piątek, 27 września 2013

Walka św. Augustyna z herezją pelagianizmu

Ks. Jan Czuj

Gdy walka z donatyzmem (2) dochodziła do najwyższego napięcia, wyłonił się nowy wróg pod postacią groźnej herezji tzw. pelagianizmu. Herezja ta była tym groźniejsza, że szerzyli ją ludzie, cieszący się dotychczas opinią mężów nie tylko uczonych, ale i głęboko pobożnych, a godziła w najistotniejszą treść, w sam rdzeń chrześcijaństwa, bo w naukę o grzechu i łasce. Wchodziło w grę pytanie, czy człowiek może o własnych siłach osiągnąć zbawienie, czy też potrzebuje do tego wyższej pomocy – a dalej, jaka jest istota i granice tej pomocy – skoro widzimy, że jedni czynią dobrze, a drudzy źle. Jeżeli Bóg to przewiduje, że jedni skorzystają z Jego łaski, a drudzy nie, a wszystkim jednakową daje, to wynikałoby z tego, że w pewnych wypadkach wola ludzka jest silniejsza od woli Bożej. Czy może Bóg nie chce, by wszyscy doszli do zbawienia, lecz tylko ci, których od wieków do niego przeznaczył. Jeżeli natomiast Bóg nikomu nie odmawia łaski, kto o nią prosi, i jeżeli decyzja do zrobienia pierwszego kroku w kierunku dobra leży w wolnej woli człowieka, to nasuwa się dalsze pytanie: Co oznacza odkupienie przez Chrystusa? Może ono polega tylko na wzniosłym przykładzie, jaki nam Chrystus zostawił, i na tym, że pomaga nam naśladowanie tego przykładu? W takim razie pomoc ta nie jest niezbędną dla każdego, bo wiadomo, że wśród pogan byli ludzie cnotliwi. Wobec tego nie można mówić o zepsutej naturze i o grzechu pierworodnym, a w dalszym następstwie zbytecznym jest chrzest.

Powiedzmy to innymi słowami i więcej konkretnie. Pelagianizm uczył, że:

a) Adam został stworzony jako człowiek śmiertelny i byłby umarł, choćby był nie popełnił grzechu;

b) Grzech Adama zaszkodził jemu samemu, a nie także jego potomkom;

c) Nowonarodzone dzieci znajdują się w takim stanie, w jakim był Adam przed upadkiem;

d) Dzieci dostępują żywota wiecznego – choć nie są ochrzczone;

e) Człowiek może być bez grzechu i wypełniać przykazania Boże bez łaski;

f) Prawo Mojżesza prowadzi do nieba na równi z Ewangelią;

g) Już przed przyjściem Chrystusa było wielu ludzi bez grzechu.

Herezja ta nosi nazwę od swego twórcy Pelagiusza, brytyjskiego mnicha, który żył w Rzymie na początku V wieku. Tu połączył się z nim inny mnich, Celestiusz, były adwokat, człowiek o dużych zdolnościach. W r. 410 przybyli oni do Kartaginy i tu zaczęli jawnie głosić swą naukę, z którą Pelagiusz wkrótce poszedł do Palestyny. Diakon Paulin z Mediolanu oskarżył go o herezję; wzbraniając się jej odwołać, został Pelagiusz przez Synod Kartagiński w r. 411 wyklęty.

Z pośród biskupów najwięcej powołanym do zwalczania tej groźnej herezji był Augustyn. Napisał on przeciwko niej traktat: O zasługach grzeszników i odpuszczeniu grzechów i O chrzcie dzieci. Udowadnia tam, że grzech Adama przechodzi na jego potomków przez pochodzenie od niego, a nie przez naśladowanie go. W piśmie: O duchu i literze dowodzi, że łaska Boża polega na uświęceniu naszej woli – a nie na przestrzeganiu prawa, jak chcieli przeciwnicy. W traktacie: O naturze i łasce wykazuje, że człowiek nie może być usprawiedliwionym bez łaski, bo jest osłabiony przez grzech praojca; łaska zależy od upodobania Boga, a nie od zasług człowieka.

Pelagiusz umiał się maskować i zręcznie odpierał zarzuty, kierowane przeciw sobie. Synod diecezjalny w Jerozolimie w r. 415, na którym wystąpił z oskarżeniem kapłan z Hiszpanii, Orozjusz, uczeń Augustyna, wstrzymał się z wyrokiem.

Synod w Diospolis w tym samym roku uwolnił Pelagiusza [od zarzutów], który dalej grasował w Palestynie.

To dało powód do zebrania się biskupów afrykańskich w r. 416 w liczbie 129 w Kartaginie, a wśród nich znajdował się także Augustyn. Wysłano do papieża Innocentego dwa listy synodalne, trzeci posłał Augustyn od siebie i czterech innych biskupów. Sprężyną całej akcji był Augustyn. Biskupi afrykańscy zwracają się do Papieża z całym zaufaniem i proszą, by najwyższą swą powagą zatwierdził ich wyrok, potępiający Pelagiusza. Papież zatwierdził wyroki synodów afrykańskich. Potępienie herezjarchy i jego doktryny a nadto lojalny stosunek biskupów afrykańskich względem Stolicy Apostolskiej jest zasługą w znacznej mierze Augustyna tak na samych synodach, jak wcześniej przez przygotowanie gruntu i ludzi. Wielu bowiem współczesnych i wybitnych biskupów, których znamy z prac literackich, wyszło ze szkoły Augustyna.

Jakkolwiek pelagianizm przeżył Augustyna, to jednak był już złamany, a stało się to właśnie głównie dzięki Augustynowi. Już na kilkanaście lat przed śmiercią mógł wielki Doktor powiedzieć w kazaniu, wygłoszonym w Kartaginie w r. 417: “O tej sprawie (tj. pelagianizmu) już z dwóch synodów akta zostały posłane do Stolicy Apostolskiej; stamtąd przyszła odpowiedź. Sprawa skończona, i oby kiedyś ustała herezja“ (3).

Ks. Jan Czuj

Żywot św. Augustyna. Napisał Ks. Dr. J. Czuj (Profesor Katolickiego Uniwersytetu w Lublinie), Kraków 1928, ss. 188-191.

(Pisownię i słownictwo nieznacznie uwspółcześniono; 5, przypisy pochodzą od redakcji Ultra montes).

Pozwolenie Władzy Duchownej:

NIHIL OBSTAT

Tarnoviae, 17. Aprilis 1926

Dr. Franciscus Paryło

censor

Nr. 1902

IMPRIMATUR

Tarnovie, 19. Aprilis 1926

† Leo Eppus

Przypisy:

(1) Św. Augustyn (Augustinus), Biskup, Wyznawca, Doktor Kościoła; – święto 28 sierpnia. Aurelius Augustinus ur. w Tagaste (Północna Afryka) w r. 354, syn poganina Patrycjusza i chrześcijanki Moniki. Mimo troskliwego wychowania przez świątobliwą matkę, żył lekkomyślnie, staczając się w grzechy, uwikłany przy tym w błędy manicheizmu; po 3 latach na skutek lektury cyceroniańskiego Hortensjusza porzucił hulaszcze towarzystwo, trwał jednak w konkubinacie. Jako retor udał się do Kartaginy i Rzymu, dokąd po śmierci męża podążyła za nim matka, potem do Mediolanu, gdzie pod wpływem tamtejszego biskupa św. Ambrożego nastąpił ostateczny przełom w jego życiu. Nawrócony, przyjął na Wielkanoc 387 r. z rąk Ambrożego chrzest, wrócił do Afryki, gdzie założył rodzaj klasztoru, gromadząc około siebie ludzi poważnych, szukających doskonalszego życia. W r. 391 przyjął święcenia kapłańskie, 394 sakrę biskupią jako koadjutor starego biskupa Walerego, w r. 396 został biskupem Hippony (Hippo Regius). Odtąd walczył bez wytchnienia z grasującymi w Afryce herezjami: manicheizmem, pryscylianistami, donatystami, pelagianami, i to słowem i pismem, na kazalnicy i katedrze, zapewniając tryumf katolickiej prawowierności. Działalność jego sięgała daleko poza ojczystą Afrykę, cały Zachód chrześcijański liczył się z jego słowem. Augustyn jest jednym z najpotężniejszych umysłów, jakie ludzkość wydała. Wielki filozof, genialny teolog. Z licznych jego dzieł najbardziej są znane Wyznania (Confessiones), zawierające dzieje jego błądzeń i nawrócenia, oraz Państwo Boże (De civitate Dei), gdzie uwypukla myśl Bożą w dziejach. Jest jednym z czterech Wielkich łacińskich Doktorów Kościoła (“Doktor łaski”). Um. 28 sierpnia r. 430 w oblężonej przez Wandalów Hipponie. Relikwie w VIII wieku przeniesiono do Pawii (Lombardia). (Biskup Karol Radoński, Święci i Błogosławieni Kościoła Katolickiego. Encyklopedia Hagiograficzna. Warszawa – Poznań – Lublin [1947], ss. 42-43).

(2) Donatyzm – od: donatystów, zwolenników ruchu odszczepieńczego z IV wieku, nazwani tak od imienia Donatusa, biskupa w Casae Nigrae. Utrzymywali, że dla ważności sakramentów konieczny jest stan łaski uświęcającej u szafarza (czyli udzielającego) sakramentu. Twierdzili ponadto, że z Kościoła powinni być wykluczeni grzesznicy. (Ks. Marian Kowalewski, Mały Słownik Teologiczny, Poznań – Warszawa – Lublin [1960], s. 100).

(3) Więcej wiadomości na temat stosunku św. Augustyna do pelagianizmu można znaleźć w: Gustave Bardy, Święty Augustyn. Człowiek i dzieło. Warszawa 1955, ss. 312-329; Josephi Fessler (Quondam Episcopi S. Hippolyti) INSTITUTIONES PATROLOGIAE quas denuo recensuit, auxit, edidit Bernardus Jungmann, T. II. Pars prior, Oeniponte 1892, pp. 313-349 lub w jakimkolwiek innym katolickim podręczniku patrologii.

© Ultra montes (www.ultramontes.pl)
Kraków 2004

czwartek, 26 września 2013

Bóg dał mi odwagę

W nocy z 11 na 12 kwietnia 1997 r. w turyńskiej katedrze wybuchł gwałtowny pożar, który omal nie doprowadził do całkowitego zniszczenia Całunu Turyńskiego. Tylko dzięki natychmiastowej akcji strażaków, którzy stoczyli długą i wyczerpującą walkę z płomieniami, udało się ocalić Święte Płótno – najcenniejszy symbol i drogocenny skarb chrześcijańskiego świata. Owej dramatycznej nocy, kiedy wszystko wydawało się stracone, Całun został uratowany dzięki bohaterskiej postawie strażaków, zwłaszcza Mario Trematorego, który rzucił się w płomienie i, rozbiwszy ciężkim żelaznym młotem pancerną szybę zabezpieczającą relikwię, wyjął zza niej relikwiarz z całunem, który w przeciwnym razie zostałby unicestwiony przez walącą się w gruzy kopułę katedry.



O czym Pan myślał, rozbijając gablotę zabezpieczającą Całun Turyński?



– W tak trudnych chwilach, kiedy wszystko wydaje się stracone, a siła ognia niweczy wszelkie ludzkie starania, pozostawiając człowieka bezsilnym, cały czas ma się nadzieję, a myśl przekłada się na działanie. Pojawia się strach przed śmiercią, który sprawia, że człowiekowi stają przed oczyma, w krótkim czasie, najdroższe mu osoby i najpiękniejsze wspomnienia: moja słodka żona Rita, uśmiech mojego syna Iacopo, wdzięk mojej córki Chiary…

Z drugiej strony, myślałem też o Całunie i o tym, jak go ocalić. Jezus pozostawił to płótno ludzkości jako niezwykły znak tajemnicy Słowa wcielonego i Boga, który stał się człowiekiem. Jest to przekonujący dowód miłości, która jest odpowiedzią na miłość, a nie dowód bólu i wyrzeczeń. Całun stanowi widzialne świadectwo Jego Zmartwychwstania i nieskończonej miłości, jaką Bóg darzy człowieka.



Czy patrząc na pożar poczuł Pan, że ocalenie Całunu może zależeć od czyjejś wiary i odwagi, i że to Pan został wybrany do tego zadania?

– Kaplica Guarina waliła się pod wpływem długotrwałego działania gorących płomieni. Jeden z głównych filarów podtrzymujących kopułę był już doszczętnie zniszczony przez ogień. Nie było dużo czasu do namysłu. W każdej chwili wszystko mogło runąć…



Trzeba było coś zrobić. Tylko co, kiedy każda próba ugaszenia ognia kończyła się niepowodzeniem? Nie pozostawało nic innego, jak pomodlić się i prosić Jezusa o pomoc. Więc modliłem się tą pierwszą modlitwą, której nauczyłem się we wczesnym dzieciństwie: Ojcze nasz, któryś jest w niebie…

Sposób, w jaki Bóg wybiera swoje narzędzia, jest zawsze zaskakujący i nieodgadniony. Bóg decyduje, że do realizacji Jego dzieła są mu potrzebne nasze ramiona i nasze ręce. Wciąż pozostaje dla mnie nieodgadnione, dlaczego zechciał, aby to właśnie moje ręce ocaliły Całun Turyński.



Jaką rolę odgrywa dziś Chrystus w Pana życiu?

– Jest przyjacielem, któremu mogę się zwierzyć, którego mogę poprosić o radę, któremu mogę się wyżalić na zło tego świata i który bierze mnie na ramiona, kiedy moje nogi są zmęczone wędrówką. Czuję Jego obecność obok mnie nawet w najzwyklejszych sytuacjach: kiedy idę ulicą, robię zakupy w supermarkecie, odbieram dzieci ze szkoły czy jadę do pracy. Zrozumiałem, że nigdy nie będę sam i jestem tego pewien. Wiem, że cokolwiek wydarzy się w moim życiu, zawsze będzie ze mną ktoś, na kogo mogę liczyć.



Dzisiaj nie jest Pan już strażakiem…

– Służba w straży pożarnej była moją pasją. Jednak lata biegną i moje ciało, starzejąc się, nie mogło sprostać stresom i trudom tak ciężkiej i niebezpiecznej pracy. Dlatego w październiku 2003 roku zrezygnowałem z pracy strażaka. Mam dyplom architekta i po prostu zacząłem pracować w tym zawodzie. Dziś zajmuję się projektami architektonicznymi.



Wywiad ukazał się w numerze 15. magazynu "Polonia Christiana".

Źródło: http://www.pch24.pl/bog-dal-mi-odwage,16942,i.html

środa, 25 września 2013

Rosja nie ugina się przed żądaniami homolobby

Rosji Władimir Putin nie ugiął się pod presją nacisków ze strony środowisk homoseksualnych z całego świata. Podczas igrzysk zimowych w Soczi rosyjskie prawo skierowane przeciwko homoseksualnej propagandzie nie zostanie zawieszone.


Decyzję ogłosił minister spraw zagranicznych Rosji, Siergiej Ławrow. Wywołała ona oburzenie środowisk LGBT. Ich przedstawiciele nawołują do bojkotu igrzysk. Pisma w tej sprawie wysłali m.in. do prezydenta USA Baracka Obamy, czy premiera Wielkiej Brytanii, Davida Camerona.

Prezydent Putin pozostaje jednak nieugięty. Nie tylko nie zgodził się na zablokowanie stosownej ustawy, ale odmówił także zawieszenia prawa walczącego z homopropagandą na okres olimpiady zimowej w Soczi.

- Organy ścigania nie będą mieć żadnych skrupułów w walce z ludźmi, którzy będą demoralizować młodzież poprzez promowanie nietradycyjnych orientacji seksualnych. Każdy, kto nie będzie zachowywał się w sposób prowokacyjny, spokojnie obejrzy igrzyska – można przeczytać w oświadczeniu wydanym przez rosyjskie MSW.

Źródło: rp.pl
ged
http://www.pch24.pl/

wtorek, 24 września 2013

Chrześcijańska Szkoła Walki

„Miłość oznacza także miłość nieprzyjaciół, trenowane ćwiczenia obronne wymagają, by odpowiadały szacunkowi wobec przeciwnika, jego życia. Istnieje wiele ćwiczeń, które wydają się brutalne, ale w walce nie są zagrożeniem dla życia. A są przy tym bardzo skuteczne. Szukanie takich właśnie rozwiązań wynika z miłości względem nieprzyjaciela, niekoniecznie trzeba nastawać na jego życie” – mówi w rozmowie z portalem PCh24.pl Antoni Paprotny, założyciel Chrześcijańskiej Szkoły Walki „Arma Dei”.

W jaki sposób narodził się pomysł stworzenia chrześcijańskiej sztuki walki?


Kiedyś przez dłuższy czas ćwiczyłem taekwondo, ale przestałem z powodów religijnych. Taekwondo zaczęło się kłócić z moją wiarą. Chodzi o to, że wschodnie sztuki walki są bardzo mocno powiązane z duchowością Wschodu, tak naprawdę są też pewną formą praktyk religijnych. Przestałem ćwiczyć w chwili, w której to do mnie dotarło.

Upodobanie do sportów walki pozostało. Zastanawiałem się też, czy katolik w ogóle może je uprawiać, co znaczy w tym kontekście „obrona”. Odpowiedział mi na to pytanie Katechizm Kościoła Katolickiego: katolik ma nie tylko prawo, ale czasem i obowiązek obrony swojego lub cudzego życia. Coś takiego jak chrześcijańska sztuka walki jest możliwe. Zacząłem tworzyć szkice, teorię, pracować nad tym, jak zasady moralne mogą się przekładać na technikę obrony. Następnie zacząłem pracować nad stroną praktyczną, ćwiczyłem z kolegami. Nie korzystam z dorobku taekwondo czy innych sztuk walki. Nie kopiuję tych wzorców.

Pierwszym motywem, który mi towarzyszył, kiedy zaczynałem pracę, było samo zamiłowanie do sportu. Walka, stawianie czoła trudnościom, połączenie jej z życiem duchowym, modlitwą, przynosi owoce. Zapraszamy Pana Boga do tej sfery życia i dla wielu ludzi jest to nowatorskie. Ludzie przychodzą i widzą, że wiara jest obecna w codzienności, także tej wypełnionej najprostszymi i świeckimi rzeczami.

Więc chodzi o sztukę walki, która jest budowana od podstaw.

Tak. Niektórzy twierdzą, że to pomysł utopijny i poniekąd mają rację. Trudno ją zestawiać, także pod względem praktycznym, ze sztukami walki mającymi kilkaset lat. Z drugiej strony, sama praktyka oraz zdobyte doświadczenie pokazuje, że taki pomysł ma rację bytu. Już od paru lat ćwiczę z osobami, które udało mi się do tego zachęcić. Trening to czas, w jakim szukamy konkretnych rozwiązań, oceniamy je pod względem skuteczności. Pokazuje on, że można stworzyć coś nowego.

Nawet jeśli nie jest to specjalnie nowatorskie, to chodzi o genezę i cel, brak drugiego dna. W tym przypadku układ ciała jest tylko układem, nie wiąże się, jak to jest we wschodnich sztukach, z przekonaniem o istnieniu czakramów. Technika wynika z naszego doświadczenia, a nie z przyjęcia wschodniego autorytetu.

Jaka filozofia kryje się za chrześcijańską sztuką walki?

Chodzi o ogólną zasadę miłości samego siebie. Wynika to z drugiego przykazania miłości: kochaj bliźniego jak siebie samego. Podstawą jest miłość wobec samego siebie, swojego życia, świadomość własnej wartości, ona umożliwia miłość drugiej osoby. Uczymy się obrony po to, by chronić swoje życie i życie innych.

Miłość oznacza także miłość nieprzyjaciół, trenowane ćwiczenia obronne wymagają, by odpowiadały szacunkowi wobec przeciwnika, jego życia. Istnieje wiele ćwiczeń, które wydają się brutalne, ale w walce nie są zagrożeniem dla życia. A są przy tym bardzo skuteczne. Szukanie takich właśnie rozwiązań wynika z miłości względem nieprzyjaciela, niekoniecznie trzeba nastawać na jego życie.

Sztuka walki to także odpowiedzialność: to, czego się nauczymy, jakich nabieramy odruchów, stosujemy w sytuacjach realnego zagrożenia. Trzeba świadomie rozważyć ten problem, by wybrać, czego należy się uczyć. Uderzenie pięścią w skroń może zabić, bez względu na intencje. Uderzenie na nogę, choć może ją złamać, nie stwarza zagrożenia dla życia. Chodzi o świadomość wartości życia, budowanie odpowiedzialności.

Pewnie wiele osób zastanawiało się nad połączeniem chrześcijaństwa i sztuk walki.

Wspominałem już o wschodnich sztukach walki i ich religijnym wymiarze. Zdania na ich temat są w Kościele bardzo podzielone. Jestem przekonany, że chrześcijańska sztuka walki jest dobrym tropem, za którym należy podążać. Nie spotkałem się z osobami mówiącymi temu pomysłowi kategoryczne „nie”, choć faktycznie istnieją nieporozumienia. Biorą się one w dużej mierze z niewiedzy, także z uproszczonego patrzenia na wiarę.

Równocześnie coraz częściej wskazuje się na kryzys męskości.

Arma Dei nie jest tylko dla mężczyzn, chociaż sztuki walki wydają się niewątpliwie męską domeną. We współczesnej kulturze dochodzi do zniewieścienia mężczyzn. Potrzeba alternatywy, możliwości rozwijania męstwa, siły woli. Mężczyźni muszą czuć swoją siłę. Wiara to nie tylko modlitwa, to też działanie, obrona swoich racji, stanowczość, odpowiedzialność. Takie wartości z pewnością budzą się w trakcie nauki walki. Widać to po osobach przychodzących na treningi.

Z jakim zainteresowaniem spotkała się chrześcijańska szkoła walki?

Dla mnie sukcesem jest to, że stale trenuje już kilka osób. Przez długi czas ćwiczyliśmy w parkach, dziś trenujemy regularnie w salach. Niektórzy rezygnują, ponieważ te treningi są dość mocne. Poza tym ludzie mają często zupełnie inne oczekiwania. Pozostaje też kwestia odpowiedniej promocji. Jeszcze zbyt mało osób wie, że istnieje „Arma Dei”, szkoła walki jest traktowana jako inicjatywa niszowa. Obecnie na treningi uczęszcza po kilkanaście osób.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Mateusz Ziomber

poniedziałek, 23 września 2013

Polska w szponach homoterroru

Spotykam się z groźbami, że zostanę zamordowany jak ksiądz Popiełuszko. To pokazuje, z kim mamy tu do czynienia. Ludziom, którzy aż tak kłamią i aż tak grożą, tym bardziej trzeba się przeciwstawiać – żeby nie zdobyli władzy totalnej – o brutalnej ofensywie homoideologii mówi w rozmowie z magazynem "Polonia Christiana" ks. Dariusz Oko.

Wspominał Ksiądz, że po opublikowaniu artykułu Z papieżem przeciw homoherezji, który został przetłumaczony na wiele języków, nie spotkał się z publiczną, imienną krytyką w kręgach kościelnych. A nie boi się Ksiądz oskarżeń o homofobię? Nie boi się Ksiądz, że prędzej czy później zajmie się nim władza świecka?

Co więcej, po zapoznaniu się z tym artykułem sam papież Benedykt XVI udzielił mi specjalnego apostolskiego błogosławieństwa na dalszą pracę. A dokładnie w rok po jego ukazaniu się sam papież Franciszek zaczął mówić o lobby gejowskim działającym w Watykanie. To takie potwierdzenia z najwyższego poziomu, zresztą podobnie reagowało wielu kardynałów, arcybiskupów i biskupów.

Natomiast samo pojęcie homofobii jest pojęciem sztucznym stworzonym na użytek homopropagandy. Ma grać taką rolę, jak w języku bolszewików odgrywały pojęcia „reakcjonista”, „kułak” czy „­zapluty karzeł reakcji”, a w języku nazistów „parszywy, zawszony Żyd”. To słowa, które mają pomagać w zabijaniu. Ostemplowanie taką nazwą ma sprowadzać człowieka do kategorii podludzi, którzy nie mają prawa brać udziału w życiu społecznym i którym można dowolnie ubliżać. Najpierw ma prowadzić to do śmierci cywilnej, a potem fizycznej. Jest to w istocie pojęcie rasistowskie, bo zakłada istnienie pewnej rasy „homofobów”, która zostaje wyłączona poza nawias rasy ludzkiej i z którą w związku z tym można robić wszystko – najpierw ubliżać, wyrzucać z pracy, odbierać prawa obywatelskie.

W praktycznym użyciu homoideolodzy homofobem nazywają każdego, kto wypowie choćby jedno zdanie krytyczne na ich temat. Przy okazji przypisują sobie cechy boskie, bo wynoszą się ponad wszelką krytykę, a takie wyniesienie przysługuje tylko Bogu. Podobnie narkofobem lub alkofobem można by nazywać każdego, kto krytykuje styl życia narkomana czy alkoholika. To nie żadna kategoria psychologiczna, tylko po prostu pałka do bicia krytyków homoideologii.

