piątek, 10 maja 2013

Zagraniczni menedżerowie traktują Polskę jak trzeci świat


Musimy im narzucić zachodnie standardy – uważają zagraniczni prezesi działający nad Wisłą. Tak kwitnie handlowy gwałt na Polsce.

Polski lud jest głupi jak but z lewej stopy. A przeciętny widz telewizji zupełnie odmóżdżony, w ogóle nie myśli – mówił, jak zwykle próbując wzbudzić kontrowersje, Janusz Korwin-Mikke.

Podobnie myślą zagraniczni menedżerowie, którzy wysyłani przez centrale do Polski, narzucają nam własne wizje i rozwiązania, wciąż traktując nas jak trzeci świat. Te gorsety są coraz ciaśniejsze i coraz bardziej nas uwierają.

– Wielu zachodnich prezesów uważa, że ciągle ganiamy za niedźwiedziami, traktują nas tak, jakbyśmy żyli na rubieżach cywilizacji. Część, mając zakodowany właśnie taki wizerunek naszego kraju, chce nam pomóc. Nie zdają sobie sprawy, że bezpośrednie wdrażanie rozwiązań, które sprawdziły się w ich państwach, tutaj może przynieść skutek odwrotny do zamierzonego – wyjaśnia Agnieszka Durlik -Khouri, ekspert Krajowej Izby Gospodarczej.



Ostatnia awantura związana z uruchomieniem platformy cyfrowej NC+, powstałej z połączenia należącej do ITI n oraz francuskiej Cyfry+, pokazała, że zachodnie korporacje wiedzą lepiej, co jest dla nas dobre. Nawet jeśli tego nie chcemy. Cyfra+ zresztą już raz podobny kryzys przeżywała. Działo się to w czasie połączenia z Wizją TV. Wtedy również popełniono błąd arogancji.

Teraz nowa oferta NC+, przez większość ekspertów określana największą PR-owską klęską 2013 r., miała być konsumenckim strzałem w dziesiątkę. Ogłaszana przez francuskich właścicieli jako idealnie skrojona pod potrzeby nadwiślańskich telewidzów, okazała się strzałem kulą w płot. Wielu klientów poczuło się oszukanych, bo dotąd za określoną liczbę programów płacili mniej, teraz będą musieli płacić więcej. Jeśli chcą utrzymać rachunek na takim samym poziomie, będą mieli mniej kanałów.

Trudno się dziwić, że na Facebooku powstał profil Antyncplus, który po niecałym miesiącu od ogłoszenia zmian miał już 85 tys. fanów. Największym zainteresowaniem cieszą się umieszczone tu wzory wypowiedzenia umowy z operatorem. Ich zestawienie z wypowiedzią byłej już wiceprezes NC+ Beaty Mońki: „Mamy wspólnie (n i Cyfra+ – red.) około 2,5 mln klientów i nie oddamy ani jednego” – wygląda bardzo ciekawie.

W efekcie publicznej awantury Mońka odeszła z zarządu. Nieoficjalnie mówi się, że próbowała forsować mniej radykalne metody i wprowadzić zmiany w ofercie, które byłyby korzystniejsze dla klientów, ale weto postawił szef NC+ Francuz Julien Verley. Pressewis poinformował, że „Mońka miała przekonywać Francuzów, że ich arogancka strategia będzie miała fatalne skutki, ale Francuzi mieli w d… polski management”. Ostatecznie, choć oferta miała być wyśmienicie skrojona, Verley uległ presji internautów. „Intensywnie pracujemy nad rozwiązaniami” – zapowiedział.

Na razie operator nie chce zdradzać szczegółów. Być może znajdzie się tu jakiś program o polowaniu na niedźwiedzie. Albo na barany. Zdaniem Leszka Mellibrudy, doradcy zarządów korporacji i psychologa biznesu, szczególnie Francuzi są niedopasowani do polskich warunków. Często traktują klientów jako zło konieczne, a nie jako cel biznesu.

– Cechuje ich zespół przypadłości bardzo źle tolerowanych w naszym kraju. Są to np. apodyktyczność, bezwarunkowe narzucanie standardów, dominacja, zapatrzenie w siebie, a nawet służbowy autorytaryzm – wylicza właściciel Active Business Mind.

Mellibruda przekonuje, że choć teoretycznie Francuzi mają biznesową procedurę na niemal każdą okazję, to jednak w przypadku NC+ nie przewidzieli, że ich konkretne posunięcia wywołają kryzys. – Jedna z sieci handlowych, z którą pracowałem, przygotowała nawet filmy edukacyjne dla masarzy, instruujące, w jaki sposób efektywnie trzymać nóż, aby osiągnąć poziom wykrojenia 15 plasterków wędliny na minutę. Nie można im zatem zarzucić braku zorganizowania. Ale już przekonanie o własnej, niepodważalnej wartości – tak. Pewnie biorące się z manii wielkości, która wywodzi się z dziejowych osiągnięć Francji. Efekt niestety bywa niekorzystny – tłumaczy Leszek Mellibruda.

My wiemy lepiej

Nie tylko Francuzi nie potrafią lub nie chcą odnaleźć się w polskich warunkach. Także Włosi działają czasami w sposób niedopuszczający jakiejkolwiek polemiki. Jednym z głośnych przykładów zderzenia południowego temperamentu oraz polskiego poczucia niezależności było to, co działo się w ostatnich latach w kontrolowanym przez UniCredit drugim największym banku nad Wisłą – Pekao SA. Najpierw, jak mówiło się po cichu, przez włosko-polski konflikt kompetencyjny z kierowania instytucją zrezygnował Jan Krzysztof Bielecki, potem – z identycznych powodów – powołana na stanowisko prezesa Alicja Kornasiewicz.
[E tam, rozgrywki między Żydami i tyle - admin]

Pracownicy giganta do dzisiaj wspominają, że polscy szefowie nie chcieli godzić się na wiele pomysłów włoskiej kadry zarządzającej (nadzorowanej przez obecnego szefa banku Luigiego Lovaglio). Mogły one bowiem przynieść efekty podobne do dzisiejszego potopu w NC+, bo związane były np. z podniesieniem opłat za prowadzenie rachunków bez zaoferowania niczego w zamian. Nikt dzisiaj nie chce oficjalnie tych pomysłów potwierdzić, ale spory stały się nauczką, szczególnie dla polskiej kadry, by przesadnie nie wybijać się na niepodległość.

Wszyscy pamiętają, że konflikty brały się głównie z traktowania Polaków przez Włochów po macoszemu, jako ubogich, nie najlepiej wykształconych dalekich krewnych ze Wschodu. I mało kto ma ochotę na ponowne starcie.

Podobnego scenariusza nie udało się również uniknąć w Citibanku Handlowym, choć od początku starano się go bardzo starannie zamiatać pod dywan. Spór personalno-zadaniowy na tle narodowościowym trwa właściwie od wchłonięcia Banku Handlowego przez amerykański Citi, czyli od 2001 r. Szefem nowej instytucji jest wprawdzie Polak, ale aby nie czuł się przesadnie samodzielny, Amerykanie dokooptowali mu dwóch zaufanych zastępców z Nowego Świata. Wiceprezes Brendan Carney urodził się i wychowywał w USA w stanie Michigan, gdzie ukończył ekonomię. Wiceprezes Robert Daniel Massey jest absolwentem Randolph-Macon College, ukończył Georgia State University i New York University, uzyskując dyplom z dziedziny finansów korporacyjnych. Służył też jako porucznik w Marynarce Wojennej Stanów Zjednoczonych, więc amerykańskości trudno mu odmówić.

Tajemnicą poliszynela jest to, że gdyby akcjonariusze polskiego Citi mieli wybierać między różnymi opiniami w tej samej sprawie, autorstwa polskiej i amerykańskiej kadry, najczęściej zdecydują się na działania rekomendowane przez menedżerów z USA. Czy dlatego że wciąż traktują Polskę jak kraj, w którym mięso jest na kartki, a prąd przez dwie godziny dziennie? A może Polacy Amerykanom wciąż kojarzą się z azbestem, ewentualnie z kiełbasą, a nie z bankowością?

Bez względu na przyczyny wciąż wielu dobrze wykształconych nowojorczyków lub mieszkańców innych metropolii proszonych o to, by wskazali na mapie stolicę kraju o nazwie Poland, punktują celnie… Amsterdam. W końcu Poland, Holland – co za różnica. Zresztą wielu wydaje się, że po spędzeniu wakacji w Meksyku mogą chwalić się, że właściwie zwiedzili cały świat. O prowadzeniu kont i inwestowaniu muszą zatem wiedzieć więcej niż Polacy, którzy przecież do Meksyku jeżdżą dość rzadko.

Nie jesteśmy gorsi

A teraz zupełnie serio. Przykładów zachodniego niedopasowania do polskich realiów jest więcej. eBay, największy internetowy portal aukcyjny świata, miał w cuglach wygrać wyścig z rodzimym Allegro, ale dzisiaj mało kto w ogóle tu zagląda. Nie ma co się dziwić, bo firma zaczęła ekspansję na naszym rynku od ogłoszenia, że w końcu Polacy będą mogli kupować najróżniejsze rzeczy w internecie. Sieć długo się z tego śmiała. Dunkin Donuts, znana sieć sprzedająca ciastka, zwinęła się niemal tak szybko, jak się pojawiła. Bo znacznie częściej sięgamy po pączki od rodzimych cukierników niż po wynalazki zza oceanu.

Podobną porażkę zaliczył fast food Taco Bell, a w bankowości brytyjski gigant HSBC, który początkowo zapowiadał obsługę indywidualnych klientów, ale ostatecznie zrezygnował, bo uznał ją za zbyt trudną i mało opłacalną. Problemy, jakie pojawiają się na linii zagraniczny zarząd – polscy menedżerowie i konsumenci, wynikają też z tego, że w firmach zagranicznych, szczególnie globalnych, panuje inna kultura niż wśród menedżerów z polskim rodowodem. Nawet tych od lat poruszających się w środowisku międzynarodowym. Ta nasza jednak wcale nie jest gorsza.

– Polski styl uprawniania biznesu jest mniej szablonowy, bardziej spontaniczny, nie zawsze oparty na schemacie regulującym określone sytuacje – ocenia Agnieszka Durlik-Khouri. – Importowanie wzorców wykraczających poza naszą mentalność zawsze będzie skazane na niepowodzenie. Nie lubimy, kiedy ktoś pokazuje nam palcem, co i jak robić, wyznacza nam zadanie od-do, nie pozwala na minimalną improwizację. Bardzo burzymy się, kiedy każe się nam bezmyślnie „produkować ołówki na taśmie”, czyli nie dodawać nic od siebie do tego, co tworzymy. Gdy stajemy się trybem w maszynie uruchamiamy wewnętrzne mechanizmy obronne: cynizm, czarny humor, mniej lub bardziej ukrywaną kontestację – dodaje psycholog biznesu Andrzej Jodłowski.

Z badania wynika, że przedsiębiorstwa na świecie definiują własną tożsamość zarówno w kontekście konkurencyjności, jak i etyki działań. Jednym z najbardziej uniwersalnych i coraz popularniejszych narzędzi jest zestaw wartości firmowych (corporate values, core values). To najczęściej kilka haseł (np. jakość czy odpowiedzialność), które przedsiębiorstwo wskazuje jako kluczowe w swojej działalności. Są jak kod genetyczny – decydują o zachowaniu, wewnętrznych uwarunkowaniach i wizerunku organizacji. Odpowiednio zdefiniowane z jednej strony pomagają promować określone postawy pracowników (np. wskazanie, że w swoich decyzjach jakość powinni stawiać przed oszczędnością), ułatwiają rekrutację, a z drugiej – pomagają budować spójny z charakterem firmy wizerunek w jej otoczeniu.

Raport Corporate Values Index podaje również, że satysfakcja klienta ciągle zajmuje wysoką pozycję we wszystkich krajach z wyjątkiem Hiszpanii i Włoch. Przejrzystość jest kluczowa we Francji oraz w Wielkiej Brytanii. Dbałość o środowisko jest często podkreślana w Austrii oraz Hiszpanii. Odpowiedzialność społeczna zdobyła wysoki wynik w Niemczech i Holandii. Ale z drugiej strony w firmach zachodnich, także działających w Polsce, w minimalnych wielkościach notuje się takie cechy, jak: cierpliwość, wzorowe zachowanie, demokrację, godność. W Polsce jest jeszcze gorzej. Odsetek rodzimych firm definiujących własny zestaw wartości jest dużo niższy niż w innych krajach i wynosi 29,5 proc. Wskaźnik ten jest ponad dwukrotnie gorszy niż średnia światowa. Jeżeli już nasze spół – ki wytyczają sobie zespół cech, którymi kierują się w codziennej działalności, najczęściej są to: satysfakcja klienta (Polska 39 proc., zagranica 26 proc.), odpowiedzialność (21 proc., 15 proc.), etyka (17 proc., 9 proc.), szacunek (13 proc., 11 proc.). Wartości takie jak jakość i innowacje – kluczowe w biznesie – w Polsce dużo rzadziej stają się credo firm niż na Zachodzie.

Prof. Sławomir Sztaba z SGH uważa, że istnieje znacząca dysproporcja między wartościami deklarowanymi przez firmy zagraniczne i polskie. Spółki krajowe przykładają mniej uwagi do rodziny wartości określonej jako winning values. Należą do niej: ambicja, przewidywanie, konkurencyjność, entuzjazm, duch walki, inicjatywa, innowacyjność, sukces. Nasi członkowie zarządów wysoko cenią za to etykę, odpowiedzialność, równość i rozwój osobisty. Nie są to cechy zwycięzcy. Przez to są znacznie mniej drapieżni od konkurentów z zagranicy. Ci czują się pewniej i bywa, że bezpardonowo narzucają nam wolę, nie zostawiając pola do kompromisu.

Prowokujemy drapieżców

Jak przekonuje Agnieszka Durlik-Khouri, nic jednak nie dzieje się bez przyczyny. Postawa zachodnich „drapieżców” w dużym stopniu wynika z tego, jak w relacjach z nimi zachowują się Polacy. – Nasi menedżerowie nadal czują się gorsi, mają dużo kompleksów, niektórzy tkwią mentalnie w latach 90., kiedy rzeczywiście, szczególnie na początku, nie było w Polsce dobrych zachodnich wzorców biznesowych. Często kompleksy te nadrabiamy byciem hiperpracowitymi i hiperpoprawnymi, chcemy być bardziej zachodni od zachodnich menedżerów, co oni zbywają najczęściej ironicznymi uśmiechami.

To droga donikąd, musimy wewnętrznie pogodzić się z tym, że wcale nie jesteśmy gorsi. I że nie trzeba tego ciągle udowadniać – wyjaśnia ekspert KIG. Wydaje się jednak, że naturalne wypracowanie dobrych standardów przez polski management, które skutkować będzie ukróceniem „kolonizowania” polskiego rynku konsumenckiego przez kadry z Francji, Niemiec czy Włoch, nie będzie zadaniem łatwym. A to dlatego, że zdaniem prof. Sztaby wiele przedsiębiorstw w Polsce jest w niewielkim stopniu narażone na bankructwo. Bo albo są to spółki zależne i o ich przetrwaniu decyduje firma matka, albo korzystają z pomocy państwa chroniącego je przed bankructwem. Zarządzający w takich przedsiębiorstwach nie muszą być silnymi indywidualnościami, ważne, by nie ustawiali się pod wiatr.

Po drugie, w Polsce nie występuje konkurencyjny i szeroki rynek top-menedżerów. Indywidualne osiągnięcia rzadko są dominującym kryterium przy zatrudnianiu. Ważne są za to koneksje, a w spółkach Skarbu Państwa powiązania polityczne. – Osoby o silnych charakterach, wymykające się kontroli ze strony nieformalnych zwierzchników, będą częściej rugowane ze środowiska niż doceniane i awansowane – uważa prof. Sztaba. Zostaną bierni, mierni, ale wierni. Za to wyjątkowo skutecznie dbający o interesy. Swoje, nie klientów.

http://forsal.pl

http://marucha.wordpress.com/2013/04/13/zagraniczni-menedzerowie-traktuja-polske-jak-trzeci-swiat/

czwartek, 9 maja 2013

Postępowy problem w formule MMA. Zawodnik zawieszony za szczerą wypowiedź.


Matt Mitrione, zawodnik MMA, został zawieszony przez federacją UFC. W niepoprawny politycznie sposób skomentował obecność w ringu Fallon Fox, transseksualistki, która wyznała niedawno, że przeszła operację zmiany płci i w przeszłości była mężczyzną. Od tego momentu zaczęły się dyskusje, jak interpretować podobny przypadek. Swoje opinie wyrazili już chyba wszyscy celebryci, znani i nieznani sportowcy.



Dla postępowców jest to nie lada gratka, bowiem pozwolić Fox walczyć, to pozwolić by facet bił kobiety. Zabronić, to jakby uznać, że facet po operacji zmiany płci jest nadal facetem.



Tymczasem Matt Mitrione nie zamierzał długo nad tym dywagować i po jednej ze swoich walk w sposób zdecydowany przedstawił swoje stanowisko:

On jest kłamliwym, chorym, socjopatycznym, obrzydliwym dziwadłem. Na dodatek dostał licencję, dzięki której zgodnie z prawem może bić kobiety. To straszne. Powinieneś się wstydzić siebie. Dla wszystkich wojowników to policzek, że ktoś taki jest traktowany podobnie jak my. Powinniśmy przeciwko podobnym praktykom protestować. Mam tylko nadzieję, że niebawem któraś z kolejnych rywalek tak nakopie mu w d…, że zniknie raz na zawsze z tego sportu.

Jego szczerość i bezpośredniość została błyskawicznie ukarana. UFC wystosowała specjalne pismo, w którym przeprosiła za słowa swojego zawodnika i zapowiedziała specjalne śledztwo w całej sprawie. Na razie – w ramach represji za nieodpowiedzialny ponoć wywiad – kontrakt Mitrione został zawieszony, więc nie będzie on brany pod uwagę przy tworzeniu rozpisek na kolejne gale. Fallon Fox tymczasem szykuje się do kolejnej walki zaplanowanej na maj.

http://aktyw14.net

środa, 8 maja 2013

Leon Popek o UPA w Tomaszowie Lubelskim


9 kwietnia, w budynku Wydziału Zamiejscowego Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego w Tomaszowie Lubelskim, odbyło się spotkanie z dr. Leonem Popkiem z lubelskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej – pt. „Sytuacja Polaków na Wołyniu w okresie II wojny światowej”. Inicjatywa spotkania wyszła ze środowiska zamojskiego Stowarzyszenia Upamiętnienia Polaków Pomordowanych na Wołyniu.

Leon Popek podczas
spotkania w Muzeum Niepodległości
Należy podkreślić, że władze tomaszowskiego KUL-u z dziekanem prof. Pawłem Marcem na czele bardzo pozytywnie podeszły do tej inicjatywy. Wielkie podziękowania należą się zwłaszcza dr. Marcinowi Paluchowi z Katedry Historii i Nauk Politycznych KUL za okazaną pomoc merytoryczną i logistyczną.

Dr Leon Popek jest znanym historykiem zajmującym się od lat kwestią ludobójstwa dokonanego na wołyńskich Polakach przez bandy UPA oraz zagładą wołyńskiego duchowieństwa rzymsko-katolickiego. Dwa lata temu jego publikacja „Ostrówki. Wołyńskie Ludobójstwo” została uznana przez IPN za – „Książkę historyczną 2011 r.” ! Praca ta przedstawia zagładę dwóch wołyńskich polskich (od ponad 5 wieków!) wsi Ostrówek i Woli Ostrowieckiej w powiecie Luboml, dokonanej 29 sierpnia 1943 r. przez ukraińskich nacjonalistów zgrupowanych w bandach UPA.



W spotkaniu wzięło udział ponad 100 uczestników ( przyjechało też kilka osób z Zamościa), z tego zdecydowaną większość – co bardzo ważne – stanowiły osoby młode, studenci KUL i uczniowie szkół średnich. Byli obecni także lokalni samorządowcy, m.in. szef delegatury w Zamościu Urzędu Wojewódzkiego w Lublinie Jacek Grabek, sekretarz Rady Powiatu w Tomaszowie – Stanisław Cisło, dyr. Wydziału Oświaty starostwa powiatowego – Janusz Frykowski, wójt gminy Bełżec Andrzej Adamek czy też radny tomaszowski (były burmistrz) – Ryszard Sobczuk.

Dr Popek na początku wykładu przedstawił zwięźle historię Wołynia w pierwszych latach wojny, zwrócił uwagę że już we wrześniu 1939 r. miały miejsce mordy dokonywane przez Ukraińców na żołnierzach WP i uciekinierach z innych rejonów Polski. Następnie przedstawił tragiczną sytuację Polaków w czasach okupacji sowieckiej 1939-1941 oraz kwestię holokaustu wołyńskich Żydów. Popek zwrócił w tym momencie uwagę na bardzo ważną rzecz, tj. na to, iż mordowanie wołyńskich Żydów w 1942 r. miało miejsce na samym Wołyniu (tamtejszych Żydów nie wywożono do obozów koncentracyjnych), i było dokonywane nie tylko przez Niemców, ale także przez wysługującą się hitlerowcom ukraińską policję. Niedługo potem ci „zaprawieni w boju” ukraińscy policjanci zdezerterowali ze służby niemieckiej i przeszli do partyzantki UPA, która rozpoczęła „ostateczną rozprawę” z wołyńskimi Polakami. Nie była to żadna partyzanta, a bandy zwyrodniałych zbrodniarzy z tzw. UPA – partyzanci bowiem walczą z wojskami okupacyjnymi lub likwidują przedstawicieli wrogiego państwa, a nie – jak to robiła UPA – wyrzynają bezbronną polską ludność cywilną.

Lubelski naukowiec szczegółowo przedstawił kwestię zagłady polskiej wsi Parośle w wołyńskim powiecie Sarny w lutym 1943 r. – wymordowanej podstępnie przez tzw. „pierwszą sotnię UPA”. Następnie opowiedział o banderowskich mordach w powiatach kostopolskim i dubieńskim. Dr Popek zwrócił uwagę, na fakt, że atak w dn. 11 lipca 1943 r. na 100 polskich wsi musiał mieć charakter zaplanowany. Tego bowiem dnia hordy zbrodniarzy z UPA wymordowały ok. 10 tys. Polaków w powiatach włodzimierskim, horochowskim i kowelskim na zachodnim Wołyniu. Polskie wsie spłynęły niewinną krwią, w większości pomordowanych banderowskimi siekierami, bezbronnych kobiet i dzieci (mordy UPA miały miejsce także w świątyniach katolickich podczas mszy św., jak np. w Porycku, Chrynowie czy Kisielinie).

Ukraińskie ludobójstwo zostało powtórzone pod koniec sierpnia 1943 r., kiedy to bandy UPA wymordowały Polaków zamieszkałych – w przyległym do Buga – powiecie lubomelskim.

Dr Popek stwierdził, że na Wołyniu miało miejsce typowe ludobójstwo (także na Podolu tj. Tarnopolszczyźnie, Lwowszczyźnie i w Stanisławowskiem), natomiast inna sytuacja była już np. na Zamojszczyźnie czy na Podkarpaciu, gdzie sotnie UPA, które zimą 1944r. przekroczyły Bug, napotkały polskie oddziały AK i BCh. Wtedy na Zamojszczyźnie (według Ukraińców – Chełmszczyźnie) i w Przemyskiem doszło także do szeregu mordów band UPA (np. Tarnoszyn, Łubcze czy Poturzyn w powiecie tomaszowskim), tyle że tutaj Polacy odpowiadali odwetem na mordy zgrupowań banderowskich bandytów, jak np. w Sahryniu czy Szychowicach. Należy jednak zawsze pamiętać, że tylko na samym Wołyniu Ukraińcy spod znaku faszystowskiej UPA wymordowali minimum 60 tys. Polaków (szacuje się że ukraińscy nacjonaliści spod znaku banderowskiej UPA wymordowali w sumie min. 120 tys. Polaków !).

Pod koniec spotkania dr Popek zaprezentował zdjęcia z przeprowadzonych w Ostrówkach (w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej Ukraińcy z band UPA wymordowali min. 1050 bezbronnych Polaków – była to egzekucja na „modłę katyńską”) prac ekshumacyjnych związanych z poszukiwaniem ciał pomordowanych. Wszystkim z nas poruszyły zdjęcia przedstawiające szkielety pomordowanych dzieci, oraz odnalezione medaliki i warkoczyki dziewczynek ….

Po wykładzie wywiązała się dyskusja. W imieniu Stowarzyszenia Upamiętnienia Polaków Pomordowanych na Wołyniu podziękowałem władzom tomaszowskiego KUL za zgodę na zorganizowanie niniejszego spotkania oraz zapytałem dr Popka o kwestię patronatu prezydenta Bronisława Komorowskiego nad uroczystościami 70. rocznicy rzezi wołyńskiej. Niestety, Kancelaria Prezydenta odmawia jakichkolwiek komentarzy na ten temat – przypuszczalnie chce temat przemilczeć! Kilka innych osób pytało o sprawy związane z ukraińską propagandą dotyczącą Operacji „Wisła” z 1947 r. oraz o kwestie związane z upamiętnieniem miejsc pomordowania wołyńskich Polaków.

Obecny na wykładzie wójt gminy Bełżec Andrzej Adamek zadeklarował, że w trzecią niedzielę czerwca zorganizuje uroczyste obchody 69. rocznicy wymordowania przez bandę UPA polskich pasażerów pociągu relacji Bełżec-Lwów, dokonanego 16.06.1944 r. Będzie wtedy miała miejsce polowa msza św. obok cmentarza w Bełżcu ( znajdują się tam mogiły pomordowanych ) a następnie delegacje udadzą się z wieńcami pod pomnik pomordowanych w Zatylu k. Bełżca. Uroczystości te swoiście wpiszą się w scenariusz obchodów 70. rocznicy ludobójstwa band OUN-UPA.

Po zakończeniu dyskusji dr Popek jeszcze przez ok. pół godziny dyskutował ze znawcami tematu w kuluarach. Dowodzi to, że spotkanie było potrzebne i wypełniło pewną pustkę historyczną, która dotyczy przemilczanego i zafałszowanego ludobójstwa band UPA.

Jarosław Świderek
Stowarzyszenie Upamiętnienia Polaków Pomordowanych na Wołyniu

http://sol.myslpolska.pl

wtorek, 7 maja 2013

Ekologiczne mity: Korzyści z globalnego ocieplenia.




Nieustannie od lat jesteśmy straszeni konsekwencjami globalnego ocieplenia. A przecież rozpuszczenie lodów może wyjść na dobre nam wszystkim, także faunie i florze.



Nadmorskie miasta zatopione, wszędzie pustynie, ludzkość pogrążona w wojnach o resztki słodkiej wody. To wizja konsekwencji globalnego ocieplenia, którą znamy dzięki aktywistom i hollywoodzkim filmom. Zielona propaganda jest tak silna, że kwestionowanie odpowiedzialności człowieka za zmiany klimatu jest uważane za objaw zaburzeń umysłowych, a mówienie o zaletach globalnego ocieplenia uchodzi za herezję. Tymczasem są one często bardziej realne i mają rzetelniejsze naukowe podstawy niż wizje globalnej katastrofy.



1. Szanse dla żeglugi

Już do połowy wieku po niedostępnych dotychczas częściach Oceanu Arktycznego będą się mogły poruszać zwykłe statki – to konkluzja opublikowanego na początku marca raportu dotyczącego żeglownego potencjału szlaku transarktycznego dla lat 2040–2059. Autorzy Laurence C. Smith i Scott R. Stephenson, profesorowie geografii z Uniwersytetu Kalifornii w Los Angeles, nie mają wątpliwości: w niedalekiej przyszłości arktyczna pokrywa lodowa stanie się na tyle cienka, że lodołamacze będą się mogły poruszać na całej trasie od Pacyfiku po Atlantyk, korzystając ze skrótu przy biegunie północnym. Biegnący tamtędy szlak jest o 1/5 krótszy niż najczęściej wybierane obecnie Przejście Północno-Wschodnie (a dla statków płynących z Rotterdamu w Holandii do japońskiej Jokohamy nowa droga będzie o 40 proc. krótsza).

Wraz z postępem ocieplenia bardziej przyjazne może stać się również owiane złą sławą Przejście Północno-Zachodnie: morska droga z Europy do wschodniej Azji prowadząca ponad Kanadą, wewnątrz Archipelagu Arktycznego. Szlak najpierw stanie się dostępny dla statków klasy Polar 6, jednostek wypływających obecnie w rejony polarne tylko latem i jesienią. Z czasem zaczną tamtędy kursować nawet jednostki zupełnie nieprzygotowane na spotkanie z krą. Obecnie Przejście Północno-Zachodnie teoretycznie otwiera się średnio co siedem lat. Na co dzień jest zbyt niepewne, by na dużą skalę korzystali z niego handlowi przewoźnicy. Zdaniem naukowców do połowy XXI w. zasięg morskiego lodu pod koniec lata zmaleje jednak o tyle, że szlak ten stanie się dostępny już we wrześniu każdego roku.

2. Korzyści dla fauny

W połowie stycznia w prestiżowym internetowym magazynie naukowym PLOS One ukazał się tekst, który podważył tezę ekologów, według których globalne ocieplenie spowoduje wyginięcie zwierząt żyjących w chłodnym klimacie. Zgodnie z ustaleniami naukowców będzie na odwrót – zmiana klimatu wyjdzie zwierzętom na dobre, bo pozwoli im na łatwiejsze rozprzestrzenianie się. Obszar zajmowany obecnie przez tundrę rzeczywiście się skurczy, ale w jej miejsce rozszerzy się strefa klimatu umiarkowanego. W związku z tym 43 z 61 arktycznych gatunków na tym skorzystają. Według naukowców zmiany klimatyczne do 2080 r. będą sprzyjały większości ssaków w subarktycznym regionie Europy. Dla niektórych ocieplenie rzeczywiście może nie być optymalną opcją, jednak badacze nie mają wątpliwości – żaden gatunek nie będzie zagrożony wyginięciem.

Ciepło będzie miało dobroczynny wpływ nie tylko na niedźwiedzie polarne, lecz także na florę żyjącą w innych szerokościach geograficznych. Badania nad jaszczurkami z gatunku Bassiana duperreyi, prowadzone na University of Sydney, wykazały, że gady, które wykluwają się z jaj umieszczonych w cieplejszych inkubatorach, są bardziej inteligentne od osobników, który przyszły na świat w niższej temperaturze. Joshua Amiel, autor badań, przekonuje, że zmiana warunków atmosferycznych wpłynie na zwiększenie wydzielania hormonów w mózgu gadów, które odpowiedzialne są za rozwój centralnego układu nerwowego.

Ocieplenie klimatu, a tym samym promowanie gatunków ciepłolubnych nie oznacza jednak, że zasiedlą one i nasz kraj. Na terenie Polski zauważymy jednak wiele innych zmian. Jedną z nich będzie odmienne zachowanie ptaków, które dziś migrują do ciepłych krajów, by tam przetrwać srogie zimowe miesiące. Badacze przekonują, że bociany będą towarzyszyć nam przez cały rok, ponieważ temperatury panujące zimą będą dla nich odpowiednie. Wpłynie to znacznie na liczebność populacji tych ptaków. Obecnie wiele bocianów, tak samo jak innych gatunków ptactwa, ginie podczas sezonowych wędrówek. Niektóre z nich, m.in. rybitwy popielate, przemierzają trasę o długości nawet 70 tys. km. To bardziej zagraża życiu tych zwierząt niż zmiany klimatyczne.

3. Rozwój roślinności i rolnictwa

Obecnie ogromne połacie Ziemi – jak chociażby północna część Kanady czy większość powierzchni Rosji – nie nadają się do rozwoju rolnictwa. Globalne ocieplenie jest szansą na przystosowanie tych terenów pod uprawy, dzięki czemu mogą zostać odciążone eksploatowane ponad miarę obecne spichlerze świata.

Wydłużenie okresu wegetacji to również korzyść dla rolnictwa w takich krajach jak Polska, w której byłoby możliwe zbieranie plonów dwa razy w roku, a cieplejszy klimat umożliwiłby uprawianie większej liczby gatunków. Wreszcie zwiększona zawartość CO2 w atmosferze to dobra wiadomość dla flory, która dzięki bezużytecznemu dla człowieka gazowi staje się bujniejsza i bardziej odporna.

4. Ochrona przed epoką lodowcową

Ostatnie zlodowacenie zakończyło się na Ziemi 11 tys. lat temu i, zgodnie z modelami astronomicznymi, za ok. 1,5 tys. lat powinien rozpocząć się następny okres lodowacenia. Odkryli to naukowcy z University College London, University of Cambridge i University of Florida, badając zmiany stosunku temperatur pomiędzy Grenlandią a Antarktydą, co opublikowali w ubiegłym roku w magazynie „Nature Geoscience”. Jednak, jak pokazują ich badania, poziom dwutlenku węgla w atmosferze jest tak duży, że kolejna epoka lodowcowa może zostać opóźniona o dziesiątki tysięcy lat. Dzięki temu nie grozi nam nie tylko powtórka sprzed 11 tys. lat, ale nawet okres minizlodowacenia, które trwało od 1300 do 1850 r. A co za tym idzie, być może unikniemy klęsk głodu, rewolucji, upadku rolnictwa, epidemii i gwałtownego spadku liczby ludności.

5. Tańsza energia

Nikt naprawdę nie wie, jakich pokładów ropy naftowej i gazu strzeże arktyczna pokrywa lodowa. Jej zmniejszanie się przybliża nas jednak do odpowiedzi na to pytanie. Nawet jeśli nie okażą się one tak duże, by znacząco obniżyć koszty ogrzewania, to i tak rachunki będziemy płacić coraz niższe. To jeden z najprzyjemniejszych potencjalnych efektów ubocznych globalnego ocieplenia. Podobnie jak mniejsze wydatki na leki zwalczające sezonowe infekcje. Paradoksalnie zmiana klimatu może oznaczać wzrost popularności alternatywnych źródeł energii, takich jak chociażby panele słoneczne (których racja bytu w obecnych warunkach w Polsce jest dyskusyjna), i w efekcie służyć wyhamowaniu zanieczyszczania środowiska przez spaliny.

http://forsal.pl

poniedziałek, 6 maja 2013

Była dziennikarka CNN: Nakazywano nam fałszowanie informacji w celu demonizacji Iranu i Syrii