czwartek, 26 września 2013

Bóg dał mi odwagę

W nocy z 11 na 12 kwietnia 1997 r. w turyńskiej katedrze wybuchł gwałtowny pożar, który omal nie doprowadził do całkowitego zniszczenia Całunu Turyńskiego. Tylko dzięki natychmiastowej akcji strażaków, którzy stoczyli długą i wyczerpującą walkę z płomieniami, udało się ocalić Święte Płótno – najcenniejszy symbol i drogocenny skarb chrześcijańskiego świata. Owej dramatycznej nocy, kiedy wszystko wydawało się stracone, Całun został uratowany dzięki bohaterskiej postawie strażaków, zwłaszcza Mario Trematorego, który rzucił się w płomienie i, rozbiwszy ciężkim żelaznym młotem pancerną szybę zabezpieczającą relikwię, wyjął zza niej relikwiarz z całunem, który w przeciwnym razie zostałby unicestwiony przez walącą się w gruzy kopułę katedry.



O czym Pan myślał, rozbijając gablotę zabezpieczającą Całun Turyński?



– W tak trudnych chwilach, kiedy wszystko wydaje się stracone, a siła ognia niweczy wszelkie ludzkie starania, pozostawiając człowieka bezsilnym, cały czas ma się nadzieję, a myśl przekłada się na działanie. Pojawia się strach przed śmiercią, który sprawia, że człowiekowi stają przed oczyma, w krótkim czasie, najdroższe mu osoby i najpiękniejsze wspomnienia: moja słodka żona Rita, uśmiech mojego syna Iacopo, wdzięk mojej córki Chiary…

Z drugiej strony, myślałem też o Całunie i o tym, jak go ocalić. Jezus pozostawił to płótno ludzkości jako niezwykły znak tajemnicy Słowa wcielonego i Boga, który stał się człowiekiem. Jest to przekonujący dowód miłości, która jest odpowiedzią na miłość, a nie dowód bólu i wyrzeczeń. Całun stanowi widzialne świadectwo Jego Zmartwychwstania i nieskończonej miłości, jaką Bóg darzy człowieka.



Czy patrząc na pożar poczuł Pan, że ocalenie Całunu może zależeć od czyjejś wiary i odwagi, i że to Pan został wybrany do tego zadania?

– Kaplica Guarina waliła się pod wpływem długotrwałego działania gorących płomieni. Jeden z głównych filarów podtrzymujących kopułę był już doszczętnie zniszczony przez ogień. Nie było dużo czasu do namysłu. W każdej chwili wszystko mogło runąć…



Trzeba było coś zrobić. Tylko co, kiedy każda próba ugaszenia ognia kończyła się niepowodzeniem? Nie pozostawało nic innego, jak pomodlić się i prosić Jezusa o pomoc. Więc modliłem się tą pierwszą modlitwą, której nauczyłem się we wczesnym dzieciństwie: Ojcze nasz, któryś jest w niebie…

Sposób, w jaki Bóg wybiera swoje narzędzia, jest zawsze zaskakujący i nieodgadniony. Bóg decyduje, że do realizacji Jego dzieła są mu potrzebne nasze ramiona i nasze ręce. Wciąż pozostaje dla mnie nieodgadnione, dlaczego zechciał, aby to właśnie moje ręce ocaliły Całun Turyński.



Jaką rolę odgrywa dziś Chrystus w Pana życiu?

– Jest przyjacielem, któremu mogę się zwierzyć, którego mogę poprosić o radę, któremu mogę się wyżalić na zło tego świata i który bierze mnie na ramiona, kiedy moje nogi są zmęczone wędrówką. Czuję Jego obecność obok mnie nawet w najzwyklejszych sytuacjach: kiedy idę ulicą, robię zakupy w supermarkecie, odbieram dzieci ze szkoły czy jadę do pracy. Zrozumiałem, że nigdy nie będę sam i jestem tego pewien. Wiem, że cokolwiek wydarzy się w moim życiu, zawsze będzie ze mną ktoś, na kogo mogę liczyć.



Dzisiaj nie jest Pan już strażakiem…

– Służba w straży pożarnej była moją pasją. Jednak lata biegną i moje ciało, starzejąc się, nie mogło sprostać stresom i trudom tak ciężkiej i niebezpiecznej pracy. Dlatego w październiku 2003 roku zrezygnowałem z pracy strażaka. Mam dyplom architekta i po prostu zacząłem pracować w tym zawodzie. Dziś zajmuję się projektami architektonicznymi.



Wywiad ukazał się w numerze 15. magazynu "Polonia Christiana".

Źródło: http://www.pch24.pl/bog-dal-mi-odwage,16942,i.html

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz