piątek, 20 września 2013

Białoruś – zmyślenie i prawda

Z Białorusią jestem związana rodzinnie. Moja rodzina miała majątek koło Pińska. Nazywa się Widybór.  Jest na wszystkich mapach.

Po raz pierwszy odwiedziłam „swój” majątek kilkanaście lat temu. ( w 1996). Byłam wówczas  przerażona stanem państwa, potworną nędzą i ruiną. Pojechałam ze znajomą jej samochodem terenowym Muscel, z dwoma obronnymi psami, wprost do Pińska. Nasz zamysł, żeby samochód nie różnił od spotykanych w terenie powiódł się w 100%. Na szosach spotykałyśmy oprócz różnych wersji prymitywnych samochodów terenowych jeszcze tylko słynnego Ziła 105 ( ził sto piać- trochę ciągnąć, trochę pchać)




Porannna kawa w Brześciu – rok 96.

Odwiedziłyśmy w Pińsku biskupa Świątka, który znał mego dziadka Włodzimierza Bocheńskiego właściciela majątku Widybór i zamieszkałyśmy na wskazanej przez niego kwaterze u Polki, córki przedwojennego oficera, której nie udało się uciec z sowieckiego raju. Niezwykle serdeczna i gościnna osoba nie chciała korzystać z przywiezionych przez nas zapasów. Chciała żebyśmy przeżyły choćby kilka dni tak jak żyje ona i żyła wówczas większość ludzi na Białorusi.

Zapamiętałam, że jej emerytura ( jeżeli dobrze pamiętam 240 zajczykow, jak nazywali swoją walutę) wystarczała na 4 kilogramy żółtego sera. Dlatego ser i wędlinę jadła dwa razy w roku – na Boże Narodzenie i na Wielkanoc i to w śladowych ilościach. Połowę emerytury pochłaniał czynsz reszta musiała starczyć na utrzymanie. Jadła prawie wyłącznie kartofle.


W tym domku, przy uliczy Szewczenki w Pińsku mieszkał do końca swych dni kardynał Kazimierz Świątek choć odbudował luksusowe seminarium . Zdjęcie rok 96.

Następny raz wybrałam się z córką do Brześcia w poszukiwaniu dokumentów przed samymi wyborami na Białorusi, czyli bodajże 3 lata temu.

Doznałam szoku- szoku pozytywnego. Z poprzedniej podróży zapamiętałam Brześć jako jedną wielką ruinę. Rozpadające się kamienice, nieliczne bloki z wielkiej płyty, puste sklepy i szarzy ludzie patrzący w ziemię i nie odpowiadający na najprostsze pytania.


Drogowskaz do Widybora . To rok 1996. Widać jak pustynny jest krajobraz.

Znalazłyśmy  Brześć przepięknie odnowiony. Z ogromnym pietyzmem odrestaurowano przedwojenne domki i kamieniczki. Gdyby mnie ktoś wypuścił z samochodu na jednym z bulwarów i zapytał gdzie jestem, odpowiedziałabym, że w południowej Francji.

Sklepy były zaopatrzone lepiej niż w Warszawie, produkty o wiele tańsze ( dla nas), ludzie dobrze ubrani, dzieci z kolorowymi plecakami. Rozmawiali swobodnie, podejmowali rozmowę z Polakami. ( akcent zdradzał nas natychmiast). Żadnych milicjantów na rogach ulic, którymi nas straszono w Polsce. Przez cały tydzień widziałyśmy tylko jeden radiowóz i to z daleka. Nikt nas nie legitymował, nikt nie sprawdzał naszych bagaży. W archiwach przyjmowano nas bardzo życzliwie ( 15 lat temu nikt nie chciał nawet podnieść głowy znad biurka).

Wieczorami w hotelu słuchałam przedwyborczych wystąpień Łukaszenki z prawdziwym zainteresowaniem, wręcz fascynacją. Powiem więcej – całkowicie zgadzałam się z jego diagnozą. Mówił jak wielkim problemem jest unowocześnienie Białorusi bez pozbycia się ( kak w Polsze) własności ziemi, banków i kluczowych przedsiębiorstw. W jaki sposób prowadzić prywatyzację i reprywatyzację, żeby nie oznaczało to zniszczenia do gruntu tego wszystkiego, co z takim trudem zbudowano ( kak w Polsze) i wyrzucania ludzi na bruk. Ironicznie podśmiewał się z pomarańczowej rewolucji na Ukrainie gdzie „ rewolucjonistom” dostarczano cateringowe posiłki i pozwalano tańczyć na placach. Przypomniał, że to oni Białorusini wsadzili Rosjan na „czemodany”.

Jestem dość podejrzliwa, szczególnie wobec reżimu, który od lat przedstawia się nam jak imperium diabła wcielonego. Wchodziłam na podwórka, żeby sprawdzić czy czasem Brześć nie jest „patiomkinowską wsią”. Rozmawiałam z ludźmi przy każdej okazji. Wszyscy mówili żeby nie ulegać stereotypom. Wielu z nich widzi w Łukaszence jedynego obrońcę przed zamachem obcego kapitału na ich narodową własność.

Nie wiem jak wyglądały wybory w Mińsku, bo Brześć to jednak prowincja, nie wiem jak liczono głosy i kogo bito. Nie wiem również, kto manifestował na ulicach i za jakie pieniądze organizowano protesty.

Wiem jednak dobrze, jaka była atmosfera w Brześciu w przeddzień samych wyborów. Nikt mi nie wmówi, że ludzie się bali. Ulotki innych kandydatów rozdawano bez przeszkód na ulicach i w kawiarniach, dyskutowano z cudzoziemcami.

Kolejny raz znalazłam się na Białorusi 28 lipca tego roku. Pojechałam w grupie znajomych związanych rodzinnie z tymi terenami,  w dwa samochody. Jeden był to samochód terenowy(zdecydowanie lepszy od Muscela), drugi osobowy.

Trudno uwierzyć jakich bzdur nasłuchaliśmy się przed wyjazdem. Po poprzednich doświadczeniach nie wierzyliśmy w nie ani trochę.

Rzeczywistość przeszła wszelkie nasze oczekiwania. Brześć, Pińsk, Baranowicze, Nowogródek , Grodno to wspaniale rozbudowujące się miasta. Obok z wielkim pietyzmem kontynuowanej konserwacji zabytków, setki nowych domów i mieszkań. Mieszkaliśmy w Pińsku w seminarium duchownym odbudowanym przez kardynała Świątka. Rektor seminarium powiedział, że nie mają najmniejszych problemów ze strony władz, że wręcz przeciwnie obawiają się jakiejś niefortunnej sukcesji po Łukaszence.


Zabytkowa kamieniczka w Brześciu do sprzedania. Ceny nie znam bo z pewnością przekracza moje możliwości.

Co wydaje się najważniejsze- na Białorusi nie ma bezdomności, nie ma żebractwa, nie ma bezrobocia. Kraj jest niezwykle czysty. Czyste są miasta, wsie , lasy i pola. W ciągu naszej podróży urządziliśmy nieformalny konkurs na znalezienie choć jednej butelki czy papierka na ulicy czy w lesie. Wreszcie jedna butelka się znalazła. Była to Cisowianka.

Ten pan wrzuca butelkę do kosza. Nie widać za jego plecami Łukaszenki z naganem.

Nikt mi nie wmówi, że za każdym obywatelem stoi z pistoletem klon Łukaszenki i pilnuje wyrzucania śmieci. Przez cały nasz pobyt spotkaliśmy tylko jeden milicyjny radiowóz na szosie. Nikt nas nie legitymował, nikt nic nie sprawdzał. Po prostu w przeciwieństwie do naszego kraju problem śmieci jest -jak wiele innych spraw zresztą- świetnie rozwiązany.


Ten pan wrzuca butelkę do kosza. Nie widać za jego plecami Łukaszenki z naganem.

Między innymi warunkiem otrzymania zasiłku jest praca przy sprzątaniu. Widzieliśmy takich sprzątających w twierdzy Brześć. Idą sobie powoli szukając najmniejszego papierka. Nie wydają się śpieszyć, ani być upokorzeni.

Pojechaliśmy wykapać się nad Świteź w zupełnie dzikim miejscu do którego skierował nas zaczepiony w jakimś kołchozie tubylec. Był na tyle miły, że pojechał swoim samochodem pierwszy, wskazując nam drogę. Miejsce idealnie czyste, krystaliczna woda. Wolno biwakować.  Żadnych śmieci. Za to ostrzeżenie, żeby pilnować namiotów przed złodziejami. Jak widać są  jak wszędzie na świecie, ale my się z kradzieżą nie spotkaliśmy, a zdarzyło nam się zostawiać otwarty samochód.


Deptak w centrum Brześcia. Nasza ekipa tyłem. Wszędzie eleganckie kawiarnie. Domy odrestaurowane z pietyzmem. Nikt nie burzy zabytków (kak w Polsze).

Szosy są doskonałe, świetnie oznakowane i jak dla nas dość puste. Kierowcy niezwykle uprzejmi. Wszyscy przepuszczają się w konfliktowych sytuacjach, zjeżdżają z drogi nawet ogromne kombajny.

Nie ma bezdomności bo mieszkania są tanie, jest wiele starych budynków z których nikt nie wyrzuca lokatorów. Młodzi biorą nisko oprocentowane kredyty i kupują mieszkania na własność w blokach.

Jak nam powiedziały siostry z Nowogródka, w polskiej wsi Piesiewicze, którą odwiedziłyśmy można kupić dom ( typu nadbużańskiej chaty z okolic Rybienka)  za równowartość 10 tysięcy złotych. (Napiszę o tym szerzej gdy to sprawdzę. Nie chcę nikogo wprowadzić w błąd.)

Mieszkańcy tej wsi ( jest ich tylko 20 osób) mają wszyscy renty w wysokości około 15 000000 rubli ( 7 50 złotych). Mówią po polsku. Do kościoła katolickiego mają przeszło 25 kilometrów, ale w niedziele jest specjalny kurs autobusu dowożącego ich na mszę. Tak są prześladowani katolicy na Białorusi.

Reżim odbudował pałac Radziwiłłów w Nieświeżu, zamek w Mirze, dworek Mickiewicza w Zaosiu koło Nowogródka. Wyraźnie nastawia się na turystów. Wszędzie bez przeszkód funkcjonują prywatne restauracje, bazary, tatersale z końmi do jazdy. Ruch w interesie wydaje się jednak dość słaby. Być może dlatego, że aby wjechać na Białoruś potrzebne są zaproszenia, albo dlatego, że potencjalni turyści są straszeni przez nałogowych opowiadaczy kłamstw.

Białorusini są zadowoleni ze swojej sytuacji. Rozmawialiśmy z wieloma osobami. Nasi tutejsi w Widyborze też twierdzą, że jest im bardzo dobrze. Kołchoz podjął działalność. Wszyscy mają zatrudnienie albo renty. W ciągu tych 17 lat ziemia odżyła po sowieckich melioracjach. Wyrosły drzewa. Kołchoz nastawiony jest na hodowle bydła. Krowy są w doskonałej kondycji.

Na Białorusi nie ma nieużytków. Pola są dobrze uprawiane, zboże sprzątnięte. Nie wiem jak Łukaszenko ma zamiar poradzić sobie z prywatyzacją i ewentualną reprywatyzacją.

Jedno jest pewne. Trzeba pozbyć się złudzeń na temat naszej misji cywilizacyjnej na tych terenach. Białorusini wybili się na niepodległość. Potrafią bez resentymentów mówić o przeszłości. O moim dziadku powiedzieli uprzejmie, że był to dobry pan ( występowali przecież  z petycją o jego uwolnienie) ale panowie są  im potrzebni tylko w muzeum. Bez minoderii mówili o okrucieństwach wobec polskich posiadaczy ziemskich dodając natychmiast, że do dawnych stosunków własnościowych nie ma powrotu. Twierdzą, że prywatyzacja następuje ewolucyjnie. Młodzi wyjeżdżają na zachód, albo do Moskwy , dorabiają się ,  kupują i inwestują. Starsi bezpieczniej czują się w ich miejscach pracy.

O Białorusi mogę w nieskończoność. Dla tego przestrzegam – ciąg dalszy nastąpi, po uporządkowaniu zdjęć.

Na koniec ważne dla mnie pytanie na które nie mam odpowiedzi. Kto i w jakim celu rozpowszechnia w Polsce  te wszelkie bzdury na temat Białorusi? Białorusini twierdzą, że polskie delegacje widują się tylko z zawodowymi opozycjonistami, których liczbę szacują na 10 osób i mają o nich jak najgorszą opinię. Pobłażliwie mówią: „ zróbcie najpierw porządek w własnym kraju, zanim zaczniecie kogoś pouczać”. Nie sposób się z tym nie zgodzić.

http://izabela.nowyekran.net

Fotografie i źródło na: http://marucha.wordpress.com/2013/08/10/bialorus-zmyslenie-i-prawda/

czwartek, 19 września 2013

Chemtrails – jak jesteśmy truci z powietrza

Jeśli wspomnisz komukolwiek w Polsce, że nad naszym krajem (i nie tylko) rozpylane są na masową skalę środki chemiczne jako element geoinżynierii, to zdecydowana większość pomyśli, że jesteś chory psychicznie albo, że naczytałeś się za dużo książek science fiction. Trudno rozmawiać na temat, który nie został przedstawiony szerokiej publiczności w mediach. Jednak, mimo niemalże pełnej ignorancji problemu przez media a tym samym społeczeństwo, literatura na ten temat jest dość pokaźna jak również pojawia się coraz więcej publikacji na ten temat.

Zarówno w Stanach Zjednoczonych jak i w Europie od dobrych kilkunastu lat mieszkańcy wielu regionów obserwują na niebie tajemnicze smugi, które czasami pozostawiają samoloty odrzutowe. Najbardziej niepokojącym faktem jest, że żaden rząd na świecie nie przyznaje się do ich tworzenia i nabiera wody w usta. Czy zatem nie padamy jako ludzkość ofiarą jakiegoś chorego eksperymentu, który może zagrażać naszemu zdrowiu i życiu? Większość ludzi nie zawraca sobie głowy białymi smugami na niebie pozostawianymi przez samoloty. Jak pokazują badania i analizy są to chemiczne opryski nieba, niebezpieczne dla naszego zdrowia i życia.





Zdjęcia z całego świata pokazują te nowe smugi kondensacyjne, które w odróżnieniu od zwykłych „contrails” nazwane zostały w j. angielskim „chemtrails”. Samo słowo „chemtrail” to zlepek słów „chemical trail”, czyli „chemiczny ślad”. Badacze twierdzą, że rok 1999 miał być przełomowym okresem, kiedy chemiczny aerozol zaczął się pojawiać na niebie w dużych ilościach. Ale niektórzy badacze mówią, że eksperymenty na pewnych obszarach były przeprowadzane już w latach 60-tych. Wielu dociekliwych obywateli pobierało nawet próbki substancji rozpylanej z samolotów, oraz analizowało ich skład. Badania mikroskopowe i spektralne wskazują na to, że jest to mieszanina głównie metali ciężkich (aluminium, bar) i substancji biologicznych.
W Kanadzie na terenach spryskiwanych ludzie zaczęli zgłaszać ataki astmy – zarówno u dorosłych jak i u dzieci. zaczęto odnotowywać ciężkie zachorowania na drogi oddechowe, zapalenie płuc, alergie, schorzenia skórne, choroby serca, bóle stawów, nagłe skrajne zmęczenia, zawroty głowy, silne bóle głowy, krótkotrwałą pamięć, brak koncentracji, krwawienia z nosa, bóle gardła, drżenia powiek. Pomimo, że oficjalne raporty utrzymują, że opryski nie mają nic wspólnego z zachorowaniami to jednak analizy próbek włosów chorych pacjentów w Kanadzie wskazują na znacznie wyższy poziom aluminium niż zwykle.

Choroba Morgellonów

Jest kilka rzeczy, które odróżniają zwykłe smugi (pozostawiane za samolotami odrzutowymi) od tych nowych, chemicznych („chemtrails”). Te smugi szkodliwe zawisają na niebie i „ciągną” się po niebie od jednego horyzontu po drugi horyzont, tworząc formacje podobne do chmur cirrusów, ale najczęściej tworzą się niżej niż zwykłe cirrusy. Poza tym zauważono, że padające na nie światło słoneczne załamuje się podobnie jak w plamie ropy – następuje zjawisko refrakcji światła, mieniąc się wszystkimi kolorami tęczy. Chemtrails układają się (są rozpylane) w zauważalne wzory, najczęściej krzyżują się pod różnymi kątami, tworząc szachownice, zachodzą na siebie, przecinają się itp. Często tworzą np. znak „X”. Przypomina to bardzo często starannie zaorane pole, od horyzontu do horyzontu. Po kilku godzinach smugi te zaczynają opadać, ich kształty rozrzedzają się. Co najważniejsze w tym wszystkim, opad pozostały po nich wywołuje u mieszkańców pobliskich terenów przeróżne schorzenia (o których mowa powyżej).



Obserwatorzy i świadkowie twierdzą, że spryskiwanie jest dokonywane najczęściej z samolotów wojskowych. Co ciekawe, w bardzo wielu przypadkach do tego celu używane są samoloty NATO. Samoloty te włączają i wyłączają rozpylanie w określonym momencie i zmieniają kierunek lotu. Co jest najbardziej niepokojące, to fakt, że smugi chemiczne – w odróżnieniu do tradycyjnych, kondensacyjnych – pojawiają się najczęściej nad zagęszczonymi populacjami miast i metropolii w godzinach szczytu, kiedy ludzie wracają do domu z pracy, lub pod przykryciem nocy. Czemu więc ma to wszystko służyć?


Należy mieć na uwadze, że ten temat należy do tych, które są przechwytywane i przeinaczane. Sianie dezinfromacji to zawsze najlepszy sposób na przykrycie całej sprawy lub zniechęcenie do niej społeczeństwa. Niektórzy zresztą zawsze wybiorą tę rzekomo „pozytywną” wersję wyjaśniającą to zjawisko tj. że „rząd robi to dla naszego dobra”. To taka bajka dla naiwnych – nic co jest robione potajemnie i bez naszej wiedzy nie może być czymś dobrym. Niektórzy chcą nas przekonać, że spryskiwanie ma związek z ochroną przed promieniowaniem przedzierającym się przez „dziury ozonowe”, zapobieganiem „globalnemu ociepleniu”, itd. Jeszcze inne źródła podejrzewają, że są to działania w celu modyfikacji pogody. Podaje się przykłady doniesień z lat 80-tych na temat prób rozpylania jodku sodu w celu sztucznego tworzenia chmur. To jednak nie wydaje się zbyt wiarygodnym wytłumaczeniem ze względu na zasięg zjawiska, okoliczności i wyboru miejsc, gdzie „chemtrails” występują.




Podobnego rodzaju smugi zaobserwowano na zdjęciach satelitarnych Zatoki Perskiej w trakcie Operacji Pustynna Burza – czy chodziło o ochronę przed domniemanym atakiem biologicznej broni Saddama Husajna, czy taką bronią potraktowano Irakijczyków? W USA już od czasów II Wojny Światowej istnieje długa tradycja testowania nowych broni na własnych obywatelach, bez ich wiedzy. Np. w 1950 roku amerykański stawiacz min rozpylił nad zatoką w pobliżu San Francisco chmury bardzo rzadkich bakterii z rodziny „serratia”, w rezultacie czego 11 osób hospitalizowano, a 1 zmarła. Ofiary tego eksperymentu zaskarżyły rząd, w rezultacie czego wyszło na jaw, że w latach 1950 – 1969 dokonano około 300 podobnych testów „na wolnym powietrzu”. Badacze rozpylali zarazki nawet w takich miejscach, jak nowojorskie metro. W 1972 roku rząd USA oficjalnie zaprzestał podobnych badań, jednak nieoficjalnie prace trwają nadal, tym razem stosuje się również zdobycze inżynierii genetycznej. I tak w 1986 roku filadelfijski Instytut Wistar przy pomocy genetycznie zmodyfikowanego wirusa wścieklizny zaatakował argentyńskie bydło. Podobny eksperyment Uniwersytet w Oregonie przeprowadził w Nowej Zelandii. Tam wojsko ponoć tylko szukało szczepionki przeciwko śmiertelnym wirusom.

Wyrażanie wątpliwości co do przedstawianych argumentów, ośmieszanie wypowiedzi świadków, albo przyznanie wprawdzie istnienia „chemtrails”, ale bagatelizowanie ich znaczenia, wskazywanie na manewry wojskowe o nieznanym znaczeniu lub odmawianie jakiejkolwiek dalszej odpowiedzi z powołaniem na „bezpieczeństwo narodowe” – oto taktyka rządzących, nie świadcząca dobrze o ich intencjach. „Chemtrails are real”, powiedział w czerwcu 2003 Dennis Kucinich, demokratyczny kandydat na prezydenta USA na publicznym wystąpieniu w sprawie „chemtrails” w kalifornijskim Santa Cruz. Kucinich żądał wstrzymania wszystkich projektów wojskowych w atmosferze, do których zaliczane się również sztuczne chmury. Po rozpylaniu widać na niebie liczne krzyżujące się smugi kondensacyjne, które po paru godzinach rozmazują się w białe zawiesiny i ich ślady widoczne są nawet po kilkunastu godzinach, natomiast niebo traci swój niebieski kolor. Rozpylanie przeciwdziała zasadniczo opadom atmosferycznym i prowadzi do suchej, chłodnej pogody pod mglistym niebem lub suchych burz z licznymi wyładowaniami atmosferycznymi. Do tego pojawiają się po czasie liczne problemy ze zdrowiem tych, którzy byli narażeni na działanie chemikaliów.


Ludzie z całego świata zaniepokojeni tym zjawiskiem donoszą o tym i przysyłają setki zdjęć do organizacji zajmujących się ich badaniem. Można znaleźć tysiące fotografii w internecie dokumentujących chemiczne rozpylanie. Jednym z największych takich archiwów zdjęć jest Chemtrail Central. Jednakże kolejnym niepokojącym faktem jest to, że ani słowa o „chemtrails” nie znajdziemy w oficjalnych mediach. Jeśli nawet cień informacji przedostanie się do opinii publicznej to jest on podawany w taki sposób, by zdyskredytować i ośmieszyć podejrzliwe jednostki i sprawić, by ludzie zbagatelizowali zjawisko, uznając je za nieistotne. To daje naprawdę wiele do myślenia…



Reasumując, możemy z całą pewnością powiedzieć, że dzieje się coś niedobrego i to na skalę masową. Nie mamy wiedzy o tym, czym są dokładnie owe chmury i jakie jest ich działanie, ale znając bezwzględne metody i sposoby działań iluminatów (możesz poczytać o nich w zakładce „Nowy Porządek Świata”) trzeba zakładać jedynie negatywne lub bardzo negatywne wyjaśnienia. Jeśli w skrytej tajemnicy zamienia się ludzi w króliki doświadczalne, po czym udaje się „głupa”, że o niczym nikt nie wie, to możemy spodziewać się najgorszego.

Dla tych, którzy nadal mają jakiekolwiek opory co do możliwości istnienia i występowania takich programów nad polskim terytorium prezentuję mapę opracowaną przez ETC Group a opublikowaną ostatnio w brytyjskiej gazecie Guardian. Jest to mapa oficjalnych programów geoinżynieryjnych jako projektów badawczych i eksperymentów manipulacji systemem klimatycznym. Świadomość istnienia takich programów jest o tyle istotna, iż powodują one zaburzenie naturalnych procesów pogodowych. Jeśli np Czechy przeprowadzą akcję wyzwalania opadów nad swoim terytorium to np. w Polsce może być susza, lub inne anomalie pogodowe.




„Czym spryskiwany jest świat?”:

środa, 18 września 2013

Bluźnierstwa: Tęczowy „Znak”

Miły, dobrze ubrany, wrażliwy – taki właśnie, wykreowany przez liberalne media obraz osób o skłonnościach homoseksualnych jest multiplikowany w niezliczonej ilości seriali, filmów, przedstawień teatralnych. Czy naprawdę do chóru „ocieplaczy” wizerunku, promotorów obrazu „prześladowanego geja” muszą dołączać także periodyki deklarujące katolicyzm? Lektura ostatnich numerów „Znaku”  wskazuje, że według redakcji niektórych magazynów tak właśnie być musi.

 

Anonimowy ksiądz z anonimowego duszpasterstwa

 W kwietniowym numerze tegoż pisma zaprezentowano wywiad z duszpasterzem osób homoseksualnych.  Poziom utajnienia rozmówcy (nie tylko imię i nazwisko, ale i parafia, dekanat, diecezja) jako żywo przypomina ten znany z relacji wypowiedzi osób szczególnie zagrożonych agresją i prześladowaniami. Jednak wydaje się, że kluczem do interpretacji tej anonimowości jest chęć ukazania w sposób jeszcze bardziej dobitny pewnej supozycji. Oto w Polsce homoseksualiści spotykają się ponoć z tak silnym ostracyzmem i prześladowaniem, zwłaszcza ze strony Kościoła, iż konieczne jest szczelne zasunięcie kurtyny i utajnienie rozmówcy.

 Już na początku rozmowy dowiadujemy się, że inspiracją do powstania duszpasterstwa była… lektura „Gazety Wyborczej”. Kuriozalność tego typu deklaracji jest porażająca. Dziennik tak zaangażowany w atakowanie Kościoła, lansujący model życia skrajnie daleki od chrześcijańskiego i wskazań Magisterium, staje się przyczynkiem i generatorem działań duszpasterskich.

 Jak zwykle przy takich rozmowach otrzymujemy porcję ckliwych historyjek o poszukiwaniu, odrzuceniu i niezrozumieniu, na jakie narażeni są homoseksualiści. Nihil novi zatem, ten typ argumentacji jest dość szeroko rozpowszechniony. Szczególną uwagę zwraca jednak fakt, że te słowa wypowiadać ma osoba duchowna. Zatem proces ocieplania wizerunku pederastów i lesbijek ma także swoich adwokatów w Kościele. A to już sprawa bardzo poważna. Pomijanie w rozmowie słowa „grzech”, którym są przecież relacje homoseksualne, niepokój pogłębia. Tolerancja i akceptacja stają się jedynymi wyznacznikami opisującymi wizję stosunków na linii Kościół-homoseksualiści.

 „W Piśmie Świętym chodzi o coś zupełnie innego”

 Te właśnie słowa wypowiada anonimowy rozmówca „Znaku”, kończąc refleksję poświęconą nauce Kościoła o konieczności zachowania czystości w kontekście zachowań homoseksualnych. „Wydaje mi się jednak, że do zasad Pisma podchodzi się dziś arbitralnie – do pewnych zakazów i nakazów wciąż się odwołujemy, do innych już nie. Zawsze trzeba się starać zrozumieć kontekst, w jakim coś było napisane. W Piśmie Świętym nie ma przecież mowy o homoseksualizmie we współczesnym rozumieniu. Naukowe zajmowanie się homoseksualizmem rozpoczęło się dopiero w XIX w., wcześniej niewiele można było powiedzieć chociażby o aspekcie psychologicznym czy biologicznym tego zjawiska. W Piśmie Świętym chodzi więc o coś innego” – mówi „anonimowy duchowny”.

 Rozmówca „Znaku” posuwa się do stwierdzenia, iż „negatywna ocena homoseksualizmu nie ma mocnego uzasadnienia teologicznego”. Nasuwa się więc natychmiast pytanie, czy nie warto by tak mocnych i skłaniających do refleksji opinii wypowiadać z podniesioną przyłbicą? Słowa posiadają konsekwencje. W tym wypadku dotykają one spraw najważniejszych dla katolika, życia w zgodzie z nauką Kościoła.

 Oczywiście można powtarzać, że „najważniejsza jest osobista więź z Bogiem, który nam ufa”, ale czy przytaczane powyżej stanowisko nie neguje roli Kościoła i Magisterium, które – można odnieść takie wrażenie – stanowią dla rozmówcy „Znaku” pewien balast i obciążenie? Duchowny stwierdza, że „nie błądzi ten tylko, kto nie wyrusza w drogę”. Czy jednak naprawdę trzeba zamykać oczy na drogowskazy stawiane przez Kościół i podążać za swoim wyobrażeniem?

 Miłość ci wszystko wybaczy?

 „Jeśli ludzie się kochają, to mają prawo do okazywania swoich uczuć, tak jak osoby heteroseksualne”, mówi rozmówca periodyku. I wszystko jasne, miłość usprawiedliwia wszystko, także „tęczowe parady”, w których duchowny nie dostrzega niczego złego. Dla niego „to wszystko mieści się w nurcie Dobrej Nowiny”. Dlaczego ksiądz nie mówi  tego jawnie, są to słowa, których przyjęcie może prowadzić do akceptacji grzechu i tym samym do narażenia się na wieczne potępienie?! Kapłan, wbrew temu co twierdzi interlokutor „Znaku”, ma pokazywać i prowadzić a nie „iść za stadem”! W świecie tak skomplikowanym ludzie mogą właśnie od kapłanów oczekiwać jasnych wskazówek. Nie ma to nic wspólnego z dyktatem czy protekcjonalnością. Zniuansowana i mętnie podana nauka wprowadza zagubienie. Nie może tu być miejsca na „drogę środka i niepopadanie w skrajności”. Nauka Pana Jezusa Chrystusa jest skrajna! Nie mówi On: dobrze by było, zastanów się, możesz tak – jego słowa są jak ogień. „Nie przesadzaj” - to chyba ulubiony podszept szatana.

 Niestety, czerwcowy numer „Znaku” przynosi kolejną porcję zaskakujących refleksji poświęconych homoseksualizmowi. Można odnieść wrażenie, że przynajmniej świecka część autorów sprawę legalizacji homozwiązków uważa za rozstrzygniętą, oczywiście z pozytywnym dla sodomitów skutkiem. Dlatego numer ten poświęcony jest kwestii wychowywania przez układy jednopłciowe dzieci. To, dzięki Bogu, wywołuje w „Znaku” jeszcze kontrowersje, choć nie wiadomo, jak szybko przestanie. Nie ma się czemu dziwić, skoro miesiąc wcześniej z ust duchownego usłyszeliśmy, że skłonności homoseksualne są  „OK”, trzeba iść dalej. Działania takie można interpretować jako zmiękczanie katolickiej opinii publicznej, tak by nie stawiała się ona – i tak przecież nie dość zdecydowanie -  w opozycji do „tęczowej” ofensywy.

 Z części artykułów emanuje tak charakterystyczna dla katolików otwartych chęć dialogowania i szukania kompromisów. Także tam gdzie o takich mowy być nie może. Nie jest problemem „różne definiowanie dobra dzieci” przez zwolenników i przeciwników homo-adopcji, jak sugeruje Marzena Zdanowska w artykule „Czy połączą nas dzieci?”. Dobro jest obiektywną wartością i nie podlega paradygmatowi kompromisu. Samo zakładanie, że poparcie dla wychowywania przez sodomitów dzieci można uznać za głos w dyskusji, nobilituje to na wskroś sprzeczne z chrześcijaństwem przekonanie. Oczywiście w przestrzeni publicznej istnieją różne opinie i mniej lub bardziej cudaczne koncepcje. Ale czy naprawdę  z każdą z nich trzeba się mierzyć? W jakim celu, jeśli wiara nie dopuszcza w tej materii żadnych kompromisów?

 Psycholog radzi

 Skoro „Znak” uzyskał „błogosławieństwo” osoby duchownej dla homozachowań, przyszedł czas na wsparcie tych opinii przez naukowca. Temu służyć ma wywiad z dr Grzegorzem Iniewiczem, psychologiem, współautorem podręcznika do psychologii LGB, polecanym na różnego rodzaju „tęczowych” forach internetowych.

 Stwierdza on wprost, że „na bazie dokumentów wydawanych przez psychologiczne stowarzyszenia orientacja homoseksualna nie wpływie negatywnie na rozwój dzieci”. Zatem jeśli miałeś Czytelniku zdroworozsądkowe wątpliwości, że dzieci wychowane przez dwie "mamy" lub dwóch "ojców" mogą być przez ten fakt poszkodowane, to już nie masz się czego bać. A co jeśli za rok, dwa ktoś opublikuje inne wyniki badań? Dlaczego istnieje wola dokonywania eksperymentu na dzieciach, tym bardziej iż doświadczenie uczy, że to rodzina (a więc ojciec, matka i ich potomstwo) stanowi naturalne i korzystne środowisko dla wychowania dzieci. Za naukowe gender-szaleństwo zapłacą najmłodsi!

Nie obyło się oczywiście, jak zwykle przy takiej okazji, bez ckliwej opowiastki o „parze gejów, którzy opiekowali się trzema chłopcami”. Zachwyt na panującą tam atmosferą, która „nie była po męsku oschła, ale bardzo ciepła i przyjazna”, musi wywołać zaniepokojenie.

Czemu ma służyć dopuszczanie do głosu w medium – uważającym się za katolickie – tego typu opinii? Zamęt jaki może wywołać prezentacja (i subtelna afirmacja) takich poglądów, redaktorzy „Znaku” biorą na swoje sumienie. Czemu ma służyć to „ocieplanie” wizerunku? A może stawką jest powolne lecz konsekwentne urabianie katolickiej opinii publicznej, na rzecz zaakceptowania przez nią nowej, tym razem homoseksualnej, rewolucji w Kościele?

 Odpowiedzią katolika na tego typu zabiegi PR-owskie powinno być zdecydowane „nie”, nie wynikające z jakiegoś widzimisię, ale podparte jasną i nie pozostawiającą miejsca dla żadnych wątpliwości nauką Magisterium. Zaś najlepszym miejscem na dywagacje anonimowych kapłanów lub psychologów zafascynowanych genderową zarazą jest, jak się wydaje, kosz na śmieci.

Łukasz Karpiel pch24  2013-08-12

wtorek, 17 września 2013

Szatanowi chodzi o nasze dusze, bo są nieśmiertelne – on może dać człowiekowi wiele ziemskich dóbr, pod warunkiem, że oddamy mu pokłon

“Szatanowi chodzi o nasze dusze. On może dać człowiekowi wiele ziemskich dóbr. To, co oferował Chrystusowi: królestwa, bogactwa. Pod warunkiem, że oddamy mu pokłon. Szatan chce naszej duszy, bo ona jest nieśmiertelna. Dlatego będzie robił wszystko, żeby człowiek zbuntował się tak, jak on przeciwko Panu Bogu. Żeby człowiek żył tutaj na ziemi tak, jakby Boga w ogóle nie było. Żeby zajmował się tylko sprawami ludzkimi. Żeby miał czas na zabawę, na przyjemność, a nie myślał o końcu. A przecież, jeśli nie wiem dokąd zmierzam, moje życie nie ma sensu. Dopóki nie dowiem się kim jestem, kto mnie stworzył, jaki jest sens i cel mojego istnienia, nie przeżyję mojego życia mądrze. A mogę to odkryć dopiero wtedy, gdy odkryję Chrystusa, jako swojego Boga i Pana. Tylko wtedy”.

“Nie jest się opętanym bez przerwy. Człowiek chory psychicznie jest chory cały czas, opętany jest pod działaniem złego ducha w konkretnych momentach”!!!
Przechwytywanie.PNG
Ojciec Robert Konik OFM, wieloletni egzorcysta, obecny dyrektor Franciszkańskiego Centrum Duchowości i Kultury.
Szatanowi chodzi o nasze dusze – WYWIAD z o. Robertem Konikiem Ofm
Czym jest opętanie?Stanem, w którym zły duch ma władzę nad ciałem człowieka. Nie nad duszą, bo nad duszą władzę ma tylko Pan Bóg. Zły duch może rządzić ciałem, słowami czy zachowaniem człowieka.
Kiedy się ujawnia?Najczęściej wtedy, gdy człowiek zaczyna się nawracać, zbliżać do Chrystusa. Wtedy szatan się wścieka i próbuje temu zapobiec. Takie osoby mają problemy z modlitwą, z wejściem do kościoła, z uczestniczeniem we Mszy świętej. Czasami fizycznie nie mogą wejść do kościoła. Co ciekawe, jeżeli satanista chce przyjąć Komunię świętą po to, by ją później sprofanować na czarnej mszy, może to zrobić. Jeżeli ta sama osoba będzie się rzeczywiście nawracać, szatan będzie jej przeszkadzałChodzi o intencję, z jaką się przychodzi do kościoła. Czy jest nią chęć zmiany i powrotu do Chrystusa, czy chęć jeszcze większego uwikłania w grzech.
Czyli w chwili, gdy żyjemy bez Pana Boga, możemy nawet nie mieć świadomości, że jesteśmy opętani?Oczywiście.
Po czym więc to rozpoznać na tym etapie? Jakie są symptomy?Człowiek opętany traci w pewnych momentach władzę nad swoim ciałem, robi to, czego nie chce lub nie robi tego, co by chciał. Symptomy mogą być różne, np. dręczenie, obsesyjne myśli dotyczące samobójstwa czy nieczystości. Jeśli człowiek jest pod władzą złego ducha, takie myśli nasilają się podczas modlitwy. Słyszałem kiedyś o kobiecie, która zajmowała się bioenergoterapią. Na początku nie miała świadomości, że robi coś złego. Dopiero kiedy trafiła na rekolekcje, gdy zaczęła się powoli nawracać i uświadamiać sobie, że moc, którą ma pochodzi od złego ducha, w jej życiu zaczęły się dziać bardzo przykre sytuacje. Nawet fizycznie widziała złego ducha w postaci mężczyzny, który do niej przychodził. Ważne, żeby człowiek poznawał siebie, uczył się rozeznawać czy pojawiające się myśli pochodzą od Pana Boga, od złego ducha czy od niego samego.
Ale czy stan zniewolenia duchowego pozwala na takie rozeznanie?Tak, bo nie jest się opętanym bez przerwy. Człowiek chory psychicznie jest chory cały czas, opętany jest pod działaniem złego ducha w konkretnych momentach. Może podejmować decyzje, bo mimo wszystko jest wolny. Gdyby tak nie było, nie miałby winy moralnej, która ma miejsce wtedy, gdy człowiek jest wolny i świadomie, dobrowolnie podejmuje dobre lub złe decyzje. Człowiek opętany jest więc w stanie podejmować słuszne decyzje. Gdyby tak nie było, osoby opętane nie przychodziłyby do egzorcystów. Nie modliłyby się, nie nawracały… A zły duch robi wszystko, żeby ich ze swoich szponów nie wypuścić…
Zanim nie będzie chciał wypuścić, musi ich pozyskać. Jak to robi?Ks. Gabriele Amorth w jednej ze swoich książek pisze, że nawet długotrwałe życie w grzechu ciężkim, bez łaski uświęcającej, może doprowadzić człowieka do opętania. Mamy dzisiaj bardzo wiele możliwości, żeby otworzyć się na działanie złego ducha: magia, okultyzm, spirytyzm, joga, wróżby, bioenergoterapia, homeopatia… Zagrożeń jest bardzo dużo.
Wymienił ojciec zjawiska, z którymi zostaliśmy już oswojeni. Nie widzimy w nich nic niebezpiecznego. Wielu katolików chodzi na jogę, twierdząc, że to aktywność czysto kondycyjna. Czy wierzący katolik może zaszkodzić sobie duchowo chodząc na jogę?Oczywiście, że tak. Joga to nie jest tylko zespół ćwiczeń, które mają poprawić kondycję psychofizyczną. Joga ma wymiar religijny. Kiedy Europejczyk, wychowany w naszej kulturze, zajmuje się jogą, zaczyna wykraczać przeciwko pierwszemu przykazaniu dekalogu: „Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną”.
Ale ludzie twierdzą, że chodzą tylko na ćwiczenia….Tak, ale te ćwiczenia będą wpływać na ich relacje z Jezusem.
Nawet jeśli nie angażują się duchowo?Tak. Nawet wtedy. Za tym zawsze stoi zły duch. Bo szatanowi zawsze zależy na tym, żeby człowieka odciągnąć od Kościoła, który zbliża go do Chrystusa. Jeżeli człowiek zajmuje się jogą, coraz rzadziej się modli, coraz rzadziej korzysta z sakramentów, a coraz bardziej wchodzi w tamtą ideologię. W Kościele katolickim mamy wszystko czego potrzebujemy. Nie musimy tego szukać w obcych religiach. Jeżeli chcemy poprawić swoją kondycję, możemy jako katolicy pobiegać, pójść na rower, na basen. To jest bezpieczne.
A homeopatia? Co jest niebezpieczne? Samo zażywanie takich leków czy wiara w to, że mają w sobie jakąś niezwykłą moc?Już samo ich zażywanie, ponieważ te leki nie mają w sobie żadnego składu chemicznego, który miałby leczyć. Jeśli weźmiemy antybiotyk, zobaczymy, że ma on skład chemiczny, który powoduje konkretne reakcje w organizmie. W lekach homeopatycznych tego nie ma, a mimo to działają. Z naukowego punktu widzenia nie powinny działać, ale działają. Jaką mocą? Przy produkcji tych leków sprawuje się pewne ryty magiczne. Dlatego Kościół bardzo negatywnie wypowiada się na temat homeopatii.
Mogą zaszkodzić, pomimo że nie identyfikujemy się z żadnym z tych rytów i przyjmujemy leki bez świadomości, że były sprawowane?Nawet wtedy będą szkodzić. To tak, jak z trucizną. Jeśli ktoś nie wie, że to trucizna, a wypije ją, zachoruje. Niewiedza nie chroni przed skutkami trucizny. Tutaj jest podobnie. Szatan nie daje niczego za darmo. Zawsze upomni się o swoje. Może dać chwilowe zdrowie, ale po to, by zabrać coś innego: zdrowie duchowe.
Czasem ludzie sięgają po wróżby czy horoskopy dla zabawy. Można traktować to jako formę rozrywki, nie ponosząc konsekwencji? Ktoś powiedział, że szatan nie ma poczucia humoru…I to prawda. Z diabłem nie ma żartów. Grzech zawsze będzie nam szkodził. Szatan nigdy nie odpoczywa. Będzie zawsze człowieka kusił do grzechu, do zła, do mniejszego dobra. Jeżeli człowiek nie modli się regularnie, odchodzi od Chrystusa i coraz częściej wybiera rzeczy, które mu nie służą. Zacznie np. podporządkowywać swoje życie horoskopom czy wróżbom. Słyszałem kiedyś o dziewczynie, której wróżka przepowiedziała za męża bruneta. Spotykała świetnych chłopaków, którzy byli blondynami, ale odrzucała ich w oczekiwaniu na bruneta. W końcu się jakiś pojawił, ale jej życie było nieudane. Podporządkowała swoje życie temu, co powiedziała wróżka. Nie dała się poprowadzić Panu Bogu, tylko komuś innemu. I poniosła konsekwencje. Trzeba uważać na wszystko, co przekracza normy zwyczajności, na to co wiąże się z jakąś nadprzyrodzoną mocą, siłą niewiadomego pochodzenia. Jest masa programów telewizyjnych, gdzie ludzie dzwonią, by zapytać wróżki czy tarocistów o przyszłość. Nie ma chyba kolorowej gazety, w której nie byłoby horoskopów. Są też amulety, pierścienie atlantów. Tego wszystkiego jest bardzo dużo. Ks. Amorth mówi, że tam gdzie zanika wiara, tam wzrasta zabobon. I to bardzo łatwo zaobserwować we współczesnym świecie. Stajemy się coraz bardziej poganami…
Co ciekawe, zabobon przedstawiany jest w mediach jako coś postępowego, nowoczesnego, a wiara ukazywana jest jako zacofanie…Bo szatan jest ojcem kłamstwa i przedstawia zło jako dobro, a dobro jako zło. Bez światła Ducha Świętego człowiek nie jest w stanie tego odróżnić. Dlatego bardzo często ludzie popełniają błędy, choć wydaje im się, że robią dobrze. Zawsze, kiedy przekraczamy Boże przykazania, gubimy się. Dlatego powinniśmy słuchać tego, co mówi Kościół, bo to nas chroni. Tylko człowiek pokorny da się prowadzić. Człowiek pyszny chce sam decydować o sobie, nie chce się niczemu podporządkować, chce być bogiem sam dla siebie, chce stworzyć własny dekalog i to jest niebezpieczne. Szatanowi właśnie o to chodziJedna z głównych zasad satanizmu to „czyń co chcesz. Poza tobą nie ma innego boga”. Tylko tyle: czyń, co chcesz. To, co ludzkie bez Pana Boga prowadzi do tego, co szatańskie. Jezus kiedyś powiedział do św. Piotra: „Zejdź mi z oczu, szatanie, bo nie myślisz o tym, co Boże, tylko o tym, co ludzkie”. Szatanowi zależy, żeby człowiek kierował się tylko własnymi zachciankami. Czy Jezus kiedykolwiek powiedział w Ewangelii: „rób, co chcesz?”. Jezus zawsze mówi: „rób to, co ci mówię”, „nie tak jak ty chcesz, tylko jak ja chcę”…
I właśnie to jest argument świata przeciwko Kościołowi. Media wmawiają ludziom, że „chodzenie na pasku przykazań”, rozumiane jako chodzenie na smyczy Kościoła jest zniewoleniem…Właśnie, a w rzeczywistości jest zupełnie odwrotnie. Wszystko człowieka zniewoli, poza Panem Bogiem. Grzech człowieka zniewoli w każdym wymiarze. Z przykazaniami jest tak, jak z przepisami ruchu drogowego. Jeśli kierowca jedzie samochodem i bardzo się spieszy, ale widzi czerwone światło, musi się zatrzymać. To go w jakiś sposób ogranicza, ale tak naprawdę chroni. Tak samo jest z przykazaniami. One nas chronią przed nami samymi, bo to my jesteśmy dla siebie największym zagrożeniem. Człowiek może siebie zniszczyć. Może siebie samego potępić. To nie Pan Bóg potępia, tylko człowiek potępia samego siebie, gdy odchodzi od Boga. A człowiek potrzebuje obiektywnej normy. Boga, który mówi co jest dobre, co złe.
Życie w stanie łaski uświęcającej chroni nas wystarczająco przez działaniem złego ducha?Chroni, ale nie znaczy to, że nie będziemy poddani jego działaniom. Ewangelia mówi nam, że władzą tego świata jest szatan. Człowiek, który się modli, który regularnie korzysta z sakramentów też jest kuszony. Tyle, że to kuszenie naturalne. Obok niego jest jeszcze kuszenie nadnaturalne, kiedy zły duch dręczy, nęka, doprowadza do opętania. Wtedy człowiek potrzebuje nawrócenia, sakramentów.
Egzorcyzmu?Czasem i egzorcyzmu, czyli modlitwy Kościoła sprawowanej przeze kapłana, który został do tej posługi skierowany przez biskupa.
Pełnił ojciec tę posługę przez ponad pięć lat. Widział ojciec złego ducha?Kiedyś po jednym z egzorcyzmów obudziłem się w środku nocy z bólu. Miałem wrażenie, że mam złamaną kość piszczelową. Wprawdzie nie widziałem wtedy złego ducha, ale wiedziałem, że to on za tym bólem stoi. Wszystko minęło, gdy zacząłem się modlić.
A podczas egzorcyzmów? Próbował ojca przestraszyć?Były przypadki, że rozmawiał ze mną poprzez osobę opętaną. Dialogowanie ze złym duchem jest czymś przedziwnym. Ważne, żeby ograniczać się tylko do stawiania potrzebnych pytań. Nie wchodzić w dialog.
O co egzorcysta go pyta?O rzeczy, które są potrzebne do tego, żeby dana osoba została uwolniona. O imię złego ducha, kiedy wszedł, co zrobić, żeby wyszedł.
I posłusznie odpowiada?Nie zawsze, bo jest kłamcą. Ale czasami może być zmuszony przez Boga do tego, żeby mówić prawdę. Trudność polega na rozeznaniu czy to co mówi jest prawdą, czy też nie. Po kilku latach doświadczeń skłaniam się ku temu, żeby dialogować jak najmniej. Najważniejsza jest modlitwa, bo jak podkreślam, egzorcyzm to modlitwa Kościoła. Chociaż każdy egzorcysta ma swoją własną formę sprawowania jej.
Miał ojciec w swojej posłudze jakieś doświadczenie, które ojca przeraziło?Modliłem się kiedyś nad pewnym młodym mężczyzną. Właśnie po tym egzorcyzmie miałem te nocne bóle. W czasie egzorcyzmu upadł na ziemię. Gdy pokropiłem go wodą egzorcyzmowaną i wydałem formę rozkazującą, wstał z podłogi i szedł do mnie bardzo agresywny. Myślałem, że mnie pobije. Jego twarz stała się nagle zwierzęca. Podczas opętania oczy stają się inne, rysy twarzy są niezwykle napięte, widać, że to nie jest ten sam człowiek. Gdy go pobłogosławiłem, upadł na ziemię. Musiałem przerwać egzorcyzm. Potrzebowałem pomocy. Umówiłem się z nim za jakiś czas. Poprosiłem kilku mężczyzn, żeby go trzymali. Wtedy też przeprowadziłem ten egzorcyzm do końca. Ten mężczyzna więcej nie przyjechał.
Posługa egzorcysty jest więc bardzo niebezpieczna?Czasami tak, ale daje ogromnie dużo. Gdy patrzyłem na namacalne działanie złego ducha, na osoby opętane, zniewolone, dręczone, gdy widziałem jak cierpią, gdy obserwowałem konsekwencje wchodzenia w kontakt ze złym duchem, to wszystko umacniało moją wiarę. Zły duch to nie jest wymysł, tylko konkretna osoba, która jest, działa i szkodzi. Jest dla nas realnym zagrożeniem, z którym nie poradzimy sobie bez Chrystusa.
Patrzył ojciec na opętanych ludzi z bliska, słyszał diabła, który przez nich mówi. Jaki jest jego cel?Szatanowi chodzi o nasze dusze. On może dać człowiekowi wiele ziemskich dóbr. To, co oferował Chrystusowi: królestwa, bogactwa. Pod warunkiem, że oddamy mu pokłon. Szatan chce naszej duszy, bo ona jest nieśmiertelna. Dlatego będzie robił wszystko, żeby człowiek zbuntował się tak, jak on przeciwko Panu Bogu. Żeby człowiek żył tutaj na ziemi tak, jakby Boga w ogóle nie było. Żeby zajmował się tylko sprawami ludzkimi. Żeby miał czas na zabawę, na przyjemność, a nie myślał o końcu. A przecież, jeśli nie wiem dokąd zmierzam, moje życie nie ma sensu. Dopóki nie dowiem się kim jestem, kto mnie stworzył, jaki jest sens i cel mojego istnienia, nie przeżyję mojego życia mądrze. A mogę to odkryć dopiero wtedy, gdy odkryję Chrystusa, jako swojego Boga i Pana. Tylko wtedy.
Egzorcystów przybywa z roku na rok. Świadczy to o fali nawrócenia czy o zakrojonej sile działań diabła?W tej chwili w Polsce jest ponad 130 egzorcystów, a pewnie będzie ich potrzeba znacznie więcej. Coraz więcej ludzi jest narażonych na działanie złego ducha i coraz więcej się na to działanie otwiera. Mamy niezwykle łatwy dostęp do tego, co jest złe.
Poprzednie pokolenia nie ulegały chyba tak masowo pokusom łatwości życia?Przychodzi nowe pokolenie. To są zupełnie inni ludzie. Wychowani na innych wartościach, na kulturze obrazkowej, na Internecie, telewizji i to przynosi niestety negatywne owoce. Oczywiście jest też wiele dobra. Wiele młodych osób bardzo angażuje się w życie religijne, w życie Kościoła, pracuje nad sobą. Niestety, jednak sporo odeszło od Pana Boga i nawet nie chce go szukać.
Nie ma też zbyt wielkiego pola do stawiania sobie wyzwań. Wszystko jest łatwo dostępne, więc człowiek się nie hartuje?…To niestety kolejny problem. Współczesny człowiek boi się podejmować trud, wyzwania. Bardzo często wybiera tylko to, co jest łatwe i przyjemne, a to najczęściej jest złe. Dlatego mam poczucie, że trudne doświadczenia, które były obecne w życiu poprzednich pokoleń były też wielką łaską, bo ich kształtowały.
Co może więc zmienić współczesnego człowieka?Chyba tylko jakieś trudne doświadczenie. Sytuacje, które spowodują, że uświadomi sobie własną słabość, to, że potrzebuje Boga, i że sam sobie nie poradzi. Że potrzebuje kogoś, kto jest większy od jego trudności.
A gdy to już stwierdzi, wejdzie na drogę nawrócenia, sakramentów, ale zauważy jakieś podejrzane osłabienie woli, może sam prosić Pana Boga o pomoc czy potrzebne jest za każdym razem wsparcie kapłana?Jeśli ktoś jest bardzo mocno kuszony, np. przeciwko czystości, może modlić się formą rozkazującą, ale tylko w stosunku do siebie. Można powiedzieć: „W imię Jezusa Chrystusa, zły duchu, który mnie dręczysz, odejdź ode mnie”. W stosunku do innych może się modlić tylko kapłan, ale w stosunku do siebie może się modlić każdy. Bo przecież Chrystus dał nam władzę nad złym duchem. Mamy ją na mocy sakramentu chrztu. Dlatego możemy pokonać każdą trudność, każdą trudność. Chrystus jest większy od szatana. To On jest Panem i to On ma moc. Szatan ma tyle władzy nad nami, ile mu jej sami damy poprzez nasze grzechy. Im więcej człowiek grzeszy, tym większa nad nim władza diabła, i tym człowiek jest słabszy. Dlatego Chrystus przestrzega nas przed grzechem, bo grzech nas otwiera na szatana. Św. Jan mówi w swoim liście: „Kto grzeszy, jest dzieckiem diabła”. Oczywiście, że w codzienności upadamy. Ważne jest jednak, żeby nie dawać sobie prawa do grzechu. Żeby zawsze nazywać go po imieniu, żałować i nawracać się.Rozmawiała Marzena Nykiel

poniedziałek, 16 września 2013

Papież i papiestwo


Niedawno cały Kościół z zapartym tchem oczekiwał na wybór nowego papieża. Oczekiwania były tym większe, im bardziej niespodziewane wydarzenia je poprzedziły.

Na niezwykłe okoliczności wyboru papieża Franciszka złożyła się przede wszystkim rezygnacja Benedykta XVI. Nowy papież w chwili wyboru był dla milionów katolików postacią raczej nieznaną. Jego wybór był dla wielu zaskoczeniem. Obserwatorzy od razu zwrócili uwagę na różnice pomiędzy osobowościami Benedykta XVI i Franciszka. W kilku sytuacjach nowy papież wyraźnie otoczenie zadziwił. Jest niewątpliwie postacią wywołującą emocje, postacią medialną.

Jeszcze na dobre nie zagospodarował się na Stolicy Piotrowej, a już przez niektórych został osądzony. Wielu ludzi nie potrafiło opanować skłonności do pośpiesznego oceniania, do zabierania głosu bez głębszego namysłu i należytej wiedzy. Na każdą wiadomość docierającą z Rzymu o papieżu Franciszku, pojawiały się od razu komentarze i krytyczne analizy. Nadeszła wiadomość o przemówieniu papieża: etatowi komentatorzy sklasyfikowali je jako przemówienie w duchu soborowym, ekumenicznym, wręcz synkretycznym. Zaczęła budziła się u niektórych niechęć i rozżalenie. Szybko padły przykre, nieprzyjazne słowa.



Na tym jednak nie koniec. Ludzie przesiąknięci duchem personalizmu często nie potrafią już rozróżnić osoby od urzędu, jaki ona piastuje. Stąd bierze się cały szereg niewłaściwych zachowań. Niechęć do osoby piastującej urząd prowadzi do osłabienia szacunku dla samego urzędu. Katolikom nie wolno negować urzędu papieskiego, ale przecież wiemy, że niektórzy praktykują swoją wiarę tak, jakby Stolica Apostolska po prostu nie istniała, albo jakby im nie była do niczego potrzebna. Najbardziej radykalnym przykładem takiego myślenia jest sedewakantyzm.

Wielu zapomina, że katolicyzm jest z natury swojej rzymski, papieski. I nie mam tu na myśli tylko katolicyzmu tzw. łacinników, czyli wiernych obrządku łacińskiego. Także katolicyzm wiernych obrządków wschodnich, w tym unitów (grekokatolików), jest rzymski. Rzymskość bowiem wyraża się przede wszystkim w stanie świadomości, w sposobie myślenia, reagowania. Nie trzeba koniecznie używać w liturgii języka łacińskiego, by myśleć po rzymsku, choć na pewno myślenie po rzymsku stałoby się niemożliwe, gdyby Kościół zachodni przestał odprawiać Mszę św., sprawować sakramenty i odmawiać brewiarz po łacinie. Jeśli rzeka wyschnie u źródła, to nie będzie jej też przy ujściu do morza.

Rzymskość to przede wszystkim umiłowanie Kościoła personifikowanego na ziemi przez papieża. Rzymskość to ultramontanizm, czyli — pisząc w skrócie — patrzenie na świat przez „rzymskie okulary” — z Rzymu, a dokładnie z bazyliki św. Piotra. Pięknym przykładem ultramontanina był Louis Veuillot, który swym oddaniem dla papieża zawstydzał niejednego liberalnego biskupa we Francji. Idąc za jego przykładem, odnajdujemy swe miejsce nie tylko po stronie christianitas (cywilizacja chrześcijańska), ale także po stronie romanitas (cywilizacja łacińska, rzymska), która tej pierwszej jest najpiękniejszym wcieleniem.

Im częściej oskarża się nas o nieuznawanie papieża, o niechęć i nieposłuszeństwo wobec niego, tym bardziej musimy dawać wyraz naszej rzymskości — romanitas, czyli naszego przywiązania do papiestwa. Uznajemy w Kościele papieża, tak jak dzieci w rodzinie uznają ojca, który oprócz wzlotów może mieć także upadki, obok zalet
— wady, obok sukcesów — porażki. Niezmiennie jednak pozostaje ojcem.

Funkcja papieska w Kościele i ojcowska w rodzinie mają wiele wspólnego. Obie są wzniosłe i obie mają swe umocowanie w samym Bogu. Papież jest naszym ojcem, a wszelkie ojcostwo na ziemi jest echem ojcostwa Ojca niebieskiego i uczestnictwem w jego przymiotach: opatrzności, sprawiedliwości, władzy królewskiej. Ojcostwo jest więc jednym z najbardziej wyrazistych obrazów i podobieństw do samego Boga. Wyraża początek, budowę, kierownictwo i obronę.

Choć przez grzech pierworodny te piękne obrazy Pana Boga są w ludzkich duszach narażone na skażenie, deformację, to jednak zawsze istnieją. Nawet jeśli są ojcowie, którzy sprzeniewierzają się wzniosłej funkcji ojcostwa, to jednak jeszcze więcej mamy budujących wzorów pięknie ucieleśniających ideał ojcostwa. Dzięki temu ludzie na ziemi mogą lepiej zrozumieć, co to znaczy, że Bóg jest Ojcem; a także to, co znaczy, że papież jest ojcem. Godność ojcowska pozostanie zawsze ta sama i każdy, kto na ziemi tą godnością został obdarzony, może wrócić do ideału ojcostwa, jaki znajdujemy w Bogu.

Ojcostwo podobne jest do pięknej muzyki. Muzyka sama w sobie jest wspaniała, ale jeśli odtwórca gra ją niedbale, dźwięki będą sfałszowane. Jednak przez ten fakt dzieło muzyczne nie staje się godne krytyki, a tym bardziej jego kompozytor. Zamiast krytykować muzykę i kompozytora, trzeba wskazać odtwórcy błędy i przedstawić środki pozwalające mu na wierną i wykonaną z należytą starannością grę.

Ileż pięknych słów wypowiedział abp Marcel Lefebvre o katolickim Rzymie! W deklaracji z 21 listopada 1974 roku czytamy: „Całym sercem i duszą należymy do Rzymu katolickiego, stróża wiary katolickiej oraz Tradycji niezbędnej do jej zachowania; do wiecznego Rzymu, nauczyciela mądrości i prawdy”. Książka pt. Aby Kościół trwał ma wymowny podtytuł: Arcybiskup Marcel Lefebvre w obronie Kościoła i papiestwa. To, co abp Lefebvre robił na soborze i po jego zakończeniu, było m.in. obroną Stolicy Apostolskiej i papiestwa. Szczególnie sprzeciw Arcybiskupa wobec kolegializmu był wyrazem miłości do papiestwa. To nas, katolików wiernych Tradycji, zobowiązuje.

Tak jak w rodzinie ojciec może czasem się zachwiać, tak też i w Rzymie może pojawić się tendencja neomodernistyczna i neoprotestancka. Stało się tak, niestety, w dobie ostatniego soboru. Co robić, jeśli ojciec sprzeniewierzy się swej wzniosłej funkcji, jeśli okaże się jej niewierny i wypaczy ją? Co mają zrobić dzieci, jeśli widzą, że ich ojciec wpadł w sidła złego towarzystwa i popełnił jakieś błędy? Walczą o niego, modlą się za niego, ofiarują się za niego. Robią wszystko, aby go uratować. Muszą jego błędom powiedzieć „nie”, ale cały czas jego osobie mówią „tak”. Jeśli nie dociera do niego bezpośrednio to, co mu mówią, to otaczają go tym bardziej troskliwie modlitwami i ofiarami, ufając Bogu, że pomoże ich ojcu wrócić na dobrą drogę.

W przypadku papieża i papiestwa mamy do czynienia nie z funkcją naturalną, przyrodzoną, ale nadprzyrodzoną. A skoro jest ona nadprzyrodzona, to nieskończenie wyższa, bardziej godna czci od tego, co przyrodzone. W Kościele katolickim wymagane jest, aby szanować ład, opierający się nie na doskonałości moralnej poszczególnych osób, jak to jest w porządku aniołów, ale na obiektywnym podziale władzy, której ognisko skupia się w urzędzie głowy Kościoła. „Ty zaś musisz wiedzieć, że jesteś nazwany najwyższym nie ze względu na pełnię doskonałości, lecz ze względu na porównanie z innymi mocarzami świata. A nie myśl, że porównuję zasługi, porównuję funkcje. Niech każdy człowiek widzi w Tobie sługę Chrystusa, i to najwyższego pośród sług, co jednak — jak powiedziałem — nie przesądza o czyjejkolwiek świętości” — nauczał św. Bernard z Clairvaux papieża Eugeniusza III.

Godność papieską musimy na nowo odkryć. Trzeba nam sobie na nowo uświadomić, że papież ma najwyższą władzę na ziemi — nie kolidują z tym przywary czy nawet wady poszczególnych papieży. Święci doskonale łączyli miłość do papieży ze świadomością, że nie są oni aniołami i czasami wiedli nawet gorszący tryb życia. Nigdy jednak nie głosili wśród ludu błędów w wierze. W porównaniu z monarchami świeckimi, a tym bardziej z urzędnikami republikańskimi czy innymi „reprezentantami ludu”, poczet papieży jawi się jako orszak niemal anielski.

Oto św. Katarzyna ze Sieny przejęta kłopotami, z jakimi borykał się papież Urban VI, pisała do niego: „Ach, Ojcze Święty, nie trać cierpliwości, słuchając mnie, gdyż mówię ci o tym wszystkim ze względu na chwałę Bożą i na Twoje zbawienie. Tak właśnie powinno zawsze czynić kochające i czułe dziecko, które nie może spokojnie patrzeć na coś, co przynosi szkodę i wstyd własnemu ojcu. Troskliwe dziecko stoi zawsze przy boku ojca i uważnie rozgląda się dokoła, wiedząc, że ojciec, który rządzi liczną rodziną, nie może widzieć wszystkiego. Gdyby zatem prawowici synowie nie dbali o jego honor i majątek, byłby on często oszukiwany. Tak, Ojcze Święty, taka jest prawda. Jesteś ojcem i władcą powszechnej religii chrześcijańskiej, a my wszyscy chronimy się pod skrzydłami Waszej Świątobliwości. Masz władzę nad wszystkim, ale nie możesz wszystkiego widzieć, toteż Twoi synowie, ze szczerym uczuciem i bez służalczego lęku, powinni zadbać i zatroszczyć się o to, co przynosi Bogu chwałę, a Tobie oraz owcom zgromadzonym pod Twoim berłem — honor i zbawienie”.

O wzniosłości papieskiej funkcji świadczą określenia: Vicarius Christi in terra, Suprema jurisdictio, Suprema potestas. W jednej osobie potrójna władza: kapłana, nauczyciela i króla, czyli władza uświęcania, nauczania i rządzenia. Jej symbolem jest tiara, której trzy korony wyrażają również władzę, jakiej nad niebem, ziemią i czyśćcem udzielił papieżowi sam Bóg.

Dziś już papieże nie noszą tiary, usunęli ją nawet ze swych herbów. Pozostała jeszcze — na szczęście — w herbach Stolicy Apostolskiej i Państwa Watykańskiego. Herby te różnią się od siebie ułożeniem kluczy św. Piotra. To właśnie tymi kluczami — czyli władzą otrzymaną od Boga — każdy papież, tak jak niegdyś św. Piotr, może otwierać lub zamykać wiele bram w niebie, na ziemi i w czyśćcu.

Czcić papiestwo to czcić samego św. Piotra Apostoła, ponieważ Stolica Apostolska jest Stolicą Piotrową. Papież zaś jest ojcem wszystkich ojców na ziemi. Kolejni papieże są następcami właśnie św. Piotra. Dobrze znamy tego apostoła z kart Ewangelii. Znamy również jego słabości, pomimo których to właśnie jego Pan Jezus uczynił Swoim zastępcą na ziemi. Jeśli więc św. Piotr przeżywał chwile wahań i porażek, to nie dziwmy się, że podobne sytuacje mogły się zdarzyć w życiu jego następców na stolicy biskupiej w Rzymie.

Kryzys w Kościele jest zawsze kryzysem papiestwa. Takich kryzysów podczas dwóch tysięcy lat historii Kościoła było kilka, choć ten najgroźniejszy dotknął Kościół w dobie ostatniego soboru i w okresie posoborowym. Czy z tego powodu może osłabnąć nasza miłość do samego Kościoła i Stolicy Apostolskiej? Pomimo strasznej agonii Kościoła, jego cierpień i wielu krwawych ran, nie przestaniemy go kochać. Co więcej, powinniśmy go kochać jeszcze bardziej niż dotychczas.

Znam rodziny, których członkowie płaczą, ponieważ ojciec stracił wiarę, załamał się, został alkoholikiem, popełnił fatalny błąd i wciągał całą rodzinę w bardzo trudną sytuację. Jakie może być pouczenie każdego kapłana dla takiej rodziny? Będzie to wezwanie do modlitwy za takiego ojca, o jego nawrócenie i opamiętanie. Kapłan wskaże z historii Kościoła przykłady cudownych nawróceń w wyniku modlitw i ofiar dzieci, żony, krewnych. Przede wszystkim będzie napominał, by rodzina za nic w świecie nie pogardzała swoim ojcem, lecz jeszcze bardziej modliła się za niego.

Jeśli ojciec jest chory, ciężko chory, to czy kiedykolwiek słyszano, aby dobra rodzina opuściła go z tego powodu, że ciężko zachorował? A nawet jeśli on sam stał się przyczyną swej choroby, to przecież chorego nie wolno opuszczać, należy się nim zaopiekować. Z drugiej strony dobro rodziny wymaga realizmu. Nie wolno widzieć, a nie wyciągać wniosków. Szacunek i miłość do chorego ojca nie polega na tym, by negować istnienie jego choroby i twierdzić, że wszystko jest w porządku.

Nietrudno sytuację wielu rodzin przez analogię odnieść do obecnego kryzysu w Kościele i papiestwie. Ciężka trucizna od niemal 50 lat zatruwa doktrynę, liturgię, kapłaństwo i wiernych Kościoła. Wszyscy tą neomodernistyczną, neoprotestancką, progresywną i liberalną trucizną jesteśmy dotknięci, od najmniejszego w Kościele do najwyższego — do Ojca Świętego w Rzymie. Jednak to nasz Kościół, to nasz ojciec. Nie mamy innego Kościoła i innego ojca na świecie!

Im bardziej więc widzimy, że Ojciec Święty milczy wobec kryzysu w Kościele, albo nawet ten kryzys poprzez swoje postępowanie pogłębia, tym bardziej trzeba nam wszystko czynić, co w naszej możności, aby ratować rodzinę, jaką jest Kościół. Rodziny uratować się bez ojca nie da. Jakie są nasze możliwości? Czy jesteśmy soborem powszechnym? Czy jesteśmy może samą Opatrznością Bożą? Nie, ale Bóg naszym pragnieniom dopomożenia Ojcu Świętemu może dodać skuteczności.

Tak więc na drogowskazie naszego katolickiego życia widnieją hasła: kochać papiestwo, bronić papiestwa, oddać — jeśli będzie trzeba — życie za Kościół, a więc przede wszystkim za papiestwo. Odrodzenie może nastąpić tylko na zasadzie reformy głowy. Jeśli jednak już nie wiemy, czym ta głowa w ogóle jest, to jak mamy ją wesprzeć? Jeśli mamy niechęć to samej instytucji papiestwa, to jakże możemy być jego obrońcami? Jak wtedy przyczynić się do jego uzdrowienia? Jak przyczynić ma się syn do uzdrowienia swego ojca, jeśli ma niechęć do niego i wyrzuca go ze swego serca? Nawet jeżeli jako wierni katolickiej Tradycji jesteśmy czasami piętnowani przez hierarchów, to tym bardziej powinniśmy do Kościoła i do Ojca Świętego przylgnąć duchowo, składać w jego intencji ofiary. Środkiem, dzięki któremu możemy najpełniej realizować tę powinność, pozostaje modlitwa i pokuta.

Święta Katarzyna ze Sieny na wieści o narastającym kryzysie Kościoła i papiestwa wołała: „Oj, biada mi, biada, nieszczęsna moja dusza, przyczyna wszelkiego zła!”. W grzechach widziała przyczynę nieszczęść trapiących Kościół. Taka postawa uświadamia nam, gdzie mamy szukać pobudki do apostolatu. Oczyszczanie naszych dusz, naszych intencji, trwanie w stanie łaski uświęcającej, mogą realnie przyczynić się do wzmocnienia całego Kościoła i pomóc papieżowi w pełnieniu jego obowiązków.

Ojcu Świętemu będzie tym łatwiej walczyć ze złem, im bliżej świętości będziemy my sami. Walka z pewnością nie będzie mu oszczędzona, dlatego ważne jest, aby w tej bitwie nie był samotny. Dlatego wzywam Was do modlitwy za Ojca Świętego!

Arcybiskup Lefebvre mówił kiedyś: „Jesteśmy jak najdalsi od wahań, czy powinniśmy się modlić w intencji papieża. Przeciwnie, podwoimy raczej nasze modlitwy i błagania, by Duch Święty zechciał dać mu światło i moc potrzebne w dziele umacniania i obrony wiary”. Im trudniej dzieje się w Rzymie, tym więcej musimy modlić się osobiście oraz wspólnotowo w naszych kaplicach i kościołach.

Powtórzę, że władza papieska jest władzą nadprzyrodzoną, a w świecie nadprzyrodzonym wszystko od modlitwy zaczyna się i jest od niej zależne. Dlatego pilnujmy swoich myśli, nie zatrzymujmy się jedynie na zewnętrznych obrazach czy słowach. Jeśli z powodu obiektywnych przyczyn — a są nimi czyny najwyższej władzy przeciw niezmiennej katolickiej nauce, jak np. ekumenizm czy kolegializm — jesteśmy zmuszeni przeciwstawić się papieżowi, to taka postawa niech nas zawsze napawa bólem. A ponadto zachowujmy wobec władz duchownych szacunek należny ich wysokiemu urzędowi.

Sam Pan Jezus nauczał, że jeśli musimy odmówić posłuszeństwa zwierzchnikom, to jednak musimy ich szanować z powodu nadanej im przez Pana Boga godności (por. Mt 23, 2—3). Dlatego za przykładem św. Augustyna i św. Maksymiliana, stosujmy zasadę: miejmy nienawiść do błędu, ale kochajmy tego, który błądzi.

W odniesieniu do bliźnich powinniśmy się starać zawsze zachowywać ducha prawdziwie chrześcijańskiego, a on charakteryzuje się realizmem i obiektywizmem. Te dwie cechy znajdują swój wyraz w respektowaniu polecenia Pana Jezusa: „Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni” (Łk 6, 37). Nie osądzajmy więc ludzkich intencji, bowiem zna je tylko sam Bóg. My natomiast możemy jedynie odnieść się do zewnętrznych czynów, zgodnie z Jezusowymi słowami: „Po owocach ich poznacie” (Mt 7, 16).

Czyny ludzkie muszą być więc rozważane i oceniane, także czyny ojca. Zgubnym poleceniom trzeba odmówić posłuszeństwa, ale zawsze należy to zrobić tak, by każdy jasno widział, że naszą intencją nie jest lekceważenie ojca, a jedynie obowiązek wyższego posłuszeństwa wobec samego Boga oraz naprawienie nadużyć władzy, jakie Jego ziemski Wikariusz popełnił. Jest to postawa głębokiej życzliwości, choć wyrażonej w postawie sprzeciwu.

Nie każdy, kto władcy mówi „nie”, jest rewolucjonistą. Gdy papież Paweł VI pozbywał się swej zewnętrznej oznaki nadprzyrodzonej godności — tiary — wielu katolików, boleśnie wstrząśniętych tym czynem, w duszy sprzeciwiło się temu. Czasami zdarza się, że sam król przyłącza się do rewolucji, a jego poddani bronią porzuconej korony, by mu ją oddać z powrotem, gdy on się opamięta. Życzliwość wobec błądzącego ojca zawsze jest wartością, zawsze przynosi słodkie owoce, choć czasami trzeba na nie poczekać. Surowe potępianie wszystkiego rzadko zmienia sytuację na lepsze.

Jeśli będziemy musieli odmówić posłuszeństwa — a przecież może się zdarzyć, że broniąc wiary, będziemy musieli to uczynić — dokonajmy tego aktu z wielkim bólem w sercu, z rozdartą duszą, z ogromnym smutkiem. Serca będą się karmiły w takiej sytuacji nadprzyrodzoną miłością do ojca, który oddala się od istoty swego ojcowskiego powołania. Jeśli będziemy musieli nawet publicznie postawiać mu opór, to serce nam będzie łkało z tego powodu, bo przecież to jest nasz ojciec.

W takiej sytuacji był św. Paweł, gdy musiał św. Piotrowi powiedzieć „nie”. W Liście do Galatów czytamy: „Gdy zaś Kefas przyszedł do Antiochii, wręcz mu się sprzeciwiłem, gdyż był wart nagany” (Ga 2, 11). Tak, w tamtej chwili Kefas „był wart nagany”, ale jednocześnie zawsze był wart miłości. Święty Paweł okazał mu i jedno, i drugie, upominając go z miłością należną wobec ojca.

Taka postawa jest zadaniem niezmiernie trudnym, bardzo przeciwnym naszej ułomnej naturze, ale przecież mamy ku pomocy Niepokalaną. Zatem do Niej zwracajmy się z błaganiem o siły. Ona w Fatimie dała nam wzór miłości do papieża i papiestwa. Hiacynta, której Maryja ukazała wizję papieża, z przejęciem opowiadała Franciszkowi i Łucji to, co ujrzała: „Zobaczyłam Ojca Świętego w bardzo dużym domu. Klęczał przy stoliku, miał twarz ukrytą w dłoniach i płakał. Na zewnątrz było dużo ludzi, którzy rzucali nań kamieniami, inni wykrzykiwali i wymawiali brzydkie słowa. Biedny Ojciec Święty, musimy się bardzo za niego modlić”.

Kiedyś abp Lefebvre, mając na uwadze katolicką Tradycję, prosił papieża Jana Pawła II, a my dziś prosimy papieża Franciszka: „Ojcze Święty, przez chwałę Jezusa Chrystusa, przez dobro Kościoła i zbawienie dusz, prosimy Cię żarliwie, byś jako następca św. Piotra, jako pasterz Kościoła powszechnego rzekł biskupom całego świata tylko jedno słowo, tylko jedno zdanie: «Nie przeszkadzajcie im», «Aprobujemy swobodę wykonywania tego, co wielusetletnia Tradycja czyniła dla zbawienia dusz»”.

Nie możemy zapominać, że bez względu na błędy swego widzialnego i tymczasowego zastępcy, to Chrystus Pan rządzi Kościołem. I to On ma moc i siłę, aby zwyciężyć wroga dusz. Dlatego zwracajmy się do Niego i Jego Niepokalanej Matki, trwając w modlitwie i pokucie w intencji Ojca Świętego. I parafrazując słowa św. Ambrożego, skierowane do św. Moniki, gdy ta płakała nad losem niewierzącego jeszcze wówczas Augustyna, wciąż sobie powtarzajmy: „Ojciec tylu łez nie może nie wrócić do apostolskiej Tradycji katolickiej”.

Niech szczególnie w obecnych czasach tak głębokiego kryzysu papiestwa towarzyszy nam modlitwa wyjęta z Litanii do wszystkich świętych:

„Wszechmogący, wieczny Boże, zmiłuj się nad sługą Swoim, najwyższy Pasterzem naszym Franciszkiem i prowadź go wedle Swej łaskawości po drodze zbawienia wiecznego, aby za łaską Twoją pragnął tego, co się Tobie podoba, i z całą mocą wypełniał”.

ks. Karol Stehlin FSSPX
http://www.piusx.org.pl/

Źródło: http://marucha.wordpress.com/2013/08/09/papiez-i-papiestwo-2/