środa, 7 sierpnia 2013

Alkohol, okultyzm, depresja. Spowiedź, modlitwa i szczęście. Z Aleksandrem Kłakiem, srebrnym medalistą z Barcelony, o powrocie do Boga.

Stefan Sękowski: Otwieram skrzynkę mejlową i widzę wiadomość ze  świadectwem podpisanym „Aleksander Kłak”. Przypomniały mi się emocje, kiedy wraz z polską reprezentacją piłkarską zdobył Pan srebrny medal na olimpiadzie w Barcelonie…

Aleksander Kłak: To było 21 lat temu. Dostałem od Boga piękną karierę. Grałem w kadrach juniorskich, jeździłem po całym świecie. Byłem bardzo szczęśliwy. Srebro w Barcelonie to był wspaniały moment, okupiony wyrzeczeniami, ciężką pracą.

Dlaczego chciał się Pan z nami podzielić swoimi doświadczeniami?

Ja tego naprawdę nie chciałem! Bóg pokazał mi swoją moc nie dlatego, żebym milczał. Myślę nawet, że milczenie w moim przypadku byłoby grzechem. Niedawno przeczytałem w „Gościu Niedzielnym” prośbę o przysyłanie świadectw. I w uroczystość Zesłania Ducha Świętego przyszła mi myśl, że muszę to zrobić właśnie teraz. Ale nie było to łatwe.

Nie pisze Pan nic o swojej karierze, a to z nią się Pana najbardziej kojarzy.

Dziś niewiele o niej myślę. Skończyłem już karierę, jestem kierowcą autobusu w Antwerpii. Jeszcze rok temu trenowałem bramkarzy w klubie Royal Antwerp, ale przestałem, bo nie było na nic więcej czasu. Miałem piękną karierę, zwłaszcza srebro w Barcelonie. Niestety, wcześniej pojawiło się pomówienie o coś, czego nie zrobiłem, o stosowanie dopingu. Czułem się wówczas bardzo źle. No i po sukcesie w Barcelonie uderzyła mi woda sodowa do głowy i poszedłem w innym kierunku.

To znaczy?

Większe pieniądze, zaszczyty, wywiady, pierwsza, druga, trzecia impreza, grzeszne życie… W świecie profesjonalnego sportu trudno znaleźć Boga. Modlę się o to, żeby było inaczej, ale to jest trudne. Człowiek siedzi w grupie, z której ciężko się wyrwać. Wielu sportowców pije, a gdy ktoś próbuje żyć inaczej, inni go wyśmiewają i wciągają w to. Sport jest ciężki, tam trzeba być egoistą, dążyć do zaspokojenia własnych potrzeb. Czułem się niezniszczalny, to na pewno nie pochodziło od Boga. Nie leczyłem kontuzji – bardzo dużo ryzykowałem, nie szanowałem zdrowia. Szedłem na trening, mecz, mimo że nie było ze mną dobrze.

Kontuzje później odbiły się na Pana karierze.

One ją zrujnowały. Transfery nie dochodziły do skutku, traciłem formę, bo przecież gdy doznawałem kontuzji, wypadałem z rytmu. Bandażowałem kolana, stosowałem środki przeciwbólowe, byle tylko grać i nie wypaść ze składu, bo to oznacza koniec. Gdy w drugiej połowie lat 90. w Belgii podczas meczu złamałem nadgarstek, lekarze wysyłali mnie już na emeryturę. Doktor powiedział, że nie ma już żadnych szans, trzeba wyciąć pół nadgarstka, co oznacza koniec kariery. Po operacji musiałem czekać kilka miesięcy na efekty i wtedy zaproponowano mi „pomoc” w postaci rozwiązań niekonwencjonalnych: hipnozy, bioenergoterapii, przykładania rąk. Nauczyłem się autohipnozy…

Pomogło?

Najdziwniejsze jest to, że to bardzo pomaga! Ale tylko na chwilę. Wróciłem do  grania. Nie zdawałem sobie wtedy sprawy z tego, jakie to może mieć długofalowe skutki, że to wchodzenie w okultyzm. Ludzie się śmieją z księży, którzy przed tym ostrzegają, ale to było otwieranie się na szatana, nawet jeśli nieświadome. To nie musi działać od razu. Następstwem były depresja, hipochondria, nerwica lękowa i hiperwentylacja.

Moje dolegliwości objawiły się mocno podczas wakacji w 2012 roku. Miałem światłowstręt i męty w lewym oku. Myślałem, że to od słońca, bo byliśmy przecież w Hiszpanii. Ale pojawiło się mnóstwo innych niewytłumaczalnych objawów i brak chęci do życia. Myślałem, że umieram na raka albo jakąś inną ciężką chorobę. Kiedy po kolejnych badaniach lekarz stwierdził, że jestem zdrowy, nie wierzyłem. Dzwoniłem do nowych i umawiałem się na kolejne badania. Wydałem mnóstwo pieniędzy na wizyty u lekarzy i różnych terapeutów. Jedyne, co  słyszałem z ich ust, to: „musisz się uspokoić”.

To pewnie nie było łatwe…

Gdy nadchodziło Boże Narodzenie 2012 roku, czułem się jak wrak. Nie pojechałem na święta do rodziny w Polsce, żeby nie psuć atmosfery. 25 grudnia w  Boże Narodzenie wypiłem półtora litra wódki sam. Już wcześniej miałem problem z alkoholem. Nauczyłem się pić jeszcze jako młody chłopak, kariera sportowa tylko to pogłębiła. Podczas wakacji, o których mówiłem, pijany i wściekły jak pies rozpętałem awanturę z pijanymi Anglikami, co o mały włos nie  zakończyło się bójką. Byłem na dnie, ale nie potrafiłem tak dłużej.

 

Pomyślałem o  Bogu. Wcześniej chodziłem do kościoła, ale traktowałem to jako obowiązek – dla świętego spokoju. Był też czas, kiedy chodziłem rzadziej. Tłumaczyłem się tym, że godziny mi nie pasują albo że miałem wyjazdy na mecze. W drugi dzień świąt poszedłem do polskiego kościoła, w którym Mszę odprawiają polscy bracia kapucyni. Postanowiłem, że pójdę do spowiedzi, pierwszy raz od 10 lat. W Belgii, Holandii, Niemczech, gdzie mieszkam od kilkunastu lat, spowiedzi indywidualnej właściwie się nie praktykuje, tylko powszechną. Przez brak spowiedzi straciłem rozeznanie grzechu. Nie jestem teologiem, nie wytłumaczę, dlaczego tak jest, ale wiem, że jej brak jest bardzo niebezpieczny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz