wtorek, 5 listopada 2013

W sprawie „lektur obowiązkowych”

Zachęceni rewolucyjnymi poczynaniami państwowego resortu szkolnictwa rozpoczynamy cykl poświęcony książkom, które powinny znaleźć się w kanonie lektur każdego młodego Polaka i Polki - w szkole albo poza nią. Jako pierwszy swój literacki "zestaw obowiązkowy" przedstawia Grzegorz Braun, autor filmów dokumentalnych, publicysta i... polonista.



Zapytany przez Sz. Redakcję – w związku z protestami przeciw usuwaniu polskiej klasyki z listy lektur szkolnych – co sądzę o tej akcji i kontr-akcji, i jakie są moje własne belferskie preferencje, odpowiem, że mamy tu w istocie dwa różnego kalibru problemy. Problem układania przez Ministerstwo Edukacji takich, czy innych „list lektur”, czy „programów nauczania” jest problemem wtórnym – nie bagatelnym bynajmniej, ale wtórnym. Problemem podstawowym i prymarnym jest SAMO ISTNIENIE centralnego urzędu, który kontynuuje złowrogie, antykatolickie i antypolskie dzieło podjęte ćwierć tysiąca lat temu przez Komisję Edukacji Narodowej.

Wszakże głównym zadaniem, jakie w XVIII wieku stawiali sobie twórcy KEN, było właśnie wyrwanie dzieci i młodzieży spod wpływu Kościoła (alias „klechów”) i walka z polską tradycją (alias „sarmackim obskurantyzmem”) – Potoccy, Kołłątaj et consortes nigdy tego nie ukrywali (patrz choćby np.: „Walka o nauczycieli świeckich w dobie KEN” K. Mrozowskiej) – głównym ich zmartwieniem był ciągły niedostatek świeckich „zetempowców”, którymi mogliby obsadzać katedry szkolne i akademickie, rugując przede wszystkim znienawidzonych jezuitów. Kto sądzi, że dopiero w XX wieku orędownicy rewolucji światowej wpadli na pomysł „marszu przez instytucje”, niech zwróci uwagę na kariery luminarzy tamtej epoki.

Na domiar złego, system KEN był nie tylko narzędziem walki ideologicznej i duchowej – jego wdrożenie stanowiło również pierwszy wielki krok w otchłań etatyzmu. Była bowiem KEN pierwszą w dziejach Polski tak rozległą i kosztowną biurokracją państwową. Dzieło rewolucyjnej transformacji polskich serc i umysłów podjęte zostało na dobre właśnie tam, w XVIII wieku – dzięki upaństwowieniu edukacji (KEN), kultury (vide: „obiady czwartkowe”, Teatr Narodowy etc.) państwo zyskało nieznane wcześniej instrumenty masowej transmisji propagandowej, które nb jak ulał pasowały później do celów, jakie wytyczały rządy zaborcze.
Scentralizowany system edukacji uczy bowiem przede wszystkim lojalności względem samego systemu.

Szkoła programowana przez władzę samym swoim istnieniem propaguje przede wszystkim konstytutywny dla nie-świadomości inteligenckiej zestaw przesądów: DEMOKRATYZM (w sferze ustrojowej), ETATYZM (w sferze gospodarczej), MODERNIZM (w sferze religijej), INDYFERENTYZM (w sferze moralnej, stąd fetysze pochodne: pacyfizmu, tolerantyzmu etc.) i JUDEOIDEALIZM (w odróżnieniu od postulowanego przez niżej podpisanego judeorealizmu). Jest więc szkolnictwo państwowe, nie bójmy się tego słowa, MASONERIĄ DLA NIELETNICH – nie agitując dziś w sposób bezpośredni np. do wstąpienia do jakiegoś Komsomołu, Hitlerjugend, czy innego ZMP – zadowala się ona inicjacyjnym okaleczeniem świadomości i duchowości młodego człowieka, neutralizuje go i konformizuje, czyniąc organicznie niezdolnym do jasnego rozpoznania najwspanialszych skarbów i najpoważniejszych zagrożeń cywilizacyjnych.

Tu z reguły żachnie się zawsze prawowierny polski inteligent i wyliczać zacznie pożytki, jakie mimo wszystko czerpał, jak mu się zdaje, z istnienia tego systemu. Na to odpowiadam, że to wszystko efekty uboczne: rzetelna wiedza i godziwe wychowanie, jeśli tu i ówdzie oferowane są przez państwową szkołę, to po prostu dlatego, że dobrych ludzi wciąż nie brak – i każdy z nas spotkał na pewno na swojej drodze niejednego dobrego nauczyciela. Ale cokolwiek zdołali oni zdziałać dla naszego dobra – udało im się to nie dzięki istnieniu ww. systemu, lecz pomimo. Odpieranie standardowych, kompletnie fałszywych zarzutów (że np. jeśli edukacja nie będzie państwowa, to „tylko dla bogatych”) i całkowicie chybionych argumentów (że jednak np. państwowej edukacji w II RP „zawdzięczamy patriotyczną formację pokolenia wojennego”, a za PRL „jednak zlikwidowano analfabetyzm”) itd. itp. – zostawię na inną okazję. Zwracam tylko uwagę, że utrzymywanie quasi-monopolu edukacyjnego państwa bynajmniej nie zabezpiecza interesów narodowych – jak się zdaje wychowanym w duchu KEN patriotom-etatystom. Właśnie tak długo, jak długo istnieje centralny rozdzielnik normy edukacyjnej, tak długo można jedną kretyńską decyzją administracyjną wywołać nieobliczalnie katastrofalne skutki – i to za jednym zamachem na obszarze całego kraju, i zapewne na pokolenia. A przecież gdyby nie ten kołłątajowsko-stalinowski system transmisji propagandowej (patrz: „kuratoria oświaty”) i państwowa kartelizacja szkolnictwa wyższego (patrz: „komisje akredytacyjne”), działający pod rygorem urzędowym, nie byłoby w niczyjej mocy nakłonić wszystkich na raz nauczycieli i dyrektorów szkół w całym kraju do zaakceptowania tak jawnie antypolskiej dyrektywy. Tak sądzę – bo nie będąc socjalistą po prostu wierzę w ludzi, a w Polaków w szczególności.

Z całym szacunkiem zatem dla tych wszystkich, którzy w tych dniach dzielnie stają w obronie Mickiewicza, Sienkiewicza i wszystkich naszych narodowych świętości, biorąc udział w demonstracjach, pikietach i innych protestach przeciwko decyzjom MEN – to jednak, obawiam się, pewne nieporozumienie. Z szacunkiem – bowiem, jak przypuszczam, wśród protestujących przeważają świadomi patrioci, którym idzie o zachowanie tradycji narodowej i bytu państwowego. Ale jednocześnie jednak nieporozumienie – bo, jak przypuszczam, większość z nich błędnie mniema, że błąd tkwi w partykularnych decyzjach („zły” dobór lektur) i poszczególnych personaliach („zły” minister i jego „źli” urzędnicy) – a nie, jak to starałem się telegraficznie zasygnalizowć wyżej, w samym systemie, którego koroną jest ów centralny urząd. Nie wystarczy wymienić w nim „złych” na „dobrych” (bo zapewne „naszych” w odróżnieniu od „nienaszych”), jak nie da się wygrać walki ze śmiertelną chorobą podejmując doraźne leczenie objawowe – w tym przypadku: nie da się odwojować Polski staczając może nawet niejedną wygraną potyczkę o kosmetyczne szczegóły, ale nie atakując przy tym frontalnie ww. pryncypiów. Bo to, z czym mamy do czynienia, to nie żaden błąd – ale logiczna konsekwencja; nie eksces – a norma; nie kryzys – a rezultat.

Reasumując: oburzanie się na MEN, że wynaradawia polską młodzież (a przeczytałem, że niektórzy tam w Krakowie „są oburzeni”), jest podobnym nieporozumieniem, jak byłoby nim np. oburzanie się na dyrekcję kołchozu, że krowy w nim dają mniej mleka, a ludzie więcej piją, niż w wolnym świecie; albo oburzanie się na gauleitera Fischera za nędzny repertuar teatrzyków w okupowanej Warszawie. Bo podobnie jak kołchozy są od tego, by upadlały ludzi, a okupanci od tego, by nas wynaradawiać – tak i Ministerstwo Edukacji jest od dbania o to, by młodzi Polacy nie rozumieli i nie cenili tego, kim są i skąd się wywodzą, by od dziecka wdrażali się do respektowania aktualnej polit-poprawności, by nie byli zdolni stanąć na przeszkodzie budowie Nowego Wspaniałego Świata.

Co uznałem za konieczne oświadczyć – by nie ryzykować zgorszenia, jakie mogłoby wyniknąć, gdybym od razu przystąpił do odpowiedzi na postawione przez Sz. Redakcję pytanie o moją prywatną „listę lektur” – mógłby wówczas ktoś utwierdzić się w fatalnym błędzie, że mianowicie wystarczy przywrócić pod strzechy pana Kmicica z panem Soplicą i przegonić Babę Jagę z MEN – a już będzie Polska „od pierwszego”. Niestety – nie obejdzie się bez kompletnej kontrrewolucji. Z pewnością więc warto piętnować antynarodową działalność aktualnego reżimu warszawskiego na odcinku edukacji, ale z pełną świadomością, że tego się nie da naprawić – to trzeba w całości obalić.

Teraz zaś przechodzę do dzielenia się moimi sentymentami literackimi. Oto parę książek, które gorąco poleciłbym znajomym nauczycielom, gdyby mieli swobodę doboru materiału literackiego (a nie byli tłamszeni przez ministerialne „listy”, „pensa” i „programy”) ku większemu pożytkowi swych uczniów:

1/ Józef Mackiewicz, „Fakty, przyroda, ludzie” – z całej twórczości Mackiewicza ta książka zdaje mi się wprost idealnie skrojona do użytku szkolnego – zbiór krótkich tekstów, wśród których znajdziemy m.in. trzy bodaj najważniejsze w polskiej i światowej literaturze opisy zbrodni narodowego i międzynarodowego socjalizmu, których autor był naocznym świadkiem: „Ponary – Baza” i „Dymy nad Katyniem”, oraz „Zbrodnia w dolinie rzeki Drawy”;

2/ Anatol Krakowiecki, „Książka o Kołymie” – rzecz wydana na emigracji, w post-PRL pozostaje nadal prawie nieznana – stawiam ją wśród najważniejszych, najszlachetniejszych świadectw białego Oświęcimia, obok Szałamowa, a przedkładam nad Herlinga-Grudzińskiego;

2/ Florian Czarnyszewicz, „Losy pasierbów” – popularna w formule, wciągająca w lekturze opowieść o Polakach, którzy z dalekich kresów (zob. inną piękną powieść tegoż autora: „Nadberezyńcy”) w latach międzywojennych emigrują „za chlebem” aż do Argentyny – opowieść o walce polskiej rodziny o byt i zachowanie godności na obczyźnie, aktualna do bólu;

3/ Irena Bączkowska, „Podróż do Braiłowa”, opowiadanie z tomu pod tym samym tytułem – kapitalne arcydziełko polskiej literatury, powstałe (oczywiście) na emigracji, spopularyzowane niegdyś przez Radio Wolna Europa lekturą w odcinkach – mały „Pan Tadeusz” prozą;

4/ Ewa Kurek, „Zaporczycy” – póki nie napisze ktoś na ten temat godnej polecenia prozy fabularnej, ta dokumentarna, oparta na relacjach bezpośrednich świadków książka pozostaje bodaj najbardziej pasjonującą opowieścią o „żołnierzach wyklętych”;

5/ Zofia Reklewska-Braun, „Urodziłam się pomiędzy” – dokumentarna i poetycka zarazem książka wspomnień panieneczki z polskiego dworu (Mamy niżej podpisanego!), której oczy „sfotografowały” grozę wojny, niemieckiej okupacji i powojennego wypędzenia z „kraju lat dziecinnych” przez „władzę ludową”;

6/ Rafał Gan-Ganowicz, „Kondotierzy” – skromna narracja „psa wojny”, o wybitnym walorze literackim, napisana przez dzielnego Polaka, który skutecznie walczył z komunistami nie tylko piórem (bohatera filmu „Pistolet do wynajęcia” w reż. Piotra Zarębskiego);

7/ Ks. Władysław Nowobilski, „On namaścił moje dłonie” – bezpretensjonalna, pasjonująca relacja o tym, jak parafianie z Ciśca (w Żywieckiem), wbrew zakazom i prześladowaniom, w ciągu 24 godzin wznieśli sobie i na chwałę Bożą własny kościół - narratorem jest ich dzielny duszpasterz, a w roli drugoplanowej pojawia się abp krakowski Karol Wojtyła (!) – realia katolickiego życia w PRL w pigułce;

8/ Piotr Skórzyński, „Człowiek nieuwikłany” – nie doczekaliśmy się jeszcze prawdziwie wielkiej prozy, powieści, którą polska inteligencja rozliczałaby się z PRLem – ten nieduży, wstrząsający pamiętnik, bezlitośnie szczery, wręcz drastyczny w szczegółowej auto-wiwisekcji, pełni właśnie obowiązki takiej „auto-rozliczeniowej” prozy;

9/ „Czarna księga cenzury PRL” – niestety wciąż dostępna jedynie w emigracyjnym, lub podziemnym wydaniu (brak nowej edycji, to jedna z największych afer w kulturze i nauce post-PRL-u!) – najlepiej czytać wybrane „zapisy i zalecenia” GUKPPiW (Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk) wraz z komentarzem Tomasza Strzyżewskiego, człowieka któremu zawdzięczamy tę jedną z najważniejszych demaskacji systemu (patrz: jego książka „Matrix, czy prawda selektywna?”).

10/ Gabriel Maciejewski, „Nigdy nie oszczędzaj na jasnowidzu” – śmieszny do rozpuku i realistyczny do bólu, groteskowy i nostalgiczny zarazem „pitawal prowincjonalny” – najlepszy zbiór współczesych polskich opowiadań, jaki ostatnio czytałem; jak z obrazków, szkiców i nowelek Sienkiewicza, Prusa, Orzeszkowej, czy Konopnickiej wyłania się panorama współczesnej im Polski – tak też wiernie będzie można odtworzyć polskie realia przełomu XX i XXI wieku sięgając po te drastyczne, komiczne i liryczne zarazem krótkie teksty Maciejewskiego.

Tyle na razie polskiej prozy. Ale cóż by to były za lekcje „polskiego”, bez poezji? Zbiory kunsztownych wierszy napisanych przez dwóch wybitnych poetów-pieśniarzy – uwaga: można je odtwarzać w formie audiowizualnej, bo do szeregu utworów powstały całkiem udane klipy filmowe – zawierają prawdziwe skarby, z których garściami korzystać może i powinien każdy polski nauczyciel:

11/ Jacek Kaczmarski, pieśni – zwłaszcza utwory z płyty „Sarmatia”, z których każdy inspirować może poważną dysputę – szczególnie polecam takiego np. „Warchoła”, znakomity materiał do analizy sztuki rymotwórczej najwyższej próby i piękne zaproszenie do pogłębienia świadomości historycznej;

12/ Jacek Kowalski, pieśni – wszystko jak wyżej: mistrzowski kunszt idzie o lepsze z wybitną erudycją – każdy z hitów takich jak „Sarmacja, psalm rodowodowy”, czy „Ignacego Skarbka Malczewskiego wyprawa na Warszawę” to rewelacyjny materiał na osobną lekcję języka i dziejów ojczystych; tegoż autora bezcenną pomocą dydaktyczną może okazać się książka „Niezbędnik sarmaty”.

Po lekcji poezji kolej na lekcję teatru – w „spisie lektur” umieszczam dwa moje ulubione teksty sceniczne z ostatnich lat:

13/ Dorota Masłowska, „Między nami dobrze jest” – śmieszne i straszne dzieło autorki obdarzonej „słuchem idealnym” współczesnej polszczyzny; poprzednia, pierwsza jej sztuka, „Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku” była niewątpliwie najwybitniejszym polskim debiutem dramaturgicznym od czasu „Kartoteki” Różewicza (sic!) – tragi-farsowa i liryczna zarazam kondensacja współczesnego „konfliktu pokoleń”;

14/ Kazimierz Braun, „Cela Ojca Maksymiliana” – kapitalny monodram, dramat dla jednego aktora, który w ciągu kilkudziesięciu minut z faktograficzną wiernością i w poetyckim skrócie opowiada/odgrywa życie największego super-mena XX stulecia, św. Maksymiliana Marii Kolbego; autor tekstu (Ojciec niżej podpisanego!) napisał go w bliskiej współpracy z konfratrami Świętego; w oparciu o rozległą dokumentację - także w dalekiej Japonii; wyjątkowa sztuka: mówić o sprawach wiary językiem współczesnego teatru i jeszcze tak pasjonująco na dodatek.

Wszystkie wymienione pozycje to lektura – czy w całości, czy w wyborze – zdecydowanie nadająca się raczej „dla klas starszych”. Ale mam coś i dla młodszych:

15/ Bronisława Ostrowska, „Bohaterski miś” – hit, przebój pokoleń wolnej Polski: przypadki pluszowego misia na wszystkich frontach walki o niepodległość (1914-1920); w dzieciństwie miałem w rękach egzemplarz przedwojenny (powojennego być nie mogło, bo przecież Miś bił się także z bolszewikami); potem widziałem emigracyjny reprint – aż wreszcie parę lat temu pojawiło się wznowienie krajowe. Ten „Miś” jest dziś może nieco zanadto, jak dla mnie, „piłsudczykowski” – ale lepszy taki Miś, niż żaden.

Powyższe propozycje, jeszcze raz zastrzegam, to nie żadna kompletna lista – ot, po prostu szczera zachęta do dzielenia się z polską młodzieżą tymi akurat przeze mnie ulubionymi, a nie dość może szeroko docenianymi skarbami polskiej kultury. Broń nas zresztą, Panie Boże, przed tym, byśmy mieli w wolnej Polsce centralnie układać jakiekolwiek „listy lektur obowiązkowych”, które miałyby pod przymusem administracyjnym obowiązywać we wszystkich szkołach, które wolni Polacy zechcą sobie założyć i utrzymać. Polacy bowiem nie potrzebują żadnego systemu nakazowo-rozdzielczego, by samemu poznać się na tym, co dobre. I dobrze wiedzą, że nie znać „Pana Tadeusza” i „Trylogii” – wstyd. A żeby prawda ta mogła się upowszechniać, nie potrzebują centralnych „reform edukacji” – potrzebują wolnej przedsiębiorczości, na której bazie (marksowskiej, materialnej bazie) da się zrealizować prosty, oczywisty program: KOŚCIÓŁ – SZKOŁA – STRZELNICA. Czego sobie i Sz. Czytelnikom życzę – A.M.D.G.


Grzegorz Braun - ur. 1967, reżyser, publicysta, zdeklarowany monarchista (z wykształcenia również patentowany polonista).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz