czwartek, 5 września 2013

ROK 2017 r . Obchody zwycięstwa czy klęski. Masoneria.

...Nie będzie to jednak czysta interwencja Nieba, którą będziemy oglądać z bezpiecznej pozycji widzów.

Wincenty Łaszewski  25 Lipiec 2013 obchody

[----[ Nastaną nowe czasy. Dlatego Siostra Łucja nazywa tych ludzi krótko: „nowe pokolenie”

W 2017 roku masoneria będzie czciła trzechsetną rocznicę swego powstania. Sto lat temu, w roku objawień fatimskich, kiedy obchodziła dwusetną rocznicę swej obecności w świecie, zapowiedziała, że jej działalność wkracza w „trzeci etap”, którego celem jest ostateczna rozprawa z Kościołem. Z jaką obietnicą masoni wiążą zbliżający się kolejny jubileusz? Tego nie wiemy, jedno jest jednak pewne: podczas gdy my chcemy za osiem lat świętować zwycięstwo Kościoła, oni zrobią wszystko, by ludzkość obchodziła inne święto: zwycięstwo nad Kościołem.

Pomogą im w tym liczne stowarzyszenia, ruchy i organizacje, które nie mogą znieść tego, że istnieje Dekalog, że jest Ewangelia, że są tradycyjne wartości, które decydują o wartości świata. Ci ludzie nie pozostawią nas w spokoju. Zrobią wszystko, by przeszkodzić nam w przygotowaniach do zwycięskiego jubileuszu. Tym bardziej że nasze zaangażowanie wiąże się z przyzywaniem Bożej potęgi, zdolnej nie tylko zniszczyć zło, ale nawet przemienić je w dobro! Przez blisko trzysta ostatnich lat trwała wojna o ludzkie dusze.



Masoneria robiła wszystko, by wygrać tę walkę. Po 1917 roku jej konfrontacja z Kościołem stała się szczególnie ostra. Jak będzie ona wyglądała w latach poprzedzających rok 2017? Będziemy atakowani od zewnątrz i od wewnątrz, jawnie i skrycie, przekupywani i zastraszani, wychwalani i wyszydzani… Ktoś będzie chciał uczynić nas bezsilnymi – nieważne czy na drodze strachu, czy dzięki wbiciu nas w pychę. Czeka nas wielka bitwa o Kościół. Każda ze stron będzie w niej używać innej broni. My nie sięgniemy po ten sam oręż, co masoneria. Oznaczałoby to sromotną klęskę, bo samo wzięcie do rąk narzędzi krzywdy – nienawiści i szaleństwa, pociągnęłoby za sobą naszą porażkę. Gdzie jest broń zła, tam nie ma miejsca na pomoc z nieba.

A właśnie jej przyzywamy, wpatrzeni w Fatimę, uczący się jej i ożywiający w sobie pragnienie, by „zwycięstwo przyszło przez Maryję”. I przyjdzie. Ale błędem byłoby nie rozpoznać przeciwnika i zlekceważyć jego potęgę. Bylibyśmy bezbronni, wystawieni na śmiertelny cios… Zapowiedź konfrontacji. Kto wygra wielką bitwę, w której ważą się losy Kościoła i przyszłość świata? Dla wielu z nas znaki czasu wcale nie są jednoznaczne. Dziś na większości frontów zwycięża idea życia bez Boga i Kościoła i wydaje się, że tej wrogiej nam siły nic już nie powstrzyma. Świat, władza, pieniądze są po ich stronie.

A jednak mamy pewność zwycięstwa. Jego źródło sięga 13 października 1917 r., kryte w znaku, który towarzyszył ostatniemu objawieniu Matki Bożej w Fatimie. Przekazany nam – znak cudu słońca. Coraz częściej zwraca się dziś uwagę na fakt, że fatimski cud słońca jest znakiem apokaliptycznym. To bez wątpienia wielopłaszczyznowe ostrzeżenie przed czekającym nas atakiem zła. Jego interpretacje są różnorodne: od groźby wojny atomowej, przez zderzenie z ciałem kosmicznym, po naruszenie równowagi naturalnej w świecie.

Podobnie jak wydarzenia spisane przez św. Jana w Księdze Apokalipsy, budzące początkowo lęk, przesuwają czas w kierunku ostatecznego triumfu Boga, tak i fatimska forma „opowiadania przez znaki” najpierw budzi grozę, jednak w momencie gdy wszystko zdaje się już wskazywać na nadejście chwili zagłady, przewraca się mroczna karta historii i oto czytamy o nowym, lepszym świecie – o zwycięstwie dobra nad złem, miłości nad nienawiścią, Kościoła nad jego nieprzyjaciółmi. Słyszymy, że nasze dzieci będą żyć w innych czasach, że z Fatimy tryśnie światło, które zmieni świat, że nadejdzie chwila triumfu Niepokalanego Serca Maryi.

Nie będzie to jednak czysta interwencja Nieba, którą będziemy oglądać z bezpiecznej pozycji widzów. Siostra Łucja zapowiada, że z pokoleniem szatańskim walczyć będzie pokolenie Niepokalanego Serca. Chrystusowi zawdzięczamy odkupienie, ale Maryja jest przy Nim obecna i czynnie zaangażowana jako Współodkupicielka. Podobnie spełnienie obietnicy fatimskiej dokona się dzięki działaniu samego Boga, ale wielką rolę odegra tu współdziałanie ludzi, którzy -
choć może rozproszeni po świecie – siłę swą i odwagę będą czerpać z tego samego źródła, z Niepokalanego Serca Maryi. Ono będzie ich nową jakością życia, Ono też doprowadzi do tego, że nastaną nowe czasy.

Dlatego Siostra Łucja nazywa tych ludzi krótko: „nowe pokolenie”. Odniesie ono zwycięstwo, ale czy nie będzie jak fatimski znak ostatniego objawienia: zwycięży, gdy zdawać się będzie, że wszystko już stracone? Tak przedstawia się reguła Ewangelii: zdawało się wszystkim, że Chrystus przegrał na krzyżu, że szatan zwyciężył. Tymczasem, gdy została już pogrzebana ostatnia nadzieja, Pan zmartwychwstał…

Przypomnijmy sobie, że w godzinie Męki Zbawiciela wszyscy zwątpili i uciekli. Jedna Maryja nie zgasiła w swym sercu wiary w zwycięstwo Boga. Dlatego dziś ma nas Ona prowadzić do zwycięstwa. Jest dla nas wzorem, pomocą i siłą. Wokół już toczy się bitwa. Wcale nie musi być krwawa. Dzisiejsze podboje prowadzi się przy użyciu broni ekonomicznej i medialnej. Wystarczy uzależnić dane państwo od innych przez kontrolę jego surowców, eksportu i miejsc pracy, a wolny kraj stanie się własnością obcych rządów. Zaczynamy pracować już nie dla siebie, lecz dla innych, a troszczymy się o nasz kraj tylko po to, aby okupant mógł żyć w nieskażonym i przyjaznym dla siebie środowisku.

Wojsko, zdobywając dane obszary, niszczy je i trzeba je potem odbudowywać. Czy nie lepiej zająć teren bez niepotrzebnych wystrzałów? Tak samo wygląda współczesna wojna cywilizacji zła z cywilizacją dobra. Dobro prześladowane mogłoby wzrastać, lepiej więc zmienić definicję dobra i przekonać ludzi, że nowoczesny człowiek wyzbył się wąskich przesądów i dobrem jest dla niego to, co stanowi synonim egoizmu, przyjemności, niczym nieokiełznanej wolności.

Demontaż „od wewnątrz”

 Dziś jesteśmy świadkami walki opartej na strategii nazywanej w języku Fatimy przemianą „od wewnątrz”. Tak właśnie zapadł się do środka ustrój komunistyczny. Bez jednego wystrzału, bez przelewu krwi, bez interwencji z zewnątrz rozebrano komunizm. To, co było po ludzku niemożliwe – upadek pełnego agresji i posiadającego nieobliczalną moc militarną mocarstwa – dokonało się na drodze pokojowej. Znamy tę historię. Wiemy, że demontaż komunizmu rozpoczął się od poświęcenia Rosji i świata Niepokalanemu Sercu Maryi. Jan Paweł II dał Niebu prawo do interwencji.

[NIEŚCISŁE. Wtedy było tylko „poświęcenie świata”, bez słowa o Rosji. MD]

A przecież Niebo jest nad każdym miejscem i Bóg potrafi (takie są plany Jego Opatrzności) zdemontować każdą machinę zła, nie zapraszając do tego obcych wojsk, nie dopuszczając do pomocy ludzi gotowych podpalić lont trzeciej wojny światowej. Nad każdym punktem świata, nad każdym ludzkim istnieniem pochyla się nisko Niebo, zdolne zmienić świat. Ale pamiętajmy: tak samo jest z piekłem – jego siły są niebezpiecznie blisko, gotowe do rozpoczęcia cichego demontażu dobra. Znów bez jednego wystrzału, bez oficjalnej konfrontacji. Szatan potrafi w ciszy i ukryciu zabić dobro i umieścić na jego miejscu zło. Potrafi przekonać ludzi, że mają oddać złu swoją ziemię uprawną, mają troszczyć się o wzrost ziarna zła, mają niecierpliwie wyglądać jego owoców. Okażą się one upiorne, ale wtedy będzie już za późno.

Oddychamy z ulgą, wiedząc, że owoce z drzewa zła nie zdążą spaść na ziemię, że w ostatniej chwili ich dojrzewania wydarzy się coś, co zmieni kierunek dziejów świata. Jak tańczące na niebie nad Fatimą słońce – oderwane już od swego miejsca, zaczęło nieuchronnie spadać na ziemię, by spopielić świat, ale w ostatniej chwili niewidzialna siła włożyła je z powrotem w jej orbitalny krąg… Jak kula zamachowca mająca za tysięczny ułamek sekundy rozszarpać tętnicę Papieża i zabić go, a jakaś siła odchyliła bieg pocisku… Tak będzie też w dniach, kiedy wypełni się wielkie proroctwo Fatimy ogłaszające triumf Niepokalanego Serca Maryi i początek epoki pokoju.

Strategia ukrytego działania zła i zajmowania dobra „od wewnątrz” ma według badaczy orędzia fatimskiego, ale i wedle wielu współczesnych objawień, swoją nazwę. Jej imię to właśnie „masoneria”.

Znaki z piekła.

Przyznajmy, mroczny fenomen masonerii niesie ze sobą więcej pytań niż odpowiedzi. Chciejmy więc przyjrzeć się temu, stosując fatimską metodologię: pochylając się nad znakami czasu. Naśladujemy w ten sposób Jana Pawła II, który był niesłychanie wyczulony na znaki czasu i umiał rozpoznawać ich ukryte znaczenie. Jedno jest pewne: dziś mają one dwa odcienie – mroku i światła. Jedne pochodzą z piekła, drugie przychodzą do nas z Bożego Królestwa w Niebie. Wiele jest ciemnych znaków ujawniających prawdę o masonerii. Są one wszędzie; w każdym czasie, w każdym kraju, czasem nawet tuż, tuż przy naszym życiu.

Opiszmy tu tylko trzy – te, które wiążą się bezpośrednio z Orędziem fatimskim. Pierwszy znak przynosi nam nasz rodak, wielki święty i sługa Maryi, ojciec Maksymilian Kolbe. Był on naocznym świadkiem podniesienia głowy przez masonerię i odkrył jedyny sposób na pokonanie nieprzyjaciela. Wskazał na Niepokalaną, która „zdepcze głowę węża”. Maksymilian całe swe życie związał z Maryją i dla Niej chciał zdobyć świat, zdobyć świat dla Niepokalanej znaczy bowiem – odebrać go szatanowi. Masoneria i Rzym.

Rok 1917

Rozpoczął się rok 1917. W rocznicę śmierci Giordano Bruno (spłonął na stosie 17 lutego) młody Kolbe, który przebywał w Rzymie na studiach teologicznych, był świadkiem masońskiej procesji przez Rzym. Był to ciemny „znak czasu”, który polski franciszkanin odczytał niezwykle trafnie i na który odpowiedział całym swoim życiem. Gdy Maksymilian Kolbe znalazł się w Rzymie, rozpoczynały się właśnie obchody dwusetnej rocznicy powstania pierwszej loży masońskiej i świętowano ogłoszenie przez nią manifestu mówiącego o szybkim końcu Kościoła. Droga ku temu została już wytyczona, a program na nadchodzący czas ustalony. Ogłoszono: „Nie zniszczymy Kościoła rozumowaniem, ale psuciem obyczajów”. Polski franciszkanin patrzył głęboko wstrząśnięty, jak po ulicach Rzymu przesuwała się bezkarnie parodia kościelnej procesji, a na jej czele niesiono czarny sztandar, przedstawiający świętego Michała Archanioła leżącego pod stopami triumfującego Lucyfera. Widział umieszczone pod oknami Watykanu masońskie chorągwie. Był świadkiem rozdawania ludziom ulotek wzywających policję do wkroczenia do Watykanu. Czyjaś ręka napisała: „Diabeł będzie rządził w Watykanie, a papież będzie jego gwardią szwajcarską”, czyli najbardziej mu oddanym sługą.

To właśnie wtedy w sercu franciszkanina zrodziła się idea, którą można zamknąć w jednym haśle: Niepokalana i Jej Rycerstwo. Bo Maksymilian Kolbe wiedział, że przyjdzie zwycięstwo Niepokalanej, więcej – że przyjdzie ono przez oddanych Jej ludzi. Znak czasu został odczytany i nie pozostawiony bez reakcji… Świętego czekała szaleńcza praca. Resztę już znamy. Po powrocie do Ojczyzny św. Maksymilian zakłada pierwszy Niepokalanów. Potem jeszcze jeden, w dalekiej Japonii. Służy Niepokalanej, a Jej rycerzom nakazuje modlić się za masonerię. Każdy członek Rycerstwa Niepokalanej miał codziennie odmawiać modlitwę:

„O Maryjo bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy… i za wszystkimi, którzy się do Ciebie nie uciekają…, a zwłaszcza za masonami i poleconymi Tobie”.

[ „Postępowcy” w Kościele sfałszowali tę modlitwę. Pytanie dla przedszkolaka:  Do jakiej organizacji należą ci „postępowcy” ? md]

Maksymilian wiedział, że atak na Kościół idzie przez masonerię. Zwycięstwo Niepokalanej oznaczało walkę z tą wszechobecną organizacją, walkę, która zakończy się zwycięstwem Niepokalanej. A Maksymilian został świętym. Czy nie jest to dla nas kolejny znak wskazujący drogę? Masoneria i Portugalia. Początek XX w.

Drugim znakiem ukazującym potęgę i determinację masonerii, która ogłosiła, że nie spocznie, dopóki nie zniszczy Kościoła, jest historia Portugalii – kraju objawień fatimskich. Przez wiele wieków była ona zwana „Ziemią Najświętszej Maryi Panny”, jednak w XVIII i XIX wieku zaczęła ulegać siłom antykościelnym. Pierwszy atak masonerii przeprowadzono na tamtejszy Kościół we wrześniu 1759 roku. Joseph de Cavalho, zagorzały wróg katolicyzmu i mason, zmusił króla Józefa I do podpisania edyktu usuwającego jezuitów ze wszystkich stanowisk państwowych. Osłabiony Kościół stał się bezradny wobec antyklerykalnej propagandy, która objęła cały kraj w epoce Wielkiej Rewolucji Francuskiej. W XIX wieku katolicka monarchia coraz bardziej ustępowała wobec wzrastającej nienawiści partii rewolucyjnych popieranych przez intrygi masonerii. W końcu, 1 lutego 1908 roku, dwaj masoni dokonali w Lizbonie zamachu na króla i jego syna, następcę tronu. Dwa lata później masoneria zdołała doprowadzić do ogłoszenia Portugalii republiką.

Rozpoczął się okres gwałtownych prześladowań Kościoła. Rozwiązano konwenty i klasztory, skonfiskowano majątki kościelne. Popłynęła rzeka ustaw wymierzonych w Kościół. Te wszystkie wysiłki osiągnęły swój szczyt w ustawie o rozdzieleniu Kościoła od państwa, przegłosowanej 20 kwietnia 1911 roku. Jej twórca, Afonso Costa, oświadczył: „Dzięki temu prawu w ciągu dwóch pokoleń katolicyzm zostanie całkowicie usunięty z Portugalii”. Determinacja i wpływy masonerii były tak silne, że można było przypuszczać, iż te zuchwałe plany rzeczywiście się powiodą, że spełni się buńczuczna zapowiedź masonerii – wymazanie Kościoła z mapy historii. A jednak stało się inaczej.

Plany masonerii zostały pokrzyżowane najpierw przez zdecydowane działania Papieża Piusa X, a następnie przez zupełnie nieoczekiwane objawienie się Matki Bożej w Fatimie, która przyniosła Orędzie o zwycięskim, „nowym” nabożeństwie – czci Jej Niepokalanego Serca. Masoneria i Fatima. Rok 1917 Są ludzie, którzy wciąż nie wierzą w masońskie plany wobec Kościoła. Jeśli ktoś w nie wątpi, niech przyjrzy się kolejnemu znakowi – historii objawień fatimskich. W samej Fatimie obecna jest masoneria. Przywołajmy trzy momenty. To nieprzypadkowo mason Oliveira dos Santos porywa małych wizjonerów, by zmusić ich do wyznania sekretu i ogłoszenia, że nie ma objawień, bo nie ma Boga! Arturo Santos, z zawodu kowal, w wieku 26 lat wstąpił do loży masońskiej w Leirii, a następnie założył odrębną lożę w Ourem. 13 sierpnia 1917 r. aresztował Hiacyntę, Łucję i Franciszka i poddał je wielogodzinnemu przesłuchaniu. Groził im torturami. Bez skutku. Jak zakończyły się tamte wydarzenia? Mason Santos musiał szukać pomocy u ojca Hiacynty i Franciszka, groził mu bowiem samosąd. Przegrał, a życie uratowali mu ci, których najbardziej skrzywdził. Dziwny to fatimski znak czasu…

Przypomnijmy inną próbę położenia kresu objawieniom Matki Bożej. W nocy z 23 na 24 października 1917 r. grupa masonów z prowincji Santarem próbowała ściąć dąb skalny, na którym ukazywała się Matka Najświętsza. Jest to co najmniej dziwne, ale pomylili drzewa i ścięli zupełnie inne! Nazajutrz rano zorganizowali swoją „manifę” – parodiujący procesje kościelne szyderczy przemarsz, w którym obnosili kawałki „świętego drzewa”, wyśmiewając przy tym Litanię do Najświętszej Maryi Panny. Ale co się stało? Marsz został rozproszony, a jego uczestnicy, którzy chcieli wykpić „łatwowiernych głupców”, sami zostali ośmieszeni.

Wieśniacy wyprowadzili na ich spotkanie stado osłów, które swym rykiem zagłuszyło bluźniercze okrzyki. Potem śmiano się, że nawet osły nie chciały słuchać masońskiego krzyku… A czy wiemy, że w dniu 13 października pewien mason czaił się z nożem, by po zakończeniu objawień zabić fatimskich wizjonerów? Pokazywał go tym, których spotykał, i przechwalał się, że zabije tych troje dzieci, tych „fałszerzy”. Zabije, gdy stanie się wreszcie jasne, że oszukiwały i zwodziły ludzi. Zabije, jeśli nie będzie cudu, jeśli nic się nie stanie. Ale cud był. Co się stało z nożownikiem z Fatimy? Po zakończeniu objawienia człowiek ten ruszył w drogę powrotną. Był tak chory, że dotarłszy do pobliskiego Riachos, nie mógł kontynuować podróży. Musiał zatrzymać się dziesięć minut drogi od Cova da Iria. Rankiem znaleziono go martwego…

Taki znak pozostawiła nam Matka Najświętsza w dzień po swym ostatnim objawieniu w Fatimie. Pokazała, czym się kończy atak na Nią i Jej dzieci… Objawienia fatimskie były dla portugalskich wolnomyślicieli „żałosną i wsteczną próbą pogrążenia Portugalczyków raz jeszcze w ciemności czasów przeszłych”. Nie dziwi, że ogłosili oni manifest, w którego zakończeniu czytamy: „Wyzwólmy się i oczyśćmy nasze umysły nie tylko z głupawej wiary w takie ordynarne i śmiechu warte sztuczki jak Fatima, ale zwłaszcza z jakiejkolwiek wiary w to, co ponadnaturalne, i w rzekomego Boga wszechmogącego, wszechwiedzącego – i w ogóle „wszech”. Jest to narzędzie łajdaków o wyrafinowanej wyobraźni, którzy dla własnych celów pragną zdobyć łatwowierność ludu”. Nie poprzestano na deklaracjach i zachętach.

W dniu 6 marca 1921 r. grupa masonów podłożyła ładunek wybuchowy pod prowizoryczną kaplicę postawioną na miejscu objawień oraz pod drzewo, którego cztery lata wcześniej nie udało się im ściąć. Eksplodowały trzy ładunki, niszcząc dach kaplicy; bomba podłożona pod drzewem nie wybuchła. Ale figury Matki Bożej Fatimskiej nie udało się zniszczyć. Tej nocy zabrała ją do swego domu pewna pobożna kobieta…

Jak odczytujemy te znaki? Znaki Fatimy są jednoznaczne. Zwycięstwo przyjdzie, ale będzie to zwycięstwo nie masonerii, lecz Najświętszej Panny – Maryi Niepokalanej i Jej Niepokalanego Serca. Znaki Nieba Czas przyjrzeć się jasnym znakom przychodzącym z Nieba. Ciekawe, że mnożą się współcześnie objawienia, w których Maryja ogłasza z mocą nadejście swego zwycięstwa. Mówi wprost o Fatimie i mówi jednoznacznie o nadchodzącej klęsce masonerii. Wizja Katarzyny Emmerich Zacznijmy jednak od wcześniejszego proroctwa, przekazanego nam przez św. Katarzynę Emmerich. Oto fragment jej zapisków: „Ujrzałam straszne skutki działań wielkich propagatorów „światła”, widoczne wszędzie tam, gdzie dochodzili oni do władzy i przejmowali wpływy albo dla obalenia kultu Bożego oraz wszelkich praktyk i pobożnych ćwiczeń, albo dla uczynienia z nich czegoś równie próżnego jak używane przez nich słowa: światło, miłość, duch. Usiłowali pod nimi ukryć przed sobą i innymi opłakaną pustkę swych przedsięwzięć, w których Bóg był niczym.(…)Zobaczyłam ludzi z tajnej sekty podkopującej nieustannie wielki Kościół(…)W tym czasie widziałam tu i tam na całym świecie wielu ludzi dobrych i pobożnych przede wszystkim duchownych znieważanych, więzionych i uciskanych i miałam wrażenie, że któregoś dnia staną się męczennikami.(…)Kościół był już w dużej mierze zburzony, tak że pozostawało jeszcze tylko prezbiterium z ołtarzem. Ujrzałam burzących, jak weszli do niego razem z bestią. Wchodząc do Kościoła z bestią, burzyciele zastali tam potężną niewiastę pełną majestatu. Zdawało się, że spodziewała się dziecka, szła bowiem powoli. Nieprzyjaciół ogarnęło przerażenie na jej widok, a bestia nie mogła postąpić nawet o jeden krok.(…)Zobaczyłam wtedy bestię uciekającą w kierunku morza, a nieprzyjaciele biegli w wielkim nieładzie. Zobaczyłam Kościół św. Piotra i ogromną liczbę ludzi pracującą, by go zburzyć. Ujrzałam też innych, naprawiających go. Linia podziału pomiędzy wykonującymi tę dwojaką pracę ciągnęła się przez cały świat. Dziwiła mnie równoczesność tego, co się dokonywało. Burzyciele odrywali wielkie kawały (budowli). Byli to w szczególności zwolennicy sekt w wielkiej liczbie, a z nimi – odstępcy. Ludzie ci, wykonując swą niszczycielską pracę, wydawali się postępować według pewnych wskazań i jakiejś zasady. Nosili białe fartuchy, obszyte niebieską wstążką i przyozdobione kieszeniami z kielniami przyczepionymi do pasa. Mieli szaty wszelkiego rodzaju. Byli pomiędzy nimi ludzie dostojni, wielcy i potężni w mundurach i z krzyżami, którzy jednak nie przykładali sami ręki do dzieła, lecz kielnią oznaczali na murach miejsca, które trzeba było zniszczyć.(…)Zburzono już całą wewnętrzną część Kościoła. Stało tam jeszcze tylko prezbiterium z Najświętszym Sakramentem.(…)Zobaczyłam, że na końcu Maryja rozciągnęła płaszcz nad Kościołem i nieprzyjaciele Boga zostali przepędzeni.

(…)Zobaczyłam, że Rzym stoi jak wyspa, jak skała pośrodku morza, gdy wszystko wokół niego obraca się w ruinę. Gdy patrzyłam na burzących, zachwycała mnie ich wielka zręczność. Posiadali wszelkie rodzaje maszyn, wszystko dokonywało się według pewnego planu. Nic nie waliło się samo. Nie robili hałasu. Na wszystko zwracali uwagę, uciekali się do różnorodnych podstępów i kamienie wydawały się często znikać w ich rękach. Niektórzy z nich ponownie budowali; niszczyli to, co było święte i wielkie, a to, co budowali, było próżne, puste i powierzchowne”. Wizja św. Katarzyny w plastyczny sposób ukazuje atak masonerii na Kościół. Ale znów ich działania kończą się niepowodzeniem. W ostatnim niemal momencie przychodzi zwycięstwo. Zwycięstwo Maryi…

Współczesny głos Maryi Przytoczmy jeszcze Jej słowa wypowiedziane w maju 1994 r. do ks. Gobbiego: „Moje Orędzie jest przesłaniem apokaliptycznym, ponieważ jesteście w samym sercu tego, co zostało wam ogłoszone w ostatniej i jakże ważnej Księdze Bożego Pisma(…) W Fatimie ogłosiłam wam wielką walkę pomiędzy Mną – Niewiastą obleczoną w słońce, a ogromnym czerwonym Smokiem, który doprowadził ludzkość do życia bez Boga. Przepowiedziałam wam też podstępne i mroczne działanie masonerii, która odwodzi was od zachowywania Prawa Bożego i czyni ofiarami grzechu i nałogów. Jako czuła Matka chciałam was przede wszystkim ostrzec przed wielkim niebezpieczeństwem zagrażającym dziś Kościołowi z powodu licznych diabelskich ataków, usiłujących go zniszczyć”.

Na szczęście znamy już zakończenie. Matka Najświętsza ukazała nam, jak będzie wyglądać Wielki Finał. Nadejdzie zwycięstwo Jej Niepokalanego Serca i pokój zstąpi na świat. By jednak tak się stało, Maryja potrzebuje „nowego pokolenia”, walczącego ze złem tą bronią, którą sama wskaże – jedyną skuteczną…

Wincenty Łaszewski

Źródło: http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=9971&Itemid=46

środa, 4 września 2013

To był mój Anioł Stróż – niezastąpiony przyjaciel



Biblia mówi o aniołach ponad 300 razy. Ich istnienia nie sposób kwestionować. Podobnie jak faktu, że potrafią wkroczyć w życie człowieka, ratując go z opresji. Czasem ich pomocy możemy nie zauważyć. Pomagają nam bowiem bardzo subtelnie, a potem równie delikatnie usuwają się w cień.



Kiedy latem 1994 roku cudem uniknąłem śmierci w Bałtyku, odholowany na brzeg przez nieznanego ratownika, który jak nagle pojawił się na plaży, tak nagle z niej zniknął, uznałem, iż nie mógł to być nikt inny jak tylko mój Anioł Stróż. Zacząłem interesować się przykładami konkretnej pomocy ze strony Aniołów Stróżów. Ze zdziwieniem skonstatowałem, iż takie przypadki wcale nie są rzadkie.



Niewidzialny wybawca



Okazało się, że również mój przyjaciel Czesław zawdzięcza życie interwencji anioła. Znam Cześka od lat. To człowiek mocno stąpający po ziemi i pod ziemią, gdyż z zawodu jest górnikiem, dyspozytorem ruchu kopalni w randze nadsztygara. Zależy więc od niego życie i zdrowie wielu podległych mu ludzi. W pewien sobotni poranek 2004 roku, po skończonej pracy, poprosił kolegę, by ten podwiózł go samochodem na kochłowicki rynek (Kochłowice to jedna z dzielnic Rudy Śląskiej). Kiedy przybyli na miejsce, Czesiek podziękował swemu kierowcy i szybko wysiadł z samochodu, chcąc przejść na drugą stronę jezdni. Nieuważnie robiąc krok do przodu, omal nie wpadł pod koła pędzącej furgonetki. Opowiadał: Nagle poczułem, jak ktoś łapie mnie za kark i mocnym ruchem odciąga do tyłu. Pociągnięcie to było tak silne, że momentalnie straciłem równowagę. Gdyby nie samochód kolegi, o który się odruchowo oparłem, to bym na pewno się przewrócił. Szybko rozejrzałem się wokoło, żeby podziękować temu komuś za uratowanie życia, ale… nikogo za mną nie było! Gdy już nieco ochłonąłem, poszedłem pieszo do domu i kolejny raz analizowałem tę niecodzienną sytuację. Doszedłem wówczas do wniosku, że musiał to być mój Anioł Stróż. Innego wytłumaczenia po prostu nie widzę. Bardzo namacalnie zadbał o to, bym nie znalazł się pod kołami rozpędzonego samochodu.



Wśród osób uratowanych spod kół samochodu jest również moja córka Emilia. Przed laty (w 2002 roku) opowiadała mi z przejęciem, co ją spotkało w drodze do szkoły. Tamtego dnia czekał ją sprawdzian z matematyki, dlatego idąc wolno, powtarzała sobie zadany materiał. Była tak zaczytana, że nie zauważyła, kiedy postawiła stopę na ulicy. W ułamku sekundy usłyszała piskliwy odgłos ostrego hamowania. Kiedy zaskoczona odwróciła głowę, zobaczyła pędzącą prosto na nią ciężarówkę. Zamarła w miejscu przerażona. Dziś wspomina: W tym samym momencie ktoś chwycił mnie za ramię, mocno ciągnąc do tyłu, wprost na chodnik. Ciężarówka przejechała, a ja jeszcze przez moment stałam w szoku. Odwróciłam się za siebie, żeby zobaczyć, kto mi pomógł, ale nikogo za mną nie było! W ogóle nie było wtedy na chodniku żadnych ludzi. W pobliżu nie znajdowała się też żadna brama czy boczna uliczka, w stronę której ktoś mógłby się szybko oddalić po udzieleniu mi tej niespodziewanej pomocy. Widząc to, od razu pomyślałam sobie, że był to mój Anioł Stróż. Poczułam nawet niezwykłą wewnętrzną pewność, że to był właśnie On.



Niektórzy Go widzą

Czesiek i Emilka nikogo wówczas nie dostrzegli. Spotkałem jednak i takie osoby, które ręczą, że widziały pomagającą im w opresji tajemniczą osobę. Jest wśród nich moja znajoma, pielęgniarka Grażyna, do dziś pracująca w jednym ze szpitali Rudy Śląskiej. Przechowuje ona w swej pamięci niezwykłą historię sprzed kilkunastu lat.



Jej pięcioletni wówczas syn Marcin bawił się na podwórku z kolegą, a ona wybierała się właśnie na dyżur. Wsiadając do samochodu, odwróciła jeszcze na moment głowę. Z przerażeniem zobaczyła swojego synka wbiegającego na jezdnię wprost pod pędzący w jego kierunku samochód. Sparaliżowana tym widokiem, zdążyła jedynie w myślach zawołać do nieba o pomoc. W tej samej chwili nie wiadomo skąd pojawił się dojrzały mężczyzna i jednym zdecydowanym ruchem odciągnął dziecko na chodnik. Nie zapamiętała co prawda rysów jego twarzy, pamięta jednak do dziś, że miał on siwe, nieco dłuższe i lekko kręcone włosy. Ubrany zaś był w jasną koszulę i spodnie, a na stopach miał sandały.



Razem z mężem szybko pobiegła w kierunku Marcinka. Nic mu się nie stało, mężczyzna zaś dosłownie zniknął. Kiedy chciała podziękować mu za uratowanie życia synkowi, nie było po nim śladu. Historia z tajemniczym mężczyzną nie dawała jednak Grażynie spokoju. Gdy nazajutrz zapytała syna, czy podziękował temu panu, który go uratował, ten, nieco zdziwiony zadanym pytaniem, odpowiedział: Mamo, tam nie było żadnego pana – odsunąłem się sam. Okazało się, że również mąż nikogo nie widział. Znajoma do dzisiaj jest przekonana, że to anioł uratował wówczas życie jej małemu dziecku.


Grzegorz Fels


Artykuł ukazał się w lipcowym numerze miesięcznika "Egzorcysta".

Źródło: http://www.pch24.pl/to-byl-moj-aniol-stroz---niezastapiony-przyjaciel,16566,i.html

wtorek, 3 września 2013

Zdesperowany ojciec zabił dwóch chińskich urzędników



Broniący swoich uznanych za nielegalne dzieci mężczyzna zabił dwóch urzędników z chińskiego Biura Planowania Rodziny w mieście Dongxing znajdującej się w  autonomicznym regionie Guangxi. Ojciec czwórki dzieci zaatakował nożami urzędników po tym jak urząd nakazał mu zapłacenie grzywny za złamanie polityki jednego dziecka.


Ojciec przybył do biura aby uzyskać zgodę urzędników na zarejestrowanie jego dziecka do programu pomocowego, w ramach którego państwo chińskie zapewnia dostęp do edukacji, opieki zdrowotnej oraz podróży pociągami i samolotami. Urzędnicy odmówili zarejestrowania dziecka przed zapłaceniem przez mężczyznę grzywny za złamanie polityki jednego dziecka. Grzywny te w rejonie Guangxi wahają się od 3,690 do 31,733 dolarów. Tymczasem średni dochód wynosi tam 3071 dolarów rocznie.

Po otrzymaniu odpowiedzi odmownej mężczyzna opuścił biuro. Następnie, 23 czerwca rano wrócił do urzędu niosąc maczety. Wszedł na trzecie piętro, gdzie zasztyletował dyrektora Urzędu Planowania Rodziny i jego zastępcę. Ponadto ranił czterech innych urzędników, m.in. obcinając prawą rękę sekretarki dyrektora, gdy podniosła ją aby bronić głowę. Aktualnie jest ona w śpiączce i czeka na operację. Po przybyciu policji mężczyzna bronił się wymachując nożami. Został otoczony i ok. 9:30 aresztowany.

Władze chińskie twierdzą, że przyczyną incydentu jest choroba umysłowa mężczyzny. Tymczasem czyn mężczyzny jest ekstremalnym przykładem coraz większej niechęci, jaką w społeczeństwie Państwa Środka budzi polityka jednego dziecka. - Tego typu tragedie pokazują, jak głęboko kultura śmierci zapuściła swoje korzenie w Chinach - powiedział Brian Lee, prezes sprzeciwiającej się polityce jednego dziecka organizacji All Girls Allowed. - Gdy chiński rząd dewaluuje ludzkie życie, każdy obywatel staje się ofiarą. Modlimy się za mężczyznę, który popełnił tę zbrodnię, za urzędników i ich rodziny, by wszyscy przyjęli wybaczenie Jezusa Chrystusa i by Chiny zerwały ze swoją opresyjną polityką - dodał Lee cytowany przez lifesitenews.com.

Chińscy rodzice mają zasadniczo prawo posiadać tylko jedno dziecko. Jeśli mieszkają na wsi, a pierwsze dziecko jest dziewczynką lub jest niepełnosprawne fizycznie czy umysłowo, to zazwyczaj mogą starać się o zgodę na drugiego potomka. Od wprowadzenia w 1979 r. polityki jednego dziecka w Chinach zabito ok. 281 mln dzieci i wysterylizowano ok. 516 mln kobiet. Głównymi ofiarami są dziewczynki, pomimo, że oficjalnie aborcja ze względu na płeć jest w Chinach zakazana.


Źródło: lifesitenews.com

Mjend

poniedziałek, 2 września 2013

Richard Topcliffe – elżbietański „łowca księży” i oprawca katolików



Trwająca długo, bo aż czterdzieści cztery lata (1558-1603), epoka panowania Elżbiety I Tudorówny była definitywnym zakończeniem procesu protestantyzacji Kościoła Anglii, zapoczątkowanego schizmą od Rzymu dokonaną w 1534 roku przez jej ojca – Henryka VIII. Oznaczało to również wyjątkową brutalną w środkach dekatolicyzację społeczeństwa angielskiego, w szczególności zaś martyrologię księży katolickich i udzielających im pomocy w działalności duszpasterskiej katolików świeckich.




Jak słusznie zauważa w swojej najnowszej książce (Myśl polityczna reformacji i kontrreformacji, t. 1. Rewolucja protestancka, Warszawa 2013) prof. Adam Wielomski, wyznawany przez świecką (królewską) zwierzchność Kościoła anglikańskiego erastianizm oznaczał traktowanie katolicyzmu nie w kategoriach teologicznych – jako „herezji”, lecz w politycznych – jako zagrażającej jedności i suwerenności królestwa Anglii doktryny służącej interesom obcego i wrogiego mocarstwa, tj. papieskiego Rzymu. W konsekwencji, bycie rzymskim katolikiem („papistą”) stało się za panowania Elżbiety równoznaczne ze zdradą stanu. Każdy zaś ksiądz katolicki, wyświęcony po wejściu w życie (1559) nowego aktu o supremacji władcy nad Kościołem, podlegał karze śmierci z mocy prawa po upływie czterdziestu dni pobytu na ziemi angielskiej. Egzekucje przeprowadzano zazwyczaj ze szczególnym okrucieństwem, każąc ofiarom długo cierpieć zanim umrą.



Zważywszy, że z chwilą wstąpienia na tron – po swojej starszej siostrze Marii Katoliczce – Elżbiety katolicy stanowili jeszcze znaczną większość narodu angielskiego, złamanie ich oporu nie byłoby możliwe, gdyby nie zastosowano tak drakońskich a zarazem przebiegłych środków. Najważniejszym z nich było zorganizowanie pierwszej w dziejach nowoczesnej policji politycznej, wynajdującej i stosującej pełny repertuar służb specjalnych, „udoskonalony” dopiero przez XX-wieczne systemy totalitarne, a więc: inwigilację, gromadzenie danych osobowych, szpiegostwo, prowokację, propagandę i dezinformację, aresztowania prewencyjne, przeszukania domostw prywatnych, lustracja korespondencji, karne ekspedycje w terenie, wreszcie wyrafinowane metody inwestygacji i torturowania. Organizatorem i bezpośrednim kierownikiem (spymaster) tych służb specjalnych Elżbiety I był sekretarz stanu sir Francis Walsingham (1532-1590), zaś ogólny nadzór sprawował nad nimi kanclerz William Cecil, lord Burghley (1520-1598), jednakowoż ze wszystkich funkcjonariuszy tej służby szczególnie wyróżnił się pod każdym względem – od gorliwości po inwencję – „łowca księży” (priest-hunter) Richard Topcliffe (1531-1604), będący w latach 1582-1599 oprawcą w co najmniej 50 znanych przypadkach.



Należy zaznaczyć, że teoretycznie procedura stosowania tortur była w renesansowej Anglii nielegalna. Jednakowoż znaleziono (John H. Langbein) 81 oficjalnych zezwoleń na ich stosowanie w latach 1540-1640. Inni badacze w oparciu o inne dokumenty, jak słynny Dziennik z Tower, czy znane i opisane przypadki ich dokonania bez braku stosownego dokumentu, podwyższają tę liczbę do około 165 – 175. Z pracy Jamesa Heatha (Torture and English Law, Westport 1982) wynika jednoznacznie, że prawdziwy zalew przypadków stosowania tortur nastąpił po przejęciu przez Koronę najwyższej władzy duchownej i po zerwaniu z Rzymem, oraz że ten rodzaj kary zawsze stosowano z prerogatywy monarchy, stanowiącej jej usprawiedliwienie.



Z owych 81 oficjalnych zezwoleń, aż 54 przypadają na czasy panowania Elżbiety I oraz dotyczą około 90 osób. Nie będzie żadną przesadą powiedzieć o szczególnym okrucieństwie i zawziętości Elżbiety (przedstawianej do dziś, zwłaszcza w kulturze popularnej, jako rzekome uosobienie łagodności i religijnej koncyliacyjności, co kontrastuje z „czarną legendą” jej katolickiej siostry Marii, nazywanej „bloody Mary”). Była ona osobiście odpowiedzialna za barbarzyńskie represje wobec katolików po tzw. powstaniu północnym w 1569 roku. Kiedy w 1583 roku jej agenci aresztowali w Szkocji jezuitę, o. Williama Holta, domagała się od Szkotów (którzy jednak zignorowali to żądanie, ku jej irytacji), aby go poddano torturom. W 1586 roku zażądała specjalnych tortur podczas egzekucji jej niedoszłego zabójcy, sir Anthony’ego Babingtona, czyli pozbawienie go najpierw wnętrzności, potem poćwiartowanie i dopiero na końcu powieszenie (tymczasem normalną praktyką kata było upewnić się, że skazańcy nie żyją i dopiero potem wypruwać im wnętrzności); gdy po zamęczeniu w ten sposób pierwszych siedmiu uczestników spisku Babingtona tłum domagał się coraz głośniej litości, Elżbieta wycofała się, ale jednocześnie kazała ogłosić, że to ona w swoim miłosierdziu pragnie, by najpierw ich zgładzić. Z krwiożerczością „królowej ludu” kontrastuje wyraźnie powściągliwość obu „absolutystycznych” Stuartów, niechętnych stosowaniu tortur, co potwierdzają liczby: za panowania Jakuba I wydano tylko siedem zezwoleń na nie (w tym trzy dotyczyły uczestników spisku prochowego), a za panowania Karola I zaledwie dwa, w dodatku kaci nie otrzymywali wolnej ręki w procedowaniu.



Bardzo wymowny dla postępowania Elżbiety jest pewien epizod, przywodzący też na myśl tę scenę z szekspirowskiego Króla Leara, w którym Goneryla i Regana wypędzają na pustkowie (oślepiwszy go uprzednio) Gloucestera z jego własnego domu, z którego gościny korzystały. W 1578 roku królowa odbywała obchód wschodniej Anglii, zatrzymując się między innymi w domu niejakiego Rockwooda (papisty) w Euston Hall w Suffolk, który był „daleko poniżej godności Jej Wysokości”. Mimo to, na pożegnanie „łaskawie” podała gospodarzowi swą szlachetną dłoń do ucałowania, ale wtedy lord szambelan (hrabia Sussex) spytał, jak on, ekskomunikowany papista, „śmie myśleć sobie, iżby miał prawo starać się tu być w ogóle obecny, on, który nie jest godzien towarzyszyć jakiejkolwiek chrześcijańskiej osobie”. Następnie, pod pretekstem, że brakuje jakiegoś talerza, ludzie królowej przeszukali stodołę i tam od razu „znaleźli” w stogu siana obraz Matki Boskiej, zresztą wspaniale wykonany. „Jej Wysokość kazała wrzucić go w ogień, który od razu na jej oczach szybko rozniecili wieśniacy, ku jej zadowoleniu i radości wszystkich zebranych z wyjątkiem jednego lub dwóch, którzy pili zatrute mleko bożka”, zaś gospodarz został zakuty w dyby i wysłany do miejskiego więzienia w Norwich.



Uczestnikiem tego zdarzenia i autorem cytowanego wyżej opisu był właśnie Topcliffe. Urodził się on 14 listopada 1531 roku, w zamożnej i szlacheckiej rodzinie z Lincolnshire. Jego podzielona na 16 pól tarcza herbowa (której zazdrościł mu sam Cecil) świadczyła o co najmniej kilku pokoleniach arystokratycznych przodków, w tym rodzin Neville’ów i Percych po kądzieli. Wśród przodków miał też Katarzynę Parr, ostatnią żonę Henryka VIII. Do służby królowej dołączył zapewne w 1558 roku, a państwowej – w 1569 roku. Podczas powstania północnego zwerbował i na własny koszt wyposażył oddział w sile 30 jeźdźców. W dokumentach procesowych z 1589 roku jest przedstawiany jako „osobisty służący Jej Wysokości” (Esquire for the Body to Her Majesty).



Jego rola łowcy księży i inwestygatora zaczęła się w 1582 roku. „Jest teraz – pisał pewien katolik – nowy oprawca obsługujący łoże tortur, który znacznie przerasta poprzedniego [Thomasa Nortona] – Mr. Topcliffe”. W swoją działalność angażował się całą duszą: tropił, aresztował, przesłuchiwał i torturował, czasem w swoim domu, czasem w Tower lub Bridewall. Nadzorował procesy i egzekucje, zachowując się przy tym niezmiernie hałaśliwie. Jego działalność w latach 1588-1595 da się prześledzić niemal dzień po dniu. Jako że z około 50 przypadków stosowanych przezeń tortur, tylko 19 było usankcjonowanych oficjalnymi zezwoleniami rady królewskiej, należy sądzić, że miał dużą swobodę działania i działał w oparciu o inny, ogólny rodzaj zezwolenia, bez jakichkolwiek ograniczeń terytorialnych na obszarze całego królestwa, otrzymany niewątpliwie od samej królowej. Dysponował pismami z pieczęcią (zachowało się kilka takich dokumentów), dającymi okazicielowi prawo żądania pomocy miejscowych władz w poszukiwaniu każdej osoby, ilekroć uznał to za konieczne, wchodzenia do wszystkich domów, do których uważał za stosowne wejść, zatrzymywania wszystkich podejrzanych, zarówno na czyjeś ziemi jak poza nią, przeszukiwania i przejmowania wszelkiego rodzaju listów, pism, papierów, książek i wszystkich innych podejrzanych przedmiotów. Przesłuchiwanemu ojcu Thomasowi Pormont powiedział, że „nie obchodzi go rada królewska, ponieważ ma swą władzę od królowej”. Wyznał nawet, że królowa pozwoliła mu dotknąć swoich piersi, nóg i brzucha, pytając: „Czyż nie są to ramiona, nogi i ciało króla Henryka?”, a także podarowała mu białe, lniane pończochy. Chyba była to prawda, bo wiadomo, że Elżbieta kiedyś, i to w późnym wieku, rozebrała się przed ambasadorem Francji. Potem, chcąc zmusić księdza do odwołania tego, co powiedział w trakcie procesu, kazał mu jeszcze przed egzekucją stać przez dwie godziny na drabinie w samej koszuli w zimny poranek lutowy.



Jednym z największych sukcesów Topcliffe’a było wytropienie i aresztowanie jezuickiego księdza, apologety i poety „metafizycznego”, o. Roberta Southwella (1561-1595). Okoliczności tego zdarzenia znamy z jego własnej, chełpliwej, relacji. W niedzielę w nocy, 25 czerwca 1592 roku, Topcliffe wraz z oddziałem swoich ludzi i przy udziale sędziego pokoju, niejakiego Barnesa, włamał się do posiadłości Uxendon Roberta Bellamy’ego w parafii Harrow-on-the-Hill, około 10 mil na północ od Londynu. Tam, zgodnie z przewidywaniami, znalazł duchownego, którego aresztował i zabrał ze sobą do Londynu, gdzie uwięził go we własnym domu sąsiadującym z więzieniem Gatehouse w Westminsterze. Nazajutrz, po krótkim przesłuchaniu więźnia napisał list do królowej informujący o tym fakcie oraz o zamiarze podania Southwella torturom. Odpowiedź królowej nie zachowała się, lecz ponieważ następnego dnia więzień został podany torturom powodującym głębokie obrażenia wewnętrzne, można założyć, że zgodę uzyskał. Jak zauważa trafnie Frank Brownlow (Richard Topcliffe: człowiek Elżbiety a reprezentacja władzy w „Królu Learze”, [w:] Szekspir. Teoria lancasterska – domysły i fakty, redaktorzy naukowi Tomasz Kozłowski, Krzysztof Kozłowski, Warszawa 2012, s. 406), list ten, którego obszerne fragmenty niżej przytaczamy) „został napisany zaskakująco bezceremonialnym, a wręcz nieformalnym stylem. Przyprawiające o dreszcze przemieszanie brutalnej szczerości, gorliwości, chełpienia się własnym sukcesem i złowieszczej żartobliwości wskazują na długotrwałą znajomość, a nawet przyjaźń z adresatką”.



26 czerwca 1592 roku Topclif do K/Mości, w sprawie przesłuchania księdza, który nie chce wyznać swojego imienia

Do Waszego Najwspanialszego Majestatu i Wielkiej mojej Łaskawości Monarchini w wielkim pośpiechu.

Najłaskawsza Monarchini, mając (w moim mniemaniu) ojca Roberta Southwella, jezuitę, w moim lochu w Westminster Church Yard, zabezpieczyłem go, by nie miał możności ruchu lub się nie okaleczył, przez nałożenie mu na ręce pary kajdan i tam mogę go trzymać zarówno przed widokiem innych, jak i możliwością rozmowy z kimkolwiek poza Nicolasem, strażnikiem w Gatehouse, i moim sługą. (…)

Ośmieliłem się (po odrobinie snu) przesłać wynik tego zamkniętego przesłuchania wiernie spisanego, w którym głupio i podejrzanie odpowiadał, i znając w pewien sposób naturę i postępowanie tego człowieka, chciałbym prosić, by Wasza Wysokość zechciała łaskawie spojrzeć na moją skromną opinię, którą czuję się w obowiązku przedstawić.

Skoro obecnie go mamy, dobrze będzie natychmiast zmusić go, by odpowiadał prawdziwie i wprost, tak by jego odpowiedzi okazały się prawdziwe, gdy udzielane pospiesznie. Po to, by będąc głęboko pogrążony w swojej zdradzieckości, nie miał czasu kluczyć lub uciec się do innych sposobów w zwyczajnym więzieniu. Stanie prosto lub pod ścianą (co przewyższa wszystko inne i nie powoduje ran) będzie ostrzeżeniem. Jeśli jednak życzeniem Waszej Wysokości będzie znać każdą rzecz w jego sercu, wtedy stanie pod ścianą ze stopami na ziemi i rękoma wyciągniętymi w górę przy ścianie, tak wysoko, jak potrafi je unieść, jakby robił figurę w trenchmore, zmusi go, żeby powiedział wszystko, i prawda zostanie w następstwie dowiedziona.

1.Jego odpowiedź na pytanie o hrabinę Arundel

2. i to, że ojciec Parsons rozszyfrował go.

Być może zadowoli Waszą Wysokość, jeśli zważy, że nigdy dotąd nie pojmałem tak znaczącego człowieka; jeśli będzie właściwie wykorzystany.

(…)

Tak więc pokornie oddając się instrukcjom Waszej Wysokości w tej sprawie bądź w jakiejkolwiek służbie, której towarzyszy niebezpieczeństwo, kończę, aż otrzymam Waszą wolę. Tu w Westminster, z ojcem duchowym będącym pod moją pieczą, tego poniedziałku, 26 czerwca 1592 roku.

Waszej Wysokości Wierny Sługa

Ric: Topclyffe.



Jak widać, Topcliffe kierował się tym samym przekonaniem, co wieki później śledczy stalinowscy – że nie ma ludzi niewinnych, są tylko źle przesłuchani. Mimo to, przeliczył się w tym wypadku: o. Southwell wytrzymał straszne tortury i nie wydał żadnego żadnego ze swoich konfratrów ani nie powiedział nic obciążającego hrabinę Arundel. Przeniesiony do więzienia w Westminsterze, a następnie do Tower, spędził tam jeszcze dwa i pół roku, aby 21 lutego 1595 roku, w dzień po procesie, zostać powieszonym w Tyburn. Został beatyfikowany w 1886 roku przez papieża Leona XIII i kanonizowany (pośród 40 męczenników Anglii i Walii) w 1970 roku przez Pawła VI.



Historycy protestanccy, nie mogąc usprawiedliwić Topcliffe’a, skłonni są przedstawiać go jako postać wyjątkową, sadystę niemającego odpowiednika pośród innych sług królowej Elżbiety. Chociaż jego okrucieństwo jest niewątpliwe, nie wydaje się, aby można było sprowadzić jego działalność do psychopatycznych cech charakteru. Sam nie uważał się za zbrodniarza i ubolewał nad swoją złą reputacją: w liście do Roberta Cecila z 17 stycznia 1594 albo 1595 roku pisał: „I z tego właśnie płynie nasz [komisarzy] smutek, a mój w szczególności. Że często się o nas mylnie sądzi, iż jesteśmy okrutni. Bóg jednak widzi wszystko”. Uważał się za człowieka, który poświęcił życie i fortunę królowej – i tak rzeczywiście było, bo chociaż był hojnie wynagradzany, doprowadził się ostatecznie do ruiny, finansując agentów (podobnie jak Walsingham) z własnych środków. Niespożyta energia i szczery entuzjazm, jaki wykazywał w swoim tropicielskim i katowskim fachu płynęły w ostateczności z pobudek „wyższych”, ideowych – głębokiej i zaciekłej nienawiści do religii rzymskokatolickiej oraz jej kapłanów i wiernych.



Jacek Bartyzel

Źródło: http://www.pch24.pl/richard-topcliffe---elzbietanski-lowca-ksiezy-i-oprawca-katolikow,16559,i.html