wtorek, 5 marca 2013

WOJNA z reżimem Łukaszenki

Spróbujmy spojrzeć na sprawę sine ira et studio. Banałem jest twierdzenie, że Polska Rzeczpospolita Ludowa nie była państwem suwerennym i dlatego jej polityka zagraniczna nie reprezentowała polskiego interesu narodowego. Analiza rozlicznych faktów dowo­dzi, że polityka zagraniczna niepodległej de nomine tzw. Polski po­sierpniowej również nie wyraża polskiej racji stanu, albowiem jest wypadkową oddziaływania różnych nieprzyjaznych zgoła Polsce sił zewnętrznych.

Jednym z wielu ewidentnych tego dowodów jest poli­tyka wschodnia III RP: z jednej strony fraternizowanie się za wszelką cenę z Kijowem i Wilnem, z drugiej - antagonizowanie stosunków z Mińskiem, wobec którego polityka wszystkich bodaj rządów posierp­niowych przynosi najwyższą szkodę nie tylko żywotnym interesom Polski, ale jest przede wszystkim zgubna dla losów polskiej mniejszo­ści na Białorusi.

Co najmniej zdumiewać musi fakt, że w sytuacji, w której wszyst­kie orientacje polityczne skaczą sobie do oczu, doszło do powstania czegoś w rodzaju frontu jedności narodu i wypowiedzenia propagan­dowej wojny "reżimowi Łukaszenki", który stał się dla wielu naszych polityków synonimem nieomal kopii stalinizmu. Jedności narodu­ to może powiedziane zbyt wiele, albowiem to nie naród kompromitu­je się na scenie międzynarodowej, szczując na Mińsk Brukselę, tylko nasz polityczny establishment, który nie jest zdolny do przewidzenia skutków swojej równie szkodliwej co i wręcz obłędnej polityki wobec Białorusi. Jak widać, kariera "pożytecznego idioty" nęci wciąż bardzo wielu, których byłoby można posądzać o więcej oleju w głowie.

Cała ironia losu polega na tym, że napuszczana przez Warszawę na Mińsk Bruksela wcale się nie kwapi piętnować "reżimu Łukaszen­ki" jakby wyczuwając, że jest to najwyraźniej sprawa dęta. Z drugiej strony wskutek wojowania Warszawy z Mińskiem najwięcej traci na tym większość mniejszości polskiej, przed którą Warszawa zatrzasnę­ła drzwi do tej wyidealizowanej Polski. Jak napisał internauta, jest to hańba! Ta wyidealizowana przez białoruskich Polaków Macierz stała się wyrodną macochą. Na placu boju pozostaje coraz bardziej osa­motniony establishment polityczny III RP wraz ze stworzoną przez siebie piątą kolumną.





***



Z okazji do kompromitacji skorzystały, czemu skądinąd dziwić się nie należy, gotowe zawsze do szkodzenia Polsce tzw. mainstreamowe mass media. Zaskakiwać w najwyższym stopniu musi jednak fakt, że w sukurs mediom polskojęzycznym pośpieszyły - co już pojąć do­prawdy nie sposób - media katolickie, którym nie po raz pierwszy zdarzyło się zagubić busolę polityczną.

Wiele światła na rolę władz III RP w wywoływaniu wrogości do władz Białorusi rzuciło w końcu 2005 roku, a więc już po rozłamie w ZPB, podanie się do dymisji ambasadora Tadeusza Pawlaka, któ­remu według doniesień "prasy polskiej", zarzucono, że "koncentruje się na oficjalnych kontaktach z władzami i reżimowymi organizacja­mi, lekceważąc opozycję oraz niezależne organizacje społeczne". "Ci, co mi zarzucają zbytnie kontakty z władzami, nie rozumieją po prostu specyfiki pracy dyplomaty" - powiedział ambasador Pawlak, które­mu tych jego relacji z władzami szczerze zazdrościli, nota bene, am­basadorzy krajów unijnych! Zgodnie z wytycznymi MSZ ambasador polski w Mińsku winien był natomiast koncentrować się na kontak­tach z antyrządową, nacjonalistyczną i antypolską opozycją, z którą kolaboruje finansowana przez władze III RP grupa Andżeliki Bo­rys. Mówiąc prościej, zadaniem dyplomacji polskiej na Białorusi jest zwalczanie jej legalnych władz w niepolskim, ma się rozumieć, inte­resie. Czy to jest dla wszystkich dostatecznie zrozumiałe?

Oficjalnie ambasador Pawlak uzasadnił podanie się do dymisji wściekłym atakiem na jego osobę ze strony opłacanego przez MSZ a wydalonego wcześniej z Mińska przez władze białoruskie Marka Bućki. Pracując w tamtejszej ambasadzie RP tak gorliwie przykładał się do realizacji wytycznych centrali w Warszawie, że dosłużył się sta­tusu "persona non grata". Po powrocie z Mińska "dyplomata" Bućko kontynuuje za pieniądze nas wszystkich wojnę z "reżimem Łukaszen­ki" na łamach finansowanego przez MSZ portalu Kresy24. Najnow­szym jego wyczynem jest szerzenie wieści, że "Białoruś coraz szybciej przekształca się w wielkie więzienie dla swoich obywateli. Władze w Mińsku wprowadziły właśnie dwie nowe kategorie osób, które będą miały zakaz opuszczania kraju". Dopóki zakaz ten nie obejmie szka­lującej władze białoruskie Andżeliki Borys, dopóty do tego rodzaju rewelacji różnych Bućków podchodzić należy cum grano salis, czyli co najmniej z nieufnością.

W ramach swoich ministerialnych obowiązków "dyplomata" Buć­ko trudni się też sponsorowaniem jadowicie antybiałoruskiego filmu. pt. "My tutejsi. Białoruskie granice". Twórczynią tego załganego ob­razu jest Małgorzata Bucka. Cały jej cynizm polega na tym, że ten nakręcony w 1996 roku film sugeruje, jakoby przez tych lat piętna­ście nic się na Białorusi nie zmieniło. Na takiej oto podstawie fakto­graficznej próbuje się robić widzom wodę z mózgu, nie zdając sobie sprawy z tego, że jest to wyraz pogardy oraz traktowania tychże wi­dzów jak ostatnich głupców.

Tak oto władze III RP rozumieją ducha podpisanego z rządem Białorusi traktatu o dobrym sąsiedztwie. Dziwić się ambasadorowi Pawlakowi, że jako diplomate de carriere nie widział siebie w towa­rzystwie dywersantów kreujących polską politykę wschodnią?

Istotnym elementem polityki wschodniej przynajmniej na "od­cinku białoruskim" jest nie tylko antynarodowa, ale ze swej isto­ty antyhumanitarna praktyka dzielenia Polaków według kryteriów ideologicznych i politycznych. Winnych tego odrażającego procede­ru należałoby wcześniej czy później pociągnąć do odpowiedzialno­ści przed krajowym Trybunałem Stanu, a może i przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka, których to praw łamanie wcale nie po­lega na zakazie mordowania dzieci poczętych i wywieszaniu Krzyża w miejscach publicznych.

Mówiąc prościej "dobrzy", według Warszawy, Polacy popiera­ją antyrządową grupę Andżeliki Borys, która rewanżuje się im za to Kartą Polaka i wizami do Polski, natomiast optujący za legalną struk­turą związkową "źli" Polacy nie mają prawa przekroczenia zachod­niej granicy Białorusi. Zgodnie z taką "polityką" wizową wycieczka dzieci polskich z Białorusi do Ojczyzny może przekroczyć granicę bez przeszkód, a jej opiekun dowiaduje się od funkcjonariusza Stra­ży Granicznej, że jego wjazd i pobyt jest niepożądany "ze względu na zagrożenie dla obronności lub bezpieczeństwa państwa albo bezpie­czeństwa i porządku publicznego albo mógłby naruszyć interes Rze­czypospolitej Polskiej".

Kto tu jest normalny, a komu przysługiwałoby leczenie psychia­tryczne? I jakiej to Polsce zagrażają białoruscy Polacy, którzy nie widzą siebie w roli pogromców "reżimu Łukaszenki"? Jeśli Rzeczpo­spolita Polska obawia się Sybiraków, AK-owców i nauczycieli szkó­łek polonijnych, to jaka to jest Polska i czy w ogóle jest to jeszcze Polska?

Wykoncypowane jeszcze przez rząd SLD "czarne listy" przetrwa­ły rząd PiS-u i znalazły najszersze możliwie zastosowanie w polityce rządu PO. Reprezentujący ten rząd minister Radosław Sikorski nie ograniczył się do Białorusi, uciekając się do haniebnego procederu dzielenia Polonii na drugiej półkuli, od Kanady przez USA do Ame­ryki Łacińskiej od Meksyku po Argentynę. Wszędzie tam obowiązuje dyrektywa nakazująca ambasadom oraz konsulatom III RP zerwanie relacji ze stanowiącymi większość "złymi" Polakami i hołubienie elementów o charakterze agenturalnym. Celem tej, pożal się Boże, polityki Warszawy jest dezintegracja, podobnie jak dzieje się to na Białorusi, wysoce patriotycznych środowisk polonijnych, które po­dejmują, jak Unia Stowarzyszeń i Organizacji Polskich Ameryki Ła­cińskiej (USOPAL) z jej twórcą Janem Kobylańskim, działania rzecz jedności żywiołu polskiego na obczyźnie. O tym, że jest to polityka antynarodowa i antypolska, przekonywać się chyba nie musimy.



***



Trudno ukryć, że toczona pod fałszywym sztandarem obrony praw polskiej mniejszości wojna z "reżimem Łukaszenki" wypełnia znamiona otwartej i jawnej ingerencji w wewnętrzne sprawy nie­podległego i suwerennego państwa białoruskiego. Łatwo natomiast dowieść, że nikt nie jest w stanie bardziej zaszkodzić polskiej mniej­szości na Białorusi niż polscy politycy wszystkich orientacji oraz, co bodaj najbardziej zawstydzające, poniektórzy i ulegający presji kłam­liwych mass mediów ludzie nauki i tzw. autorytety moralne. Wszyst­ko to w sumie dowodzi tylko katastrofalnej degrengolady polskiego świata polityki i kultury oraz całkowitego zatracenia poczucia intere­su narodowego.

Na prawach smutnej anegdoty przytoczyć warto fakt, że w uzna­niu dla zasług w dziele kultywowania polskości, "Wspólnota Polska" obdarowała kilka lat temu władze oddziału Związku Polaków na Bia­łorusi w Słonimiu... czajnikiem!!! Wartość prezentu nie stoi w żadnej proporcji do tysięcy dolarów transferowanych przez tę "Wspólnotę Polską" i inne agendy rządowe na konta rozłamowego Związku Pola­ków na Białorusi i jej szefowej, której status materialny zdradza zna­miona rzadkiego jeszcze na Białorusi luksusu. I za to płaci ogłupiany przez cyniczną propagandę medialną podatnik polski!

O tym, że szefowa antyrządowych rebeliantów na Białorusi pełni rolę porte parole polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych,

świadczy opublikowany przez to ministerstwo "Raport o sytuacji Po­lonii i Polaków za granicą 2009". Część dotycząca mniejszości polskiej na Białorusi i firmowana przez Ambasadę RP w Mińsku wyszła spod pióra samego "Prezesa Związku Polaków na Białorusi, mgr Andże­liki Borys"! Lektura tego zgoła kuriozalnego dokumentu, w którym prawie ani słowa o legalnym Związku Polaków na Białorusi, skłania do postawienia pytania, kto od kogo ściągał: Borys od załganych me­diów polskojęzycznych czy media od równie kłamliwej Borys?

I pod tym ma odwagę podpisać się plenu titulo minister spraw za­granicznych Radosław Sikorski.



***



Światełkiem w tym tunelu bezdennej głupoty politycznej są przy­kłady wysoce korzystnej obustronnie współpracy Puław z Nieświeżem i Powiatu Tarnowskiego z Rejonem Nieświeskim. Są to ewidentne dowody karygodnie zaprzepaszczanych możliwości, jakie mogłaby przynieść dobrosąsiedzka współpraca w skali kraju, gdyby władze III RP odważyły się na wypowiedzenie wasalnego posłuszeństwa mo­codawcom zagranicznym i zadbały wzorem prezydenta Aleksandra Łukaszenki o interes narodowy, rezygnując z możliwie najgorzej po­jętej misji demokratyzacji Białorusi, której poczęta pod "okrągłym stołem" demokracja na modłę polską po prostu nie odpowiada. Na piramidalną hipokryzję zakrawa zarzucanie "reżimowi Łukaszenki" tłamszenie wolności słowa w państwie zwanym III RP, gdzie pleni się maskująca cenzurę poprawność polityczna i gdzie w rolę dawne­go Biura Prasy KC PZRP weszła redakcja niepolskiej zgoła gazety dla Polaków.

Parafrazując klasyka gatunku, Adama Michnika, należałoby za­wołać: odpieprzcie się od Łukaszenki!!! Mieliście jedyną w swoim ro­dzaju okazję wycofania się z kabały, w którą wpakowaliście się tak bezmyślnie. Wystarczyło przeproszenie prezydenta Republiki Biało­ruś za popełnione wobec niego szelmostwa i wystosowanie oficjalnego zaproszenia na uroczystości grunwaldzkie 2010. W polityce nie takie zdarzały się już wolty. A trzeba też i wiedzieć, że w odniesieniu sześć wieków temu wiktorii Rzeczypospolitej nad teutońskim krzyżactwem pod Grunwaldem miały walny udział również pułki białoruskie.

Czy nasi politycy i politykierzy są w ogóle zdolni zdać sobie spra­wę ze skali profitów nie tylko politycznych, jakie mogłyby wyniknąć z faktu zaproszenia na pola Grunwaldu prezydenta Republiki Biało­ruś Aleksandra Łukaszenki?



Lech Z. Niekrasz

Źródło: http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=8325&Itemid=100

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz