środa, 18 września 2013

Bluźnierstwa: Tęczowy „Znak”

Miły, dobrze ubrany, wrażliwy – taki właśnie, wykreowany przez liberalne media obraz osób o skłonnościach homoseksualnych jest multiplikowany w niezliczonej ilości seriali, filmów, przedstawień teatralnych. Czy naprawdę do chóru „ocieplaczy” wizerunku, promotorów obrazu „prześladowanego geja” muszą dołączać także periodyki deklarujące katolicyzm? Lektura ostatnich numerów „Znaku”  wskazuje, że według redakcji niektórych magazynów tak właśnie być musi.

 

Anonimowy ksiądz z anonimowego duszpasterstwa

 W kwietniowym numerze tegoż pisma zaprezentowano wywiad z duszpasterzem osób homoseksualnych.  Poziom utajnienia rozmówcy (nie tylko imię i nazwisko, ale i parafia, dekanat, diecezja) jako żywo przypomina ten znany z relacji wypowiedzi osób szczególnie zagrożonych agresją i prześladowaniami. Jednak wydaje się, że kluczem do interpretacji tej anonimowości jest chęć ukazania w sposób jeszcze bardziej dobitny pewnej supozycji. Oto w Polsce homoseksualiści spotykają się ponoć z tak silnym ostracyzmem i prześladowaniem, zwłaszcza ze strony Kościoła, iż konieczne jest szczelne zasunięcie kurtyny i utajnienie rozmówcy.

 Już na początku rozmowy dowiadujemy się, że inspiracją do powstania duszpasterstwa była… lektura „Gazety Wyborczej”. Kuriozalność tego typu deklaracji jest porażająca. Dziennik tak zaangażowany w atakowanie Kościoła, lansujący model życia skrajnie daleki od chrześcijańskiego i wskazań Magisterium, staje się przyczynkiem i generatorem działań duszpasterskich.

 Jak zwykle przy takich rozmowach otrzymujemy porcję ckliwych historyjek o poszukiwaniu, odrzuceniu i niezrozumieniu, na jakie narażeni są homoseksualiści. Nihil novi zatem, ten typ argumentacji jest dość szeroko rozpowszechniony. Szczególną uwagę zwraca jednak fakt, że te słowa wypowiadać ma osoba duchowna. Zatem proces ocieplania wizerunku pederastów i lesbijek ma także swoich adwokatów w Kościele. A to już sprawa bardzo poważna. Pomijanie w rozmowie słowa „grzech”, którym są przecież relacje homoseksualne, niepokój pogłębia. Tolerancja i akceptacja stają się jedynymi wyznacznikami opisującymi wizję stosunków na linii Kościół-homoseksualiści.

 „W Piśmie Świętym chodzi o coś zupełnie innego”

 Te właśnie słowa wypowiada anonimowy rozmówca „Znaku”, kończąc refleksję poświęconą nauce Kościoła o konieczności zachowania czystości w kontekście zachowań homoseksualnych. „Wydaje mi się jednak, że do zasad Pisma podchodzi się dziś arbitralnie – do pewnych zakazów i nakazów wciąż się odwołujemy, do innych już nie. Zawsze trzeba się starać zrozumieć kontekst, w jakim coś było napisane. W Piśmie Świętym nie ma przecież mowy o homoseksualizmie we współczesnym rozumieniu. Naukowe zajmowanie się homoseksualizmem rozpoczęło się dopiero w XIX w., wcześniej niewiele można było powiedzieć chociażby o aspekcie psychologicznym czy biologicznym tego zjawiska. W Piśmie Świętym chodzi więc o coś innego” – mówi „anonimowy duchowny”.

 Rozmówca „Znaku” posuwa się do stwierdzenia, iż „negatywna ocena homoseksualizmu nie ma mocnego uzasadnienia teologicznego”. Nasuwa się więc natychmiast pytanie, czy nie warto by tak mocnych i skłaniających do refleksji opinii wypowiadać z podniesioną przyłbicą? Słowa posiadają konsekwencje. W tym wypadku dotykają one spraw najważniejszych dla katolika, życia w zgodzie z nauką Kościoła.

 Oczywiście można powtarzać, że „najważniejsza jest osobista więź z Bogiem, który nam ufa”, ale czy przytaczane powyżej stanowisko nie neguje roli Kościoła i Magisterium, które – można odnieść takie wrażenie – stanowią dla rozmówcy „Znaku” pewien balast i obciążenie? Duchowny stwierdza, że „nie błądzi ten tylko, kto nie wyrusza w drogę”. Czy jednak naprawdę trzeba zamykać oczy na drogowskazy stawiane przez Kościół i podążać za swoim wyobrażeniem?

 Miłość ci wszystko wybaczy?

 „Jeśli ludzie się kochają, to mają prawo do okazywania swoich uczuć, tak jak osoby heteroseksualne”, mówi rozmówca periodyku. I wszystko jasne, miłość usprawiedliwia wszystko, także „tęczowe parady”, w których duchowny nie dostrzega niczego złego. Dla niego „to wszystko mieści się w nurcie Dobrej Nowiny”. Dlaczego ksiądz nie mówi  tego jawnie, są to słowa, których przyjęcie może prowadzić do akceptacji grzechu i tym samym do narażenia się na wieczne potępienie?! Kapłan, wbrew temu co twierdzi interlokutor „Znaku”, ma pokazywać i prowadzić a nie „iść za stadem”! W świecie tak skomplikowanym ludzie mogą właśnie od kapłanów oczekiwać jasnych wskazówek. Nie ma to nic wspólnego z dyktatem czy protekcjonalnością. Zniuansowana i mętnie podana nauka wprowadza zagubienie. Nie może tu być miejsca na „drogę środka i niepopadanie w skrajności”. Nauka Pana Jezusa Chrystusa jest skrajna! Nie mówi On: dobrze by było, zastanów się, możesz tak – jego słowa są jak ogień. „Nie przesadzaj” - to chyba ulubiony podszept szatana.

 Niestety, czerwcowy numer „Znaku” przynosi kolejną porcję zaskakujących refleksji poświęconych homoseksualizmowi. Można odnieść wrażenie, że przynajmniej świecka część autorów sprawę legalizacji homozwiązków uważa za rozstrzygniętą, oczywiście z pozytywnym dla sodomitów skutkiem. Dlatego numer ten poświęcony jest kwestii wychowywania przez układy jednopłciowe dzieci. To, dzięki Bogu, wywołuje w „Znaku” jeszcze kontrowersje, choć nie wiadomo, jak szybko przestanie. Nie ma się czemu dziwić, skoro miesiąc wcześniej z ust duchownego usłyszeliśmy, że skłonności homoseksualne są  „OK”, trzeba iść dalej. Działania takie można interpretować jako zmiękczanie katolickiej opinii publicznej, tak by nie stawiała się ona – i tak przecież nie dość zdecydowanie -  w opozycji do „tęczowej” ofensywy.

 Z części artykułów emanuje tak charakterystyczna dla katolików otwartych chęć dialogowania i szukania kompromisów. Także tam gdzie o takich mowy być nie może. Nie jest problemem „różne definiowanie dobra dzieci” przez zwolenników i przeciwników homo-adopcji, jak sugeruje Marzena Zdanowska w artykule „Czy połączą nas dzieci?”. Dobro jest obiektywną wartością i nie podlega paradygmatowi kompromisu. Samo zakładanie, że poparcie dla wychowywania przez sodomitów dzieci można uznać za głos w dyskusji, nobilituje to na wskroś sprzeczne z chrześcijaństwem przekonanie. Oczywiście w przestrzeni publicznej istnieją różne opinie i mniej lub bardziej cudaczne koncepcje. Ale czy naprawdę  z każdą z nich trzeba się mierzyć? W jakim celu, jeśli wiara nie dopuszcza w tej materii żadnych kompromisów?

 Psycholog radzi

 Skoro „Znak” uzyskał „błogosławieństwo” osoby duchownej dla homozachowań, przyszedł czas na wsparcie tych opinii przez naukowca. Temu służyć ma wywiad z dr Grzegorzem Iniewiczem, psychologiem, współautorem podręcznika do psychologii LGB, polecanym na różnego rodzaju „tęczowych” forach internetowych.

 Stwierdza on wprost, że „na bazie dokumentów wydawanych przez psychologiczne stowarzyszenia orientacja homoseksualna nie wpływie negatywnie na rozwój dzieci”. Zatem jeśli miałeś Czytelniku zdroworozsądkowe wątpliwości, że dzieci wychowane przez dwie "mamy" lub dwóch "ojców" mogą być przez ten fakt poszkodowane, to już nie masz się czego bać. A co jeśli za rok, dwa ktoś opublikuje inne wyniki badań? Dlaczego istnieje wola dokonywania eksperymentu na dzieciach, tym bardziej iż doświadczenie uczy, że to rodzina (a więc ojciec, matka i ich potomstwo) stanowi naturalne i korzystne środowisko dla wychowania dzieci. Za naukowe gender-szaleństwo zapłacą najmłodsi!

Nie obyło się oczywiście, jak zwykle przy takiej okazji, bez ckliwej opowiastki o „parze gejów, którzy opiekowali się trzema chłopcami”. Zachwyt na panującą tam atmosferą, która „nie była po męsku oschła, ale bardzo ciepła i przyjazna”, musi wywołać zaniepokojenie.

Czemu ma służyć dopuszczanie do głosu w medium – uważającym się za katolickie – tego typu opinii? Zamęt jaki może wywołać prezentacja (i subtelna afirmacja) takich poglądów, redaktorzy „Znaku” biorą na swoje sumienie. Czemu ma służyć to „ocieplanie” wizerunku? A może stawką jest powolne lecz konsekwentne urabianie katolickiej opinii publicznej, na rzecz zaakceptowania przez nią nowej, tym razem homoseksualnej, rewolucji w Kościele?

 Odpowiedzią katolika na tego typu zabiegi PR-owskie powinno być zdecydowane „nie”, nie wynikające z jakiegoś widzimisię, ale podparte jasną i nie pozostawiającą miejsca dla żadnych wątpliwości nauką Magisterium. Zaś najlepszym miejscem na dywagacje anonimowych kapłanów lub psychologów zafascynowanych genderową zarazą jest, jak się wydaje, kosz na śmieci.

Łukasz Karpiel pch24  2013-08-12

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz