piątek, 24 maja 2013

Chrześcijaństwa nie da się pogodzić z hinduizmem – mówi siostra Michaela Pawlik

mowi-siostra-michaela-pawlik

Podczas wywiadu udzielonego uczestnikom sympozjum "Cała prawda o magii" w dniu 13 kwietnia 2013 r. w Warszawie, siostra Michaela Pawlik w zwięzły i klarowny sposób wyjaśnia, dlaczego wierzenia hinduistyczne są fałszywe.

Siostra Michaela: wierzenia hinduistyczne są fałszywe



Polecam świetny wywiad z dominikanką - siostrą Michaelą Pawlik. Przedtem warto przeczytać jej fascynujący życiorys, który zamieszczam pod filmem. Siostra Michaela szczegółowo opisuje, w jaki sposób miała okazję poznać, kto tak naprawdę, w jakim celu i od kiedy promuje wierzenia hinduistyczne wśród Polaków. Np.  Towarzystwo Przyjaźni Polsko - Indyjskiej (TPPI) prowadziło m.in. masońskie międzynarodowe Koło Przyjaciół Auroville i na ten cel zbierało fundusze w imię pomocy głodującym.




Życiorys siostry Michaeli Pawlik

Urodziłam się 2 maja 1938 r. w Ryglicach, woj. Małopolskie. Rodzice: Tadeusz i Maria z d. Warzecha mieli wykształcenie podstawowe i zawodowe: matka była krawcową, a ojciec cieślą. Posiadali również siedmio - hektarowe gospodarstwo rolne.

    Po zakończeniu II wojny światowej wykryto u mnie zaawansowaną gruźlicę kręgosłupa. W 1950 r. zostałam wpisana na leczenie w krakowskiej poradni przeciwgruźliczej przy ul. Prądnickiej. Stąd w 1952 r. zostałam skierowana do Państwowego Sanatorium Dziecięcego dla gruźlicy kostno - stawowej w Zakopanem - Bystre. Tam ukończyłam Szkołę Podstawową w 1955 r. oraz Liceum Ogólnokształcące w 1959 r. i ukończyłam sanatoryjne leczenie.

    We wrześniu 1959 r. rozpoczęłam naukę w Szkole Pielęgniarstwa pod wezwaniem św. Wincentego a'Paulo w Warszawie, prowadzoną przez siostry szarytki, którą ukończyłam w lipcu 1961 r. Po otrzymaniu dyplomu jeden rok pracowałam w Sanatorium Dziecięcym dla gruźlicy kostno - stawowej w Zakopanem - Bystre, gdzie sama kiedyś byłam leczona. W szkole sanatoryjnej nauczanie i wychowanie było ściśle marksistowskie i wybitnie antykatolickie. Personel zachowywał się tak, jakby wszyscy byli niewierzący. Korespondencja wychodząca i przychodząca, oraz paczki były kontrolowane, z których "ginęły" przedmioty religijne: książki, obrazki, dewocjonalia, o czym nas nie informowano.

  W takiej izolacji zupełnie utraciłam świadomość istnienia świata duchowego, a wiedziałam tylko, że "energia w przyrodzie nie ginie"... więc miałam duże braki z zakresu wiedzy religijnej.

   Dlatego aby lepiej poznać swoją religię, wyjechałam z Zakopanego do Lublina w 1962 r. i podjęłam pracę w Państwowym Szpitalu Klinicznym przy ul Staszica, a potem przy ul. Jaczewskiego. W Lublinie poza pracą zawodową uczęszczałam od 1962 - 1966 r. na Instytut Wyższej Kultury Religijnej (IWKR) przy KUL-u. Poza tym, prowadziłam oświatę sanitarną z zakresu odpowiedzialnego rodzicielstwa jako instruktorka diecezjalna Duszpasterstwa Rodzin pod zwierzchnictwem J.E. Księdza Biskupa Jana Mazura, ówczesnego biskupa pomocniczego archidiecezji lubelskiej.

   W 1965 r. dostałam zaproszenie do Ugandy od dr Wandy Błeńskiej i rozpoczęłam starania o wyjazd na misje do Afryki. Jednak władze polskie odmówiły mi paszportu "ze względu na dobro państwa" - jak podano w uzasadnieniu. Zaczęłam więc szukać przyczyny takiej odmowy - podejrzewałam, że to z powodu mojego zawodu. Ponieważ był to okres usuwania ze szpitali sióstr zakonnych, przypuszczałam, że brak jest dostatecznej ilości pielęgniarek świeckich i z tego powodu nie przyznano mi paszportu.

    Dlatego w 1966 r. zwolniłam się z pracy pielęgniarskiej w instytucjach państwowych, a kontynuowałam tylko pracę jako instruktorka diecezjalna Duszpasterstwa Rodzin archidiecezji lubelskiej i rozpoczęłam studia psychologii na KUL-u.

    Gdy w polskiej prasie katolickiej ukazywały się artykuły dotyczących ogromnej nędzy ludności indyjskiej i ciężkich warunków pracujących tam polskich misjonarzy (pracowali tam m.in. s. Czernik, o. Żelazek, o. Bona oraz lekarz ks. Wiśniewski), dołączyłam się to tych, którzy nieśli im pomoc. Organizowaliśmy zbiórki żywności, leków i innych artykułów, które kierowane były szczególnie na adres pracującego tam od 1961 r. lekarza ks. Adama Wiśniewskiego - pallotyna; a potem zgłosiłam się do współpracy z nim. Wkrótce otrzymałam od niego zaproszenie. Zaczęłam więc intensywnie interesować się sprawami Indii. Poznałam coraz szersze grono ludzi współpracujących z misjonarzami.

W Polsce wśród wielu współpracowników ks. Adama była też s. Katarzyna - lekarka z zakładu dla niewidomych w Laskach. Ona doradziła mi zapisać się do Towarzystwa Przyjaźni Polsko - Indyjskiej (TPPI) w Warszawie w celu łatwiejszego załatwienia wszelkich formalności związanych ze staraniem się o wyjazd do Indii. Szczególnie chodziło o możliwość wywozu bez cła 5-cio tonowego bagażu, zebranego z jej inicjatywy, zawierającego artykuły żywnościowe, gospodarcze i medyczne przeznaczone dla misji w Indiach. Cały ten bagaż miałam wraz z p. Krystyną Radzikowską (rolniczką również zaproszoną przez ks. Adama) przewieść polskim okrętem do Indii.

Rzeczywiście, obydwie jako członkinie w/w TPPI 1 miałyśmy wszelkie potrzebne przywileje: otrzymałyśmy paszporty i prawo opłacenia podróży w polskiej walucie; 5-cio tonowy bagaż bezpłatnie został zapakowany w drewniane skrzynie i przewieziony z Warszawy do portu w Gdańsku. Cały ten bagaż zwolniony został z cła, a nawet zwolniono go z opłaty za jego transport do Indii.

Po załatwieniu wszelkich formalności obydwie wypłynęłyśmy statkiem "Solski" do Indii w drugiej połowie sierpnia 1967 r., i po sześciu tygodniach morskiej podróży stanęłyśmy na indyjskim lądzie.

    Wysiadłyśmy w porcie Madras dn. 4 października 1967 r. Dwa dni później byłyśmy już w Kamakerai (powiat Kollegal) w ośrodku "Jeevodaya" odległego około 100 km na południe od Bangalore i około 60 km na wschód od Mysore - stolicy diecezji. Obydwie z p. Krystyną dołączyłyśmy do wspólnoty tegoż ośrodka, którą tworzyli już ks. Adam Wiśniewski - lekarz (pallotyn) i p. Barbara Birczyńska - matematyczka (ex-michalitka) i "matka" Bilhildis - ekonomka.

Ośrodek "Jeevodaya" był wówczas uzależniony od niemieckiego szpitala im. św. Marty w Bangalore, prowadzonego przez siostry Dobrego Pasterza. Spośród nich s. Bilhildis (Niemka) odpowiedzialna za sprawy personalne, gospodarcze i ekonomiczne w szpitalu św. Marty pełniła także obowiązki założycielki i ekonomki "Jeevodaya", jako rozwijającej się filii szpitala św. Marty, gdzie miała być prowadzona rehabilitacja dzieci wyleczonych z trądu. Jednak w zamyśle ks. Adama ośrodek "Jeevodaya" miał być polską fundacją na rzecz trędowatych dzieci w Indiach, jako wotum wdzięczności za milenium chrztu Polski - tak wszyscy byliśmy przez ks. Adama informowani, zanim przyjechaliśmy do Indii.

Tymczasem okazało się, że zamysł ks. Adama nie był znany s. Bilhildis, bo do założenia polskiego ośrodka w Indiach, niezależnego od niemieckiej misji, bardzo gorąco dążyła p. Barbara. Powyższe różnice poglądów co do powstającego ośrodka prowadziły do wielu nieporozumień. Na temat tych nieporozumień powstało w Polsce wiele komentarzy, nie zawsze obiektywnych. Warto więc zacytować jednoznaczne zdanie wypowiedziane na ten temat przez samego ks. Adama, który zapytany przez swego przełożonego o rolę s. Bilhildis w naszym ośrodku w Kamakerai, tak się wyraził:

"Gdy chodzi o s. Bilhildis, to były problemy o charakterze administracyjno - finansowym oraz tak zwane ludzkie animozje. Między nią a s. Barbarą powstawały zbyt wielkie różnice zdań na cały szereg spraw, które spowodowały niemożność dalszej współpracy"2 .

    Toteż w jesieni 1969 r. właśnie z powodu wspomnianej "niemożności dalszej współpracy" doszło do konfrontacji różniących się poglądów, w obecności ówczesnego prowincjała pallotyńskiej prowincji z północnych Indii. Ks. prowincjał zadecydował, by ks. Adam wraz z p. Barbarą wyjechali z Kamakerai (z Południowych Indii) na północ do Raipur. Ja zaś pozostałam kontynuować pracę w ambulatorium, które wcześniej, bo w czerwcu 1968 r., ks. Adam założył na prośbę miejscowego ks. proboszcza Ambrożego D' Mello 3, hinduskiego jezuity we wsi Prakashpalayam odległej około 16 mil od Kamakerai.

    Dopóki Ks. Adam był w Kamakerai, raz w tygodniu przyjeżdżał do Pakashpalayam wizytować pacjentów, zwłaszcza trędowatych. Gdy w jesieni 1969 r. ks. Adam wyjechał do Raipur, moich pacjentów trędowatych (było ich 96 osób w chwili rozstania się z ks. Adamem) konsultował tubylczy lekarz z powiatowego szpitala w Kollegal.

Pracy w Prakashpalayam było wiele. Każdego dnia około 100 pacjentów przychodziło z różnymi dolegliwościami. Ponad to moim zadaniem było także prowadzenia oświaty sanitarnej, a później próby organizowania chałupnictwa i kursów dla analfabetów.

    Z biegiem czasu coraz lepiej poznawałam życie ludzi, zwłaszcza tych, którzy należeli do najniższej kasty. Byli oni uznawani za "nieczystych" lub "nietykalnych". Ich los był tragiczny - z głodu jedli nawet padlinę. Zaczęłam więc szukać możliwości zapobiegania takiej nędzy.

  Początkowo jedynym sposobem pomagania tym ludziom było bezpłatne leczenie i dożywianie ich dzięki pomocy z Polski. Ale ta pomoc ciągle nie była wystarczająca. Dlatego w styczniu 1973 roku zapisałam się na 3-miesięczny kurs dla pracowników społecznych w Bangalore, by dla naszych podopiecznych szukać lokalnych źródeł utrzymania.

   Na kursie bardzo wiele skorzystałam nie tyle z wykładów ile z kontaktów z ludźmi, którzy na ten kurs poprzyjeżdżali. Uczestnikami kursu byli ludzie nie tylko z różnych okręgów Indii, ale także z Cejlonu i Tajlandii. Wiele również wyjeżdżaliśmy w teren oglądając udane i nieudane projekty zaradzania biedzie. Mieliśmy także spotkania ze studentami, robotnikami oraz z wybitnymi politykami i działaczami społecznymi. Nawet Matka Teresa z Kalkuty miała z nami spotkanie i dzieliła się swoim doświadczeniem służby najuboższym.

    Gdy mieliśmy zajęcia w centrum uczącym chałupniczego przemysłu, zobaczyłam piękne rzeczy wyrabiane m.in. z bambusa i nadzieja we mnie wstąpiła, że nasi "nieczyści" będą mieli pracę, gdy założymy we wsi bambusowe chałupnictwo. Widziałam szansę wyrwania z nędzy całą osadę. Ks. proboszcz poparł pomysł i posłał do w/w centrum mężczyznę, który po kilku miesiącach powrócił, by uczyć tego rzemiosła w naszej wsi. Chętnych do nauki było wielu.

Jednak przeszkodą okazało się hinduskie prawo kastowe.

Gdy przyszedł do nich ich "suami" (duchowy przywódca), przypomniał im tradycyjne wedyjskie prawo, według którego praca rzemieślnicza jest dharmą 4 "czystych", a wchodzenie "nieczystych" w ich obowiązki, prowadzi do zaburzenia harmonii kosmicznej i gorszego wcielenia tych, którzy takie zaburzenie spowodują.
Moje argumenty, że niemożliwe jest, by ich praca przynosiła komukolwiek szkody lub była przyczyną zaburzeń kosmicznych, nie przekonały ich, a stały się tylko przyczyną wrogości kast wyższych do mnie i do tych, którzy ze mną współpracowali. Tak więc w wyniku kastowej dyskryminacji chałupnictwo pięknie się rozwijające upadło 5, a pracownicy z powrotem stali się bezrobotnymi nędzarzami... Poczułam się bezradna...

    Aby bardziej zrozumieć psychikę i prawo hinduskie, które miało dwa sprzeczne źródła: religijne prawo kastowe zapisane w wedyjskiej księdze Manu i demokratyczne prawo państwowe zapisane w Konstytucji Indii. Podjęłam więc eksternistyczne studia socjologii, które rozpoczęłam w 1974 r. na Uniwersytecie w Mysore, lecz w 1975 r. przeniosłam się na Uniwersytet Karnatak w Dharwad, który bardziej niż Uniwersytet w Mysore przywiązywał uwagę do rodzimej kultury.

Chcąc więc poznać kulturę Indii od podstaw, studiowałam tam socjologię ogólną (gdzie dużą uwagę zwracano na problemy społeczne Indii). Dodatkowymi przedmiotami były podczas studiów socjologii była m.in. pedagogika i filozofia społeczno - polityczna. Tu dopiero odkryłam, że prawo zapisane w Indyjskiej Konstytucji jest niezgodne z wielowiekową religijną tradycją Indii, która sankcjonuje kastową dyskryminację, palenia wdów, składanie krwawych ofiar z istot ludzkich, przeznaczanie nieletnich do świątynnego nierządu, okaleczanie dzieci z rodzin żebraków w celu skuteczniejszego pełnienia żebraczej "dharmy" itp. - te właśnie praktyki zakazane są prawem państwowym.

    Okazało się, że prawo zapisane w Indyjskiej Konstytucji oparte jest nie na indyjskim światopoglądzie, lecz na Deklaracji Praw Człowieka, która przecież opracowana była w chrześcijańskiej kulturze. Również tu, ku mojemu zdumieniu, poznałam programy rozpowszechniania gnostyckiego hinduizmu podrobionego pod wartości kultury chrześcijańskiej, by go łatwiej było rozpowszechniać w całym świecie 6, w co zaangażowani byli także "wtajemniczeni" Polacy przyjeżdżający do Indii na odpowiednie "przeszkolenia".

Znając życie oparte na hinduizmie, uświadomiłam sobie, że jego rozpowszechnienie może doprowadzić do całkowitego zafałszowania Bożego Objawienia i narazić wielu na utratę zbawienia, a hinduistyczna wiara w reinkarnację wpłynie na dyskryminację społeczną tych, którym zostanie przypisany niższy stopień czystości duszy, na wzór systemu kastowego w Indiach.

    W 1980 r. zachorowałam, a nie mając odpowiednich warunków leczenia się w Indiach przyjechałam na urlop do Polski. Miałam wizę powrotną ważną do kwietnia 1981 r. Podczas urlopu perforował mi wyrostek. Operowana byłam na chirurgii w Tarnowie. Jako powikłanie po rozlanym wyrostku dostałam zapalenia otrzewnej i żył. Po powrocie do zdrowia zrezygnowałam z powrotu do Indii i wstąpiłam do Zgromadzenia Sióstr Dominikanek Misjonarek Jezusa i Maryi w Zielonce k/Warszawy. Dn. 8 grudnia 1980 r. zostałam przyjęta do nowicjatu. Podczas pobytu w nowicjacie miałam operację na prawe ucho (usunięcie perlaka), w którym nastąpiła całkowita utrata słuchu. Dn. 8 sierpnia 1983 r. złożyłam pierwsze śluby, a wieczyste śluby zakonne złożyłam dn. 1 lipca 1989 r.

  Od chwili przyjęcia do Zgromadzenia prowadziłam w nowicjacie wykłady z misjologii, a od 1983 - 2003 r. prowadziłam w Warszawie wykłady z higieny tropikalnej dla studentów misjologii na ATK (późniejszy UKSW). Poza tym pracowałam na pełnym etacie najpierw jako maszynistka u ojców dominikanów przy ul. Freta w Warszawie (od 1983 - 1987 r.), później jako katechetka: w Siedlcach, w Józefowie i w Warszawie (od 1987 - 1994 r.)

    Ponieważ podczas pobytu w Indiach wiele środowisk katolickich interesujących się misjami utrzymywało ze mną kontakt, więc będąc w Polsce te kontakty zostały ożywione. Dlatego często duszpasterze i nauczyciele proszą mnie na spotkania dyskusyjne związane z pojawianiem się sekt i propagandy wschodnich subkultur. Okazało się, że już od połowy lat siedemdziesiątych wprowadzano w Polsce rozpowszechnianie Orientu m.in. przez wydział orientalistyki na UW, UJ i przez wydawnictwo "Weda" na Politechnice Wrocławskiej. W duszpasterstwach i na pielgrzymkach sympatię do Orientu szerzyli organizatorzy ruchu Maitri. Aby lepiej się im przyjrzeć, uczęszczałam raz w miesiącu przez cały rok akademicki (1983/4) na ich spotkania u ojców paulinów w Warszawie przy ul. Długiej. Tam zapoznałam się z ich organizacją, indoktrynacją i dokumentacją, co pozwoliło mi na pełne uświadomienie sobie ich podwójnej gry, którą starałam się demaskować.

   Moja apologetyczna działalność wywołała reakcję w sekciarskich kręgach. Aby ich lepiej poznać przeszłam w sierpniu 1995 r. na trzyletnią eksklaustrację 7. W czasie eksklaustracji prowadziłam obserwację i badania nad metodami werbowania Polaków do sekt, a poznając je bliżej próbowałam zapobiegać ich ekspansji. W tym celu prowadziłam prelekcje w szkołach: przez jeden rok szkolny w Częstochowie, jeden rok w Lublinie i jeden rok w Warszawie. Nawet udało mi się przez trzy dni być gościem w aśramie ruchu "Hare Kriszna" w Heidelbergu (w Niemczech). Pojechałam tam z ojcem jednego z polskich czcicieli Kryszny.
Zobaczyłam jak bardzo różni się ich styl życia, od życia w tradycyjnych aśramach w Indiach. Tam też bliżej poznałam metody ubezwłasnowolnienia człowieka.

    Przy okazji moich apologetycznych podróży poznałam "Ruch Obrony Rodziny i Jednostki", który zrzesza osoby poszkodowane przez sekty, aby skutecznie im zapobiegać. Zostałam przez nich zaproszona do współpracy, by im pomóc rozeznawać prawdy objawione przez Boga od fałszywych poglądów rozpowszechnianych przez sekty, które skrzywdziły ich rodziny. Nawiązałam również współpracę z katolickim Ruchem "Effatha pod wezwaniem św. Andrzeja Boboli i św. Maksymiliana Kolbego", którego członkowie stawiają sobie za cel obronę katolickiej wiary przed jej zafałszowaniem.

    W 1998 r. wróciłam z eksklaustracji, a w 2000 r. przeszłam na emeryturę, więc (o ile mi zdrowie pozwala) mam więcej czasu na współpracę z w/w ruchami i prowadzenie wędrownej, nieformalnej katechezy na zaproszenie różnych środowisk, szkół, a nawet pojedynczych rodzin. Poza tym, opracowuję artykuły i broszurki, by zapobiegać ekspansji Orientu, sekt oraz innych ruchów działających destrukcyjnie na chrześcijańską kulturę.


s. Michaela, (Zofia Pawlik) OP

Przypisy:
1. Dopiero po kilku latach pobytu w Indiach, przy okazji studiów z socjologii, dowiedziałam się, że TPPI prowadziło też masońskie międzynarodowe Koło Przyjaciół Auroville i na ten cel zbierało fundusze w imię pomocy głodującym.
2.Ks. Jan Pałyga SAC, Wśród trędowatych, Biblioteka Misyjna SAC, Poznań - Warszawa 1988, s. 96.
3.Był to kuzyn słynnego Anthony D' Mello.
4.Dharma - określona rola każdej istoty we Wszechświecie, także obowiązek kastowy, który (według wedyjskiej tradycji) uznawany jest za "odwieczne prawo kosmiczne" kierujące funkcjonowaniem nie tylko społeczeństwa, ale także całego Wszechświata.
5.Podobny los spotkał założone przeze mnie chałupnictwo produkcji jedwabiu z jedwabników hodowanych przez naszych wieśniaków.
6.Ten program był (i jest) realizowany przez szereg organizacji, np. "Ramakrishna Mission", "Bellur Math", "Vishwa Hindu Parishad", "The Order of the Temple of Orient" (tzw. "OTO") i inne.
7. Miałam prawo chodzić bez habitu i mieszkać poza wspólnotą zakonną

czwartek, 23 maja 2013

Edukacja-deprawacja



Do Urzędu Miasta Krakowa wpłynęła petycja od „nieformalnej grupy edukatorów seksualnych Nawigator”, wzywająca do wprowadzenia obowiązkowej edukacji seksualnej w krakowskich szkołach.

Magistrat odmówił. Nie ma jednak wątpliwości, że seksedukatorzy wkrótce znów uderzą. W Krakowie się nie udało, ale w Łodzi już tak. To wyraźny sygnał, że ich działania mogą zakończyć się „sukcesem”.

Krakowscy [czyt. żydowscy - admin] edukatorzy – zgodnie ze stalinowską zasadą, iż walka klas narasta w miarę budowy socjalizmu – domagają się od magistratu wprowadzenia obowiązkowej seksedukacji w krakowskich szkołach. Od tego typu lekcji (?) nie można by więc uchronić dzieci bez narażenia się na szykany.



Grunt pod taką „edukacyjną” seksofensywę przygotowano już wcześniej w innym miejscu – w Łodzi. Ogłoszony przez tamtejszy urząd miejski konkurs na prowadzenie w gimnazjach seksedukacji wygrała oferta złożona przez Fundację Nowoczesnej Edukacji „Spunk” i Fundację na Rzecz Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego “Jaskółka”. Miasto przeznaczyło na program 36 tys. zł. Każde dziecko uczestniczące w zajęciach musiało mieć zgodę rodziców.

Kobiety prowadzące tego typu zajęcia w Łodzi deklarują, że nie chcą wychowywać „do czegokolwiek”, ale edukować i przekazywać uczniom rzetelną wiedzę. Oderwanie kwestii wychowawczych i edukacyjnych jest jednym z najpoważniejszych błędów, jakich dopuszcza się szkoła. Odbywa się to oczywiście pod hasłem szkoły neutralnej światopoglądowo. Za tym eufemizmem kryje się jednak brutalna prawda. Zamiast wychowania do wartości odbywa się przekazywanie i lansowanie antywartości. Jaki przekaz jest zawarty w nachalnym lansowaniu antykoncepcji i tzw. bezpiecznego seksu? Dla seskedukatorek pojęcie odpowiedzialności utożsamiane jest z perfekcyjnym założeniem prezerwatywy. Relacja seksualna łącząca kobietę i mężczyznę jest dla promotorów „edukacji” jedną z opcji. Równą w znaczeniu i doniosłości z seksem homoseksualnym czy grupowym.

Seksualizacja dzieci i młodzieży nie stanowi dla autorów programów nauczania problemu. Cały ich wysiłek skierowany jest na „unikanie błędów”. Czy młody człowiek usłyszy z ust edukatorów, że aktywność seksualna w tak młodym wieku to nie jest dobry pomysł? Czy dowie się, że to małżeństwo od wieków stanowi najlepszą oprawę dla pożycia seksualnego?

Diabeł tkwi w szczegółach

Tak prowadzona „edukacja” opiera się na założeniu – „przecież i tak TO już robicie”. Rzecz jasna, na poparcie tej tezy zwolennicy pokazują odpowiednie statystyki i badania. Media także potwierdzają tę „oczywistą” prawdę – z podejrzaną dość lubością – ukazując kolejne seksafery z udziałem nastolatek. Czy jednak należytą odpowiedzią na te problemy są lekcje zakładania prezerwatyw?

Kwestia środków antykoncepcyjnych wydaje się odgrywać zasadniczą kwestię w programach seksedukacji. Jest to oczywista konsekwencja przyjętego wzorca edukacyjnego. „Oddemonizujmy środki antykoncepcyjne” – wzywają edukatorzy z Łodzi! Czy te, które zbierają śmiertelne żniwo we Francji także? Przypomnijmy, że francuska państwowa Agencja Bezpieczeństwa Leków poinformowała, iż w wyniku stosowania antykoncepcji każdego roku umiera co najmniej 20 kobiet, a ponad 2 500 poważnie choruje.

Seks zamiast miłości

Czego gimnazjaliści mogli się dowiedzieć podczas spotkań z paniami ze „Spunku”? (warto  nadmienić, że słowo to w potocznym rozumieniu ma silne konotacje seksualne). Doskonałą odpowiedź na to pytanie stanowią słowa niemieckiej socjolog Gabriele Kuby: „Młodzieży zamiast miłości ofiarowuje się seks. Zamiast wolności, rozwiązłość. A przecież to małżeństwo oparte na wierności, zdrowa rodzina jest fundamentem cywilizacji. To w rodzinach młodzi ludzie mają uczyć się miłości, przyzwoitości, wierności, nawiązywania więzi oraz zaufania”.

Cóż innego sądzić o zajęciach, podczas których gimnazjalistki mogły usłyszeć rady, by „przećwiczyły ubieranie prezerwatyw na ogórku”, oraz „by nie stosowały seksu przerywanego, bo to stresuje chłopaka, czy partnera”? Partnera, podkreślmy, nie męża!

Nie stój, nie czekaj!

Pokazywany w jednym z programów telewizyjnych reportaż poświęcony seksedukacji w Łodzi może prowadzić do jednej podstawowej refleksji, zgodnej ze słowami Edmunda Burke’a – „Aby zło zatriumfowało, wystarczy, by dobry człowiek niczego nie robił”. Pojawiający się w reportażu jeden z łódzkich radnych deklaruje wprost, „głównym argumentem dla radnych, by głosować za sfinansowaniem edukacji seksualnej, był brak protestów i sprzeciwu ze strony rodziców”. Oczywiście możliwe jest to, że nie chciano go usłyszeć. Jednak gdyby ten głos sprzeciwu był wystarczająco silny i donośny, nie mógłby zostać zbagatelizowany.

O faktycznym znaczeniu rodzicielskiego sprzeciwu na przykładzie Szwajcarii mówiła wspomniana już Gabriele Kuby: – Po tym, jak dzieci w przedszkolu dostały kuferek z sekszabawkami podniesiono larum, zebrano podpisy pod wnioskiem o referendum i zobaczymy, co się stanie. Mamy nadzieję, że Szwajcarzy powiedzą „nie” deprawującej seksedukacji – mówiła. Czy i w Polsce znajdą się odważni rodzice, którzy powiedzą wyraźne „nie” seksedukacji prowadzącej do demoralizacji?

W Łodzi edukatorzy i radni zasłaniali się pozytywnymi opiniami o programie sekslekcji i brakiem sprzeciwu ze strony rodziców. Ofensywa homolobby na instytucje zajmujące się opiniowaniem podręczników jest faktem. Brak działania oraz wyraźnego i mocnego sprzeciwu ze strony rodziców stanowi doskonałą pożywkę dla promotorów seksedukacji. Nie ma innego wyjścia, jak poparte czynem zdecydowane przeciwstawienie się tej ofensywie w trosce o zdrowie psychiczne i formację moralną dzieci, a tym samym o przyszłość Polski.

Łukasz Karpiel
http://www.pch24.pl

Źródło: http://marucha.wordpress.com/2013/04/18/edukacja-deprawacja/

środa, 22 maja 2013

Zainstalowano nowe liczniki energii - pozwalają na zdalny odczyt

(fot. Materiały prasowe)


Kalisz jest pierwszym miastem w Polsce, w którym wymieniono wszystkie liczniki energii elektrycznej na liczniki zdalnego odczytu - poinformował w środę podczas konferencji prasowej prezydent miasta Janusz Pęcherz.



W całym mieście spółka Energa-Operator wymieniła 50 tys. liczników na liczniki zdalnego odczytu i zmodernizowała blisko 300 stacji energetycznych średniego i wysokiego napięcia oraz przyłącza. Koszt całej operacji wyniósł około 22 mln zł.

"Instalacja liczników zdalnego odczytu w Kaliszu jest oczywiście powodem do dumy, szczególnie, że Kalisz jest pierwszym miastem w Polsce w całości objętym inteligentnym opomiarowaniem. Przede wszystkim instalacja ta jest jednak wypełnieniem obowiązku. Kwestie zaopatrzenia mieszkańców w energię elektryczną pozostają w gestii samorządu gminnego" - powiedział Pęcherz.

Inteligentne oprogramowanie jest projektem modernizacyjnym spółki Energa-Operator. "Wprowadzenie inteligentnego opomiarowania jest najważniejszym projektem modernizacyjnym dla naszej spółki, a także największym i najbardziej zaawansowanym tego typu przedsięwzięciem w Polsce. Pracujemy nad tym, by Kaliszanie już wkrótce odczuli korzyści płynące z instalacji. Naszym celem jest m.in. poprawa niezawodności dostaw energii oraz realizowanie naszych zadań w sposób wygodny dla mieszkańców" - powiedział podczas konferencji prasowej prezes Energa-Operator Rafał Czyżewski.

Jak zapowiedział, już niebawem mieszkańcy będą mogli obserwować swoje zużycie energii w internecie oraz korzystać z nowych usług i taryf. Dotychczas nowe liczniki wykorzystywane są do zdalnego odczytu zużycia energii i fakturowania. Dzięki inteligentnemu opomiarowaniu mieszkańcy Kalisza w nieodległej przyszłości będą mogli prześledzić na stronie internetowej, ile energii zużywają i lepiej nią gospodarować. "Dzięki objęciu całego miasta inteligentnym opomiarowaniem łatwiejsze i szybsze będzie również wykrywanie i usuwanie awarii" - powiedział Czyżewski.

Wraz z zakończeniem wymiany liczników spółka Energa-Operator rozpoczęła w Kaliszu roczne testy konsumenckie, których celem jest poznanie, w jaki sposób mieszkańcy korzystają z energii elektrycznej oraz sprawdzenie - czy będą gotowi zmienić swoje nawyki po wprowadzeniu nowych taryf cenowych, jeśli dzięki temu będą mogli zaoszczędzić.

Źródło:http://rtvagd.wp.pl/kat,1032185,title,Zainstalowano-nowe-liczniki-energii-pozwalaja-na-zdalny-odczyt,wid,15488055,wiadomosc.html

wtorek, 21 maja 2013

Prezydent Obama podpisał “Ustawę o Ochronie Monsanto”


Wyobraźcie sobie demokratyczny rząd przyjmujący ustawę, która nakazuje swojemu własnemu Ministerstwu Rolnictwa “ignorowanie jakichkolwiek decyzji sądu, które nakazywałyby blokowanie zasiewów  upraw uznanych przez sąd za nielegalne” ( senator Jon Tester z Montany).

W gruncie rzeczy, to właśnie zrobił Kongres Stanów Zjednoczonych przyjmując drobną klauzulę (Section 735) do budżetu rolnictwa na 2013 rok.

Podpisanie tej ustawy przez Prezydenta Obamę (Prezydent zrobił to 26 marca – przyp. tłum.), skutecznie uniemożliwi amerykańskim sądom federalnym powstrzymanie sprzedaży bądź zasiewu upraw roślin modyfikowanych genetycznie (GMO), nawet jeśli nie przejdą one  słabego, własnego rządowego procesu autoryzacji,  bez względu na  konsekwencje  zdrowotne i ekologicznie.

Organizacje ekologiczne, rolnicze i obywatelskie słusznie nazwały tę ustawę “Ustawą o Ochronie Monsanto” (Monsanto Protection Act), ponieważ umożliwia ona Monsanto i innym korporacjom dalsze sprzedawanie nasion GMO, nawet jeśli zostaną   uznane przez sąd za nielegalne.

Amerykańska organizacja pozarządowa, The Center for Food Safety określiła przyjęcie ustawy, jako działanie równoznaczne  z ochroną interesów Monsanto i innych przedsiębiorstw biotechnologicznych.

W teorii i w systemie demokratycznym system sądowniczy powinien nadzorować przestrzeganie  przez kogokolwiek –  w tym instytucje rządowe – prawa przyjętego przez ustawodawców.  Jak widać, już tak nie będzie! Uchwalenie „Ustawy o Ochronie Monsanto” wywołało powszechne oburzenie  społeczne i prawdopodobnie wzmocni determinację rosnącego w siłę ruchu na rzecz  dobrej  żywności w USA, do przeciwstawiania się korporacjom żywnościowym.

Powinno to również stać się ostrzeżeniem dla wszystkich z  nas na całym świecie, do jakiego stopnia niektóre korporacje, takie jak Monsanto, są w stanie wpływać na decydentów, aby uchwalali  prawa zagrażające zrównoważonemu rolnictwu, rolnikom, konsumentom i środowisku.  I dodajmy teraz do tej listy: niezależnemu sądownictwu! Bardzo smutny dzień dla naszej demokracji i przyszłości naszej żywności.

Tłumaczenie: Jan Skoczylas

źródło: Greenpeace International

więcej na ten temat:

http://www.gmwatch.org/index.php?option=com_content&view=article&id=14732:biotech-rider-a-threat-to-farmers-and-the-environment

http://www.activistpost.com/2013/03/stop-monsanto-protection-act-today.html

http://www.centerforfoodsafety.org/press-releases/1906/center-for-food-safety-denounces-dangerous-biotech-earmark-in-senate-passed-spending-bill

Wyobraźcie sobie demokratyczny rząd przyjmujący ustawę, która nakazuje swojemu własnemu Ministerstwu Rolnictwa “ignorowanie jakichkolwiek decyzji sądu, które nakazywałyby blokowanie zasiewów  upraw uznanych przez sąd za nielegalne” ( senator Jon Tester z Montany).

W gruncie rzeczy, to właśnie zrobił Kongres Stanów Zjednoczonych przyjmując drobną klauzulę (Section 735) do budżetu rolnictwa na 2013 rok.

Podpisanie tej ustawy przez Prezydenta Obamę (Prezydent zrobił to 26 marca – przyp. tłum.), skutecznie uniemożliwi amerykańskim sądom federalnym powstrzymanie sprzedaży bądź zasiewu upraw roślin modyfikowanych genetycznie (GMO), nawet jeśli nie przejdą one  słabego, własnego rządowego procesu autoryzacji,  bez względu na  konsekwencje  zdrowotne i ekologicznie.

Organizacje ekologiczne, rolnicze i obywatelskie słusznie nazwały tę ustawę “Ustawą o Ochronie Monsanto” (Monsanto Protection Act), ponieważ umożliwia ona Monsanto i innym korporacjom dalsze sprzedawanie nasion GMO, nawet jeśli zostaną   uznane przez sąd za nielegalne.

Amerykańska organizacja pozarządowa, The Center for Food Safety określiła przyjęcie ustawy, jako działanie równoznaczne  z ochroną interesów Monsanto i innych przedsiębiorstw biotechnologicznych.

W teorii i w systemie demokratycznym system sądowniczy powinien nadzorować przestrzeganie  przez kogokolwiek –  w tym instytucje rządowe – prawa przyjętego przez ustawodawców.  Jak widać, już tak nie będzie! Uchwalenie „Ustawy o Ochronie Monsanto” wywołało powszechne oburzenie  społeczne i prawdopodobnie wzmocni determinację rosnącego w siłę ruchu na rzecz  dobrej  żywności w USA, do przeciwstawiania się korporacjom żywnościowym.

Powinno to również stać się ostrzeżeniem dla wszystkich z  nas na całym świecie, do jakiego stopnia niektóre korporacje, takie jak Monsanto, są w stanie wpływać na decydentów, aby uchwalali  prawa zagrażające zrównoważonemu rolnictwu, rolnikom, konsumentom i środowisku.  I dodajmy teraz do tej listy: niezależnemu sądownictwu! Bardzo smutny dzień dla naszej demokracji i przyszłości naszej żywności.

Tłumaczenie: Jan Skoczylas

źródło: Greenpeace International

więcej na ten temat:

http://www.gmwatch.org/index.php?option=com_content&view=article&id=14732:biotech-rider-a-threat-to-farmers-and-the-environment

http://www.activistpost.com/2013/03/stop-monsanto-protection-act-today.html

http://www.centerforfoodsafety.org/press-releases/1906/center-for-food-safety-denounces-dangerous-biotech-earmark-in-senate-passed-spending-bill

Źródło: http://gmo.net.pl

 http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=9155&Itemid=55

poniedziałek, 20 maja 2013

"Przecena złota wymiotła 560 mld dolarów z banków centralnych" - piszą. To ile ONI na tym zarobią?? md]


Co naprawdę stało się ze złotem?



[Czy „naprawdę” – nie wiem. Ale stało się...A ten tekst to reklama firmy handlującej złotem.



https://fabrykazlota.pl/informacje/co-sie-stalo.html   środa, 17 kwiecień 2013



To był krwawy piątek na rynku złota. Tym bardziej przerażający, że zupełnie nieoczekiwany. Cena złota błyskawicznie spadła o blisko 150 dolarów. Media donoszą, że inwestorzy przestraszyli się, że banki centralne (począwszy od Cypru) chcą walczyć z kryzysem wyprzedając złoto i zalewając nim rynek. Tymczasem, nawet przeciwnicy złota wątpią, że doniesienia z Cypru stanowiły rzeczywisty katalizator ostatnich wydarzeń. Prawda wygląda nieco inaczej…




Wirtualna wyprzedaż

Raporty mówią wyraźnie. Jeden z dużych banków inwestycyjnych w piątek rano zlecił sprzedaż kontraktów terminowych na złoto o wartości 6 miliardów dolarów - odpowiednika 124,4 t kruszcu. Choć transakcja była anonimowa, wyśledzono że przeszła przez brokerów Merill Lynch. Zlecenia na kolejne 300 ton przyszły w ciągu 35 minut.

Sprzedane od piątku złote kontrakty terminowe odpowiadają ponad 15% rocznej, globalnej produkcji. Sprzedaż tej wielkości nie ma żadnego ekonomicznego uzasadnienia. Kto zleciłby tak dużą, jednorazową sprzedaż, wiedząc, że to dosłownie zmiażdży cenę? I kto chciałby kupić aktywa, o których wie, że ich cena spadnie?

Tak się robi interes stulecia

Można mieć poważne wątpliwości, czy ci, którzy sprzedali ponad 400 ton wirtualnego złota rzeczywiście mogliby je dostarczyć, kiedy kontrakty wygasną. To jasne więc, że ich celem mogło być obniżenie ceny. Tu jednak rodzi się kolejne pytanie: kto jeszcze skorzystał na tym, że nagle, za te same pieniądze mógł zgromadzić znacznie większe zapasy fizycznego kruszcu?

To jednak nie koniec wątpliwości. Najlepsze przed nami. W związku z anonimowością transakcji i brakiem odpowiednich regulacji, nie ma przeciwwskazań, by sprzedający i kupujący reprezentowali tę samą spółkę. W takim przypadku jedynym kosztem jest opłata dla operatora. Żaden fizyczny metal ani pieniądze nie muszą być wymienione. Co więcej, możliwe jest nawet odwołanie transakcji, co oznacza, że świat myśli, że materiał został sprzedany, kiedy w istocie nigdy do tego nie doszło.

Spirala paniki

Histeryczne relacje mediów podsycają płomienie szybkiej wyprzedaży. Wcześniej nie udało im się przewidzieć bańki internetowej, ani bańki na rynku nieruchomości. Nie udało im się w porę podchwycić 12-letniego trendu wzrostowego złota. Teraz mają szansę zabłysnąć. Ale jakim kosztem?

Płytkie relacje, w których brak choćby próby znalezienia prawdy o wydarzeniach ostatnich dni powodują, że do wyprzedaży papierowego złota przyłączyła się również część drobniejszych inwestorów. Ogromny, piątkowy spadek wywołał lawinę automatycznych zleceń sprzedaży zapobiegających ewentualnym stratom. Efekt okaże się najpewniej odwrotny.

Tymczasem w Azji…

Na giełdzie w Dubaju i w całych Indiach nagły spadek cen wywołał jedyną, zdrową reakcję. Rynki azjatyckie nie ufają mediom. Słyną także z tego, że natychmiast korzystają z cenowych okazji. Stąd MMTC (Giełda Metali i Minerałów w New Delhi) zanotowała rekordowy, 200% wzrost sprzedaży fizycznego kruszcu. Z kolei bank Południowej Korei ze spokojem oznajmił, że taki spadek cen nie ma znaczenia. Złoto to inwestycja długoterminowa.

Okazuje się jednak, że głosy utwierdzające wschodnie rynki w słuszności ich reakcji pojawiają się także na Zachodzie. Specjaliści z Commerzbanku przyznają, że wyprzedaż była znacznie przesadzona. Podobnie uważają eksperci Societe Generale SA. Nawet Marc Faber, który ostatnio jakby zwątpił w siłę kruszcu stwierdził: „Jestem zachwycony, że złoto wreszcie się załamało! To tworzy doskonałą okazję do zakupów”.

Złote fundamenty

Wbrew mainstreamowym komentarzom od piątku nic się nie zmieniło. Żaden ze światowych problemów gospodarczych nie został rozwiązany. Fundamenty rynku złota nie zostały zachwiane. Tylko złoto zachowuje wartość w czasie. Tylko złoto stanowi zabezpieczenie przed inflacją, a ona nieuchronnie się zbliża, bo polityka monetarna na świecie prowadzi do dewaluacji walut.

Stąd, mimo licznych doniesień, obserwujemy wzmożone zakupy fizycznego kruszcu. Inwestorzy, którzy nie słuchają mainstreamowych, niedoinformowanych lub manipulowanych mediów, dostrzegli okazję do zakupów. Nie kierują się psychologią tłumu, a słowami legendarnego finansisty Sir Johna Templetona. „Czas maksymalnego optymizmu to najlepszy czas na sprzedaż. Czas maksymalnego pesymizmu to najlepszy czas na zakupy.”

Marianna Wodzińska

Źródło:http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=9165&Itemid=55