środa, 21 sierpnia 2013

Rozmowa z bp. Wiesławem Meringiem


O programowej walce ateistów z Kościołem, o KUL i wykładach z gender na lubelskim uniwersytecie, oraz o postępującej laicyzacji na katolickich uczelniach mówi w rozmowie z PCh24.pl J.E. ks. bp Wiesław Mering, ordynariusz diecezji włocławskiej.

Ekscelencjo, w niedawnym swoim wystąpieniu zwrócił Ksiądz Biskup uwagę opinii publicznej na temat ideologii gender. Czy chrześcijanie powinni postrzegać tę ideologię jako zagrożenie? Jeśli tak, to dlaczego?

- Bardzo cieszę się ze stosowania takiego nazewnictwa. Gender bowiem nie uważam za filozofię, tylko za ideologię. Podstawową różnicę widzę w tym, że filozofia z natury szuka prawdy, a ideologia jest przekonana, że już ją znalazła i teraz próbuje wszelkimi sposobami narzucić ją ludziom. Tak więc należy mówić o ideologii gender niezależnie od tego, że bazuje ona na niektórych myślach, prądach i kierunkach filozoficznych, o których jeszcze powiem.

Gender jest śmiertelnie poważną próbą walki z chrześcijaństwem. Do tej pory najstarszą formą antychrześcijaństwa był ateizm, twierdzący, że nie ma Boga. Gender natomiast nie tylko przyjmuje ateizm, lecz również kwestionuje samą koncepcję człowieka, który staje się czymś trudno uchwytnym, „niedokończonym”, jakimś rodzajem meduzy, przybierającej naturę i właściwości odmienne w różnych sytuacjach kulturowych.

Człowiek staje się wytworem swoich zmysłowych namiętności; nie jest już „mężczyzną i kobietą”, lecz sprawia wrażenie czegoś niedokończonego, niezrealizowanego, a o swojej naturze decyduje sam. Gender zatem unicestwia Boga, człowieka, jego naturę, rodzinę, małżeństwo! Zresztą uderzenie w Boga – zawsze jest również ciosem w człowieka!

Nic dziwnego, że takie poglądy muszą budzić najgłębszy niepokój chrześcijan, znajdujących w Biblii, tradycji i nauce społecznej Kościoła wskazówki, pozwalające uchwycić istotę człowieka, jego powołanie, Boży plan względem ludzi – rodzinę dla Syna Bożego wybrał sam Bóg! – czy wreszcie przypomnienie, iż człowiek nie ma hołdować instynktom, lecz kierować nimi, panować nad nimi w oparciu o pomoc Bożą.

Czy dostrzega Ksiądz Biskup jakieś podobieństwa między gender a innymi lewicowymi ideologiami, które w II połowie XX wieku opanowały uniwersytety zachodniego świata?

- Walka z Bogiem zaczęła się wcześniej niż w XX wieku. Największe „zasługi” przynosi bez wątpienia filozofia oświecenia. Voltaire pragnął pozbawienia papieża władzy doczesnej, a na uczelniach chciał wprowadzić nauczanie świeckie i heretyckie; duchowieństwo powinno zostać zniszczone, a terror powinien ogarnąć ziemię i trwać na niej tak długo, dopóki choć jeden chrześcijanin trwać będzie przy swojej wierze. To prawdziwe poglądy filozofa – wzoru tolerancji; jeżeli jeszcze dodać do tego silne akcenty antysemickie, to „światłość” Voltaire’a jaśnieje o wiele słabiej!

Podobnie słynny encyklopedysta Denis Diderot, który wprawdzie niczego oryginalnego w filozofii nie stworzył, ale stał się symbolem oświeceniowej myśli poprzez głoszony deizm, antropocentryzm i krytykę religii. Wskazał tym samym prostą drogę do sekularyzacji europejskiej kultury.

Najbardziej zajadłym przeciwnikiem religii był jednak Ludwig Feuerbach, który w miejsce teologii chciał wprowadzić antropologię, czyli na miejsce Boga postawić człowieka. Boga uważał za wytwór ludzkiego intelektu, twierdząc, że to ludzkie pragnienia, dążenie do szczęścia, przybiera Jego postać. Trudno tu omawiać szczegółowiej poglądy Feuerbacha, ale zostały one przejęte przez lewicę heglowską i rozpropagowane przez marksizm, który dobrze znamy. Owocem z kolei indoktrynacji marksistowskiej stał się scjentyzm, a także rewolta 1968 roku w świecie zachodnim. Wskutek negacji tradycji, kultury zachodniego świata, oczywiście religii, autorytetów, itp., zrodziła się, po kilkunastu czy kilkudziesięciu latach, właśnie ideologia gender.

Dlaczego ideologie tego typu tak łatwo znajdują sobie miejsce w polskich środowiskach uniwersyteckich? Przecież doświadczenie komunizmu powinno uodpornić je na nowe „mody intelektualne” importowane z zagranicy.

Nie sądzę, by ideologia gender była szczególnie potrzebna i poszukiwana na polskich uczelniach. Jeżeli władze uczelni wprowadzają ją w swoich programach, to kierują się przede wszystkim poprawnością polityczną i pragnieniem bycia na bieżąco z prądami współczesnej kultury, czy – może – bezmyślnym naśladowaniem uniwersytetów amerykańskich czy zachodnioeuropejskich.

Przyjrzałem się nazwiskom ludzi wykładających w jedenastu różnych ośrodkach w Polsce ideologię gender: bardzo trudno znaleźć tam jakieś znane nazwisko, poważnego pracownika nauki, człowieka z autorytetem; najwięcej pojawia się skrajnych feministek, zacietrzewionych w swoim przywiązaniu do głoszonych poglądów i odsądzających od czci i wiary tych, którzy myślą inaczej. Niby głoszą wolność i tolerancję, ale nie mają zamiaru dawać jej myślącym inaczej.

Wiele lat temu ksiądz profesor Styczeń, przyjaciel Jana Pawła II, ostrzegał przed mitem antydogmatyzmu, czyli uznawaniem prowizoryczności twierdzeń nauki. To prowizoryczność jednak stanowi… dogmat tzw. społeczeństwa „otwartego”. Kosztem zatem prawdy promuje się konsens społeczny; widoczne to jest także w myśleniu filozoficznym i w teologii.

Katolicki Uniwersytet Lubelski jest uczelnią bliską sercom wszystkich katolików w Polsce. Ksiądz Biskup, jako jej absolwent, z pewnością w szczególny sposób interesuje się wszystkim, co dotyczy KUL. Czy to właśnie było powodem napisania przez Księdza Biskupa publicznego listu do rektora KUL z pytaniem o wykłady gender, które mają być prowadzone na tej uczelni?

- Moja wypowiedź, dotycząca wykładów gender na KUL-u, wynikła najpierw z pewnego zaniepokojenia sytuacją: nagle pojawiają się zapowiedzi tej problematyki w wykładach, bez żadnych dopowiedzeń, określeń, co ma być ich przedmiotem, celem, czemu mają służyć. Wydawało mi się nieprawdopodobne, by uniwersytet katolicki tej rangi co KUL, mógł po prostu udostępniać swoje sale wykładowe podobnie smętnej ideologii. Prosiłem zatem Księdza Rektora o wyjaśnienie sytuacji.

Niestety odpowiedzi mnie nie satysfakcjonują. Zamiast pokrętnych tłumaczeń, trzeba było napisać, że chodzi o krytyczne odniesienie się do modnego dzisiaj kierunku, że celem wykładów jest ukazanie wewnętrznej sprzeczności gender, ich charakteru antychrześcijańskiego, itp. Taka deklaracja uspokoiłaby zarówno świeckich, jak i duchownych, i przyczyniła się do wyciszenia niepokoju. W odpowiedziach jednak zwracano raczej uwagę na to, jak ważny dla współczesności jest gender i jak korzystne będzie zaznajomienie z tymi poglądami studentów.

Nie podzielam entuzjazmu władz KUL-u: niekoniecznie trzeba poznawać i doświadczać wszystkich brudów dzisiejszej kultury, żeby naprawdę ją ubogacić tym, co dobre, mądre i piękne. Taki jest pogląd również wielu pracowników KUL – zwłaszcza Wydziałów: Teologicznego i Filozoficznego, których roli dla Kościoła w Polsce nie da się przecenić!

Ośrodek Brama Grodzka-TeatrNN – czyli instytucja, która współpracuje z KUL przy tworzeniu kierunku studiów z fakultatywnymi wykładami z gender – jest środowiskiem bliskim skrajnie lewicowej „Krytyce Politycznej”, co udowodnili m.in. dziennikarze naszego portalu. Jednak wydaje się, że przedstawiciele KUL, odpowiadając Księdzu Biskupowi, zbagatelizowali tę kwestię. Czy ma ona istotne znaczenie dla wyrobienia sobie stanowiska na temat profilu tych studiów?

- Akurat na pytanie o to, czy Ośrodek Brama Grodzka – Teatr NN jest najbardziej odpowiedni do współpracy z KUL w sprawie gender, nie doczekałem się odpowiedzi ze strony Księdza Rektora. Jestem wdzięczny środowiskom prawicowym za natychmiastową reakcję w tej sprawie. W moim liście wskazywałem, że to dziennikarze nagłośnili sprawę!

Sugerowałem też, że Kościół ma specjalistów wysokiej klasy, przygotowanych do ewentualnego, krytycznego omawiania gender (myślę zwłaszcza o środowisku krakowskim z księdzem profesorem Dariuszem Oko czy warszawskim z panią profesor Marią Ryś). Jak długo uniwersytet katolicki, podejmując tak kontrowersyjną problematykę, będzie korzystał ze skrajnie lewicowego ośrodka „Bramy Grodzkiej…”, tak długo nie będę miał wątpliwości, że sytuacja rozwija się w niedobrym kierunku. Trudno się spodziewać krytyki gender ze strony ludzi, którzy ją na co dzień popierają i promują! To jest przecież zupełna naiwność!

W liście do KUL wspomniał Ksiądz Biskup o tym, że planuje podjąć temat gender na szerszym forum Konferencji Episkopatu Polski. Czy planuje Ksiądz Biskup jakieś kroki w tej sprawie?

- Problem ten podjąłem na Konferencji Episkopatu, ale nie jestem upoważniony do przedstawienia tych spraw na zewnątrz. Ciągle liczę na uzdrowienie sytuacji przez odpowiednie decyzje władz uczelni, a także przez stymulującą rolę Wielkiego Kanclerza KUL-u.

A czy planuję jakieś dalsze kroki w tej sprawie? Naturalnie, ale jeszcze nie pora o tym mówić.

Czy Kościół w Polsce jest intelektualnie przygotowany, by stawić czoło ideologii gender?

- Tu akurat nie mam najmniejszych wątpliwości i to zarówno jeżeli chodzi o świeckich przedstawicieli Kościoła, jak i o duchownych.

Mamy znakomite ośrodki studiów nad teologią małżeństwa i rodziny (Warszawa, Kraków, Lublin); mamy autorów, którzy nie boją się nazywać rzeczy po imieniu (wspomniani już: ksiądz profesor Dariusz Oko, pani profesor Maria Ryś); znakomite środowiska publicystyczno-popularyzatorskie, skupiające się wokół tygodników katolickich („Gość Niedzielny”, „Przewodnik”, „Niedziela”, „Idziemy”); jest „Nasz Dziennik”, Radio „Maryja”, TV Trwam; są aktywne centra chrześcijan świeckich, zainteresowanych przekazywaniem integralnej nauki Kościoła dotyczącej małżeństwa i rodziny; są ośrodki myśli Jana Pawła II (Kraków, Warszawa), której przecież w żaden sposób nie da się pogodzić z gender; są wreszcie środowiska mniej związane z Kościołem instytucjonalnym, ale wyraźnie wierne chrześcijańskiej wizji małżeństwa i rodziny (np. „Sieci”, „Do Rzeczy”, „WPiS”, „Polonia Christiana”, itp.).

Za każdą pracę, publikację i troskę w tej dziedzinie, za jasne prezentowanie zdrowego rozsądku – jestem wymienionym środowiskom ogromnie wdzięczny. Już wielokrotnie doświadczaliśmy w Polsce, jak bardzo wiele znaczy głos opinii społecznej; ruchy i stowarzyszenia kościelne mają wiele do potwierdzenia także w tej sprawie.

Liczni publicyści katoliccy, czy konserwatywni, zauważają, że na KUL działy się niedawno inne niepokojące rzeczy. Na przykład wystąpienie prof. Zygmunta Baumana jako głównej „gwiazdy” Kongresu Kultury Chrześcijańskiej czy przypadek prof. Zofii Kolbuszewskiej, która broniła skandalicznej wypowiedzi szefowej Teatru Ósmego Dnia na temat Ojca Świętego. Tymczasem od lat obserwujemy w wielu krajach Europy czy w USA proces laicyzacji uczelni katolickich. Uczelnie powołane do tego, by kształcić katolików, dobrowolnie rezygnują ze związków z Kościołem i katolicyzmem. Czy Ksiądz Biskup nie obawia się, że za kilka lat w Polsce nie będzie już miejsc intelektualnego kształtowania elit katolickich?

- Niektóre z sygnalizowanych tu problemów poruszył niedawno w swojej rozmowie z Rektorem KUL ksiądz redaktor Tomasz Jaklewicz na łamach „Gościa Niedzielnego”. Warto tekst Jego wywiadu z Księdzem Rektorem KUL przeczytać!

Natomiast, coraz więcej ujawnianych wiadomości na temat profesora Zygmunta Baumana, wypadek Pani Dziekan, broniącej obrzydliwej wypowiedzi dyrektorki Teatru Ósmego Dnia z Poznania na temat Ojca Świętego, nie tylko budzi niepokój, ale zdecydowany sprzeciw. Te wypadki to „małpowanie” najgorszych wzorów amerykańskich: jeden z uniwersytetów katolickich w USA nadał przecież doktorat honoris causa prezydentowi Obamie, znanemu z popierania aborcji i przeznaczania na nią olbrzymich środków.

Ja pamiętam zupełnie inny KUL: Uniwersytet wtedy był mały, ale prężny, zwarty i nieustannie wierny moralnej i społecznej nauce Kościoła. Nie mógł w pełni cieszyć się wolnością, bo tej nie było dla żadnej uczelni w Polsce. Nie szukał jednak nowinek, mód lansowanych przez określone środowiska, tylko zajęty był dzisiejszym odczytywaniem wielkiego spadku, jaki chrześcijaństwo wniosło w życie kontynentu, świata i naszego kraju.

Pytanie o wierność Ewangelii i Nauce Społecznej Kościoła powinna być pierwszym kryterium, dla którego podejmuje się badania nad takim czy innym problemem. Uniwersytety Katolickie zaistniały głównie dla podejmowania intelektualnej refleksji w tych dziedzinach, które wyrzucono ze szkół państwowych (teologia, filozofia). Dziś KUL liczy wielu studentów, ale ilość nie przełożyła się na jakość studiów: pospieszne kształcenie najczęściej rodzi bylejakość, a KUL zamienia się w lokalną, lubelską szkołę, którą poza nazwą coraz mniej łączy ze swoim poprzednikiem i nazwiskami takich Mistrzów jak: Mieczysław Albert Krąpiec, Stefan Swieżawski, Marian Kurdziałek, Karol Wojtyła, Wincenty Granat, Józef Kudasiewicz, Stanisław Łach czy Irena Sławińska, Czesław Zgorzelski, Marian Maciejewski, Janina Niemirska-Pliszczyńska i inni.

I jeszcze jedna uwaga: z niepokojem mówiąc o KUL – nie myślę o Wydziałach Teologicznym czy Filozoficznym, które kontynuują znakomite tradycje.

Powtórzę: Uniwersytet Katolicki ma wiernie przekazywać naukę Kościoła; tym musi przekonywać o swojej konfesyjności, a nie przypinaniem kolejnych odznaczeń do sutann. W przeciwnym razie, nie daj Bóg, niepokój wyrażony w pytaniu może stać się ciałem.

Oczywiście, nie reprezentuję tu poglądów niczyich – poza moimi własnymi, co wypada mi jasno zaznaczyć.

Jak można przeciwdziałać laicyzacji katolickich uczelni?

- Przeciwdziałanie laicyzacji katolickich uczelni to przede wszystkim kwestia właściwego doboru kadr, ludzi, którzy nie tyle zajęci będą osiągnięciem kolejnych stopni naukowych, ile trwaniem i propagowaniem prawdy o Ewangelii. Nie wdając się w żadne szczegóły, wydaje mi się, że jest to kluczowe dla zrozumienia błędnej decyzji o wprowadzeniu modnej dziś ideologii w problematykę studiów, na dodatek w oparciu o niewłaściwe środowisko.

Rozmawiali: Piotr Doerre, Krzysztof Gędłek
http://www.pch24.pl/.

wtorek, 20 sierpnia 2013

"Wasza przemoc w naszym kraju jest powodem naszego sprzeciwu"; Niemcy.

Pod takim hasłem członkowie partii  obrony praw obywatelskich „Die Freiheit” zebrali się 8 lipca w Harthof, dzielnicy w północnej części Monachium (Niemcy), aby pokojowo wyrazić swój sprzeciw wobec budowy islamskiego centrum oraz szerzącej się przemocy w kraju. W odpowiedzi radykalni muzułmanie obrzucili obelgami protestujących, w organizatora manifestacji rzucono jajkiem.

W Harthof, dzielnicy, w której co trzecia osoba jest obcokrajowcem, a co druga nie ma korzeni niemieckich, członkowie bawarskiej partii „Die Freiheit” zebrali się, aby protestować przeciwko budowie Europejskiego Centrum Islamskiego (Europäische Islamzentrum) w Monachium. Publicysta,  przewodniczący partii „Die Freiheit“, Michael Stürzenberger zbierał również podpisy przeciwko budowie meczetów.

 Pod hasłem „Wasza przemoc w naszym kraju jest powodem naszego sprzeciwu” protestujący próbowali przekonać zgromadzonych muzułmanów, że nie są „islamofobami”, ale chcą zwalczać szerzącą się w ich kraju agresję, której się stanowczo sprzeciwiają. Organizatorzy manifestacji podkreślali, że ich protest nie jest wyrazem krytyki skierowanej bezpośrednio do muzułmanów - Muzułmanie są bowiem mile widziani, jeśli odrzucą na terenie Niemiec święte prawo islamskie szariat i będą respektować niemiecki system prawny  (…) źródłem krytyki są natomiast fragmenty Koranu, które nawołują do przemocy i zabijania  – mówił Stürzenberger.

 Jak wynika z reportażu autorstwa Michaela Stürzenbergera na nic się zdały pokojowe próby przemówienia do muzułmanów. Protestujący spotkali się z agresją ze strony przeciwników demonstracji – szybko zdaliśmy sobie sprawę z tego, że ta dzielnica przestała być miejscem, w którym możemy się czuć jak w domu – pisze Stürzenberger.

 Podczas manifestacji padały obelgi skierowanie w stronę uczestników protestu. Łagodnymi przykładami są: „Czego tutaj chcecie?  (…) To nasze terytorium” i „Nienawidzimy Was”.

Wśród uczestników manifestacji znalazła się również Austriaczka,  L.S. Gabriel, która podobnie jak inne kobiety musiała wysłuchiwać wyzwisk skierowanych w jej stronę. Jednym z najłagodniejszych określeń, jakie rzucano pod jej adresem było: „ty stara wywłoko”. Nie pominięto uczestniczącej w proteście Thoko z Południej Afryki, na którą wołano: „czarna nazistko”.

 „Atmosferę rozgrzewało nie tylko świecące tego dnia słońce, ale również beczka piwa, w którą się zaopatrzyli przeciwnicy protestu” – wynika z reportażu. Dopiero interwencja policji zaprowadziła porządek. Na przesłuchanie zabrana została najbardziej agresywna przeciwniczka manifestacji Natalie P.

 Planowana budowa Europejskiego Centrum Islamskiego, która stała się przyczynkiem do zorganizowania manifestacji w Hartfhof, ma uczynić Monachium ośrodkiem islamu w Europie. Do głównych zadań islamskiego centrum będą należały m.in.: szerzenie islamu w Europie, zgłębianie wiedzy z zakresu prawa islamskiego oraz kształcenie islamskich kaznodziejów.

 Źródło: www.koptisch.wordpress.com Klaud

2013-07-16 pch24

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Agenci w Kościele – szpiedzy w seminarium i agenci w masońskich fartuszkach czyli świadome zostanie księdzem, aby rozsadzać Kościół od środka

Wbrew ostentacyjnie demonstrowanej przez Bogdana Borusewicza amnezji historycznej, czym był PRL, i negowaniu przez marszałka Senatu wyjątkowej roli Kościoła w zmaganiach z komunizmem, wspólnota katolicka znajdowała się na celowniku działań gigantycznego aparatu represji totalitarnego państwa.

Kler „to najpotężniejsza siła w Polsce, z którą myśmy się jeszcze nie zmierzyli, i tu stoi przed nami najtrudniejsze zadanie” – mówił w 1947 r. minister bezpieczeństwa publicznego Stanisław Radkiewicz. Podstawową metodą walki była inwigilacja i nasyłanie agentury, by rozbijać Kościół od wewnątrz, podporządkować sobie poszczególne wspólnoty i manipulować nimi dla własnych celów. Współpraca z bezpieką miała różne wymiary – od nieświadomego uwikłania w kontakty, chociażby towarzyskie, przez uległość wymuszoną szantażem czy prowokacją, po dobrowolne „świadczenie usług”. W tych kategoriach mieszczą się i świeccy, i duchowni. Ale najostrzejsza forma współpracy to świadome zostanie księdzem, aby rozsadzać Kościół od środka. O tych agentach mówi się najmniej.


Otwarty na Kościół

Prawdopodobnie w 1973 lub 1975 roku nikomu nieznany absolwent rusycystyki, miłośnik teatru i poezji (własny dorobek literacki – tomik „Otwarte przestrzenie”) zapukał do furty klasztornej jezuitów w Warszawie. Jak wielu młodych ludzi, którzy chcieli upewnić się, czy trafnie rozpoznali głos powołania, poprosił o przyjęcie do nowicjatu. Został zaakceptowany i skierowany na studia do Rzymu.

Tam w ukryciu pod habitem jezuity Tomasz Turowski, w rzeczywistości kadrowy oficer XIV Wydziału I Departamentu MSW, kontynuował rozpoczęte w Polsce zadania, zlecone mu przez komunistyczną bezpiekę. Dziś twierdzi, że wstąpił do zakonu, bo taką miał legendę jako oficer wywiadu skierowany do rozpracowywania struktur NATO-wskich, przy których posługiwali duchowi synowie św. Ignacego Loyoli.

Wstępując w 1973 r. do bezpieki, Turowski został wytypowany do szkolenia jako „nielegał” – najbardziej zakamuflowanej formy pracy agenturalnej, swoistej „arystokracji” w służbach specjalnych. Wszystko po to, by idealnie wtopić się w rozpracowywane środowisko, zyskać pełne zaufanie przełożonych i otoczenia. Bezpieka skierowała go na „odcinek watykański”, do serca chrześcijaństwa, gdzie wywiad PRL intensywnie infiltrował Stolicę Apostolską, najprawdopodobniej dzieląc się uzyskanymi informacjami z sowieckim KGB. Pobyt Turowskiego w zakonie jezuitów trwał 10 lat. Czyli tyle, ile maksymalnie wynosił czas pracy „nielegała” na jednej placówce. Przez 10 lat prowadził podwójne życie – jezuity, wypełniającego regułę zakonną z obowiązkowymi ćwiczeniami duchowymi, rekolekcjami, i superszpiega, który donosił na Kościół od środka. Po wyborze Jana Pawła II inwigilował otoczenie Papieża, a także polskie środowiska emigracyjne, dynamicznie działające zwłaszcza w stanie wojennym. Między innymi infiltrował ośrodek jezuitów w Meudon we Francji i środowisko „Edition Spotkania” w Paryżu prowadzone przez Piotra Jeglińskiego, znanego opozycjonistę.

W 1985 r. Turowski opuścił zakon, nie przyjmując święceń, i zaczął występować w nowej roli – ożenił się, działał w organizacjach katolickich, a po 1989 r. został dyplomatą, pracował m.in. na placówkach na Kubie i w Rosji. Prawdopodobnie aż do 2007 r. wykonywał zadania zlecane mu przez wywiad. Był obecny 10 kwietnia 2010 r. na płycie lotniska Siewiernyj w Smoleńsku.

Doktor Tadeusz Witkowski, który bada dokumenty rezydentur wywiadu PRL i widział raporty opracowywane i wysyłane przez Tomasza Turowskiego, pisał w „Naszym Dzienniku”, że mają one „charakter szczególny, być może ze względu na pełne zakonspirowanie autora. Niektóre brzmią tak, jakby przygotował je agent pracujący dla PGU KGB (I Zarząd Główny KGB zajmujący się wywiadem zagranicznym)”. Jako przykład przywołuje „Notatkę informacyjną dot. polityki wschodniej Watykanu” z 14 września 1987 roku (Turowski był już wtedy poza zakonem, ale posiadał doskonałe kontakty i uchodził za wiarygodną osobę). Agent informował w niej szeroko o ówczesnych planach Stolicy Apostolskiej wobec wspólnot katolickich na Wschodzie i problemach duchowieństwa w Związku Sowieckim. Zastanawiał się nad rolą watykańskiego Sekretariatu Stanu i Papieskiego 

Instytutu Kultury Chrześcijańskiej w procesie ewangelizacji Wschodu i „emisariuszy watykańskich”, w tym wymienionych z nazwiska polskich księży wysyłanych do republik nadbałtyckich, na Ukrainę i Białoruś i tamtejszych lokalnych działaczy katolickich. To były informacje bezcenne dla bezpieki i sowieckiego KGB w walce z odradzającym się na Wschodzie Kościołem katolickim. Ilu osobom zaszkodziły raporty Turowskiego, złamały życie?


„Panna” i „Yon”

Komunistyczna bezpieka ulokowała też swoich agentów w bezpośrednim otoczeniu Sługi Bożego ks. Franciszka Blachnickiego, założyciela ruchu oazowego Światło-Życie i antykomunistycznego stowarzyszenia Chrześcijańska Służba Wyzwolenia Narodów w Carlsbergu, które w stanie wojennym miało prowadzić akcję duchowego przygotowania do wyzwolenia Europy Wschodniej z objęć komunizmu. Ksiądz Blachnicki chciał powołać w tym mieście centrum wydawnicze na wzór Niepokalanowa, pracujące na potrzeby kraju i zagranicy.

Rozmach posługi charyzmatycznego kapłana zaniepokoił władze PRL. Przerzucona w 1982 r. do Niemiec para szpiegów z XI Wydziału I Departamentu MSW – Jolanta (TW „Panna”, zwerbowana przez własnego męża) i Andrzej (TW „Yon”) Gontarczykowie, z zawodu socjologowie – miała „zneutralizować” działalność ks. Blachnickiego, czyli zniszczyć prężnie rozwijające się dzieło ewangelizacyjne.
 Na początku szpiegowski duet miał rozbijać struktury emigracyjne – od Radia Wolna Europa po agendy rządu RP w Londynie. W 1984 r. przyszło polecenie wyjazdu do ośrodka w Carlsbergu w celu przeniknięcia do Chrześcijańskiej Służby Wyzwolenia Narodów. Na polecenie wywiadu „Pannie” udało się przejąć kierownictwo nad stowarzyszeniem, a jej mąż został doradcą księdza. Operację wymierzoną w ośrodek w Carlsbergu monitorowało kierownictwo MSW z gen. Władysławem Pożogą na czele, zaufanym człowiekiem Czesława Kiszczaka.

Małżeństwo szpiegów należało do ostatnich osób, które 27 lutego 1987 r. widziały ks. Blachnickiego żywego. Kilka godzin po rozmowie z nimi kapłan zmarł – oficjalnie na zator płuc. Ale towarzyszące zgonowi objawy były na tyle nieswoiste, że podejrzewano, iż przyczyna śmierci mogła być inna. 

Wiadomo, że krótko przed śmiercią ks. Blachnicki posiadł wiedzę o agenturalnej działalności swoich najbliższych współpracowników i prawdopodobnie podzielił się nią z Gontarczykami. Stąd od początku podejrzewano, że mógł zostać otruty. Czy i jaki mógł mieć w tym udział szpiegowski duet? Podjęte przez IPN śledztwo z braku dowodów zostało umorzone.

Gontarczykowie zostali oficjalnie zdemaskowani kilka miesięcy po śmierci ks. Blachnickiego – działaczom podziemnej „Solidarności Walczącej” w Łodzi udało się poznać numery rejestracyjne Gontarczyków i ich esbeckie pseudonimy. Po ucieczce do kraju „zasługi” małżonków w rozbijaniu Kościoła zostały docenione przez władze: dostali mieszkanie z całkowitym wyposażeniem, dalej też prowadzili akcję defamacyjną wobec Ruchu Światło-Życie i jego założyciela, wspierając w ten sposób propagandę Urbana. Moskiewska „Prawda” pisała wtedy o księdzu Blachnickim „dywersant w sutannie”, „pasterz kontrrewolucji”. Wtórował jej frazą o „polskim ajatollahu” „Żołnierz Wolności”. Jak niewiele zmieniły się czasy, gdy rzucimy dziś okiem na okładki lewicowych tygodników w Polsce.

Późniejsze losy Gontarczyków są typowe dla wysoko postawionych i zasłużonych dla bezpieki peerelowskich agentów. Jolanta Gontarczyk została ważną figurą w SLD i pełniła eksponowane funkcje publiczne: była wicemarszałkiem województwa mazowieckiego, wiceministrem MSWiA, pełnomocnikiem rządu Leszka Millera ds. walki z korupcją.


Szpiedzy w seminarium

Casus Tomasza Turowskiego obnaża perfidię metod stosowanych przez służby PRL wobec Kościoła. Najgroźniejsi byli ci, którzy świadomie wnikali do Kościoła, już jako alumni.
– Miałem dwa takie wypadki. Zostali specjalnie posłani do seminarium przez bezpiekę. Wytrzymali pięć-sześć lat do święceń, dopiero potem odkryliśmy prawdę i wydaliłem ich z diecezji – wspominał ks. abp Ignacy Tokarczuk.

Doktor Mariusz Krzysztofiński, historyk z rzeszowskiego IPN, przypomina, że sprawy agentury wprowadzanej przez bezpiekę do Kościoła należą do wyjątkowo trudnych i delikatnych. Niektóre przypadki są jednak oczywiste ze względu na swą odrażającą wymowę moralną. Wpisuje się tu historia Franciszka Pustelnika.

Tajny współpracownik „Igła” prawdopodobnie został zwerbowany do współpracy przez SB jako kleryk seminarium w Przemyślu. Zlecane mu przez bezpiekę zadania wymierzone były szczególnie w ks. abp. Tokarczuka i jego bliskiego współpracownika ks. Edwarda Frankowskiego. „Igła” był jego wikariuszem w Stalowej Woli.

– To był człowiek bardzo niebezpieczny, do wszystkiego zdolny, bardzo szkodził, opluwał mnie. Pisał w „Ancorze” [esbecka fałszywka dla kapłanów] paszkwile na mój temat i ks. abp. Ignacego Tokarczuka – mówi ks. bp Frankowski.

Esbecka proweniencja „Igły” została zdemaskowana przez ordynariusza przemyskiego. Suspendowany Pustelnik był jednak dalej niebezpieczny, co pokazała historia nieudanej prowokacji wymierzonej w ks. abp. Tokarczuka.

Suspendowany Pustelnik na polecenie bezpieki zaaranżował 3 czerwca 1975 r. spotkanie z ordynariuszem przemyskim w jego gabinecie w gmachu kurii. Chciał się przywitać, ale ordynariusz powiedział: „Najpierw należy oczyścić sumienie”. Wtedy Pustelnik chwycił leżący na biurku przycisk i rzucił nim w kierunku okna. Zasłona powstrzymała uderzenie, przez co udaremniona została zaplanowana akcja, czyli sprowokowanie ks. abp. Tokarczuka do jakichś impulsywnych czynów. Na to czekali na zewnątrz dwaj esbecy, którzy zaalarmowani przez Pustelnika mieli wkroczyć do gabinetu ordynariusza, a potem wytoczyć mu sprawę karną o pobicie.

Sprawy zdemaskowanych agentów ksiądz arcybiskup załatwiał dyskretnie, ale skutecznie. Księża zdawali sobie sprawę ze strategii SB – na miejsce jednego ujawnionego tajnego współpracownika bezpieka wstawiała dwóch-trzech, których należało dopiero „rozpracować”, by nie zdążyli np. przyjąć święceń. Ksiądz arcybiskup Tokarczuk miał doskonałe rozeznanie w tych sprawach jeszcze z czasów okupacji niemieckiej, gdy gestapo nasyłało agenturę do seminarium duchownego we Lwowie, i eliminował rozpoznanych szpiegów.


W masońskich fartuszkach

Znane przypadki zdemaskowanych agentów wysłanych do kreciej roboty w Kościele są siłą rzeczy nieliczne. Historia ich zdrady wychodzi na jaw po latach – albo przez „przypadek”, albo gdy służby przerywają milczenie (jak np. gen. Ion Mihal Pacepa, rumuński oficer wywiadu, który ujawnił, jak Moskwa atakowała Watykan, a zwłaszcza Papieża Piusa XII).

Jeszcze mniej wiadomo o tym, jak „złota międzynarodówka”, czyli masoneria, przenika do Kościoła, wprowadza do niego swoich ludzi, by szkodzić i siać zamęt. Z historii Polski wiadomo, że byli wysokiej rangi duchowni należący jednocześnie do lóż wolnomularskich, jak chociażby XVIII-wieczni Prymasi Gabriel Podoski i Michał Poniatowski. Uczynili to mimo zakazu przynależności katolików do masonerii, który wielokrotnie przypominali niemal wszyscy Papieże i który nie został nigdy cofnięty ani złagodzony.

Doktor Radomir Maly, czeski historyk, wykładowca historii Kościoła na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu w Czeskich Budziejowicach, wskazuje na smutny przykład byłego dominikanina, o. Odilo Ivana Stampacha. Ten wyświęcony w 1983 r. potajemnie w Kościele katakumbowym kapłan w 1991 r. wstąpił do Wielkiej Loży Czech. Był popularny, głosił „postępowe” idee, które podobały się na czeskich salonach, tradycyjnie wrogich katolicyzmowi. Ojciec Stampach został suspendowany jednak nie za przynależność do masonerii, ale za przejście do Kościoła starokatolickiego. Doktor Maly przypomina, że były dominikanin publicznie mówił, iż jego przełożeni wiedzieli, że jest 
członkiem masonerii, ale ten fakt im nie przeszkadzał.

Jak masoneria zapuszcza macki w instytucjonalnym Kościele, świadczy też historia ks. Pascala Vesin, byłego 43-letniego proboszcza parafii św. Anny w Megeve we Francji. Został wyświęcony w 1996 r., pięć lat później jawnie przyznawał się już do członkostwa w potężnej loży Wielki Wschód Francji. 

Czy jego związki z masonerią datują się na wcześniejsze lata? Decyzją Stolicy Apostolskiej został w tym roku suspendowany za odmowę wyrzeczenia się przynależności do sekty wolnomularskiej. 

Ksiądz Vesin głosił poglądy całkowicie zbieżne z ideologią masońską: bronił laickości republiki, sprzeciwiał się protestom wobec ustawy zrównującej układy homoseksualne z małżeństwem i przyznające prawo do adopcji tym związkom.

Ilu takich księży Vesin udało się zwerbować masonerii?

Źródło: Nasz Dziennik