wtorek, 25 czerwca 2013

Kryminalista w łóżku, migotliwość etyki a Harry Potter


Bardzo wiele lat temu spotkała mnie dziwna przygoda. Po powrocie od znajomych, otwierając w nocy drzwi mieszkania zapomniałam się rozejrzeć i siłą wpakował się za mną jakiś potężny facet. Zamknął drzwi i zabrał klucze. Przed kimś wyraźnie uciekał bo zgasił światło i zza firanki obserwował ulicę. Nie mogłam nic zrobić, mieszkałam sama. Mężczyzna wyglądał na kryminalistę. Miał liczne tatuaże. Był bardzo zmęczony. Władował się bezceremonialnie  na mój tapczan i zaproponował seks. Jednak zanim zdołałam wyrazić dezaprobatę zasnął.

         Bezbronny, zwinięty w kłębek, w pozycji embrionalnej, z zaciśniętymi jak małe dziecko pięściami.

Po pewnym czasie widząc, że jest mu zimno przykryłam go kocem i wyszłam z książką do innego pokoju. Nad ranem pod moim domem zatrzymał się radiowóz milicyjny. Zamiast wołać z balkonu ( I piętro) o pomoc,   mimo woli przestraszyłam się, że szukają mego niepożądanego gościa.

Tego dnia byłam umówiona z siostrą i szwagrem na Zalew Zegrzyński na łódkę.



Obudziłam gościa gdy eleganckie śniadanie było już na stole. „Nie byliśmy umówieni, więc nie mogę zaprosić cię na żagle”- powiedziałam. Przyjął to ze zrozumieniem. Podziękował mi za pomoc i zażenowany zwrócił klucze.  Na pożegnanie pocałował mnie niezgrabnie w rękę (byłam gówniarą) i powiedział: „Jakby co - to pamiętaj, wal do mnie jak w dym”.

Oczywiście już nigdy w życiu go nie spotkałam.

Pomimo, że długo myślałam nad tą przygodą ( a nawet już o niej pisałam)  dziś zachowałbym się dokładnie tak samo.

Przede wszystkim mam bardzo silnie wdrukowaną staropolską zasadę: „jeśliś wstąpił w progi moje-  włos ci z głowy spaść nie może” .

Po drugie reprezentuję typową mentalność porozbiorową. Państwo postrzegam jako aparat przemocy i ucisku. Nie udało mi się i obawiam się, że się już nie uda żyć w państwie, które uważałabym za swoje.  Typowa dla zachodnich społeczeństw lojalność wobec państwa wyrażająca się donosem, jest dla mnie nie do wyobrażenia.

Po trzecie – mam wewnętrzny silny opór przed omnipotencją tego państwa i skłonność do załatwiania swoich spraw osobiście. Gdybym miała możliwość - wywaliłabym faceta siłą w chwili,  gdy naruszył moje prawa wpychając się bez zaproszenia do mego domu. Ale wydać go milicji, gdy spał bezbronny?

Pewną rolę odgrywają też zapewne dziecięce lektury. Pamiętam z dzieciństwa opowiadanie Londona  opisujące podobną do mojej przygodę (niestety nie pamiętam tytułu). Do domu zamożnej panny ( to akurat nie ja)  wkrada się jakiś uciekinier. Panna zwodzi go rozmawiając z nim po przyjacielsku tylko po to, żeby przejąć jego broń. Wyobraża już sobie pochlebne artykuły w prasie na swój temat. Ale nie potrafi się zdobyć żeby strzelić do wychodzącego spokojnie człowieka. „To nie jest łatwo strzelić do człowieka panienko”- mówi jej uciekinier na pożegnanie. „A  takimi jak ty wybrukowane jest dno piekła”. To „dno piekła” zapamiętałam sobie chyba na całe życie.

 Jeszcze trudniejszy wybór miałam kilka lat temu. Zaprzyjaźniona para rozwodziła się. Nie byli w związku sakramentalnym. Bardzo mi było przykro bo byli - moim zdaniem- dla siebie stworzeni.  Pani była już w ciąży z kimś innym. Prosiła mnie o dyskrecję i to obiecałam. Pan wezwał mnie do sądu na świadka. O ciąży nic nie wiedział. Chciał natomiast, żebym na podstawie mojej z nim kiedyś wyprawy w Alpy Bawarskie potwierdziła, że jest fajnym facetem, co z entuzjazmem zrobiłam.

Sędzina nie widziała jednak żadnego związku między Alpami a rozwodem. Orzekła rozwód z winy znajomego. Gdyby ciąża została ujawniona,  zapadłby oczywiście rozwód z winy dziewczyny. Mój przyjaciel długo się na mnie gniewał. Ale zrozumiał, że nie mogłam nic zrobić. Nie zgodziłam się również na zerwanie relacji z jedną ze stron. Prze kilka lat uprawiałam więc prawdziwą pocztę węgierską. Jednak po kilku latach, gdy emocje opadły, stosunki się unormowały i  przestali, ku mojej radości,  na siebie warczeć.

 Dlaczego o tym piszę? W naszych postmodernistycznych czasach kultura stała się „migotliwa” ( jak sami teoretycy postmodernizmu twierdzą). Wartości są nieokreślone, zasady relatywne, przyjaźnie nietrwałe. Nie ma nic pewnego- nie ma nic naprawdę zobowiązującego. Wallenrodyzm przestał być dramatem jednostki. Sojusze, partie, znajomości dobiera się jak rękawiczki w butiku. Zdanie zmienia się z piątku na niedzielę. Jak w takich czasach można kultywować lojalność?

Literatura też ma w tym swój udział. Podstawową cechą Harry Pottera,  dla której ta książka jest dla mnie obrzydliwa jest zawarte w niej implicite przesłanie, że nie warto się do niczego przywiązywać, bo nie da się określić „dobrej strony mocy”. Ktoś dobry okazuje się w pewnej chwili najgorszy z najgorszych, ale potem znów dobry.

To nie okultystyczne wtajemniczenia Harry Pottera, przed którymi przestrzega nawet Episkopat, są moim zdaniem groźne dla dzieci, lecz właśnie ta postmodernistyczna migotliwość. Zdrada przestała być problemem i dramatem jednostki, wszystko sprowadza się do płynnych, zmiennych układów.

 Amerykańscy etolodzy przeprowadzili kiedyś pouczające doświadczenie. Podawano psu miskę pokazując mu trójkąt i karcono- pokazując mu koło. Pies doskonale funkcjonował.

Potem trójkąt zaczął się zaokrąglać. Pies oszalał i wkrótce zdechł.


Iza Brodacka


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz