piątek, 11 października 2013

Brzeziński: Nowy Porządek Świata jest w niebezpieczeństwie z powodu „sprzeciwu szerokich mas ludności”.


Były doradca ds. bezpieczeństwa narodowego USA za Cartera, Zbigniew Brzeziński (1977-1981), ostrzegł elity światowe przed niebezpieczeństwem zagrażającym projektowi New World Order, z powodu globalnego ruchu sprzeciwu szerokich mas ludności przeciwko zewnętrznej kontroli. Sprzeciw ten bierze się z narastającej politycznej aktywności szerokich mas. Powiedział tak Brzeziński na Europejskim Forum Nowych Idei (European Forum For New Ideas- EFNI), które miało miejsce w Polsce w dniach 26-28 września 2012 roku. Brzeziński nazwał twierdzenie, że XXI wiek jest, rzekomo, „amerykańskim wiekiem”, niczym innym jak „rozpowszechnionym złudzeniem”. Wręcz przeciwnie, według jego opinii, amerykańska dominacja globalna nie jest już możliwa z powodu coraz szybszych zmian społecznych wywołanych środkami masowej komunikacji, takimi jak TV, radio i internet, które doprowadziły do „powszechnego przebudzenia szeroko rozprzestrzenionej świadomości politycznej”. W tym przemówieniu w Polsce, Brzeziński także wyraził następującą myśl: „Wzrost globalnej politycznej aktywności szerokich mas ludności już nie pozwala na zarządzanie nimi z pomocą zewnętrznie narzuconej kontroli tak jak to było w epoce kolonializmu i imperializmu”.

„Nie gasnący i utwierdzany przez twarde przekonania, sprzeciw ludzi, pochodzący z samych głębin ludu, w oparciu o ich polityczne przebudzenie i odrzucenie zewnętrznego zarządzania ze względów historycznych, jest ten opór coraz twardszy i coraz trudniejszy do stłumienia”- skonstatował Brzeziński. I chociaż Brzeziński w swoim przemówieniu bezpośrednio nie wyraził swojej oceny tego rozwoju wydarzeń, czy są one dobre czy złe, to jednakże środowisko ideologiczne, wśród którego on występował ze swoim przemówieniem, a także jego wcześniej wyrażane opinie, dają do zrozumienia, że Brzeziński swoimi opiniami nie nawołuje do świętowania przebudzenia świadomości politycznej szerokich mas ludności, a prędzej wskazuje na konsekwencje takiego rozwoju wydarzeń dla elit światowych. Środowisko polityczne Brzezińskiego na Forum Europejskim Nowych Idei było tak dobrane żeby na tym forum można było opracować ideę przekształcenia Unii Europejskiej w niedemokratyczne państwo federalne, które właśnie stosowałoby najbardziej „zewnętrzną kontrolę” wobec własnej ludności, która to kontrola znajduje się akurat w niebezpieczeństwie.

W związku z tym należy koniecznie podkreślić, że argument Brzezińskiego dotyczący „sprzeciwu szerokich mas” zagrażającemu New World Order jest używany przez niego, jako ostrzeżenie, a nie jako korzystne, w jego oczach, zjawisko. Trzeba jeszcze powiedzieć, że Brzeziński jeszcze w 1982 roku w swojej książce „Between Two Ages: America’s Role In the Technotronic Age”, opowiadał się za ‘zewnętrzną kontrolą ludności” przez rządzącą elitę za pomocą nowoczesnych, zwłaszcza elektronicznych, technologii. Oto, co on dosłownie pisał w tej książce: „W erze technotronicznej powstaje stopniowo, krok po kroku, coraz bardziej kontrolowane społeczeństwo. Takie społeczeństwo będzie zarządzane przez elity, które nie będą popierać tradycyjnych wartości. I szybko będzie możliwe śledzenie i kontrola praktycznie każdego obywatela, będzie można gromadzić najintymniejsze informacje o każdym obywatelu i przechowywać je w specjalnych teczkach elektronicznych. I władze wtedy zdołają bezpośrednio korzystać z tych teczek, w razie takowej potrzeby!”

I dalej Brzeziński pisze: „W społeczeństwie technotronicznym tendencja będzie szła w kierunku sprowadzenia milionów pojedynczych i niezwiązanych ze sobą obywateli w łączną masę, która będzie łatwo rządzona i kierowana przez charyzmatyczne i sympatyczne osobistości. Ci charyzmatyczni ludzie, do zarządzania masami, będą wykorzystywali najnowocześniejsze technologie komunikacyjne ażeby kierunkować emocje ludzkie i ludzkie myśli”. Dlatego przemówienie Brzezińskiego, na forum, o politycznie przebudzonych szerokich masach ludzi, nie należy rozumieć w tym sensie, że Brzeziński jakoś cieszy się z tego. Brzeziński jest częścią globalnej elity, a nawet więcej, on o niej wie więcej niż ona sama wie o sobie. Brzeziński jest założycielem wpływowej Komisji Trójstronnej (Trilateral Commission), jest nazywany „szarą eminencją” Rady Stosunków Zagranicznych (Council on Foreign Relations- CFR). Brzeziński regularnie bierze udział w spotkaniach Bilderberg Club.

Prezydent USA, Obama, nazwał kiedyś Brzezińskiego jednym „z naszych najważniejszych myślicieli”. Brzeziński nie pierwszy raz mówi o zagrożeniu powstającym z oporu politycznego ludności wobec zewnętrznie narzucanej kontroli ze strony nielicznej elity. W swoim wystąpieniu w kanadyjskim Montrealu w 2010 roku, na zebraniu Rady Stosunków Zagranicznych, Brzeziński ostrzegł swoich kolegów po fachu, że „globalne przebudzenie polityczne” razem z wewnętrznymi sprzecznościami w środowiskach globalnych elit, zagrażają urzeczywistnieniu projektu New World Order.

 

 

Autor: Paul Joseph Watson

Tłumaczył z jęz. niemieckiego: Dmitrij Liuft

 

 

 

 

Źródło: http://www.warandpeace.ru/ru/news/view/74999/

Za: http://3rm.info/30720-zbignev-bzhezinskiy-soprotivlenie-mass-sbivaet-dvizhenie-k-novomu-mirovomu-poryadku-s-kursa.html

Data publikacji: 30.11.2012

Tłum. RX


 

 

czwartek, 10 października 2013

Eucharystia podstawowym dogmatem wiary

Di Lumen roma (Opera propria) [GFDL (http://www.gnu.org/copyleft/fdl.html) o CC-BY-SA-3.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0)], attraverso Wikimedia Commons
Spora część spośród tzw. „konserwatywnych” katolików popełnia poważny błąd: chcąc zachować obecność Kościoła w zsekularyzowanych społeczeństwach, stara się zwiększać dumę wierzących z papiestwa, kształtując opinie tak, jak robią to laickie media – podkreślając człowieczeństwo papieża i zainteresowanie, jakim jest otaczany biskup Rzymu – zauważa w edytorialu redaktor „Radicati nella Fede”.




„Nie, to nie od papieża powinniśmy zaczynać ochronę naszego katolickiego życia: w istocie w żadnym wypadku od papieża, ale od Mszy świętej, od Eucharystii” – tłumaczy. Jak podkreślał opat trapistów w rozmowie z Clemenceau, to Eucharystia jest centralnym dogmatem katolicyzmu. „Papiestwo jest niczym innym jak nośnikiem słowa Chrystusa. To dzięki papiestwu wierni zachowują nienaruszenie dogmaty i moralność nauczaną przez Jezusa Chrystusa. To właśnie ta ochrona utrzymuje nas na właściwej drodze, ściśle określonej przez Boskiego Założyciela. Ale chodzi tylko o Chrystusa, Drogę, Prawdę i Życie” – tłumaczył mnich. „Chrystus nie jest istotą, która gdzieś zniknęła, ani też odległym bytem, o którym myślimy. On żyje. Żyje wśród nas. Jest obecny w Eucharystii. To dlatego Eucharystia jest podstawą, centrum, fundamentem religii. To z niej pochodzi wszelkie życie. Nie skąd inąd” – podkreślał.



„To jasne, że centralnym dogmatem chrześcijaństwa jest święta Eucharystia, wszystko zaczyna się od niej, nie inaczej… i jeśli maleje wiara w ten centralny dogmat, w Eucharystię, wszystko w Kościele i w chrześcijaństwie upada. Czy nie to miało miejsce w ciągu ostatnich lat?” – pyta włoski redaktor.



„Pomyślmy o naszych kościołach, w których Chrystus został „opuszczony”. Uczyniono wszystko, by usunąć z widzenia tabernakulum, zostało ono ukryte w podrzędnych miejscach posługując się wymówką, że dzięki temu wierni będą mieli lepszą możliwość adoracji. Kiedy tabernakulum pozostaje w centrum Kościoła, jest zasłaniane przez wszystko, stołem dla Nowej Mszy zagraconym rupieciami, co jasno ukazuje, poza złym smakiem, mentalny nieporządek katolicyzmu czasów, w których Eucharystia z pewnością nie jest centralnym dogmatem” – wskazuje.



„Pomyślmy o przyklęknięciach i kontemplacji, które praktycznie zniknęły z naszych Kościołów. W kościele należy koniecznie zachowywać ciszę, ponieważ Bóg jest obecny w tabernakulum. To On czyni naszą modlitwę prawdziwą” – kontynuuje.



„Drodzy bracia i siostry, czy tej wiary dalej doświadczamy w większości naszych kościołów? Czy Msza święta jest postrzegana jako Boska Ofiara Kalwarii? Kto z tą jasnością mówi o tym poza tak zwanymi „tradycjonalistami”? Czy jest jeszcze ktoś, kto mówiąc o Eucharystii wyraża się w ten sposób?” – czytamy na łamach „Radicati nella Fede”.



Marcin Luter słusznie mówił swoim zwolennikom, by nie walczyli z papiestwem, ale z katolicką liturgią – wtedy papiestwo upadnie samo. „To dlatego, z miłości do całego Kościoła, do Jego doktryny i dyscypliny, z miłości do Papieża, wikariusza Chrystusa na ziemi, jesteśmy wezwani zachowywać ryt Mszy ustalony przez Sobór Trydencki i Piusa V. Nie ma niczego bardziej naglącego” – tłumaczy.





źródło: rorate-caeli.blogspot.com

mat


Źródło: http://www.pch24.pl/eucharystia-podstawowym-dogmatem-wiary,17537,i.html

środa, 9 października 2013

Maluchy chodliwym towarem

Ostatnie głośne przypadki odbierania dzieci rodzicom przez państwo to tylko wierzchołek góry lodowej. Liczba takich spraw dramatycznie rośnie, a biznes związany z rozbijaniem rodzin kwitnie w najlepsze – wynika z danych, do których dotarła „Gazeta Polska”.

