wtorek, 24 września 2013

Chrześcijańska Szkoła Walki

„Miłość oznacza także miłość nieprzyjaciół, trenowane ćwiczenia obronne wymagają, by odpowiadały szacunkowi wobec przeciwnika, jego życia. Istnieje wiele ćwiczeń, które wydają się brutalne, ale w walce nie są zagrożeniem dla życia. A są przy tym bardzo skuteczne. Szukanie takich właśnie rozwiązań wynika z miłości względem nieprzyjaciela, niekoniecznie trzeba nastawać na jego życie” – mówi w rozmowie z portalem PCh24.pl Antoni Paprotny, założyciel Chrześcijańskiej Szkoły Walki „Arma Dei”.

W jaki sposób narodził się pomysł stworzenia chrześcijańskiej sztuki walki?


Kiedyś przez dłuższy czas ćwiczyłem taekwondo, ale przestałem z powodów religijnych. Taekwondo zaczęło się kłócić z moją wiarą. Chodzi o to, że wschodnie sztuki walki są bardzo mocno powiązane z duchowością Wschodu, tak naprawdę są też pewną formą praktyk religijnych. Przestałem ćwiczyć w chwili, w której to do mnie dotarło.

Upodobanie do sportów walki pozostało. Zastanawiałem się też, czy katolik w ogóle może je uprawiać, co znaczy w tym kontekście „obrona”. Odpowiedział mi na to pytanie Katechizm Kościoła Katolickiego: katolik ma nie tylko prawo, ale czasem i obowiązek obrony swojego lub cudzego życia. Coś takiego jak chrześcijańska sztuka walki jest możliwe. Zacząłem tworzyć szkice, teorię, pracować nad tym, jak zasady moralne mogą się przekładać na technikę obrony. Następnie zacząłem pracować nad stroną praktyczną, ćwiczyłem z kolegami. Nie korzystam z dorobku taekwondo czy innych sztuk walki. Nie kopiuję tych wzorców.

Pierwszym motywem, który mi towarzyszył, kiedy zaczynałem pracę, było samo zamiłowanie do sportu. Walka, stawianie czoła trudnościom, połączenie jej z życiem duchowym, modlitwą, przynosi owoce. Zapraszamy Pana Boga do tej sfery życia i dla wielu ludzi jest to nowatorskie. Ludzie przychodzą i widzą, że wiara jest obecna w codzienności, także tej wypełnionej najprostszymi i świeckimi rzeczami.

Więc chodzi o sztukę walki, która jest budowana od podstaw.

Tak. Niektórzy twierdzą, że to pomysł utopijny i poniekąd mają rację. Trudno ją zestawiać, także pod względem praktycznym, ze sztukami walki mającymi kilkaset lat. Z drugiej strony, sama praktyka oraz zdobyte doświadczenie pokazuje, że taki pomysł ma rację bytu. Już od paru lat ćwiczę z osobami, które udało mi się do tego zachęcić. Trening to czas, w jakim szukamy konkretnych rozwiązań, oceniamy je pod względem skuteczności. Pokazuje on, że można stworzyć coś nowego.

Nawet jeśli nie jest to specjalnie nowatorskie, to chodzi o genezę i cel, brak drugiego dna. W tym przypadku układ ciała jest tylko układem, nie wiąże się, jak to jest we wschodnich sztukach, z przekonaniem o istnieniu czakramów. Technika wynika z naszego doświadczenia, a nie z przyjęcia wschodniego autorytetu.

Jaka filozofia kryje się za chrześcijańską sztuką walki?

Chodzi o ogólną zasadę miłości samego siebie. Wynika to z drugiego przykazania miłości: kochaj bliźniego jak siebie samego. Podstawą jest miłość wobec samego siebie, swojego życia, świadomość własnej wartości, ona umożliwia miłość drugiej osoby. Uczymy się obrony po to, by chronić swoje życie i życie innych.

Miłość oznacza także miłość nieprzyjaciół, trenowane ćwiczenia obronne wymagają, by odpowiadały szacunkowi wobec przeciwnika, jego życia. Istnieje wiele ćwiczeń, które wydają się brutalne, ale w walce nie są zagrożeniem dla życia. A są przy tym bardzo skuteczne. Szukanie takich właśnie rozwiązań wynika z miłości względem nieprzyjaciela, niekoniecznie trzeba nastawać na jego życie.

Sztuka walki to także odpowiedzialność: to, czego się nauczymy, jakich nabieramy odruchów, stosujemy w sytuacjach realnego zagrożenia. Trzeba świadomie rozważyć ten problem, by wybrać, czego należy się uczyć. Uderzenie pięścią w skroń może zabić, bez względu na intencje. Uderzenie na nogę, choć może ją złamać, nie stwarza zagrożenia dla życia. Chodzi o świadomość wartości życia, budowanie odpowiedzialności.

Pewnie wiele osób zastanawiało się nad połączeniem chrześcijaństwa i sztuk walki.

Wspominałem już o wschodnich sztukach walki i ich religijnym wymiarze. Zdania na ich temat są w Kościele bardzo podzielone. Jestem przekonany, że chrześcijańska sztuka walki jest dobrym tropem, za którym należy podążać. Nie spotkałem się z osobami mówiącymi temu pomysłowi kategoryczne „nie”, choć faktycznie istnieją nieporozumienia. Biorą się one w dużej mierze z niewiedzy, także z uproszczonego patrzenia na wiarę.

Równocześnie coraz częściej wskazuje się na kryzys męskości.

Arma Dei nie jest tylko dla mężczyzn, chociaż sztuki walki wydają się niewątpliwie męską domeną. We współczesnej kulturze dochodzi do zniewieścienia mężczyzn. Potrzeba alternatywy, możliwości rozwijania męstwa, siły woli. Mężczyźni muszą czuć swoją siłę. Wiara to nie tylko modlitwa, to też działanie, obrona swoich racji, stanowczość, odpowiedzialność. Takie wartości z pewnością budzą się w trakcie nauki walki. Widać to po osobach przychodzących na treningi.

Z jakim zainteresowaniem spotkała się chrześcijańska szkoła walki?

Dla mnie sukcesem jest to, że stale trenuje już kilka osób. Przez długi czas ćwiczyliśmy w parkach, dziś trenujemy regularnie w salach. Niektórzy rezygnują, ponieważ te treningi są dość mocne. Poza tym ludzie mają często zupełnie inne oczekiwania. Pozostaje też kwestia odpowiedniej promocji. Jeszcze zbyt mało osób wie, że istnieje „Arma Dei”, szkoła walki jest traktowana jako inicjatywa niszowa. Obecnie na treningi uczęszcza po kilkanaście osób.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Mateusz Ziomber

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz