest cel tej walki? Idzie o to, by przerobić człowieka, by pozbawić go tożsamości. Ów nowy człowiek mógłby się stać użytecznym elementem nowego systemu, podobnego do XX-wiecznych socjalizmów, które budowali komuniści oraz narodowi socjaliści. Mowa o trzeciej postaci globalnego totalitaryzmu.

Postulat usuwania krzyży z miejsc publicznych to zaledwie jeden z wielu postulatów szerszego hasła o nazwie „państwo neutralne światopoglądowo”. Istnieje coś takiego?

- To jest fikcja. To kłamstwo. Nie istnieje coś takiego jak „państwo neutralne światopoglądowo”. Jeżeli mówimy przy tym o krzyżach w miejscu publicznym, czyli poniekąd o roli katolików w dzisiejszym państwie, to nie możemy jej sprowadzać tylko do światopoglądu. Bo „być katolikiem” to coś znacznie więcej niż światopogląd, choć, naturalnie, z katolickiej postawy wynikają światopoglądowe konsekwencje.

Samo zaś usuwanie krzyży i wiele innych postulatów współczesnego świata, to element konfrontacji środowisk nieprzyjaznych Kościołowi z katolikami. Konfrontacja ta trwa od wieków, ale teraz nasila się w sposób wyjątkowy. Kumulacja tej konfrontacji każe zapytać dzisiaj, czy Polska w ogóle będzie? Pytanie to zadał na pogrzebie ks. Ignacego Skorupki, ks. Antoni Szlagowski, późniejszy arcybiskup w Warszawie. Pytał wówczas: „U wrót Stolicy toczy się bój, ważą się losy Polski, losy Europy się ważą. Czy Polska będzie? Czy Europa będzie? Bój to z pogaństwem nowożytnym, bój to z szatanem samym”.

Wtedy szatan przyjmował postać ideologii bolszewickiej, dzisiaj ma postać nowych ideologii, które są szerzone w ramach postmodernizmu (np. gender, queer, green-peace, poprawność polityczna).

A zatem czy ateiści wierzą czy nie wierzą? Wierzą inaczej, na odwrót, w sposób perwersyjny. Ta duchowa postawa rzutuje na sprawy moralne: osobiste, małżeńskie, rodzinne, narodowe. Zerwanie wspólnoty z Bogiem i próba zajęcia Jego miejsca musi skończyć się przegraną. Na razie rzutuje to na niszczenie wszelkich wspólnot po to, aby zastąpić je grzesznym wspólnictwem. Wspólnota z żywym i prawdziwym Bogiem jest rękojmią naszego zwycięstwa. Tę wspólnotę możemy potwierdzić przez narodowy akt poddania się społecznemu panowaniu Jezusa Chrystusa Króla Polski. A więc: sursum corda!


Rozmawiał: Krzysztof Gędłek

poniedziałek, 18 listopada 2013

O Istnieniu i jego braku

Niewierzący profesor filozofii stojąc w audytorium wypełnionym studentami zadaje pytanie jednemu z nich:
- Jesteś chrześcijaninem synu, prawda?
- Tak, panie profesorze.
- Czyli wierzysz w Boga.
- Oczywiście.
- Czy Bóg jest dobry?
- Naturalnie, że jest dobry.
- A czy Bóg jest wszechmogący? Czy Bóg może wszystko?
- Tak.
- A Ty - jesteś dobry czy zły?
- Według Biblii jestem zły.
Na twarzy profesora pojawił się uśmiech wyższości
- Ach tak, Biblia!
A Po chwili zastanowienia dodaje:
- Mam dla Ciebie pewien przykład. Powiedzmy że znasz chorą i cierpiącą osobę, którą możesz uzdrowić. Masz takie zdolności. Pomógłbyś tej osobie? Albo czy spróbowałbyś przynajmniej?
- Oczywiście, panie profesorze.
- Więc jesteś dobry...!
- Myślę, że nie można tego tak ująć.
- Ale dlaczego nie? Przecież pomógłbyś chorej, będącej w potrzebie osobie, jeśli byś tylko miał taką możliwość. Większość z nas by tak zrobiła. Ale Bóg nie.

Wobec milczenia studenta profesor mówi dalej
- Nie pomaga, prawda? Mój brat był chrześcijaninem. I zmarł na raka, pomimo że modlił się do Jezusa o uzdrowienie. Zatem czy Jezus jest dobry? Czy możesz mi odpowiedzieć na to pytanie?
Student nadal milczy, więc profesor dodaje
- Nie potrafisz udzielić odpowiedzi, prawda?
Aby dać studentowi chwilę zastanowienia profesor sięga po szklankę ze swojego biurka i popija łyk wody.
- Zacznijmy do początku chłopcze. Czy Bóg jest dobry?
- No tak... Jest dobry.
- A czy szatan jest dobry?
Bez chwili wahania student odpowiada
- Nie.
- A od kogo pochodzi szatan?
Student aż drgnął:
- Od Boga.

- No właśnie. Zatem to Bóg stworzył szatana. A teraz powiedz mi jeszcze synu - czy na świecie istnieje zło?
- Istnieje panie profesorze ...
- Czyli zło obecne jest we Wszechświecie. A to przecież Bóg stworzył Wszechświat, prawda?
- Prawda.
- Więc kto stworzył zło? Skoro Bóg stworzył wszystko, zatem Bóg stworzył również I zło. A skoro zło istnieje, więc zgodnie z regułami logiki także I Bóg jest zły.
Student ponownie nie potrafi znaleźć odpowiedzi..
- A czy istnieją choroby, niemoralność, nienawiść, ohyda? Te wszystkie okropieństwa, które pojawiają się w otaczającym nas świece?
Student drżącym głosem odpowiada
- Występują.
- A kto je stworzył?
W sali zaległa cisza, więc profesor ponawia pytanie
- Kto je stworzył?
Wobec braku odpowiedzi profesor wstrzymuje krok i zaczyna się rozglądać po audytorium. Wszyscy studenci zamarli.

- Powiedz mi - wykładowca zwraca się do kolejnej osoby
- Czy wierzysz w Jezusa Chrystusa synu?
Zdecydowany ton odpowiedzi przykuwa uwagę profesora:
- Tak panie profesorze, wierzę.
Starszy człowiek zwraca się do studenta:
- W świetle nauki posiadasz pięć zmysłów, które używasz do oceny otaczającego cię świata. Czy kiedykolwiek widziałeś Jezusa?
- Nie panie profesorze. Nigdy Go nie widziałem.
- Powiedz nam zatem, czy kiedykolwiek słyszałeś swojego Jezusa?
- Nie panie profesorze..
- A czy kiedykolwiek dotykałeś swojego Jezusa, smakowałeś Go, czy może wąchałeś? Czy kiedykolwiek miałeś jakiś fizyczny kontakt z Jezusem Chrystusem, czy też Bogiem w jakiejkolwiek postaci?
- Nie panie profesorze.. Niestety nie miałem takiego kontaktu.
- I nadal w Niego wierzysz?
- Tak.
- Przecież zgodnie z wszelkimi zasadami przeprowadzania doświadczenia, nauka twierdzi że Twój Bóg nie istnieje... Co Ty na to synu?
- Nic - pada w odpowiedzi - mam tylko swoją wiarę.
- Tak, wiarę... - powtarza profesor - I właśnie w tym miejscu nauka napotyka problem z Bogiem. Nie ma dowodów, jest tylko wiara.

Student milczy przez chwilę, Po czym sam zadaje pytanie:
- Panie profesorze - czy istnieje coś takiego jak ciepło?
- Tak.
- A czy istnieje takie zjawisko jak zimno?
- Tak, synu, zimno również istnieje.
- Nie, panie profesorze, zimno nie istnieje.
Wyraźnie zainteresowany profesor odwrócił się w kierunku studenta.
Wszyscy w sali zamarli. Student zaczyna wyjaśniać:
- Może pan mieć dużo ciepła, więcej ciepła, super-ciepło, mega ciepło, ciepło nieskończone, rozgrzanie do białości, mało ciepła lub też brak ciepła, ale nie mamy niczego takiego, co moglibyśmy nazwać zimnem. Może pan schłodzić substancje do temperatury minus 273,15 stopni Celsjusza (zera absolutnego), co właśnie oznacza brak ciepła - nie potrafimy osiągnąć niższej temperatury. Nie ma takiego zjawiska jak zimno, w przeciwnym razie potrafilibyśmy schładzać substancje do temperatur poniżej 273,15 st C. Każda substancja lub rzecz poddają się badaniu, kiedy posiadają energię lub są jej źródłem. Zero absolutne jest całkowitym brakiem ciepła. Jak pan widzi profesorze, zimno jest jedynie słowem, które służy nam do opisu braku ciepła. Nie potrafimy mierzyć zimna. Ciepło mierzymy w jednostkach energii, ponieważ ciepło jest energią. Zimno nie jest przeciwieństwem ciepła, zimno jest jego brakiem.

W sali wykładowej zaległa głęboka cisza. W odległym kącie ktoś upuścił pióro, wydając tym odgłos przypominający uderzenie młota.
- A co z ciemnością panie profesorze? Czy istnieje takie zjawisko jak ciemność?
- Tak - profesor odpowiada bez wahania - czymże jest noc jeśli nie ciemnością?
- Jest pan znowu w błędzie. Ciemność nie jest czymś, ciemność jest brakiem czegoś. Może pan mieć niewiele światła, normalne światło, jasne światło, migające światło, ale jeśli tego światła brak, nie ma wtedy nic i właśnie to nazywamy ciemnością, czyż nie? Właśnie takie znaczenie ma słowo ciemność. W rzeczywistości ciemność nie istnieje. Jeśli istniałaby, potrafiłby pan uczynić ją jeszcze ciemniejszą, czyż nie?
Profesor uśmiecha się nieznacznie patrząc na studenta. Zapowiada się dobry semestr.
- Co mi chcesz przez to powiedzieć młody człowieku?
- Zmierzam do tego panie profesorze, że założenia pańskiego rozumowania są fałszywe już od samego początku, zatem wyciągnięty wniosek jest również fałszywy.
Tym razem na twarzy profesora pojawia się zdumienie:
- Fałszywe? W jaki sposób zamierzasz mi to wytłumaczyć?
- Założenia pańskich rozważań opierają się na dualizmie - wyjaśnia student
- twierdzi pan, że jest życie i jest śmierć, że jest dobry Bóg i zły Bóg. Rozważa pan Boga jako kogoś skończonego, kogo możemy poddać pomiarom. Panie profesorze, nauka nie jest w stanie wyjaśnić nawet takiego zjawiska jak myśl. Używa pojęć z zakresu elektryczności i magnetyzmu, nie poznawszy przecież w pełni istoty żadnego z tych zjawisk. Twierdzenie, że śmierć jest przeciwieństwem życia świadczy o ignorowaniu faktu, że śmierć nie istnieje jako mierzalne zjawisko. Śmierć nie jest przeciwieństwem życia, tylko jego brakiem. A teraz panie profesorze proszę mi odpowiedzieć Czy naucza pan studentów, którzy pochodzą od małp?
- Jeśli masz na myśli proces ewolucji, młody człowieku, to tak właśnie jest.
- A czy kiedykolwiek obserwował pan ten proces na własne oczy?

Profesor potrząsa głową wciąż się uśmiechając, zdawszy sobie sprawę w jakim kierunku zmierza argumentacja studenta. Bardzo dobry semestr, naprawdę.
- Skoro żaden z nas nigdy nie był świadkiem procesów ewolucyjnych i nie jest w stanie ich prześledzić wykonując jakiekolwiek doświadczenie, to przecież w tej sytuacji, zgodnie ze swoją poprzednią argumentacją, nie wykłada nam już pan naukowych opinii, prawda? Czy nie jest pan w takim razie bardziej kaznodzieją niż naukowcem?
W sali zaszemrało. Student czeka aż opadnie napięcie.
- Żeby panu uzmysłowić sposób, w jaki manipulował pan moim poprzednikiem, pozwolę sobie podać panu jeszcze jeden przykład - student rozgląda się po sali
- Czy ktokolwiek z was widział kiedyś mózg pana profesora?
Audytorium wybucha śmiechem.
- Czy ktokolwiek z was kiedykolwiek słyszał, dotykał, smakował czy wąchał mózg pana profesora? Wygląda na to, że nikt. A zatem zgodnie z naukową metodą badawczą, jaką przytoczył pan wcześniej, można powiedzieć, z całym szacunkiem dla pana, że pan nie ma mózgu, panie profesorze. Skoro nauka mówi, że pan nie ma mózgu, jak możemy ufać pańskim wykładom, profesorze?
W sali zapada martwa cisza. Profesor patrzy na studenta oczyma szerokimi z niedowierzania. Po chwili milczenia, która wszystkim zdaje się trwać wieczność profesor wydusza z siebie:
- Wygląda na to, że musicie je brać na wiarę.
- A zatem przyznaje pan, że wiara istnieje, a co więcej - stanowi niezbędny element naszej codzienności. A teraz panie profesorze, proszę mi powiedzieć, czy istnieje coś takiego jak zło?
Niezbyt pewny odpowiedzi profesor mówi
- Oczywiście że istnieje. Dostrzegamy je przecież każdego dnia. Choćby w codziennym występowaniu człowieka przeciw człowiekowi. W całym ogromie przestępstw i przemocy obecnym na świecie. Przecież te zjawiska to nic innego jak właśnie zło.
Na to student odpowiada:
- Zło nie istnieje panie profesorze, albo też raczej nie występuje jako zjawisko samo w sobie. Zło jest po prostu brakiem Boga. Jest jak ciemność i zimno, występuje jako słowo stworzone przez człowieka dla określenia braku Boga. Bóg nie stworzył zła. Zło pojawia się w momencie, kiedy człowiek nie ma Boga w sercu. Zło jest jak zimno, które jest skutkiem braku ciepła i jak ciemność, która jest wynikiem braku światła.
Profesor osunął się bezwładnie na krzesło.

Jeśli udało Ci się dotrwać do końca tego tekstu i wywołał on na Twojej twarzy uśmiech podczas czytania końcówki, daj go do przeczytania również swoim Przyjaciołom i Rodzinie.
PS.
Tym drugim studentem był Albert Einstein. Einstein napisał książkę zatytułowaną "Bóg a nauka" w roku 1921.


--
Juka Antczak

http://yuka.eu