W 2006 r. do sądu wpłynęło 466 kuratorskich wniosków o odebranie dzieci. Już cztery lata później kuratorzy skierowali aż 1073 takich pism. W tym czasie (2006–2010) liczba zawodowych rodzin zastępczych, żyjących z wychowywania cudzych dzieci, wzrosła z 885 do 1674. Przypadek?

Kuratorka nie chce rozmawiać



Ta sprawa wstrząsnęła całą Polską. Wychowywany przez babcię i dziadka 5-latek z Kokorzyc pod Środą Śląską ma zostać im odebrany. Wniosek w tej sprawie skierowała do sądu kurator Bogusława Lofek z Zespołu Kuratorskiej Służby Sądowej Sądu Rejonowego w Środzie Śląskiej. Uznała, że dziecko jest... za grube. „Pasiecie go jak świnię” – miała powiedzieć do babci chłopca. Tymczasem 5-latek ma ledwie kilkukilogramową nadwagę, w domu jest otoczony miłością i niczego mu nie brakuje. O jego losie – w wyniku działań kuratorki – zadecyduje jednak nie rodzina, lecz sąd, który już we wrześniu może skierować dziecko do rodziny zastępczej.

Dramatem chłopca zajął się europoseł Janusz Wojciechowski. W liście do Rzecznika Praw Dziecka napisał: „Jeśli otyłość miałaby być powodem zabierania dzieci z ich rodzin, to znaczyłoby, że każdy pretekst jest dobry. Można zabrać za otyłość, to można i za chudość. Są setki tysięcy dzieci zbyt otyłych, setki tysięcy zbyt chudych jak na swój wiek, bo dzieci, tak jak dorośli ludzie, są po prostu różni. [...] niech Pan się zajmie tą sprawą i w ramach swoich kompetencji udaremni ten absurdalny akt przemocy wobec niewinnego dziecka. Zwalcza się wobec dzieci przemoc fizyczną, a to dziecko jest już katowane psychicznie strachem, że zostanie oderwane od miłości, od kochających je dziadków”.

Kurator odpowiedzialna za tę sytuację – Bogumiła Lofek – po nagłośnieniu skandalu nie chciała rozmawiać z mediami. Mimo to „Gazeta Polska” podjęła próbę kontaktu. W dniu jej dyżuru w pokoju, w którym pracuje, nikt jednak nie odbierał telefonu. W końcu słuchawkę podniosła jakaś kobieta, która dowiedziawszy się, kto dzwoni, stwierdziła, że kurator Lofek jest nieobecna. – To, że ktoś ma dyżur, nie oznacza, że zawsze jest na miejscu – oświadczyła.

Nikt z przełożonych Bogumiły Lofek nie potrafił powiedzieć „Gazecie Polskiej”, ile wniosków o odebranie dziecka skierowała ona w ciągu ostatnich pięciu lat. Rzecznik Sądu Okręgowego we Wrocławiu, do którego odsyłała dziennikarzy Lofek, przekazał pytania „Gazety Polskiej” do prezesa tegoż sądu, ten z kolei poinformował „GP”, że odpowiedzi powinien udzielić prezes Sądu Rejonowego w Środzie Śląskiej. Do chwili zamknięcia numeru „Gazeta Polska” nie otrzymała jednak żadnej informacji.

Bo za dużo się modliła

Ale dzieci próbuje się odbierać w Polsce także pod innymi, równie absurdalnymi pretekstami. W 2011 r. na Dolnym Śląsku odebrano matce 10-letniego syna, bo miała w domu klęcznik i rzekomo za dużo się modliła. W kwietniu tego samego roku sąd zdecydował o odebraniu 2-tygodniowego dziecka młodej kobiecie, która po porodzie zbyt wcześnie wypisała się ze szpitala, zabierając niemowlę; powodem takiej decyzji matki był strach przed kuratorką, która przed narodzinami naciskała ją, by oddała dziecko do adopcji.

We wrześniu 2012 r. sąd, na wniosek kuratora, odebrał troje dzieci – dwuletnie bliźnięta i 4-letnią dziewczynkę – samotnie wychowującej je kobiecie z Grodkowa (woj. opolskie). Matki nie stać było bowiem na wynajem mieszkania, a gmina nie była w stanie znaleźć dla niej lokalu socjalnego. W efekcie dwulatki trafiły do rodziny zastępczej, a 4-latka – do domu dziecka.

Jak oszacowała „Nowa Trybuna Opolska”, koszty zastępczej opieki dla tej trójki wynoszą ok. 5,3 tys. zł miesięcznie. Warto zauważyć, że za połowę tej kwoty matka (która miała zresztą pracę) bez problemu rozwiązałaby kłopoty mieszkaniowe.

W Bydgoszczy nakazano odebrać czterech synów matce, gdyż ta „w przeszłości leczyła się na depresję” – jak stwierdziła Ewa Gatz-Rubelowska, wiceprezes Sądu Rejonowego w Bydgoszczy. Gatz-Rubelowska dodała też, że „nie da się podważyć faktu, iż dzieci są silnie związane z matką”.

Po ogłoszeniu wyroku kobieta uciekła z dziećmi i przez dwa tygodnie ukrywała się u znajomej. Tam dopadła ich policja. Przyjaciółka zdesperowanej matki opowiadała bydgoskiej „Gazecie Wyborczej”: „Ukrywałam Monikę z dziećmi u przyjaciół. Wpierw w jednym lokalu, a kiedy policja wpadła na trop, przeniosłam ich do innego mieszkania. Przebywali w ostatnie dni przy ul. Traugutta, dosłownie kilkadziesiąt metrów od placówki. Najciemniej pod latarnią. Wszystko przypominało konspirację, jak w czasie okupacji niemieckiej [...]. Monika od małego wiedziała, że dzieci są najważniejsze, dlatego tak walczyła o swoich chłopców. Po 16 latach zostali rozdzieleni. Błagamy o pomoc”. Dodajmy, że dzieci zostały odebrane na podstawie notatki psychiatry, który nawet ich nie zbadał; oparł się jedynie na dostarczonych mu opiniach pracowników opieki społecznej.

Takie przypadki można mnożyć.

Biznes na dzieciach

– Nieuzasadnione przypadki orzekania przez sądy o odebraniu dzieci rodzicom są niestety coraz częstsze. Dotyczy to sytuacji, w których takie rozstrzygnięcia podejmuje się z powodu ubóstwa czy nieporadności rodziców, a nie rzeczywistego zagrożenia bezpieczeństwa dziecka – mówi „GP” Zbigniew Cichoń, adwokat występujący przed Trybunałem Praw Człowieka w Strasburgu. I dodaje: Bezzasadne odbieranie dzieci rodzicom godzi w prawo do poszanowania życia rodzinnego, gwarantowane w art. 8 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Jak słusznie zauważył Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu, istotą życia rodzinnego pomiędzy rodzicami a dziećmi jest „wzajemna radość z przebywania ze sobą”. Zgodnie z art. 8 ust. 2 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka niedopuszczalna jest ingerencja władzy publicznej w to prawo.

Czemu więc sądy i opieka społeczna decydują się na walkę z rodziną? Chodzi zarówno o ideologię, czyli o próbę zniszczenia tradycyjnego ładu społecznego przez bezduszny aparat urzędniczo-sądowy, jak i o pieniądze. Wokół wychowywania dzieci powstał bowiem bazujący na państwowych pieniądzach biznes.

„GP” dotarła do statystyk Ministerstwa Pracy. Okazuje się, że między 2005 a 2012 r. znacznie spadła liczba rodzin zastępczych spokrewnionych z dzieckiem – niemal dwukrotnie. Zamiast tego odbierane rodzicom dzieci zaczęły trafiać do zawodowych rodzin zastępczych, otrzymujących za opiekę nad maluchami spore kwoty od państwa – w latach 2005–2012 r. liczba takich zawodowych rodzin wzrosła aż trzykrotnie: z 625 do 1843.

Jednocześnie w ostatnich latach odnotowuje się ogromny wzrost liczby wniosków kuratorskich o odebranie dziecka – w 2006 r. skierowano w tej sprawie do sądu 466 takich pism, a 2010 r. już 1073. Zawodowe rodziny zastępcze oprócz miesięcznej podstawy w wysokości 2 tys. zł otrzymują co miesiąc ok. 1 tys. zł za każde wychowywane dziecko.

Oznacza to, że rzekomo gruby 5-latek – po odebraniu go dziadkom i przekazaniu rodzinie zastępczej – „zarabiałby” dla niej 3 tys. zł. W przypadku rodzeństwa – np. opisywanych czterech chłopców odebranych matce, która „miała w przeszłości depresję” zastępczy rodzice mogliby liczyć co miesiąc na kwotę 9 tys. zł.

Źródło: http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=10312&Itemid=100

wtorek, 8 października 2013

Szkoła BEZnadziei – A. Piński

Co czwarty Polak poniżej 25. roku życia nie ma pracy. Kolejnych kilkaset tysięcy znalazło zatrudnienie za granicą, gdzie głównie wykonują zajęcia nie wymagające żadnych kwalifikacji. Doliczając tych, którzy w Polsce mają pracę nie dającą satysfakcji zawodowej ani finansowej, okaże się, że nasz system edukacji publicznej zawiódł. Podobnie zresztą jak w innych krajach europejskich. Finlandia, gdzie wprowadzono najlepszy na świecie system publicznej edukacji (młodzi Finowie wygrywają bezapelacyjnie w tzw. testach PISA mierzących ich wiedzę i umiejętności), ma również relatywnie największy (po Szwecji) odsetek młodych bezrobotnych w Europie. A najwięcej młodzieży ma pracę w Szwajcarii, gdzie resortu edukacji w ogóle nie ma. System publicznego szkolnictwa wymaga nie tyle reformy, ile gruntownej zmiany.
Manufaktury uczniów



Dlaczego system edukacji publicznej nie radzi sobie z przygotowaniem uczniów do pracy? Koncepcja publicznego szkolnictwa powstała w XVIII w., w epoce oświecenia, a została wprowadzona w życie w XIX w. po to, by przygotować kadry dla fabryk, które budowano w okresie rewolucji przemysłowej. Jak zauważa prof. Ken Robinson, stąd wzięło się niemal fabryczne, „taśmowe” podejście do uczniów: dzwonki na przerwę, dzieci podzielone na klasy według daty urodzenia (jakby „data produkcji” dziecka była najważniejsza, a nie np. poziom wiedzy z danego przedmiotu), sztuczny podział na przedmioty itp.

       Problem jednak nie polega tylko na pozostałościach dziewiętnastowiecznej myśli edukacyjnej. Otóż obecny rynek pracy cechuje ogromna zmienność. Nikt nie jest w stanie przewidzieć, jak będzie on wyglądał za 12 lat. Kto w połowie lat 90. XX w. przewidział, jak powszechnie używany w pracy będzie dzisiaj internet? Kiedy dzisiejsi pierwszoklasiści zaczną pracować, mogą mieć do czynienia z jeszcze większymi zmianami.

Zabójcy geniuszy

Tylko wybitnie kreatywne osoby potrafią się dostosować do ciągłych zmian na rynku pracy. I, co ciekawe, wszyscy naturalnie taką kreatywność mamy, tyle że szkoła ją niszczy. W książce „Breakpoint and Beyond: Mastering the Future Today” George Land i Beth Jarman opisują swoje badania nad kreatywnością (rozumianą jako umiejętność widzenia możliwie wielu różnych rozwiązań problemu) grupy amerykańskich dzieci. Otóż, okazało się, że podczas pierwszego badania aż 98 proc. dzieci, które wówczas były w wieku przedszkolnym (3-5 lat), miało tę umiejętność na poziomie geniuszu. Kiedy miały 8-10 lat, czyli chodziły już do szkoły – odsetek geniuszy spadł do 35 proc., po kolejnych pięciu latach – do 10 proc., by wśród dorosłych zatrzymać się na poziomie 2 proc.

       – W szkole byłem nieukiem– przyznaje Aleksander Gudzowaty, jeden z najbogatszych Polaków, w książce „Człowiek z gazu” Mirosława Cielemęckiego.– Żaden nauczyciel nie potrafił mnie niczym, dosłownie  niczym zainteresować. Tyle lat przesiedziałem w szkolnych ławach i niczego wartościowego z tego nie pamiętam. Strata czasu. Traktując szkołę tak, jak ją traktowałem, zaoszczędziłem jednak dużo życiowej siły. Później miałem więcej energii niż inni i mogłem ją spożytkować na ważniejsze sprawy.

       Szkoła, w której w latach 50. uczył się Gudzowaty, w zasadzie niewiele różni się od tej, w której obecnie edukują się polskie dzieci.

Oczywiście, nie wynika to ze złej woli nauczycieli, lecz z wad systemu. Jedną z pierwszych zasad, jakie dziecko poznaje w szkole, jest to, że najczęściej istnieje tylko jedna prawidłowa odpowiedź na każde pytanie (m.in. z tego powodu historyk idei prof. Marcin Król oblał egzamin maturalny, do którego podszedł w 2008 r. na prośbę dziennikarzy „Dziennika”). Jak uważa prof. Ken Robinson, system publicznego szkolnictwa krzywdzi dzieci, oceniając je indywidualnie, ceniąc „samodzielność pracy”, choć zdecydowana większość prac w dorosłym życiu wykonywana jest w grupach. Na przykład John Lennon i Paul McCartney nigdy samodzielnie nie napisali tak wielkich przebojów, jakie stworzyli wspólnie dla The Beatles.

10 tysięcy godzin do mistrzostwa

Najbardziej szkodliwy jest jednak centralnie ustalany program zajęć zmuszający każde dziecko do nauki tych samych przedmiotów. W jednym z odcinków emitowanego w TVN talk-show Ewy Drzyzgi „Rozmowy w toku” (tytuł: „Tylko matoły chodzą do szkoły”) pojawił się 15-letni Kamil, który oświadczył, że nie zamierza chodzić do szkoły, bo ta do niczego mu się w życiu nie przyda. Chce natomiast wykorzystać ten czas na rozwijanie swojej pasji, czyli grę w piłkę nożną. Widzowie, w większość panie w wieku jego mamy, krzyczały oburzone, żeby się nie wymądrzał, bo „nie da się żyć bez wykształcenia”. Tymczasem to chłopak miał rację. Poświęcając całe dnie piłce nożnej ma większe szanse na znalezienie satysfakcjonującej i dobrze płatnej pracy, niż gdyby nawet na świadectwie maturalnym miał same piątki.

Z badań prof. Andersa Ericssona opublikowanych w książce „Cambridge Handbook of Expertise end Expert Performance” wynika, że do osiągnięcia światowego mistrzostwa w jakiejś dziedzinie (np. grania w tenisa jak Rafael Nadal) potrzebne jest 10 tys. godzin skoncentrowanej pracy, co przy założeniu 12 lat nauki (od 6. do 18. roku życia) i 40 tygodni nauki w roku, daje 21 godzin pracy tygodniowo, czyli średnio 4 godzin każdego powszedniego dnia. To bardzo trudne do pogodzenia z pilną nauką w szkole. I jest to prawdopodobnie jeden z powodów, że tak mało jest Polaków (proporcjonalnie do wielkości naszego narodu) odnoszących światowe sukcesy w jakimkolwiek sporcie.

Edukacja planowa, czyli katastrofa

Najgorsze jest jednak to, że nikt nie śmie zakwestionować dogmatu o jednym słusznym programie nauczania ustalanym przez Ministerstwo Edukacji Narodowej, mimo że sens centralnego planowania edukacji jest tak samo absurdalny jak komunistyczny system centralnego sterowania gospodarką. Dowodów na to, że zmuszanie ludzi do nauki rzeczy, które ich nie interesują, nie ma sensu, jest aż nadto. Furorę w internecie robi program „Matura to bzdura”, w którym redaktorzy przepytują dorosłych Polaków z elementarnych rzeczy znajdujących się w programie szkoły podstawowej lub średniej i okazuje się, że większość ankietowanych nie ma o nich zielonego pojęcia. Nawet premier Donald Tusk w chwili szczerości przyznał, że nie wie, jakim cudem zdał maturę z matematyki (z jego słów można było wywnioskować, że ściągał). Ponoć do dzisiaj ma koszmary z tego powodu. Jak widać, szkoła publiczna nie nauczyła Tuska wyciągania wniosków, bo to za jego rządu wprowadzono z powrotem obowiązkową maturę z matematyki. Koszmar premiera podzielą więc kolejne miliony polskich uczniów.

Istnieją już naukowe dowody potwierdzające, jak ważne w procesie nauki jest lubienie tego, co się robi. W 1997 r. prof. Gary McPherson z Uniwersytetu Illinois postanowił zbadać, dlaczego niektóre dzieci przy takiej samej liczbie godzin nauki osiągają różne rezultaty. Wybrał 157 chłopców i dziewcząt uczących się grać na instrumencie. Badał m.in. ich współczynnik inteligencji, znajomość matematyki, poczucie rytmu, wysokość dochodów rodziców – i nic nie wyjaśniało różnic w osiągnięciach. Z wyjątkiem jednej rzeczy – motywacji. Okazało się, że te dzieci zamierzające grać na instrumencie całe życie osiągały cztery razy lepsze rezultaty przy takiej samej liczbie przepracowanych godzin, niż te, które chciały grać tylko tak długo, jak długo będą trwały zajęcia w szkole. To oznacza, że moglibyśmy czterokrotnie zwiększyć efektywność nauki, gdybyśmy pomogli każdemu dziecku znaleźć pasję, a następnie stworzyli mu warunki do jej rozwijania.

Prywatne ministerstwa edukacji

Jaki zatem powinien być system edukacji, który da pracę naszym dzieciom? Pewną wskazówką może być Szwajcaria, gdzie bez pracy jest tylko 8 proc. osób od 15. do 24. roku życia. To tylko 3 punkty procentowe więcej, niż wynosi stopa bezrobocia wśród osób w wieku od 25 do 54 lat. To oznacza, że po szkole uczniowie nie mają dużo gorszej pozycji na rynku pracy osoby już pracujące (dla porównania: w Finlandii stopa bezrobocia wśród młodzieży sięga 28 proc. i jest aż czterokrotnie wyższa niż wśród osób z doświadczeniem zawodowym). Jak Szwajcarzy to osiągnęli? Otóż nie ma tam centralnego ministerstwa edukacji; kształcenie przekazano w ręce kantonów. To oznacza, że w tym niespełna 8-milionowym kraju działa 26 konkurujących z sobą systemów edukacyjnych (biorąc pod uwagę liczbę ludności, to jakby w Polsce działało ich 126). Konkurencja sprawiła m.in., że każdy 16-letni Szwajcar może wybrać praktykę w jednym z 260 zawodów (przez 3, 4 lata 3 dni w tygodniu spędzając w pracy, a tylko 2 w szkole) i 70 proc. z nich wybiera taką właśnie drogę. Oczywiście, nie oznacza to, że każdy powinien iść do pracy, mając 16 lat, ale że ci, którzy chcą się uczyć w praktyce, powinni mieć taką możliwość. A przykład Szwajcarii pokazuje, że im więcej konkurencji na rynku edukacyjnym, tym więcej możliwości. Ale by z tych możliwości skorzystać, trzeba zlikwidować obowiązkowy program nauczania i pozostawić rodzicom decyzję, czego będą się uczyć ich dzieci. To jakbyśmy każdemu polskiemu dziecku podarowali prywatny resort edukacji.

System dla nauczycieli i urzędników

Wprowadzenie nowego modelu oznacza największą rewolucję we współczesnej edukacji od 200 lat, czyli od wprowadzenia publicznego szkolnictwa. W tym systemie Ministerstwo Edukacji Narodowej jest zbędne, co spowoduje silny opór środowiska nauczycielskiego, które będzie udowadniać, że bez „darmowej” publicznej edukacji polscy uczniowie pogrążą się analfabetyzmie i ciemnocie. Tymczasem w wydanej w 1965 r. książce „Education and the State: A Study in Political Economy”, historyk i ekonomista z Carleton University, prof. Edwin West, podaje, że w 1833 r., kiedy w Wielkiej Brytanii nie było jeszcze publicznej edukacji, do płatnych prywatnych szkół chodziło 2,5 mln brytyjskich dzieci. To mniej więcej tyle samo, ile w Prusach, gdzie edukacja była oferowana za darmo przez państwo. Równie wysoka frekwencja w szkołach była wówczas w USA. Po co zatem wprowadzono system publicznego szkolnictwa? Otóż, jak podaje laureat Nagrody Nobla z ekonomii, prof. MiltonFriedman, w książce „Wolny wybór”, największe poparcie idea szkolnictwa publicznego miała wśród nauczycieli i urzędników, którzy spodziewali się większej pewności zatrudnienia i tego, że to oni, a nie rodzice, będą mieli kontrolę nad tym, czego uczą się dzieci. Ich postulaty zostały spełnione i przez ostatnie 200 lat system edukacji ukierunkowany jest na zaspokajanie potrzeb nauczycieli, urzędników i polityków. Czy będziemy mieli wystarczająco siły, by sprawić, aby najważniejszy stał się interes ucznia?
Geniusz praktyczny

Było kilka okresów w historii, gdy w pewnych miejscach urodziło się wyjątkowo dużo geniuszy. Najważniejsze z nich to Ateny od 440 r. p.n.e do 380 r. p.n.e., Florencja od 1570 r. do 1640 r., Londyn od 1570 r. do 1640 r.

David Banks z Carnegie Mellon University przeanalizował przypadek Florencji (był najlepiej udokumentowany). Wówczas funkcjonował w tym mieście system cechów. Siedmioletni chłopcy byli wysyłani na 5-10 lat nauki do mistrza. Uczyli się fachu nie poprzez siedzenie w ławkach i słuchanie wykładów, lecz poprzez praktykę.

Na przykład Michał Anioł od 6. do 10. roku życia mieszkał z kamieniarzem, który uczył go używać dłuta i młotka. Następnie stał się uczniem słynnego malarza Domenica Ghirlandaio. Zajmował się szkicowaniem, kopiowaniem i przygotowywaniem fresków w jednym z największych kościołów we Florencji. Wreszcie rzeźby uczył go inny mistrz fachu, Bertoldo di Giovanni. Pobierał praktyczne nauki także od wieku innych mistrzów w domu słynnego mecenasa sztuki Lorenza de’ Medici, u którego mieszkał do 17. roku życia. Kiedy więc stworzył Pietę watykańską (ta rzeźba sprawiła, że uznano go za geniusza), miał 24 lata i za sobą 18 lat praktycznej nauki zawodu.

Jak zauważył Bob Cole w książce „The Reneissance Artist at Work”, to odpowiedni system edukacji, oparty na intensywnej praktyce, sprawił, że grupa skądinąd zwyczajnych chłopców osiągnęła tak wiele.

Źródło: Daniel Coyle „The Talent Code”

Odkryć pasję

Amerykanka Gillian Lynne jest multimilionerką. Kiedy była dzieckiem, nie radziła sobie w szkole. Miała słabe oceny, nie potrafiła się skupić podczas lekcji, usiedzieć w miejscu i rozpraszała rówieśników. Dyrekcja szkoły wystosowała list do rodziców dziewczynki, sugerując, że powinni skierować ją do szkoły specjalnej. Matka wzięła Gillian do szkolnego psychologa. Ten po rozmowie z dziewczynką wyszedł z jej matką do sąsiedniego pokoju (wychodząc włączył radio z muzyką). Następnie polecił matce dyskretnie obserwować, co robi córka. A ta, gdy tylko usłyszała muzykę, zaczęła z wyjątkową gracją tańczyć. „Pani Lynn, pani córka nie jest chora. Ona jest tancerką. Proszę ją zapisać do szkoły tańca” – oświadczył psycholog.

Działo się to w latach 30. ubiegłego wieku, a dziś Giliann Lynne jest byłą baletnicą, która światową sławę zyskała dzięki choreografii do najpopularniejszych na świecie musicali „Koty” i „Upiór w operze” Andrew Lloyda Webbera. Prof. Ken Robinson zwraca uwagę, że nawet dzisiaj Gillian uznano by najprawdopodobniej za typowy przypadek dziecka chorego na ADHD i potraktowano lekami, które zmusiłby ją do spokojnego siedzenia w klasie.

Źródło: Ken Robinson „The Element”

-

Źródło: http://myslozbrodniarz.wordpress.com/2011/10/22/szkola-beznadziei-a-pinski/

poniedziałek, 7 października 2013

Pozwolenie na broń? Dla kogo i dlaczego? Mity propagandy! Czy Polska jest państwem prawa? Jakiego? Cz.2.

W wolnym kraju obywatele powinni posiadać możliwość samoobrony. Jest to podstawowy warunek wolności

dr Jerzy Jaśkowski


Tak więc jak to wykazano w części 1 wyraźnie widać, że za plecami zakazu posiadania broni przez obywateli stoi mit powstały z wielokrotnego nagłaśniania nieprawdy przez usłużne mass media.

Mit ten mówi, że broń służy do popełniania przestępstw, a uczciwy obywatel nie ma się czego obawiać. Każdy kto przeżył sowietów w okresie od 1944 do 1956 roku wie, że to jawne kłamstwo. Można było spędzić kilka lat w więzieniu lub w kopalniach bez postawienia jakiegokolwiek zarzutu tylko i wyłącznie na podstawie decyzji często niezbyt piśmiennego agenta.

Dane USA wskazują, że broń jest używana do samoobrony od 2,1 do 2,5 miliona razy. W mniej niż 8% przypadków jakiś obywatel, lub napastnik będzie ranny. W czasie strzelaniny wywoływanej przez policję postronny obywatel ma pięć razy większą szansę być postrzelonym.


W tej liczbie ok. 2 milionów użycia broni w samoobronie użycie pistoletu to 1 900 000 przypadków. Aż w 500 000 przypadków użycie występuje z dala od domu. Prawie 10 % tych przypadków stanowi użycie broni przez napadnięte kobiety. Oznacza to, że użycie broni w samoobronie występuje aż o 60 razy częściej aniżeli w czasie napadu.
Badania opublikowane w 1979 roku przez Carter Justice Department dowiodły że z 32 000 oskarżeń o gwałty 32 % z pośród nich było rzeczywiście popełnione. Ale liczba ta spadła do 3% jeżeli kobieta była uzbrojona. 

Wall Street Journal( 28 sierpnia 1998 roku) opublikował dane wskazujące, że noszenie broni przyczynia się do ograniczenia liczby morderstw o 8%, gwałtów o 5% , a napadów o 7 %. 

Wniosek był następujący: posiadanie przez obywateli broni zmniejsza w istotny sposób liczbę brutalnych przestępstw o 8.5%, a gwałtów o 5%.
A jak się ma liczba zgonów spowodowanych bronią do innych zgonów, np. wypadków naturalnych takich jak powodzie, trzęsienia ziemi i inne katastrofy środowiskowe? 
Np. w 1998 roku było 1521 zgonów środowiskowych i 866 zgonów od przypadkowych strzałów w całych Stanach, natomiast ludzi którzy udusili się kawałkiem przysłowiowego chleba było 1147, upadku ze schodów 1389, od pożaru zginęło 3255, a  utonięć zanotowano 3964. 

W tym samym roku 1998 było 43 501 zgonów spowodowanych wypadkami samochodowymi, 10 255 zgonów z powodu zatruć, aż 723 osoby zginęły z powodu spadających przedmiotów,

Przypominam: od broni palnej w tym samym okresie zginęło tylko 866 osób.
Jak podała Rada Bezpieczeństwa Narodowego w 1998 roku zanotowano 150 445 zgonów z wszystkich przyczyn nagłych. Tak więc zgony z powodu broni palnej to mniej aniżeli 1%!!!

Jeszcze gorzej wygląda porównanie akcji policyjnych do samoobrony społeczeństwa. Jak wykazały badania Uniwersytetu w Chicago w 1993 roku ok. 700 000 policjantów wszelkiego rodzaju zabiło przypadkowo 330 osób. Ale 250 milionów ludzi posiadających 80 milionów sztuk broni zastrzeliło przypadkowo tylko 30 osób
Tak więc masz Szanowny Czytelniku 11 razy większą szansę, być zastrzelonym przez profesjonalnego stróża prawa aniżeli zginąć w przypadkowej strzelaninie amatorów.

Jeszcze ciekawiej wygląda to zestawienie z liczbą zabitych przez policję przestępców. Np. w 1993 roku policja zabijając 660 przestępców zastrzeliła 330 niewinnych obywateli!. Czyli stosunek wynosi 2:1. Tragiczny jak na wyszkolonych specjalistów…

Dlaczego np. w Polsce obowiązuje zakaz posiadania broni? Jest to związane bezpośrednio z przyjściem do nas w 1944 wojsk sowieckich i tzw. polskiej dywizji im T. Kościuszki. Dywizja ta była stworzona na bazie dywizji gwardii, w skład której wchodził batalion GRU, czyli wywiadu wojskowego. W Polsce rolę tę pełniła najpierw Informacja Wojskowa przemianowana później na WSW. Ostatnim rządzącym do 2006 roku generałem tej formacji był wyszkolony w Moskwie gen. Dukaczewski.

Zraz po wojnie było mnóstwo broni. Prawie w każdej chałupie, szczególnie na wsi coś tam było. Udające partyzantów oddziały Informacji Wojskowej napadały na wybranych gospodarzy rabując co się dało. Zresztą już w czasie wojny, zwłaszcza od 1944 roku szczególnie oddziały GL i Al rabowały jak się dało i co się dało. Ale jak chłop miał coś do obrony to mógł wystrzelić i zrobiłby się hałas: wieś by się budziła i widziała napad. Więc pod groźbą kary trzeba było zdawać broń. Chodziło po prostu o ułatwienie roboty tym oddziałom, przecież gdyby do nich strzelano, to by przestali po nocach napadać i mordować. Szczególnie widoczne to było na Mazowszu i w świętokrzyskiem, ale także na Pomorzu.

Wyraźnie więc widać, że zakaz posiadania broni przez społeczeństwo wprowadza okupant albo “rząd” spełniający, lub chcący spełniać rolę okupanta.
Przecież np. w Szwajcarii obywatele mają broń w domu i nie tylko im się jej nie zabiera, ale sprawdza czy jest w dobrym stanie. Innymi słowy: wszelkie gadania, że posiadanie broni w domu zwiększy liczbę morderstw jest pozbawione nie tylko sensu ale jakiegokolwiek oparcia w dostępnej wiedzy.

Dlatego w Polsce po 1990 roku (chociaż początkowo mówiło się o możliwości posiadania przez z obywateli broni) szybko z tego zrezygnowano i obecnie już nawet wspominać nie wolno.
Ale od razu wiemy gdzie jest nasze miejsce…
 Wniosek: w wolnym kraju obywatele powinni posiadać możliwość samoobrony. jest to podstawowy warunek wolności.
Szczególnie istotnym warunkiem samoobrony jest posiadanie broni przez osoby starsze. Można więc, chociażby w ramach próby, zezwolić na posiadanie broni osobom np. po 35-40 roku życia posiadającym zatrudnienie.


PS.1  Jak rozpoznać niepolskie czasopisma?
W Polsce - obszarze cywilizacji łacińskiej istnieje personalizm, zawsze oceniamy, kto konkretnie to zrobił. Natomiast cywilizacje azjatyckie posługują się pojęciem stada - zbiorowości. W praktyce to wygląda tak:
 gazety niepolskie: Polacy chcą to czy tamto, Polacy mówią.
 gazety polskie: Kowalski chce to czy tamto, Kowalski powiedział.
Proste?!!

Rozpowszechnianie wszelkimi możliwymi sposobami jak najbardziej wskazane i zalecane.

kontakt: jjaskow@o2.pl