piątek, 8 listopada 2013

Szkolny rytuał Yuzpego

Rys. Izabela Tomasiewicz

„Dziewczyny biorą i bez stosunku. Dziewice, żeby się nie wyróżniać, też łykają”. Poniedziałek to dzień kiedy w wielu szkołach nastolatki grupowo zażywają olbrzymie ilości środków antykoncepcyjnych. Jedne po to, by pozbyć się kłopotów, jakie wyniknąć mogą z weekendowych, przygodnych stosunków seksualnych, inne w ramach panującej antykoncepcyjnej mody czy w obawie przed wyobcowaniem z rówieśniczej grupy.


Obserwowana dziś postępująca seksualizacja niemal wszystkich dziedzin życia stanowi doskonałe źródło zysku dla przemysłu antykoncepcyjnego. Promocja antykoncepcji wśród kobiet postępuje dwutorowo: promuje się ją wśród coraz młodszych pokoleń oraz przedstawia jako element modnego stylu bycia. Lekcje antykoncepcji dla dziewięcio-, dziesięcioletnich dziewczynek argumentowane są oczywiście faktem coraz wcześniejszej inicjacji seksualnej wśród młodzieży, nie bacząc na fakt, że promocja środków mających zapewnić „bezpieczny seks” stanowi skuteczną zachętę do podjęcia aktywności seksualnej. Zaś z drugiej strony pijarowcy firm farmaceutycznych zręcznie przerzucili się z reklamy środków antykoncepcyjnych polecanych jako konieczne „mniejsze zło”, na promocję antykoncepcyjnego stylu życia.

Lekarze obserwują lawinowo rosnącą popularność antykoncepcji hormonalnej wśród nastolatek. Ilość for internetowych, na których dziewczęta wymieniają się informacjami dotyczącymi wyboru środków antykoncepcyjnych oraz możliwości ich nielegalnego zdobycia, prezentuje zatrważający wizerunek młodego pokolenia. Dziś szczególnie niebezpieczną jest panująca w szkołach ponadpodstawowych moda na grupowe zażywanie środków antykoncepcyjnych, nazywana przez niektórych rytuałem Yuzpego.

Poniedziałek to najpopularniejszy dzień, w którym na długiej przerwie w toaletach szkolnych zbierają się uczennice i zażywają wysokie dawki środka antykoncepcyjnego. Jak można wyczytać ze zwierzeń biorących udział w rytuale uczennic – „antyki biorą wszystkie, nawet te, które w weekend nie współżyły, a nawet dziewice. To jest po prostu modne”.

Tajemniczy „rytuał” to stosowanie starej (i niebezpiecznej) metody zaproponowanej w latach siedemdziesiątych XX wieku przez Abrahama Yuzpego w ramach tzw. antykoncepcji „po”.
Metoda Yuzpego – przed którą przestrzegają ginekolodzy – polega na dwukrotnym przyjęciu, czterokrotnie wyższej od standardowej dawki, dwuskładnikowego środka hormonalnego, zawierającego w swym składzie lewonorgestrel. Pierwsza dawka tak przyrządzonego „koktajlu” może być zastosowana najpóźniej 72 godziny od odbytego stosunku płciowego. Kobiety stosujące metodę Yuzpego naiwnie wierzą w antykoncepcyjne działanie metody, podczas gdy faktycznie jest to farmakologiczne wymuszenie poronienia w przypadku zaistniałego zapłodnienia. Sami lekarze nazywają tę metodę „dziką antykoncepcją” - jaki seks, taka antykoncepcja.

Metoda szeroko opisywana w internecie, znajduje szczególną popularność wśród nastolatek. Na forach internetowych znaleźć można opisy udogodnień wynikających z jej stosowania czyli szeroka dostępność oraz niższa cena w porównaniu z dostępną w Polsce tzw. antykoncepcją „po”. W tym miejscu wyjaśnić jednak trzeba kilka podstawowych kwestii. Po pierwsze tzw. metoda Yuzpego postrzegana jest jako tzw. antykoncepcja „po” – zatem antykoncepcja stosowana po stosunku płciowym - a taka de facto nie istnieje. Antykoncepcja z założenia bowiem ma przeciwdziałać zapłodnieniu – powinna zatem być zastosowana przed stosunkiem płciowym. Środki hormonalne przeznaczone do stosowania po odbytym stosunku są środkami wczesnoporonnymi. Choć warto w tym miejscu zaznaczyć, że każdy rodzaj antykoncepcji hormonalnej może również działać poronnie.

Niewątpliwie dającym wiele do myślenia jest fakt, że metoda Yuzpego, stosowana jest w szkołach w ramach tzw. poniedziałkowych rytuałów. To już nie tylko zabezpieczenie przed ciążą („lepiej łyknąć, jakby co”), ale gwarant przynależności do grupy.

Niewiele z dziewcząt czy kobiet faszerujących się antykoncepcją hormonalną wg. metody Yuzpego zna (chociażby pobieżnie) ryzyko, jakie niesie ona dla zdrowia i życia. Myślą, że nasilone wymioty (które w jakimś stopniu ratują im być może życie), bóle głowy, silne bóle podbrzusza i krwawienia to jedyna cena, jaką muszą ponieść w zamian za „święty (o tempora!) spokój”. A ceną mogą być groźne dla zdrowia i życia zaburzenia endokrynne, zaburzenia układu krzepnięcia, udary, a nawet kalectwo do końca życia. I nowotwory, których przecież wszyscy się dziś boją (więcej o medycznych konsekwencjach stosowania antykoncepcji hormonalnej można znaleźć w naszym artykule .

Ale jak wynika z przykładowych wypowiedzi na forach internetowych, kobiety po przykrych doświadczeniach, wolą poradzić się koleżanek, niż zgłosić do lekarza. Dla przykładu jedna z wypowiedzi internautek: „Witam. Kilka dni temu w 7 dniu cyklu uprawiałam seks bez zabezpieczenia. Po 8 h zastosowałam metodę yuzpe. Miałam jeszcze 1,5 opakowania R**** w domu. Dla większej pewności połknęłam 8 pigułek od razu, a wieczorem jeszcze dwie. Od następnego dnia rano zaczęłam brać po jednej pigułce tak, jakbym normalnie brała tabletki. Po dwóch dniach znowu nas poniosło (…), rano wzięłam dwie tabletki zamiast jednej. Moje pytanie brzmi: czy jak teraz do końca cyklu będę brać normalnie codziennie po jednej pigułce to będę zabezpieczona i uniknę w tym cyklu owulacji i ciąży? Czy też za bardzo nakombinowałam?”
Na znanych portalach dla na nastolatek, przeczytać można o metodzie Yuzpego inne ciekawe informacje, przykładowo: - „Metoda ta jest dużo tańsza oraz łatwiej dostępna (…) pigułki można pożyczyć od koleżanki czy siostry (…)” albo: „tak żeby wiedzieć kto jest ojcem wzięłam hormony metodą Yuzpe bo bałam się, że już zaszłam i teraz się zacznie”.

Można zadać sobie pytanie, czy fakt, że metoda Yuzpego osiąga dziś dużą popularność w szkołach to wynik niedouczenia, braku kontroli ze strony rodziców, ulegania modzie czy też efekt doskonałego biznesplanu? Zapewne wszystkiego po trochu. Ważne, że biznes pro death kręci się należycie.


Justyna Stępkowska

czwartek, 7 listopada 2013

Szef syryjskiego MSZ: w Syrii nie toczy się wojna domowa, ale wojna z terrorem

Walid el-Mualim (na ścianie portret Baszara al-Asada)
(fot. AFP / SANA)

W Syrii nie toczy się wojna domowa, ale wojna z terrorem - oświadczył syryjski minister spraw zagranicznych Walid al-Mualim na forum ONZ. Szef dyplomacji nie oszczędził zebranym makabrycznych szczegółów mówiąc, że jego kraj walczy z powiązanymi z Al-Kaidą bojownikami, którzy "jedzą ludzkie serca" i "rozczłonkowują ludzi żywcem, później wysyłając odcięte kończyny bliskim ofiar". 


W ten sposób minister odniósł się pojawiających się w sieci nagrań wideo, obrazujących okrucieństwo dżihadystów walczących z reżimem Baszara al-Asada. Filmy zostały potępione przez organizacje praw człowieka, jak i opozycyjną Narodową Radę Syryjską. 

W przemówieniu wygłoszonym podczas Zgromadzenia Ogólnego ONZ szef dyplomacji Syrii oświadczył, że "terroryści z przeszło 83 krajów uczestniczą w zabijaniu naszych obywateli i żołnierzy", realizując ideę "światowego dżihadu". 

Dodał, nawiązując do ataków 11 września, że mieszkańcy Nowego Jorku byli świadkami takich samych aktów terroru, jakich doświadczają teraz Syryjczycy. - Jak to możliwe, że kraje, które ucierpiały z powodu terroryzmu i wzywają do walki z nim, wspierają terroryzm w moim kraju? - pytał syryjski minister. 

Mualim oskarżył w swym wystąpieniu Stany Zjednoczone, Wielką Brytanię i Francję o zablokowanie ujawnienia prawdziwych sprawców chemicznych ataków w Syrii. Dodał, że walczący z rządem terroryści byli zaopatrywani w broń chemiczną, lecz nie wymienił krajów, które miały być jej dostawcami. 

Szef dyplomacji podkreślił, że dla wszystkich jest jasne, iż to członkowie odgałęzień Al-Kaidy, "najbardziej niebezpiecznej organizacji terrorystycznej na świecie", walczą w Syrii z siłami rządowymi. Lecz pewne kraje odmawiają uznania tego faktu - dodał Mualim. 

- Sceny morderstw, zabójstw, jedzenie ludzkich serc pokazywane były na ekranach TV. Głowy niewinnych cywilów, którzy sprzeciwiają się ekstremistycznej ideologii i dewiacyjnym poglądom Al-Kaidy, są grillowane. W Syrii są mordercy, którzy rozczłonkowują żywych ludzi na kawałki, które wysyłają ich rodzinom, gdyż bronili oni zjednoczonej i świeckiej Syrii - powiedział minister. 

Mualim podkreślił, że choć jego rząd zobowiązał się do politycznego rozwiązania konfliktu, "nie oznacza to, że będziemy patrzec, jak nasze meczety i kościoły są niszczone, tak jak dzieje się to teraz w Hims i Aleppo oraz mieście Maalula, jedynym miejscu na świecie, gdzie ludzie mówią językiem Jezusa Chrystusa". 

Maalula to starożytne miasto zamieszkane przez mniejszość chrześcijańską, które stało się polem walk między dżihadystami a syryjską armią rządową. Zachował się tam w codziennym użyciu zachodni dialekt języka aramejskiego, którym prawdopodobnie posługiwał się Chrystus (choć nie jest to jedyne miejsce, ponieważ używany jest jeszcze w dwóch syryjskich wioskach Bahha i Gub Adin). 

Wojna domowa w Syrii wybuchła w marcu 2011 roku. Partyzanci, dążący do obalenia prezydenta Baszara al-Asada, walczą z siłami rządowymi. Po stronie partyzantów walczą muzułmańscy ekstremiści powiązani z Al-Kaidą. Według szacunków ONZ wojna pochłoneła co najmniej sto tysięcy ofiar śmiertelnych. 

Źródło: Associated Press
(tbe)


środa, 6 listopada 2013

Gates i Clinton pomogą dzieciobójcy?


Kermit Gosnell skazany za okrutne mordowanie nienarodzonych próbuje zrobić z siebie ofiarę i dobroczyńcę. Gosnell z więzienia skontaktował się z Fundacją Billa i Melindy Gatesów, zajmującą się m.in. promocją aborcji, a także z Clinton Global Initiative. Wierzy, że te organizacje poruszą kwestię reformy systemu sprawiedliwości i więziennictwa.


Według reportera Philadelfia Magazine, Steve'a Volk'a, Gosnell przedstawił siebie jako "żołnierza w wojnie z ubóstwem". Jego klinika aborcyjna znajdowała się bowiem w pobliżu najuboższych rejonów Filadelfii.
Specyficznie pojętą wojnę z ubóstwem prowadzą też obydwie fundacje, do których zwrócił się Gosnell.

Fundacja Billa i Melindy Gates jest oskarżana o toczenie wojny nie tyle z biedą co z biednymi. Organizacja przeznacza miliardy dolarów na redukowanie ich populacji poprzez promocję antykoncepcji. Fundacja przeznaczyła i zebrała 2,6 miliardów dolarów na sterylizację czarnych kobiet w krajach rozwijających się.

Podobne "wartości" reprezentuje druga grupa do której zwrócił się Gosnell - Clinton Global Initiative. Hilary Clinton wychwalała antykoncepcję i aborcję na żądanie zarówno podczas prezydentury jej męża, jak i podczas piastowania funkcji sekretarza stanu już za kadencji Barrack'a Obamy. Według przecieków medialnych, Clinton ma ogłosić swoją biseksualność w mającej trafić do sprzedaży w czerwcu przyszłego roku książce autobiograficznej. Podobno zdecydowała się na nią, gdyż chciała poznać od środka problemy mniejszości seksualnych. Według magazynu „New York”, Clinton została przyłapana na bliskich kontaktach z inną kobietą. Kilka lat temu zastanawiano się także nad naturą relacji, która łączy Clinton z jej podwładną, Pakistanką Humą Abedin. Amerykańska polityk jest zdeklarowaną zwolenniczką liberalizacji prawa dotyczącego małżeństw homoseksualnych. Poglądy Clinton są tym bardziej istotne, że zamierza ona startować w wyborach prezydenckich 2016 r.


Źródła: lifesitenews.com / wp.pl

Mjend

wtorek, 5 listopada 2013

W sprawie „lektur obowiązkowych”

Zachęceni rewolucyjnymi poczynaniami państwowego resortu szkolnictwa rozpoczynamy cykl poświęcony książkom, które powinny znaleźć się w kanonie lektur każdego młodego Polaka i Polki - w szkole albo poza nią. Jako pierwszy swój literacki "zestaw obowiązkowy" przedstawia Grzegorz Braun, autor filmów dokumentalnych, publicysta i... polonista.



Zapytany przez Sz. Redakcję – w związku z protestami przeciw usuwaniu polskiej klasyki z listy lektur szkolnych – co sądzę o tej akcji i kontr-akcji, i jakie są moje własne belferskie preferencje, odpowiem, że mamy tu w istocie dwa różnego kalibru problemy. Problem układania przez Ministerstwo Edukacji takich, czy innych „list lektur”, czy „programów nauczania” jest problemem wtórnym – nie bagatelnym bynajmniej, ale wtórnym. Problemem podstawowym i prymarnym jest SAMO ISTNIENIE centralnego urzędu, który kontynuuje złowrogie, antykatolickie i antypolskie dzieło podjęte ćwierć tysiąca lat temu przez Komisję Edukacji Narodowej.

Wszakże głównym zadaniem, jakie w XVIII wieku stawiali sobie twórcy KEN, było właśnie wyrwanie dzieci i młodzieży spod wpływu Kościoła (alias „klechów”) i walka z polską tradycją (alias „sarmackim obskurantyzmem”) – Potoccy, Kołłątaj et consortes nigdy tego nie ukrywali (patrz choćby np.: „Walka o nauczycieli świeckich w dobie KEN” K. Mrozowskiej) – głównym ich zmartwieniem był ciągły niedostatek świeckich „zetempowców”, którymi mogliby obsadzać katedry szkolne i akademickie, rugując przede wszystkim znienawidzonych jezuitów. Kto sądzi, że dopiero w XX wieku orędownicy rewolucji światowej wpadli na pomysł „marszu przez instytucje”, niech zwróci uwagę na kariery luminarzy tamtej epoki.

Na domiar złego, system KEN był nie tylko narzędziem walki ideologicznej i duchowej – jego wdrożenie stanowiło również pierwszy wielki krok w otchłań etatyzmu. Była bowiem KEN pierwszą w dziejach Polski tak rozległą i kosztowną biurokracją państwową. Dzieło rewolucyjnej transformacji polskich serc i umysłów podjęte zostało na dobre właśnie tam, w XVIII wieku – dzięki upaństwowieniu edukacji (KEN), kultury (vide: „obiady czwartkowe”, Teatr Narodowy etc.) państwo zyskało nieznane wcześniej instrumenty masowej transmisji propagandowej, które nb jak ulał pasowały później do celów, jakie wytyczały rządy zaborcze.
Scentralizowany system edukacji uczy bowiem przede wszystkim lojalności względem samego systemu.

Szkoła programowana przez władzę samym swoim istnieniem propaguje przede wszystkim konstytutywny dla nie-świadomości inteligenckiej zestaw przesądów: DEMOKRATYZM (w sferze ustrojowej), ETATYZM (w sferze gospodarczej), MODERNIZM (w sferze religijej), INDYFERENTYZM (w sferze moralnej, stąd fetysze pochodne: pacyfizmu, tolerantyzmu etc.) i JUDEOIDEALIZM (w odróżnieniu od postulowanego przez niżej podpisanego judeorealizmu). Jest więc szkolnictwo państwowe, nie bójmy się tego słowa, MASONERIĄ DLA NIELETNICH – nie agitując dziś w sposób bezpośredni np. do wstąpienia do jakiegoś Komsomołu, Hitlerjugend, czy innego ZMP – zadowala się ona inicjacyjnym okaleczeniem świadomości i duchowości młodego człowieka, neutralizuje go i konformizuje, czyniąc organicznie niezdolnym do jasnego rozpoznania najwspanialszych skarbów i najpoważniejszych zagrożeń cywilizacyjnych.

Tu z reguły żachnie się zawsze prawowierny polski inteligent i wyliczać zacznie pożytki, jakie mimo wszystko czerpał, jak mu się zdaje, z istnienia tego systemu. Na to odpowiadam, że to wszystko efekty uboczne: rzetelna wiedza i godziwe wychowanie, jeśli tu i ówdzie oferowane są przez państwową szkołę, to po prostu dlatego, że dobrych ludzi wciąż nie brak – i każdy z nas spotkał na pewno na swojej drodze niejednego dobrego nauczyciela. Ale cokolwiek zdołali oni zdziałać dla naszego dobra – udało im się to nie dzięki istnieniu ww. systemu, lecz pomimo. Odpieranie standardowych, kompletnie fałszywych zarzutów (że np. jeśli edukacja nie będzie państwowa, to „tylko dla bogatych”) i całkowicie chybionych argumentów (że jednak np. państwowej edukacji w II RP „zawdzięczamy patriotyczną formację pokolenia wojennego”, a za PRL „jednak zlikwidowano analfabetyzm”) itd. itp. – zostawię na inną okazję. Zwracam tylko uwagę, że utrzymywanie quasi-monopolu edukacyjnego państwa bynajmniej nie zabezpiecza interesów narodowych – jak się zdaje wychowanym w duchu KEN patriotom-etatystom. Właśnie tak długo, jak długo istnieje centralny rozdzielnik normy edukacyjnej, tak długo można jedną kretyńską decyzją administracyjną wywołać nieobliczalnie katastrofalne skutki – i to za jednym zamachem na obszarze całego kraju, i zapewne na pokolenia. A przecież gdyby nie ten kołłątajowsko-stalinowski system transmisji propagandowej (patrz: „kuratoria oświaty”) i państwowa kartelizacja szkolnictwa wyższego (patrz: „komisje akredytacyjne”), działający pod rygorem urzędowym, nie byłoby w niczyjej mocy nakłonić wszystkich na raz nauczycieli i dyrektorów szkół w całym kraju do zaakceptowania tak jawnie antypolskiej dyrektywy. Tak sądzę – bo nie będąc socjalistą po prostu wierzę w ludzi, a w Polaków w szczególności.

Z całym szacunkiem zatem dla tych wszystkich, którzy w tych dniach dzielnie stają w obronie Mickiewicza, Sienkiewicza i wszystkich naszych narodowych świętości, biorąc udział w demonstracjach, pikietach i innych protestach przeciwko decyzjom MEN – to jednak, obawiam się, pewne nieporozumienie. Z szacunkiem – bowiem, jak przypuszczam, wśród protestujących przeważają świadomi patrioci, którym idzie o zachowanie tradycji narodowej i bytu państwowego. Ale jednocześnie jednak nieporozumienie – bo, jak przypuszczam, większość z nich błędnie mniema, że błąd tkwi w partykularnych decyzjach („zły” dobór lektur) i poszczególnych personaliach („zły” minister i jego „źli” urzędnicy) – a nie, jak to starałem się telegraficznie zasygnalizowć wyżej, w samym systemie, którego koroną jest ów centralny urząd. Nie wystarczy wymienić w nim „złych” na „dobrych” (bo zapewne „naszych” w odróżnieniu od „nienaszych”), jak nie da się wygrać walki ze śmiertelną chorobą podejmując doraźne leczenie objawowe – w tym przypadku: nie da się odwojować Polski staczając może nawet niejedną wygraną potyczkę o kosmetyczne szczegóły, ale nie atakując przy tym frontalnie ww. pryncypiów. Bo to, z czym mamy do czynienia, to nie żaden błąd – ale logiczna konsekwencja; nie eksces – a norma; nie kryzys – a rezultat.

Reasumując: oburzanie się na MEN, że wynaradawia polską młodzież (a przeczytałem, że niektórzy tam w Krakowie „są oburzeni”), jest podobnym nieporozumieniem, jak byłoby nim np. oburzanie się na dyrekcję kołchozu, że krowy w nim dają mniej mleka, a ludzie więcej piją, niż w wolnym świecie; albo oburzanie się na gauleitera Fischera za nędzny repertuar teatrzyków w okupowanej Warszawie. Bo podobnie jak kołchozy są od tego, by upadlały ludzi, a okupanci od tego, by nas wynaradawiać – tak i Ministerstwo Edukacji jest od dbania o to, by młodzi Polacy nie rozumieli i nie cenili tego, kim są i skąd się wywodzą, by od dziecka wdrażali się do respektowania aktualnej polit-poprawności, by nie byli zdolni stanąć na przeszkodzie budowie Nowego Wspaniałego Świata.

Co uznałem za konieczne oświadczyć – by nie ryzykować zgorszenia, jakie mogłoby wyniknąć, gdybym od razu przystąpił do odpowiedzi na postawione przez Sz. Redakcję pytanie o moją prywatną „listę lektur” – mógłby wówczas ktoś utwierdzić się w fatalnym błędzie, że mianowicie wystarczy przywrócić pod strzechy pana Kmicica z panem Soplicą i przegonić Babę Jagę z MEN – a już będzie Polska „od pierwszego”. Niestety – nie obejdzie się bez kompletnej kontrrewolucji. Z pewnością więc warto piętnować antynarodową działalność aktualnego reżimu warszawskiego na odcinku edukacji, ale z pełną świadomością, że tego się nie da naprawić – to trzeba w całości obalić.

Teraz zaś przechodzę do dzielenia się moimi sentymentami literackimi. Oto parę książek, które gorąco poleciłbym znajomym nauczycielom, gdyby mieli swobodę doboru materiału literackiego (a nie byli tłamszeni przez ministerialne „listy”, „pensa” i „programy”) ku większemu pożytkowi swych uczniów:

1/ Józef Mackiewicz, „Fakty, przyroda, ludzie” – z całej twórczości Mackiewicza ta książka zdaje mi się wprost idealnie skrojona do użytku szkolnego – zbiór krótkich tekstów, wśród których znajdziemy m.in. trzy bodaj najważniejsze w polskiej i światowej literaturze opisy zbrodni narodowego i międzynarodowego socjalizmu, których autor był naocznym świadkiem: „Ponary – Baza” i „Dymy nad Katyniem”, oraz „Zbrodnia w dolinie rzeki Drawy”;

2/ Anatol Krakowiecki, „Książka o Kołymie” – rzecz wydana na emigracji, w post-PRL pozostaje nadal prawie nieznana – stawiam ją wśród najważniejszych, najszlachetniejszych świadectw białego Oświęcimia, obok Szałamowa, a przedkładam nad Herlinga-Grudzińskiego;

2/ Florian Czarnyszewicz, „Losy pasierbów” – popularna w formule, wciągająca w lekturze opowieść o Polakach, którzy z dalekich kresów (zob. inną piękną powieść tegoż autora: „Nadberezyńcy”) w latach międzywojennych emigrują „za chlebem” aż do Argentyny – opowieść o walce polskiej rodziny o byt i zachowanie godności na obczyźnie, aktualna do bólu;

3/ Irena Bączkowska, „Podróż do Braiłowa”, opowiadanie z tomu pod tym samym tytułem – kapitalne arcydziełko polskiej literatury, powstałe (oczywiście) na emigracji, spopularyzowane niegdyś przez Radio Wolna Europa lekturą w odcinkach – mały „Pan Tadeusz” prozą;

4/ Ewa Kurek, „Zaporczycy” – póki nie napisze ktoś na ten temat godnej polecenia prozy fabularnej, ta dokumentarna, oparta na relacjach bezpośrednich świadków książka pozostaje bodaj najbardziej pasjonującą opowieścią o „żołnierzach wyklętych”;

5/ Zofia Reklewska-Braun, „Urodziłam się pomiędzy” – dokumentarna i poetycka zarazem książka wspomnień panieneczki z polskiego dworu (Mamy niżej podpisanego!), której oczy „sfotografowały” grozę wojny, niemieckiej okupacji i powojennego wypędzenia z „kraju lat dziecinnych” przez „władzę ludową”;

6/ Rafał Gan-Ganowicz, „Kondotierzy” – skromna narracja „psa wojny”, o wybitnym walorze literackim, napisana przez dzielnego Polaka, który skutecznie walczył z komunistami nie tylko piórem (bohatera filmu „Pistolet do wynajęcia” w reż. Piotra Zarębskiego);

7/ Ks. Władysław Nowobilski, „On namaścił moje dłonie” – bezpretensjonalna, pasjonująca relacja o tym, jak parafianie z Ciśca (w Żywieckiem), wbrew zakazom i prześladowaniom, w ciągu 24 godzin wznieśli sobie i na chwałę Bożą własny kościół - narratorem jest ich dzielny duszpasterz, a w roli drugoplanowej pojawia się abp krakowski Karol Wojtyła (!) – realia katolickiego życia w PRL w pigułce;

8/ Piotr Skórzyński, „Człowiek nieuwikłany” – nie doczekaliśmy się jeszcze prawdziwie wielkiej prozy, powieści, którą polska inteligencja rozliczałaby się z PRLem – ten nieduży, wstrząsający pamiętnik, bezlitośnie szczery, wręcz drastyczny w szczegółowej auto-wiwisekcji, pełni właśnie obowiązki takiej „auto-rozliczeniowej” prozy;

9/ „Czarna księga cenzury PRL” – niestety wciąż dostępna jedynie w emigracyjnym, lub podziemnym wydaniu (brak nowej edycji, to jedna z największych afer w kulturze i nauce post-PRL-u!) – najlepiej czytać wybrane „zapisy i zalecenia” GUKPPiW (Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk) wraz z komentarzem Tomasza Strzyżewskiego, człowieka któremu zawdzięczamy tę jedną z najważniejszych demaskacji systemu (patrz: jego książka „Matrix, czy prawda selektywna?”).

10/ Gabriel Maciejewski, „Nigdy nie oszczędzaj na jasnowidzu” – śmieszny do rozpuku i realistyczny do bólu, groteskowy i nostalgiczny zarazem „pitawal prowincjonalny” – najlepszy zbiór współczesych polskich opowiadań, jaki ostatnio czytałem; jak z obrazków, szkiców i nowelek Sienkiewicza, Prusa, Orzeszkowej, czy Konopnickiej wyłania się panorama współczesnej im Polski – tak też wiernie będzie można odtworzyć polskie realia przełomu XX i XXI wieku sięgając po te drastyczne, komiczne i liryczne zarazem krótkie teksty Maciejewskiego.

Tyle na razie polskiej prozy. Ale cóż by to były za lekcje „polskiego”, bez poezji? Zbiory kunsztownych wierszy napisanych przez dwóch wybitnych poetów-pieśniarzy – uwaga: można je odtwarzać w formie audiowizualnej, bo do szeregu utworów powstały całkiem udane klipy filmowe – zawierają prawdziwe skarby, z których garściami korzystać może i powinien każdy polski nauczyciel:

11/ Jacek Kaczmarski, pieśni – zwłaszcza utwory z płyty „Sarmatia”, z których każdy inspirować może poważną dysputę – szczególnie polecam takiego np. „Warchoła”, znakomity materiał do analizy sztuki rymotwórczej najwyższej próby i piękne zaproszenie do pogłębienia świadomości historycznej;

12/ Jacek Kowalski, pieśni – wszystko jak wyżej: mistrzowski kunszt idzie o lepsze z wybitną erudycją – każdy z hitów takich jak „Sarmacja, psalm rodowodowy”, czy „Ignacego Skarbka Malczewskiego wyprawa na Warszawę” to rewelacyjny materiał na osobną lekcję języka i dziejów ojczystych; tegoż autora bezcenną pomocą dydaktyczną może okazać się książka „Niezbędnik sarmaty”.

Po lekcji poezji kolej na lekcję teatru – w „spisie lektur” umieszczam dwa moje ulubione teksty sceniczne z ostatnich lat:

13/ Dorota Masłowska, „Między nami dobrze jest” – śmieszne i straszne dzieło autorki obdarzonej „słuchem idealnym” współczesnej polszczyzny; poprzednia, pierwsza jej sztuka, „Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku” była niewątpliwie najwybitniejszym polskim debiutem dramaturgicznym od czasu „Kartoteki” Różewicza (sic!) – tragi-farsowa i liryczna zarazam kondensacja współczesnego „konfliktu pokoleń”;

14/ Kazimierz Braun, „Cela Ojca Maksymiliana” – kapitalny monodram, dramat dla jednego aktora, który w ciągu kilkudziesięciu minut z faktograficzną wiernością i w poetyckim skrócie opowiada/odgrywa życie największego super-mena XX stulecia, św. Maksymiliana Marii Kolbego; autor tekstu (Ojciec niżej podpisanego!) napisał go w bliskiej współpracy z konfratrami Świętego; w oparciu o rozległą dokumentację - także w dalekiej Japonii; wyjątkowa sztuka: mówić o sprawach wiary językiem współczesnego teatru i jeszcze tak pasjonująco na dodatek.

Wszystkie wymienione pozycje to lektura – czy w całości, czy w wyborze – zdecydowanie nadająca się raczej „dla klas starszych”. Ale mam coś i dla młodszych:

15/ Bronisława Ostrowska, „Bohaterski miś” – hit, przebój pokoleń wolnej Polski: przypadki pluszowego misia na wszystkich frontach walki o niepodległość (1914-1920); w dzieciństwie miałem w rękach egzemplarz przedwojenny (powojennego być nie mogło, bo przecież Miś bił się także z bolszewikami); potem widziałem emigracyjny reprint – aż wreszcie parę lat temu pojawiło się wznowienie krajowe. Ten „Miś” jest dziś może nieco zanadto, jak dla mnie, „piłsudczykowski” – ale lepszy taki Miś, niż żaden.

Powyższe propozycje, jeszcze raz zastrzegam, to nie żadna kompletna lista – ot, po prostu szczera zachęta do dzielenia się z polską młodzieżą tymi akurat przeze mnie ulubionymi, a nie dość może szeroko docenianymi skarbami polskiej kultury. Broń nas zresztą, Panie Boże, przed tym, byśmy mieli w wolnej Polsce centralnie układać jakiekolwiek „listy lektur obowiązkowych”, które miałyby pod przymusem administracyjnym obowiązywać we wszystkich szkołach, które wolni Polacy zechcą sobie założyć i utrzymać. Polacy bowiem nie potrzebują żadnego systemu nakazowo-rozdzielczego, by samemu poznać się na tym, co dobre. I dobrze wiedzą, że nie znać „Pana Tadeusza” i „Trylogii” – wstyd. A żeby prawda ta mogła się upowszechniać, nie potrzebują centralnych „reform edukacji” – potrzebują wolnej przedsiębiorczości, na której bazie (marksowskiej, materialnej bazie) da się zrealizować prosty, oczywisty program: KOŚCIÓŁ – SZKOŁA – STRZELNICA. Czego sobie i Sz. Czytelnikom życzę – A.M.D.G.


Grzegorz Braun - ur. 1967, reżyser, publicysta, zdeklarowany monarchista (z wykształcenia również patentowany polonista).

poniedziałek, 4 listopada 2013

Wywołują zmiany klimatyczne, a potem wydają miliony dolarów na walkę z nimi

Emitowane przez samoloty smugi kondensacyjne były jeszcze wczoraj przedmiotem najczęstszych dyskusji pojawiających się w kręgach konspiracyjnych. Tak było do niedawna. Obecnie hipotezy poświęcone chemtrails coraz rzadziej traktowane są jako absurdalne, wysuwane przez niegroźnych szaleńców teorie. Zagadnienie to coraz częściej poruszają natomiast politycy. Niektórzy z nich sugerują nawet, że chemtrails może być wykorzystywaną przez niektóre mocarstwa bronią pogodową.
Coraz większa burza wokół najsłynniejszej teorii spiskowych.
(fot. Thinkstock)

Niedawno wielką burzę wywołała informacja podana przez Edwarda Snowdena, wroga numer jeden Ameryki i byłego współpracownika NSA, który nie pozostawił wątpliwości co do prawdziwości teorii na temat chemtrails. Człowiek, który poważnie naraził się władzom swojego kraju, dał do zrozumienia, że białe smugi, które można zobaczyć na niebie po przelocie samolotu, nie są tak niewinne, jak mogłoby się zdawać. Snowden zdradził, że słynna teoria nie jest mitem. Program ten realizowany jest w wielkiej tajemnicy przed opinią publiczną. Zgodnie z założeniami ma on wpłynąć na zmianę sytuacji klimatycznej na świecie - teoretycznie ma przynieść pozytywne skutki w walce z globalnym ociepleniem, czyli zjawiskiem, którego występowanie jest negowane przez wiele środowisk naukowych.



To co powiedział Snowden, znajduje też coraz częściej odzwierciedlenie w ustach polityków. Przedstawicielka jednej ze szwedzkich partii udzieliła w ubiegłym roku wypowiedzi, która może być zaskakująca i szokująca dla wszystkich osób, które do tej pory podważały teorię, a zgodnie z którą za pośrednictwem smug kondensacyjnych celowo rozpylane są substancje, które mogą być szkodliwe zarówno dla zdrowia ludzi, jak i zwierząt.

Pernilla Hagberg, która reprezentuje szwedzkie ugrupowanie - Partię Zielonych - powiedziała na łamach dziennika "Katrineholms Kuriren", że ponad wszelką wątpliwość można stwierdzić, iż za pomocą widocznych smug kondensacyjnych dystrybuowane są środki toksyczne, zagrażające bezpieczeństwu organizmów żyjących na Ziemi. W ten sposób stała się ona pierwszym znaczącym politykiem, który w tak zdecydowany sposób wypowiedział się na temat prawdziwego charakteru pojawiających się na niebie śladów.

"To jeden z najpoważniejszych fenomenów, które można obserwować obecnie w Szwecji" - powiedziała Pernilla Hagberg. "Te smugi zawierają duże ilości chemikaliów, wirusów oraz metali ciężkich, takich jak aluminium, które wpływają na zmianę pogody".

Hagberg, która w swoim ugrupowaniu pełni ważną rolę, stwierdziła, że za zjawiskiem chemtrails stoją przede wszystkim: CIA oraz działająca w USA Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego (NSA). Nie wyklucza ona jednak, że w podobne działania zaangażowany może być także szwedzki rząd. "Z tego, co słyszałam, zapadła decyzja zatwierdzająca chemtrails nad Szwecją" - powiedziała.

Rewelacje zaprezentowane przez członkinię Partii Zielonych stanowią pierwszy tak wyraźny głos polityka, który oświadczył, że toksyczne opryski z powietrza mają miejsce. Ale już od jakiegoś czasu przebijają się inne głosy, które w łagodniejszy sposób zaczynają utwierdzać ludzi w przekonaniu, że chemtrails to nie mit.