Czołowymi „homofobami” okazują się przy tym papieże – bł. Jan Paweł II, Benedykt XVI, Franciszek – bo przecież należą do najbardziej prominentnych krytyków tej ideologii. Podobnie wszyscy wierni biskupi, kapłani, chrześcijanie – i zwłaszcza święci, jak bł. Matka Teresa z Kalkuty. Jesteśmy więc w dobrym towarzystwie.

Trzeba też dodać, że homoideolodzy chcą wprowadzić prawa zabraniające wszelkiej krytyki homoseksualizmu (i takie prawa już w niektórych krajach zaczynają obowiązywać). Według tych praw nawet za jedno zdanie krytyki polegające na przykład na cytowaniu Pisma Świętego lub badań naukowych, można trafić do więzienia. Według nich powinno się uwięzić przede wszystkim papieży i kolejno kardynałów, biskupów i księży – jako czołowych homofobów. Gdyby te prawa wprowadzono wcześniej w Polsce, żadna pielgrzymka Jana Pawła II nie byłaby możliwa, trzeba by go aresztować, gdy tylko stanął na lotnisku. Na szczęście nawet komuniści nie ważyli się na takie szaleństwa, do których bezwzględnie dążą homolobbyści.

Co więcej, przecież zdecydowana większość Polaków ma negatywne zdanie na temat homoideologii, w tym homozwiązków i homoadopcji. Często też o tym mówią. Gdyby więc homolobby uzyskało prawa, o które walczy, trzeba by konsekwentnie uwięzić zdecydowaną większość Polaków. Trzeba by stworzyć państwo policyjne z tysiącami szpicli oraz tysiącami obozów koncentracyjnych dla dziesiątek milionów „homofobów”, prawdziwe homogułagi XXI wieku. I to na polskiej ziemi najbardziej zniszczonej i skrwawionej przez totalitaryzmy XX wieku. Czy naprawdę chcemy oddać całą władzę ludziom, których żądania mają takie logiczne konsekwencje?

Ja przynajmniej nie, dlatego się im sprzeciwiam pamiętając, że gdyby więcej, wystarczająco dużo ludzi sprzeciwiało się nazistom i bolszewikom, nigdy nie doszliby oni do władzy.

Czynię to, pomimo że spotykam się z groźbami, że zostanę zamordowany jak ksiądz Popiełuszko. To pokazuje, z kim mamy tu do czynienia. Ludziom, którzy aż tak kłamią i aż tak grożą, tym bardziej trzeba się przeciwstawiać – żeby nie zdobyli władzy totalnej. Zresztą nie należy zbytnio obawiać się męczeństwa i śmierci. Przecież w obronie ziemskiej ojczyzny, w przypadku wojny, giną miliony żołnierzy. Tym bardziej mamy obowiązek walczyć jak żołnierze Chrystusa, gdy chodzi o obronę ojczyzny niebieskiej, gdy walcząc o prawdę, walczymy także o zbawienie wieczne milionów. Zbawienie także naszych śmiertelnych wrogów, nawet najbardziej cynicznych i zakłamanych homoideologów. To także są nasi bracia, tym bardziej zagrożeni, im bardziej żyją w nienawiści i kłamstwie.

Tym bardziej, że przecież chodzi o obronę dzieci i młodzieży
Właśnie, przecież w tym roku program edukacji seksualnej stworzony według zasad gender po raz pierwszy usiłowano wprowadzić do polskich szkół. A według jego kanonów koniecznie należy uczyć masturbacji już 3-letnie dzieci, a współżycia seksualnego dzieci 12-letnie. To jest najlepszy program, aby uczynić z dzieci seksnarkomanów, doprowadzić do zdruzgotania ich przyszłości. Trzeba być maniakiem seksualnym, żeby taki program stworzyć i forsować, a takich maniaków w żadnym wypadku nie można dopuszczać do dzieci. To podobnie, jakby prostytutki i alfonsów wpuszczać do szkół, by do woli molestowali dzieci.

To jest też brutalne wdzieranie się do świętego kręgu rodzin, pogwałcenie konstytucyjnych praw rodziców do wychowania dzieci zgodnie ze swoimi przekonaniami. Jak bardzo muszą gardzić człowiekiem ideolodzy, którzy dopuszczają się takich rzeczy.