piątek, 1 listopada 2013

„Bohun” – wróg Niemców i komunistów - rozmowa z dr. Wojciechem Muszyńskim

Likwidacja płk. „Bohuna” była jedynym z priorytetów komunistycznego wywiadu. Chciano go porwać jeszcze podczas pobytu Brygady Świętokrzyskiej w Czechach – mówi PCh24.pl dr Wojciech Muszyński, historyk, pracownik IPN, redaktor naczelny pisma „Glaukopis”.


 Jakim żołnierzem i dowódcą był „Bohun”?


Naprawdę nazywał się Antoni Szacki. Pochodził z Wilna. Walczył jako ochotnik w wojnie polsko-bolszewickiej, trafił do niewoli. Do kraju wrócił w 1921 r. W czasie zamachu majowego jako podchorąży walczył w czasie zamachu majowego po stronie rządu.

Później kontynuował karierę jako zawodowy wojskowy w 76 p.p. w Grodnie. Wielu oficerów tej jednostki zasiliło w czasie wojny szeregi NSZ, w tym dowódca pułku płk. Ignacy Oziewicz. W czasie kampanii wrześniowej już w stopniu kapitana walczył w składzie Armii „Prusy”. Po 17 września znalazł się na krótko w niewoli niemieckiej, lecz udało mu się uciec. W czasie okupacji niemieckiej mieszkał w Zagnańsku pod Kielcami pod przybranym nazwiskiem Dąbrowski.

Mając przed wojną kontakty z nielegalnym ONR „ABC” przyłączył się do konspiracyjnej organizacji tego środowiska – Związku Jaszczurczego. Od 1942 był szefem sztabu mjra „Olgierda”, dowódcy okręgu Kielce NSZ. W sierpniu 1944 r. wyznaczono go na dowódcę Brygady Świętokrzyskiej NSZ. Z jego meldunków i raportów wyłania się postać żołnierza-profesjonalisty. Sprawdził się jako dowódca dużej jednostki partyzanckiej i cieszył się zaufaniem swoich podkomendnych.

Brygada Świętokrzyska walczyła zarówno z Niemcami jaki i Sowietami…

Zwalczano obu wrogów: z Niemcami starano się unikać walk, bo narażały one ludność cywilną. Walkę przyjmowano albo w samoobronie (jak pod Radoszycami 20 września 1944 r., gdzie stoczono bitwę z dużym oddziałem lotników i żandarmów), albo organizowano zasadzki na szosie, żeby się dozbroić. Niemcy przegrywały wojnę, nadchodził nowy okupant. Trzeba się było przygotować do walki z Sowietami i ich forpocztą: podziemiem komunistycznym.

Brygada stała się narzędziem czynnej dekomunizacji terenu kielecczyzny. Ścigano i likwidowano mniejsze oddziały komunistycznej Armii Ludowej, stoczono też kilka zwycięskich bitew z większymi zgrupowaniami, np. pod Rząbcem gdzie rozbito ponad stuosobową grupę złożoną z sowieckich skoczków, dezerterów z Ostlegionen i polskich komunistów. Kilkudziesięciu Sowietów trafiło do niewoli, a gdy próbowali uciec zostali wystrzelani.

Zaciętość w ściganiu komunistów wynikała także stąd, że wielu z nich było odpowiedzialnych za napady rabunkowe na dwory i wsie. Działalność Brygady spowodowała likwidacje dużych oddziałów AL – pod koniec 1944 r. lotne patrole Brygady, nazywane żartobliwie „fabrykami grobów dla komunistów”, zajmowały się wyłapywaniem pojedynczych PPR-owców i likwidacją ich agentury po wsiach. Łącznie w wyniku działań Brygady, która stoczyła kilkadziesiąt bitew i potyczek, zostało zlikwidowanych ok. 300 Niemców i ich kolaborantów oraz zbliżona liczba Sowietów i ich polskojęzycznych sojuszników.

Uciekając przed Sowiecką ofensywą w styczniu 1945 r. Brygada Świętokrzyska pod dowództwem „Bohuna”, przemykała pod nosem sił niemieckich. Czy zawarła z nimi jakiś, choćby tymczasowy, sojusz? Niektórzy mówią wręcz o kolaboracji.

O żadnym sojuszu ani kolaboracji nie było mowy. Nie udało się niepostrzeżenie przedostać przez linie niemieckie, nawet mimo panującego wówczas chaosu. Zawarto rozejm z lokalnym dowódcą, który miał większe zmartwienia, niż walka z polskim oddziałem, który chciał jedynie przejść dalej.

Później, gdy Brygada znalazła się na niemieckim zapleczu, na terenie przedwojennych Niemiec, nie było już

tak łatwo. Niemcy naciskali na włączenie się jednostki polskiej do walki z Sowietami. Płk „Bohun” i jego sztab grali na czas. Każdy dzień zbliżał upadek III Rzeszy, trzeba było udawać dyplomację, bo Niemcy mieli jeszcze dość determinacji i sił, żeby rozbić Brygadę.

Niemcy składali płk. „Bohunowi” m.in. ofertę walki po ich stronie przeciwko Armii Czerwonej. Oferowali szkolenia i broń. Dowódca Brygady wysłał im nawet grupę żołnierzy, którzy mieli być szkoleni na dywersantów.

To „Bohun” stwierdził, że jako partyzanci nie nadają się do walki na froncie i potrzebują czasu na przeszkolenie. Broni żadnej nie dostali, szkolenia się ślimaczyły, bo Polacy ciągle wynajdowali jakieś przeszkody.

Ale Niemcom nie chodziło o udział Brygady w walkach – chodziło o efekt propagandowy i polityczny. Domagali się stworzenia grup desantowych, które miały prowadzić akcję dywersyjną na zapleczu sowieckim. „Bohun” pozornie się na to zgodził, uznając, że nie ma innej opcji – chodziło tylko o kupienie czasu. Skoczkowie otrzymali rozkaz niewykonywania żadnych działań na korzyść Niemców – ich jednym zadaniem było nawiązanie łączności z Dowództwem NSZ w kraju.

Brygada była potrzebna Niemcom jeszcze z jednego powodu: wyżsi rangą oficerowie Wehrmachtu i SS chcieli wmontować ją w tworzoną przez siebie organizację konspiracyjną, która miała być ich kartą przetargową w rozmowach z aliantami. Dlatego tuż przed upadkiem Niemiec w marcu i kwietniu 1945 r. wysyłano liczne grupy spadochroniarzy rumuńskich, ukraińskich, białoruskich. Liczono, że Amerykanie, będący jak przewidywano w przededniu konfliktu z Sowietami, dadzą się nabrać na „antykomunistyczna międzynarodówkę” pod przywództwem niemieckim. Udział Polaków miał tę intrygę uwiarygodniać. Ale się nie udało, bo w drugiej połowie kwietnia Brygada, która stacjonowała na Morawach, wymknęła się Niemcom i ruszyła na zachód. Nawiązano kontakt z 3 Armią gen. Pattona. Żołnierze płk. „Bohuna” byli jedynymi przedstawicielami podziemia niepodległościowego, którzy współdziałali taktycznie z wojskami alianckimi walcząc z Niemcami w ostatnich dniach wojny. Wyzwolili wówczas obóz koncentracyjny dla kobiet w Holysovie.

Co się działo z „Bohunem” po tym, jak przeprowadził Brygadę na stronę aliantów i przestał być jej dowódcą?

W sierpniu 1945 r. Brygada została ewakuowana z zachodnich Czech do amerykańskiej strefy okupacyjnej w Niemczech. Na jej bazie powstały Polskie Kompanie Wartownicze. Płk „Bohun” był ich pierwszym dowódcą.

Później osiadł we Francji utrzymując stały kontakt z byłymi podkomendnymi. Było to tym łatwiejsze, że w 1948 r. kompanie brygadowe zostały rozwiązane, a ich żołnierze ewakuowani do Francji, gdzie stworzyli paramilitarną straż przemysłową w zakładach o znaczeniu strategicznym. Ich zadaniem było przeciwdziałanie komunistycznej agitacji i strajkom. Utworzono kombatancką organizację „Ogniwo”, która miała skupiać byłych żołnierzy NSZ. Wszyscy nadal liczyli, że wrócą do kraju z bronią w ręku, wraz z wojskami alianckimi.

Płk. Szackiego komuniści nienawidzili wyjątkowo. Najpierw starali się o jego ekstradycję, a później chcieli go po prostu zabić.

Jeszcze gdy Brygada stacjonowała w Czechach była próba porwania płk. „Bohuna”. Jego likwidacja stała się priorytetem dla wywiadu PRL – żył w ciągłym zagrożeniu. W 1950 r. władze warszawskie zażądały jego ekstradycji, jako „zbrodniarza wojennego”. Znalazł się we francuskim areszcie, jednak sąd oddalił żądania twierdząc, że są bezpodstawne i nie poparte dowodami. W jego obronie wystąpiły licznie byłe francuskie więźniarki z Holysova i przedstawiciele polskiej emigracji niepodległościowej.

W 1955 r. płk „Bohun” wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Likwidacji uległo też „Ogniwo”. W stosunkach wschód-zachód następowało odprężenie, znikła perspektywa wojny z Sowietami. Ludzie chcieli zakładać rodziny i ułożyć sobie życie. Nie było dla nich powrotu do kraju, więc duża część pojechała za swoim dowódca. W Chicago do lat 90. działało koło Stowarzyszenia Polskich Kombatantów skupiające byłych NSZ-owców. Jego honorowym przewodniczącym był płk „Bohun”. Zmarł w lipcu 1992 r.



Rozmawiał: Krzysztof Gędłek

czwartek, 31 października 2013

Feminizm jak choroba — trzeba z niego leczyć…

Ileż to razy miałyśmy wątpliwą przyjemność wysłuchiwania „męskich mądrości” w stylu: „Najlepszym przyjacielem człowieka jest pies i… kobieta”. Wynikają one bardziej z czystej głupoty, niż ze śledzonego pilnie przez feministki „historycznego kontekstu”, narzucającego cywilizacji zachodniej utożsamienie dwóch pojęć: „człowiek” i „mężczyzna”.

Jednak o wiele bardziej szokujący jest fakt pośredniej akceptacji takiej degradującej roli kobiety, sprowadzającej ją do animalistycznego funkcjonowania, przez współczesny ruch feministyczny.

Ruch ten uzurpuje sobie prawo do przemawiania w imieniu wszystkich kobiet. Feminizm od XIX wieku szermuje hasłami wyzwolenia kobiety z więzów patriarchalnego społeczeństwa, zbudowanego przez chrześcijaństwo. Doprowadziło to społeczeństwa zachodnie do zapaści, której zgubne efekty są łatwo zauważalne.

Zaś dla samych kobiet zakończyło się to zamknięciem w piekle obowiązkowej pracy zawodowej, odbywającej się kosztem wychowywania potomstwa i funkcjonowania rodziny. W tym kontekście musi dziwić rosnące zainteresowanie ruchem feministycznym w Polsce i szerząca się krzykliwa propaganda feministyczna w mediach. Warto przyjrzeć się bliżej feminizmowi i głoszonym przez niego poglądom.

Jak mężczyźni wymyślili feminizm

Od samego początku feminizmowi patronowali mężczyźni. Można powiedzieć, że gdyby nie wkład mężczyzn (tzw. feministów) w działania tego ruchu, nigdy feministyczna ideologia — do tej pory niespójna i nielogiczna — nie powstałaby i nie okrzepła. Feminizm jest tworem mężczyzn. Prekursorami „wyzwolenia kobiet” byli francuscy ideolodzy utopijnego socjalizmu J. A. N. Condorcet i Charles Fourier, odczytujący w dość oryginalny sposób zaangażowanie francuskich kobiet w czasie rewolucji francuskiej. W koncepcjach obu tych utopistów ważne miejsce zajęła likwidacja rodziny, stojącej na straży własności prywatnej. Zdaniem tych dwóch ideologów, w małżeństwie i rodzinie kobieta pełni rolę własności prywatnej męża, jest ciemiężona. W wyniku rewolucji powinno więc nastąpić „wyzwolenie” czyli „emancypacja” kobiet. Te dwa pojęcia, użyte po raz pierwszy przez Fouriera, stały się podstawowym elementem feministycznej retoryki. Ci dwaj postulowali zastąpienie małżeństwa i rodziny wolnymi związkami i kolektywnym wychowaniem dzieci, opartym na rygorystycznie przestrzeganej równości.

Sufrażystki, walczące o prawa społeczne i polityczne w połowie XIX wieku, mogły liczyć na poparcie rozwijających się ruchów socjalistycznych i komunistycznych, niejako stając się ekspozyturą tych rewolucyjnych organizacji. Engels na kartach wydanej w 1884 roku pracy Pochodzenie rodziny, własności i państwa rozwinął myśl utopijnych socjalistów o seksualnym zniewoleniu kobiet w patriarchalnej rodzinie wraz z pojawieniem się własności prywatnej. Sporo miejsca walce o „wyzwolenie kobiet” poświęcił w książce Kobieta i socjalizm niemiecki socjalista August Bebel, współpracujący przez pewien czas z Różą Luksemburg czy swarliwą towarzyszką Klarą Zetkin.

Socjalistyczne korzenie feminizmu

Postulowane przez socjalistów zrównanie w prawach mężczyzn i kobiet było w istocie instrumentalnym zagraniem politycznym, obliczonym na budowę szerszej bazy społecznej dla lewicowych ruchów. Nasilenie tego procesu nastąpiło zwłaszcza w czasach wewnętrznych walk w łonie międzynarodówki pomiędzy komunistami a zwolennikami reformizmu. Oba ruchy prześcigały się w politycznych postulatach dotyczących kobiet. O ile reformiści dążyli do budowy dużego elektoratu, zdolnego do wprowadzenia socjalizmu drogą demokracji, to komuniści, wyrastający z europejskich socjaldemokracji, musieli znaleźć nowe hasła, zdolne przyciągnąć pod swoje sztandary interesujące się polityką kobiety. Tymi „nowymi — starymi” hasłami były odgrzane postulaty Condorceta i Fouriera, wzywające do obalenia zastanego porządku hierarchicznego w rodzinie i wyzwolenia kobiet.

Niezależnie od politycznych działań lewicy w XIX wieku powstawały fundamenty naukowego światopoglądu feminizmu. Wśród jego twórców trzeba wymienić Karola Darwina, Jana Bachofena i Zygmunta Freuda. Wszyscy oni zostali ostatecznie przez wojujące feministki poddani miażdżącej krytyce, jako biali mizogini, ugruntowujący niewolę kobiet. Jednak ich wpływ na współczesny feminizm jest bezsporny.

Darwin dał podstawy nie tylko teorii ewolucji, ale także rozwiniętej przez jego następców koncepcji społecznej, opartej na istnieniu wewnętrznej walki w obrębie każdej wspólnoty: walki klas, narodów, ras, pokoleń i płci. Tak jak Marks wprowadził ją w obręb swoich poglądów społeczno-politycznych, tak samo uczyniły XIX-wieczne feministki, uzasadniając tym sposobem swoją walkę o równouprawnienie i społeczne wyzwolenie.

Gnostycyzm i neopogaństwo feminizmu

O ile wiktoriański, patriarchalny ojciec dziesięciorga dzieci — Karol Darwin — stał się filarem feministycznego światopoglądu zupełnie nieświadomie, to antropologiczne koncepcje szwajcarskiego protestanta Jana Bachofena były już całkiem świadome. Neognoza wyznawana przez Bachofena, klasyfikowana przez feministki jako mizoginistyczne poglądy, degradujące rolę kobiety do „dziedziny materialnej egzystencji”, przy przypisywaniu mężczyznom wyłączności w „dziedzinie idei”, przyznaje kobietom specjalną rolę w kwestii odrodzenia religijnospołecznego ludzkości.

Wydana przez szwajcarskiego religioznawcę w 1861 roku praca Das Mutterrecht, opiewająca już w swych pierwszych słowach „Matki wspaniały dom”, jako fundament równości, na którym powinno być zbudowane idealne społeczeństwo, stała się inspiracją nie tylko dla powstających wtedy ruchów gnostyckich, ale także dla feministek. Zdaniem Bachofena, dwoistości płci odpowiada religijny dualizm. Kobieta jest nierozerwalnie związana religijnie z kultem ziemi i księżyca, a więc kultem bóstw podziemia (religia teluryczna), natomiast mężczyzna — z solarnymi bóstwami nieba. Religia kobiety, kładąc nacisk na równość, jest w istocie religią śmierci, rozumianej nie jako negatywne unicestwienie, ale dotyczące każdego odejścia opartego na powinności natury. Według Bachofena, w obrębie chrześcijaństwa ścierają się dwie koncepcje — solarna i teluryczna. Aby uzasadnić swoje poglądy na ewolucję religii, dokonał on nowej interpretacji mitów europejskich, dochodząc do przekonania, że przytłaczająca większość symboliki europejskiej posiada ukryte znaczenie matriarchalne.

Mimo iż zapatrywania szwajcarskiego naukowca zostały zanegowane stosunkowo szybko przez religioznawców, a nawet przez samych gnostyków, jego sposób interpretacji i spora część poglądów zostały zaakceptowane przez feministki. Dotyczy to zwłaszcza odpowiedzi udzielonej przez Bachofena na pytanie, co stanowi siłę sprawczą działania ludzi. Dla szwajcarskiego naukowca Afrodyta napełnia człowieka popędem płciowym, który jest najważniejszą siłą tak u zwierząt, jak i u ludzi.

Freud i Jung ojcami feminizmu

Poglądy Bachofena znalazły miejsce w powstającej w XIX wieku psychologii. Za ojców współczesnego feminizmu można bez przesady uważać Zygmunta Freuda i Karola Gustawa Junga. Co prawda, feministki dokonują surowego rozrachunku z freudowską terminologią seksistowską i dokonują reinterpretacji jego poglądów w obrębie tzw. neopsychoanalizy, jednak autor słynnego pytania: „Was will das Wieb?” (Czego chce kobieta?’), cieszy się dużym szacunkiem w ich środowiskach. Jedna z czołowych feministek Toril Moi, omawiając nurty współczesnego feminizmu, powołuje się na europejskie działaczki, które w odróżnieniu od amerykańskich, pozytywnie odnoszą się do psychologicznych dociekań Freuda.

W pracy Totem i tabu, nazwanej nie bez ironii przez Mircea Eliadego „ewangelią zachodniej inteligencji”, Freud omawiał kwestie antropologiczne występującego w niektórych mitach ojcobójstwa, pojmowanego w teologiczny sposób. Pomimo tego, że antropolodzy, tacy jak Malinowski, Kroeber czy Schmidt, nie zostawili na pseudonaukowych koncepcjach Freuda suchej nitki, dała ona impuls do sprecyzowania tzw. ginekoteologii i feministycznych teorii społecznych. Zdaniem twórcy psychoanalizy, praprzyczyną powstania społeczeństwa i religii było zrytualizowane morderstwo dokonane przez synów „Adama” na swoim ojcu, w celu sięgnięcia po pozostające pod jego władzą (zawłaszczone) kobiety.

Synowie zabiwszy ojca zjedli go w czasie uczty, a ślady tego wydarzenia widzimy we wszystkich systemach religijnych na świecie — od Amazonii (uczty totemiczne) po bazylikę św. Piotra w Rzymie (Msza). Jednak już autor Złotej gałęzi (kolejnej książki promującej ginekoteologiczny sposób widzenia początków religii) James G. Frazer zwracał uwagę, że spośród ludów znających pojęcie uczty totemicznej jedynie cztery obchodzą ją jako dopełnienie mordu dokonanego na bogu. Freud, jak przystało na współczesnego intelektualistę, niezbyt przejął się tymi zarzutami.

Marlena Dietrich odrzuca wymysł mężczyzn — kobiecość

Nie mniejszym zainteresowaniem feministek cieszy się również traktat Freuda Kobiecość. Dzisiejsze feministki nie mogą darować Freudowi jego koncepcji psychologicznej „deprecjonującej kobiece ciało” jako „niekompletne”. Zdaniem Freuda, ten brak wywołujący zazdrość względem męskiego ciała, powoduje u kobiet potrzebę kompensacji. Jednak oburzenie oraz reinterpretację dyskusyjnej hipotezy Freuda przez dzisiejsze feministki, spowodowała nie publikacja pracy Freuda, a dosadne (a nawet wulgarne) wykorzystanie głównej myśli psychologa przez polemizującą z amerykańskimi feministkami ich skrajną przeciwniczkę, niemiecką aktorkę Marlenę Dietrich. To ona głośno nazwała ukryte kompleksy feministek, odrzucających ten „wymysł męskich szowinistów”, kaganiec seksizmu, czyli „kobiecość”.

Karen Horney, feministyczny teoretyk neopsychoanalizy, potępia freudowski sposób argumentacji oraz opis kobiecego ciała i jego reakcji psychofizycznych przy użyciu męskiej terminologii, zdominowanej przez patriarchalny kontekst. Wszak twórca psychoanalizy był nie tylko mężczyzną, ale do tego monogamicznym mężczyzną (!), a skoro 50-letni związek Freuda z Martą Bernays należy uważać za udany, musiał opierać się na niewolniczej zależności żony od męża. Karen Horney nie pozostaje dłużna swojemu mistrzowi.

Przewaga mężczyzn w świecie polityki, kultury i sztuki istniejąca przez wieki, jest efektem „kompulsywnej męskości”, czyli kompensacji, zazdrości wobec wyglądu i możliwości biologicznych kobiecego ciała. Podobny punkt widzenia, oparty na zwykłym, nienaukowym odwracaniu argumentu, prezentuje feministyczna przeciwniczka teorii Freuda Luce Irigaray. Przytłaczająca większość kobiet tworzących ideologię feministyczną sama produkuje amunicję łatwą do wykorzystania przez przeciwników. Cechą charakterystyczną feminizmu jest bowiem sekciarstwo, bezwzględna i krzykliwa walka o poważanie w obrębie swojej sekty (np. walka radykalnego odłamu „czerwonych pończoszek” z feministkami umiarkowanymi) oraz odrzucenie każdej myśli nie wyrażonej przy użyciu feministycznej nowomowy.

Wyzwolenie przez przemoc i powrót do poligamii

Feministki europejskie wdzięczne są Freudowi za zwrócenie uwagi na kobiece libido, które jest motorem działania kobiet, a swoją walkę definiują jako walkę w obronie swojego libido, zawłaszczonego przez patriarchalną cywilizację. Dalszego kroku nieświadomie dokonał Karol Gustaw Jung, który choć wrogo usposobiony do swojego nauczyciela Freuda, pociągnął niektóre wątki jego poglądów, włączając je w obręb neognostycyzmu. Postulat przebudowy chrześcijaństwa poprzez powrót do utraconego dziedzictwa wysunięty przez Junga, uzyskał spore zainteresowanie wśród kobiet, w tym tak wpływowych postaci jak Fanny Bodwitch Katz czy Katharine McCormick.

Ważnym elementem poglądów psychologa był postulat wyzwolenia seksualnej siły tkwiącej w człowieku, kobiecych atawizmów, poprzez powrót do religii misteryjnej i poligamii. Na sposób myślenia nowoczesnego feminizmu amerykańskiego, a pośrednio i europejskiego, miała silny wpływ również lewicowa Szkoła Frankfurcka (Max Horkheimer, Theodore Adorno, Herbert Marcuse), „wielka trójca” studenckiej rewolty 1968 roku. Wykreowany przez nich nowy typ lewicowości nadaje czytelne piętno dzisiejszemu feminizmowi. Według stworzonej przez Marcuse’a koncepcji „represyjnej tolerancji”, mniejszości żyjące w poniżeniu mają prawo do sprzeciwu przy wykorzystaniu środków pozaustrojowych, jeśli dostępne środki działania okażą się niewystarczające. Nawet użycie społecznej przemocy w takiej sytuacji jest uzasadnione, ponieważ nie rozpoczyna przemocy nowej, a rozbija istniejący już łańcuch gwałtu, nawet jeśli ten jest ukryty.

Walka garstki oświeconego embalonu (feministek) o prawa uciśnionej mniejszości gospodyń domowych, „nie mających od życia nic więcej poza mężem, dziećmi i domem” (Betty Friedan) i nieświadomych swoich praw, uzasadnia wszelkie działania radykalnego ruchu feministycznego. Lewicowość ta, dobrze zdiagnozowana przez Theodore’a Kaczynskiego w jego Manifeście, polega na wyraźnym poczuciu wyższości wobec uciskanej mniejszości, do której obrony się odwołują.

Co wybrać: pieluchy czy lot w kosmos?

Wspomniana już amerykańska feministka Betty Friedan w swojej pracy The Femine Mystique nie używa pojęcia housewife (gospodyni domowa) w innym kontekście niż negatywny. Potężny wpływ na sposób myślenia działaczki miał amerykański psycholog, twórca teorii „piramidy potrzeb”, prekursor New Age Abraham Maslow i piewca komunistycznego systemu edukacyjnego Benjamin Spock. Zdaniem Spocka, „radzieckie dzieci, których matki poza tą rolą mają jeszcze inne cele w życiu, gdyż zajmują się medycyną, nauką, edukacją, przemysłem, sztuką, a nawet rządzeniem, wydają się bardziej ustabilizowane, grzeczne i dojrzałe niż ich amerykańscy rówieśnicy, mający wciąż zabiegające o nie matki”.

Na kartach książki Friedan przyznaje rację swojemu przyjacielowi, zastanawiając się twórczo, czy „kobiety radzieckie nie są lepsze, ponieważ mają do osiągnięcia w życiu poważne cele”. Radziecki komunizm dawał bardziej „górnolotne” cele kobietom niż pieluchy, np. lot kosmiczny Walentyny Tiereszkowej, a feministki lubią przecież wyzwania, zwłaszcza gdy są one łatwiejsze niż przyzwoite wychowanie dzieci. Feministki z lubością przywołują swoje „siostry”, bojowniczki o „prawa kobiet”: Mary Wollstonecraft, George Sand, Wirginię Wolff, Fridę Kahlo, Marię Skłodowską czy Simone de Beauvoir. Jednak wpływ tych zaangażowanych kobiet — poza de Beauvoir — w tworzenie feministycznej ideologii był znikomy, by nie powiedzieć żaden.

Na próżno szukać w feministycznych publikacjach odwołania do równie zaangażowanych kobiet, poświęcających swoje prywatne życie dla spraw zawodowych, uzyskujących równie wielką sławę jako kobiety, takich jak Marlena Dietrich, Edith Piaff czy Leni Riefenstahl. Miały one pełną świadomość utraty czegoś niezwykle istotnego, nieodłącznej, akceptowanej przez nich kobiecości. Żadna z tych wielkich kobiet nie miała udanego życia małżeńskiego i rodzinnego — tak samo jak przytłaczająca większość feministycznych liderek.

Agresywna dynamika kobiecej świadomości

Tadeusz Kobierzycki klasyfikuje współczesny feminizm jako wyrastającą z tryumfującej po rewolucji francuskiej „wspólnotowej gnozy”, tzw. „gnozę rewolucyjną”, dążącą do radykalnej przebudowy zastanego porządku, obalenia istniejącego systemu wartości i zastąpienie go nowym. Wspólnym celem liberalizmu, komunizmu czy feminizmu jest utworzenie raju na ziemi poprzez zmiecenie starego porządku i budowę nowego człowieka. O ile dla komunistów raj na ziemi miał być osiągnięty poprzez zbudowanie komunizmu i stworzenie internacjonalistycznego społeczeństwa bezklasowego, to feministkom prześwieca idea budowy girlish culture („dziewczyńska” kultura), bez jakichkolwiek nakazów i zakazów.

Jak już pisałam, współczesny feminizm jest konglomeratem najprzeróżniejszych poglądów i koncepcji, które zazwyczaj ścierają się w getcie feministycznej cyberprzestrzeni, jednak coraz częściej goszczą na łamach tzw. prasy kobiecej. Wydana w 1949 roku książka Simone de Beauvoir Druga płeć jest, obok koncepcji „kobiety — profesjonalnego automatu” anarchistki Emmy Goldman, najważniejszą pracą tzw. feminizmu pierwszej fali. Autorka skrytykowała engelsowskie i freudowskie rozumienie zniewolenia kobiet, starając się sięgnąć głębiej w męsko-żeński system zależności.

W poszukiwaniu odpowiedzi, zdaniem de Beauvoir, należy sięgnąć do czegoś głębszego niż kobieca fizjologia, procesy ekonomiczne czy psychika kobiety — a mianowicie do dynamiki kobiecej świadomości. Kierunek wyznaczony przez nią kontynuuje duża część dzisiejszych feministek. Zdaniem de Beauvoir, kobieta i mężczyzna są istotami w pełni równymi pod względem biologicznym, a dopiero uwarunkowania społeczne kształtują „bycie kobietą”. Pojęcie „kobiecości” jest wytworem świadomości społecznej — zauważmy, że z dziwnych względów wyjątkowo jednomyślnej w różnych wysoko rozwiniętych kulturach na całym świecie — „jednostka nie rodzi się, lecz staje kobietą”.

Feminizm — jawny bądź ukryty kult męskości

Pojęcie „równości”, będące najważniejszym z dogmatów feminizmu, stanowi oś ideologii zarówno feminizmu politycznego czy emocjonalnego, jak też intelektualnego, wyznawanego przez de Beauvoir. „Nie ma różnicy pomiędzy kobietą a mężczyzną” — brzmi podstawowe hasło feminizmu trzeciej fali. Kobieta nie tylko może wykonywać czynności do tej pory zarezerwowane dla mężczyzn, co było postulatem feministek lat 60., ale pod względem reakcji biologiczno-psychicznych nie różni się od mężczyzn. Różnice zostały stworzone dopiero przez narzucone przez tradycję role społeczne.

Już w latach 70. feministki starały się dowieść niezbicie na gruncie psychosocjologii, że agresja kobiet nie różni się od agresji mężczyzn, a kobieta jest równie agresywnym stworzeniem co przedstawiciele „płci brzydkiej”. Badania niemieckiej feministki Christiane Schmerl dowodzą, wbrew współczesnym badaniom rozwoju funkcjonowania mózgu u dzieci obu płci, że dziewczynki, mające wyraźną przewagę ewolucyjną nad chłopcami, wykształcają bardziej wyrafinowane (wyżej stojące) metody słownej agresji (obmowę, upokarzanie, szyderstwo), a przy tym są bardziej agresywne niż skorzy do używania pięści chłopcy.

„Siostra” Schmerl ma bardzo proste wytłumaczenie naszych stereotypowych wyobrażeń na temat agresji: „Jeśli do dziś utrzymuje się wyobrażenie o silnie wykształconej agresji u mężczyzn, to jedynie dlatego, że przedfeministyczne badania agresji prowadzone były przede wszystkim przez mężczyzn i na mężczyznach”. Zdaniem amerykańskiej psycholog Ann Campbell, problem w odbiorze społecznym przemocy (proszę zwrócić uwagę na przeniesienie obiektu badania!) polega na tym, że mężczyźni odczytują agresję jako środek do uzyskania kontroli nad innymi, natomiast kobiety poprzez presję społeczną odczytują agresję jako chwilową utratę kontroli nad sobą.

Feministki zrobią wszystko, by udowodnić pełną równość płci. Schmerl pisze: „Instrumentalne używanie przemocy nie jest przewidziane dla roli, jaką odgrywają kobiety. Dziewczynki uczą się raczej, że jest ona wentylem, sposobem uporania się ze stresem, a dla kobiet oznacza utratę twarzy”. Na próżno poszukiwać u feministek przynajmniej teoretycznego rozważenia hipotezy o psychologicznym podłożu agresywnego odreagowywania stresu u kobiet, uzasadnionego z punktu widzenia współczesnych badań psychologii ewolucjonistycznej, którą feministki traktują co najmniej wrogo, ponieważ podważa wiarygodność feministycznych badań.

Prowadzone intensywne badania psychologicznego i fizjologicznego funkcjonowania człowieka jednoznacznie przekreślają „osiągnięcia naukowe” feministek. Feminizm jest ruchem na wskroś egalitarnym. W swoim deprecjonowaniu kobiecości feministki posuwają się na tyle daleko, że można postrzegać dużą część ideologii feministycznej jako jawny lub ukryty kult męskości.

Kobiecość wymyślili mężczyźni. Walczyć z tym!

Jacy są mężczyźni? W potocznym, feministycznym rozumieniu, mężczyźni są agresywnymi, kierującymi się płciowym popędem, w męskim znaczeniu „poligamicznymi” istotami, rządnymi władzy i dominacji. Ten obraz samca stworzył feminizm pierwszych dwóch fal, choć jest on obecny również w retoryce feminizmu współczesnego. Mężczyźni wyznaczyli kobiecie rolę „płci słabszej”, „płci pięknej”, która miała zaspokajać ich samczą próżność. Kulturowym tego efektem było wytworzenie się pojęcia „kobiecości”, wypaczającej biologiczny i psychiczny — równy mężczyznom — charakter kobiety.

W walce z „kobiecością” feministki zaatakowały dotychczasowe kanony estetyczne kultury europejskiej, podważyły tradycyjne role społeczne wyznaczane na podstawie płci, a nawet zanegowały wyznaczoną przez naturę rolę kobiety. Dotychczasowe wyobrażenia dotyczące kobiety, charakterystyczne dla naszego kręgu cywilizacyjnego, oparte na chrześcijaństwie, greckiej estetyce i rzymskim ładzie hierarchicznym, które stanowią podstawę sztuki europejskiej, zostały uznane za seksistowskie, czyli wyrażające szowinistyczne, męskie przekonania, ugruntowujące zależność kobiety od mężczyzny.

Feministki przystąpiły do produkowania nowej sztuki, tworzenia nowej „kultury gender” (oddzielającej biologiczność płci od kontekstu kulturowego, czyli „męskości” lub „kobiecości”). Przejawami takiej „sztucznej” tandety jest pornograficzna literatura Manueli Gretkowskiej, bluźnierstwa Doroty Nieznalskiej w Polsce lub orgiastyczny intelektualizm duńskiej pisarki Suzanny. Jednocześnie feministki kontestują wszelkie przejawy erotyzmu w sztuce europejskiej minionych epok, jako prezentujące „kobiecą sylwetkę”, odzwierciedlające „ideał pięknej kobiety” czy przedstawiające „męski punkt widzenia”.

Moda proponowana przez feministki powinna zrywać z dotychczasowymi wyobrażeniami o „kobiecości”. Jaki jest tego efekt? Proponowany ideał jest w istocie zakamuflowaną maskulinizacją. Unikanie obcisłych ubiorów uwypuklających kształty kobiety (feministki pierwszej fali odrzucały noszenie gorsetów i biustonoszy jako kajdan niewoli), aseksualność stroju, ma być drogą do odrzucenia kulturowego ideału kobiecości. W efekcie feminizm produkuje biologiczne kobiety z męską mentalnością, uformowaną według funkcjonującego wśród nich stereotypu samca.

Niezdobytym bastionem jest tylko katolickie kapłaństwo

Nie istnieją strefy pracy zawodowej zarezerwowane dla płci, twierdzą feministki. Nie istnieje również podział obowiązków w obrębie małżeństwa i rodziny. Wszystko jest efektem autorytarnej kultury białego człowieka. Feministki drugiej fali ruszyły do walki o wyegzekwowanie wprowadzonych prawnie po 1945 roku w większości krajów na całym świecie postulatów pierwszej fali. Uzyskały prawo do odbywania służby wojskowej, łącznie z najbardziej elitarnymi oddziałami wojskowymi na świecie. Uzyskały prawo do wykonywania zawodów niebezpiecznych i niezdrowych.

Kobiety zajęły się dyscyplinami sportu do tej pory uznanymi z przyczyn etyczno-estetycznych za zarezerwowane dla mężczyzn. Wszystko po to, aby nie tyle wykonywać te zawody (ich odsetek w dalszym ciągu jest śladowy), co udowodnić, że kobiety też mogą. Warto zauważyć, że dotyczy to wyłącznie zawodów cieszących się dużym prestiżem społecznym. Nikt nie słyszał jednak o kobietach pracujących w kopalniach, jako hydraulicy lub np. spawacze okrętowi w stoczniach. Do tej pory niezdobytym bastionem jest katolickie kapłaństwo.

Feministka, tak jak mężczyzna, musi być zdobywcą, musi się upodobnić do „samca”. Przekonanie o tym, że to mężczyźni (a nie natura!) wyznaczyli kobiecie konkretne obowiązki w obrębie rodziny, spowodowało deprecjonowanie przez nie macierzyństwa jak i samych obowiązków rodzinnych. Feministki nie zawahały się nazwać płciowości uzewnętrznianej przez małżonków „zalegalizowaną prostytucją”. Prof. Katharine MacKinnon nazwała feminizm ideologią występującą przeciwko „prostytucji, małżeństwu i seksualnemu poniżeniu kobiety”.

Obowiązki domowe feministki ukazywały jako czynności niższej rangi wobec obowiązków wypełnianych przez mężczyzn. „Jeśli kobieta twierdzi, że gotowanie sprawia jej przyjemność, to świadczy to tylko o tym, jak dalece pogodziła się ze swoim zniewoleniem” — napisała liderka feministek Joan Didion. Cytowana już wcześniej Betty Friedan stwierdziła, że „tak zwana kobieca troska o dom: mleko w dzbanku, płócienne serwetki przy talerzach i temu podobne bzdety — to w istocie wehikuł zniewolenia kobiet”.

Feministki w walce z własną kobiecością

Jednak przypisane kobiecie czynności można odrzucić. Zawsze można spisać, tak jak Alix Shulman, „kontrakt małżeński”, będący domową konstytucją opartą na małżeńskiej umowie społecznej, dzielącą równo obowiązki domowe pomiędzy męża i żonę. Co jednak zrobić z naturalnymi funkcjami ciała kobiety? Jak poradzić sobie z macierzyństwem?

Feministki jednoznacznie zaklasyfikowały macierzyństwo w obrębie rodziny jako ostateczny, najgorszy rodzaj zniewolenia, przykuwający kobietę do męża i domu. Seksualność mężczyzny jest pozbawiona konsekwencji — nie musi rodzić dzieci.

Dla Ann Crittenden urodzenie dziecka było jedną z najgorszych strat w życiu. „Decyzja o urodzeniu dziecka kosztowała mnie z grubsza 600 do 700 tysięcy dolarów, nie licząc luki na koncie w funduszu emerytalnym” — napisała bez ukrywania intencji. Wspomniana Joan Didion napisała: „Dzieci to wstrętne maszynki do trawienia pokarmów i brudzenia, pozbawiające kobiety ich wolności”. Feministki są głosicielkami wypaczonej męskiej wizji „seksualności bez konsekwencji” (takie podejście powoduje apoteozę miłości lesbijskiej rozpowszechnione wśród feministek). Z tego właśnie powodu występują przeciw naturze ciała kobiety, postulując walkę z „kobiecą dolegliwością”, czyli menstruacją.

Propagują używanie pigułek antykoncepcyjnych, dających wolność w sferze płciowości, są również zwolenniczkami aborcji bez ograniczeń. Do tego jednak, aby osiągnąć ten wymarzony przez feministki poziom wyzwolenia, kobieta musi się stać niezależna od narzuconych jej przez naturę ograniczeń — musi przestać obawiać się ciąży i wstydzić miesiączki. Musi stać się mężczyzną. Bo mężczyźni… są lepsi… Tako rzeczą feministki.

Bierzcie przykład ze zwierząt!

Feminizm radykalny jest ruchem występującym przeciwko naturze, przeciwko narzuconym przez nią ograniczeniom i regułom. Popiera i propaguje homoseksualizm, jako istotny składnik walki o równouprawnienie kobiet. Ale świat stworzony przez Boga jest celowy i uporządkowany. Wystąpienie przeciwko jakiemukolwiek prawu tej celowej „anarchotyranii” mści się stokrotnie… Negując swoją ludzką, uformowaną przez Boga naturę, feministki poszukują punktu odniesienia dla swojej argumentacji w świecie zwierząt. Zdaniem feministek „zwierzęcość” stanowi ideał, od którego, ze szkodą dla siebie, ludzie odeszli. Miejsce wspólnoty równych, jaką ich zdaniem tworzą stada zwierząt, zajęła autorytarna cywilizacja patriarchalna oparta na zniewoleniu kobiet, które opiera się na monogamii. Feministki są głosicielkami specyficznie pojmowanej poligamii kobiecej, która oddziela funkcje rozrodcze kobiety od podporządkowania mężczyźnie, jakie wedle ich poglądów występuje w małżeństwie i rodzinie. Pierwotny stan poligamii charakteryzował się pełną swobodą seksualną kobiet. Jednak, jak udowodniła nauka, stan taki nigdy w przeszłości nie istniał.

Feministki poszukują dziś swojej Arkadii już nie w odległej matriarchalnej przeszłości, ale w idealizowanym świecie zwierząt. Amerykańska umiarkowana feministka, antropolog Sarah Blaffer Hrdy, w książce Kobieta, która nigdy nie przeszła ewolucji, pisze: „Spośród naczelnych my, kobiety, obdarzone jesteśmy największą samoświadomością, ale mamy najmniej swobód. U innych naczelnych samice same dbają o swoje utrzymanie i rozmnażanie. Natomiast my, kobiety, jesteśmy pod tym względem zdane na męską pomoc. To wzmacnia pozycję mężczyzn”.

Zdaniem Hrdy, kobieta z natury, tak jak przytłaczająca większość ssaków, jest poligamiczna. Zmiana w obrębie zachowań nastąpiła jej zdaniem około 10 tys. lat temu, wraz z rewolucją neolityczną, czyli przejściem na osiadły tryb życia i wytworzeniem się struktury rodowej. Rzekome pozostałości tej poligamii są zauważalne w prymitywnych społecznościach dorzecza Amazonki.

Macierzyństwo jest końcem kariery

Donald Symons, przedstawiciel psychologii ewolucjonistycznej, obalił poglądy „siostry” Hrdy, udowadniając, że opisane przez nią przypadki „poligamii” mają w istocie charakter rytualnych gwałtów, a nie biologicznej taktyki rozrodczej. Od tego czasu Sarah Hrdy woli powoływać się na szympansy. Jej zdaniem kobieta nie jest obdarzona instynktownym pragnieniem posiadania dziecka, a wyrażenie „instynkt macierzyński” wywołuje u Hrdy zdecydowanie negatywną reakcję. Instynkt macierzyński jest wymysłem, ewentualnie dotyczy tak samo kobiety, jak mężczyzny, bo opiera się na wydzielaniu takiego samego hormonu — prolaktyny. Znacznie poważniejszą przyczyną posiadania potomstwa, wynikającą z obserwacji szympansów, jest zakodowana w kobiecie potrzeba fizycznego zbliżenia (zaspokojenia) z samcem.

Niejako statystycznie przypadkowo następuje zapłodnienie i potomstwo. Kobieta instynktownie poszukuje najlepszego samca, który gwarantuje przetrwanie jej potomstwa. Jeśli takiego znajduje, jest gotowa na zaakceptowanie monogamii. Natomiast w przypadku, gdy pojawia się niepewność bytu materialnego, sytuacja ulega diametralnej zmianie. W grę wchodzi strategia prokreacyjna, według której większa liczba potencjalnych ojców pomaga przetrwać potomstwu.

Do wszystkich tych „genialnych odkryć” Sarah Hrdy doszła obserwując przez długie miesiące szympansy. Na poparcie swoich tez przytacza „solidne” statystyki — w bogatych krajach, takich jak Szwajcaria, tylko mniej niż 1 proc. potomstwa pochodzi z pozamałżeńskich związków, natomiast w ubogich dzielnicach miast USA jedno dziecko na dziesięć nie pochodzi od mężczyzny, który uważa się za biologicznego ojca.

Chcemy być takie, jak małpy bonobo!

Jak łatwo zauważyć, ani poglądy amerykańskiej antropolog, ani przytaczane przez nią statystyki niczego nie udowadniają. Publicystka „New York Timesa” Maureen Dowd wzięła sobie jednak do serca ciężko wypracowane na afrykańskich sawannach „dowody” Sary Hrdy. „Gdyby tylko mężczyźni porzucili swoje głupie dążenie do panowania nad światem, byłby on o wiele przyjemniejszym miejscem do życia. Popatrzcie tylko na talibów, popatrzcie na Watykan… A teraz spójrzcie na społeczność małpek bonobo”.

Spoglądamy: bonobo górują, tak jak szympansy, nad ludźmi, ponieważ wśród nich „dominują samice. Jest to tylko lekka dominacja, a właściwie współrządzenie, na mniej lub bardziej równych zasadach”. Natalie Anger, która bynajmniej nie jest pracownicą ogrodu zoologicznego, a wziętą feminizującą publicystką amerykańską, nie ukrywa zachwytu nad bonobo: „Bonobo używają seksu do rozluźnienia, do umocnienia sojuszy…”.

Sprawa kobiecej płciowości jest osią feministycznej retoryki. Helene Cixous wzywa kobiety, by dały się kierować swemu własnemu libido. Tylko w ten sposób mogą wyzwolić się z narzuconych norm społecznych. „Ty decydujesz o swojej pozycji w przestrzeni zakazów lub przyjemności i rzeczywistości”. Seksualność w pojęciu radykalnych feministek jest metodą przeprowadzenia rewolucji. Stwarza ona świat rewolucji, a można ten stan osiągnąć wyłącznie poprzez odrzucenie tradycyjnej patriarchalnej etyki opartej na uświęconej religijnie monogamii. Wszak już Bachofen pisał, że Helena trojańska prowadzi swoją własną wojnę…

Feminizm niszczy cywilizację i chrześcijaństwo

Feminizm jest sztuczną ideologią stworzoną przez marksistów, nie tyle w celu obrony kobiet przed skutkami postępującej demokratyzacji i kapitalizacji życia, ale ze względu na wewnętrzne walki w łonie ruchu socjalistycznego, wobec których wymagana była totalna mobilizacja zwolenników. Hasło walki „o wyzwolenie kobiet” nie istnieje samodzielnie w oderwaniu od ogólnolewicowych sloganów o wyzwoleniu wszelkich ciemiężonych mniejszości — zostało wchłonięte przez lewacką retorykę, nieszczerą i pozbawioną głębszej refleksji.

Feminizm występuje radykalnie przeciwko chrześcijaństwu i podstawom cywilizacji grecko-rzymskiej, odwołując się często do „osiągnięć” prymitywnych społeczności pogańskich, czy mitycznych, nieistniejących nigdy kultur i wierzeń. Pogaństwo jest elementem stale występującym w feministycznej retoryce, w związku z czym feministki negują macierzyństwo, małżeństwo i rodzinę, pojmowaną w cywilizowany sposób. Ideologia feministyczna głosi ukryte hasła maskulinizacyjne, jest w istocie nienaturalnym kultem męskości, deprecjonującym pojęty fałszywie termin „kobiecości”. Feminizm ostatecznie neguje biologiczną naturę kobiety, opierając swoją retorykę na podkreślaniu animalistycznych aspektów fizyczności.

Ideologia ta, pomimo niekonsekwencji i sprzeczności, posiada poważne konsekwencje religijne. Jeśli zaklasyfikujemy mizoginię jako rodzaj męskiej choroby psychicznej, co czyni współczesna psychologia, to możemy uznać feminizm za poważny i rozpowszechniony rodzaj kobiecego schorzenia psychicznego, polegającego na odrzuceniu swojej natury i przeniesieniu obiektu nienawiści na pożądaną męskość. Le Bon miał rację. Feminizm, tak jak socjalizm, musi być leczony.

środa, 30 października 2013

Socjaliści za aborcją i homomałżeństwami



Artykuł opublikowany przez amerykańską Międzynarodówkę Socjalistyczną (International Socialist Organisation) głosi, że wprowadzenie aborcji i małżeństw homoseksualnych jest niezbędne do… zastąpienia globalnego kapitalizmu przez marksizm. Takie poglądy wyraził niejaki Todd Chretien na łamach pisma "Socialist Worker". Autor chwali postępowe poglądy młodych, kobiet i mniejszości przeciwstawiając ich zacofanym i dojrzałym białym mężczyznom.


„Według statystyk bazujących na wieku, rasie i płci jasno widać jakie siły są realnym zagrożeniem”, napisał Chretien. „Małżeństwa homoseksualne popiera około 68 procent osób w wieku 18 do 34, 60 procent kobiet i 60 proc. kolorowych. Z drugiej strony popiera je jedynie 46 proc. osób po 50-tce, 49 proc. mężczyzn i 53 proc. białych”. Autor zauważa także, że pokolenie tzw. "Millenials", a więc urodzonych po 1981 r., jest jedynym, które popiera legalizację homomałżeństw.

Jednocześnie lewacki autor martwi się z powodu zmniejszającego się poparcia Amerykanów dla aborcji. W tym przypadku różnice poglądów wiążą się bezpośrednio z religijnością - według sondaży 2/3 katolików i protestantów, którzy co tydzień uczęszczają do kościołów/zborów jest przeciwko aborcji. Z kolei ok 72 proc. niewierzących jest za aborcją na żądanie.

 Chretien zauważa - słusznie - że poparcie dla socjalizmu i mordowania nienarodzonych często szło ze sobą w parze. Margaret Sanger, założycielka Planned Parenthood - największej w Stanach Zjednoczonych organizacji wspierającej aborcję - została po swojej śmierci w 1966 r. uznana przez New York Times za „aktywną działaczkę” Partii Socjalistycznej „skupiającej radykałów różnego autoramentu”. Publicysta Socialist Worker liczy na zmianę tej sytuacji za sprawą „szerszej dystrybucji bogactwa”, która przyniesie zmianę „całej struktury społeczeństwa”.

Artykuł w "Socialist Worker" to, jak zauważa lifesitenews.com, najświeższy dowód wsparcia międzynarodowego ruchu socjalistycznego dla aborcji. Na konferencji Międzynarodówki Socjalistycznej w 2012 roku uczestnicy wzywali do zalegalizowania aborcji na żądanie. Z kolei w czerwcu Komunistyczna Partia Australii wzywała swoich członków do zwalczania chrześcijaństwa poprzez poparcie dla homo-małżeństw.


Źródło: lifesitenews.com

Mjend

wtorek, 29 października 2013

Uciekli z Niemiec do Bytowa przed rodakami. 13-letnia Niemka twierdzi, że była prześladowana

Czułam się jak w więzieniu, bo nie mogłam korzystać ani z telefonu, ani z internetu. Byłam ciągle obserwowana i kontrolowana(...) Moje rzeczy włącznie z bielizną były systematycznie przeszukiwane. Każda rozmowa była podsłuchiwana. Często byłam głodna, bo dyrekcja nie dawała mi bonów na jedzenie - relacjonuje 13-latka, która wraz z rodzicami uciekła z Niemiec przed Jugendamtem do Polski, a konkretnie - do Bytowa.



(© Ł. Boyke)

Opis: Axel Schandorff z córką Antonią pokazują filmik zamieszczony przez dziewczynkę w sieci
Antonia Schandorff, 13-letnia Niemka, ukrywa się wspólnie z rodzicami w okolicach Bytowa, bo za zachodnią granicą jest poszukiwana przez tamtejszy Jugendamt (Urząd ds. Dzieci i Młodzieży). Dziewczynka uciekła z placówki w Visselhovede w okolicach Bremen, bo, jak mówi, nie mogła wytrzymać w miejscu, w którym była traktowana jak przedmiot. 

Rodzinny dramat to konsekwencja tego, że dziewczynka często opuszczała zajęcia w szkole, ponieważ jej ojciec, z uwagi na ciągłe zmiany miejsca zatrudnienia, zmieniał też miejsce zamieszkania. To miało się nie spodobać niemieckiej organizacji, która siłą, w asyście policji, zatrzymała dziewczynkę tuż po zakończeniu zajęć w szkole. Rodzice 13-latki są zrozpaczeni, bo nie mogą wrócić do kraju. Wiedzą, że kiedy tylko przekroczą granicę, pierwsza policyjna kontrola zakończy się przewiezieniem dziewczynki do miejsca, skąd uciekła. 

13-letnia Antonia jest córką Dorthe i Axela Schandorff. Dziecko zostało zabrane do przytułku także z innych powodów. Ojciec 13-latki twierdzi, że przyrodnia siostra dziewczynki poinformowała służby o tym, że w domu rodzinnym jakoby regularnie dochodzi do aktów przemocy. Oskarżeniami obrzucony został ojciec Antonii, który wszystkiemu zaprzecza tłumacząc, że działanie Anny - przyrodniej siostry Antonii, podszyte jest zemstą. - Nigdy w naszym domu nie doszło do żadnego aktu przemocy - podkreśla Axel Schandorff, ojciec Antonii. 

Obecność Axela Schandorffa i jego rodziny na terenie powiatu bytowskiego nie jest przypadkowa. Zdesperowany Niemiec, który potrzebował pomocy dotarł do Wojciecha Pomorskiego, mieszkańca Bytowa i prezesa Polskiego Stowarzyszenia Rodzice Przeciw Dyskryminacji Dzieci w Niemczech - człowieka, który od 2003 roku walczy w austriackich, niemieckich i polskich sądach o własne córki, którym zakazano posługiwać się językiem polskim. 

Rodzina ukrywa się na terenie powiatu bytowskiego od niespełna dwóch tygodni. W miejscu, gdzie nie ma nawet zasięgu w telefonie komórkowym rodzice z córką czują się bezpieczni. 

Ambasada Niemiec w Polsce nie odnosi się bezpośrednio do sprawy 13-letniej Antonii oraz jej ucieczki z Jugendamtu. 
- Osobie niepełnoletniej nie grożą w Niemczech konsekwencje prawno-karne za samowolne opuszczenie domu dziecka - pisze w komunikacie do naszej redakcji Lukas Wasielewski z Ambasady Niemiec w Warszawie . - Dlatego osoba taka nie jest również poszukiwana listem gończym. 

Mecenas Markus Matuschczyk, który zajął się sprawą 13-letniej "uciekinierki" zamierza odwołać się do niemieckiego wymiaru sprawiedliwości z wnioskiem o przywrócenie praw rodzicielskich rodzicom. Zapowiedział, że póki co rodzina nie zamierza wrócić do kraju nad Renem. 

Czy Jugendamt - niemiecka organizacja ds. dzieci i młodzieży ustosunkował się do pytań przesłanych przez naszą redakcję - czytaj w papierowym wydaniu "Dziennika Bałtyckiego" z dn. 20.09.2013, w którym ukazała się pełna wersja artykułu o tym, jak Niemcy uciekli do Polski przed rodakami. 




Łukasz Boyke


Pełna wersja tekstu w papierowym wydaniu "Dziennika Bałtyckiego" z dnia 20.09.2013 


poniedziałek, 28 października 2013

Wyroki za nieprzepraszanie za Jedwabne



W polskim prawie nie istnieje jeszcze postulowany przez lewicę przepis o tzw. „mowie nienawiści”, ale sądy już wydają wyroki na jego podstawie. Białostocki sąd podtrzymał wyrok więzienia w zawieszeniu za wznoszenie okrzyku: „Nie przepraszam za Jedwabne”.


Na ławie oskarżonych zasiadło czterech młodych mężczyzn, skazanych w pierwszej instancji na kary więzienia w zawieszeniu i grzywny. Znaleźli się oni wśród kilkudziesięcioosobowej grupy, idącej obok uczestników białostockiego „Marszu jedności”. Wznosili okrzyki, m.in. "Jedna Polska narodowa", "Naszą bronią nacjonalizm", "Precz z komuną", "Nie przepraszam za Jedwabne", "Polska cała tylko biała", "Bóg, honor, ojczyzna".

Sąd uznał mężczyzn za… winnych nawoływania do nienawiści na tle narodowościowym i wyznaniowym. Jednego z oskarżonych mężczyzn skazał na 10 miesięcy, pozostałych czterech - na pół roku więzienia, zawieszając wszystkim wykonanie kar na 3 lata. Czterej z nich mają też zapłacić po 500 zł grzywny.

Nie wzięto pod uwagę tego, iż skazani mogli zwyczajnie nie zgadzać się z lansowaną przez media teorią mówiącą o tym, że w Jedwabnem to Polacy zabili mieszkających tam Żydów. Młodzi ludzie tłumaczyli również, że nie czują się spadkobiercami morderców z Jedwabnego, dlatego krzyczeli to, co krzyczeli. Sąd był nieugięty, mimo iż obrońca jednego ze skazanych argumentował, że hasło "Nie przepraszam za Jedwabne", "w żaden sposób" nie nawołuje do nienawiści na tle narodowościowym czy wyznaniowym. Adwokat przytaczał też badania opinii publicznej, z których wynika, iż 48 proc. respondentów uważa, że Polacy nie powinni przepraszać za mord Żydów w Jedwabnem.

Mimo tego sąd uznał, że hasło "Nie przepraszam za Jedwabne", to… mowa nienawiści na tle narodowościowym.


Źródło: wp.pl

kra