piątek, 16 listopada 2012

O'błędna droga


Nikt nie spodziewał się, że ta droga potoczy się w taki właśnie sposób. Oddaję do państwa dyspozycji wywiad z Jamalem, byłym moderatorem serwisu nwo.com.pl...


 JEŚLI CHCESZ POWIĘKSZYĆ WCIŚNIJ: Ctrl i +







tutaj można pobrać stronę 1:


tutaj można pobrać stronę 2:


Źródło: Gosc.pl


Hrothgar86 | 2012-11-16 11:21:30

0
Trzeba przyznać, że jest to odważny i szczery wywiad. Słyszałem wiele takich historii, ale nie przypuszczałem, że przytrafiła się właśnie Jamalowi. Czy mógłbyś nam powiedzieć od siebie, jak to wpłynęło na Twoją pracę na forum?

Jamal | 2012-11-16 13:13:02

0
Nie jestem już moderatorem, bo i jaki ze mnie moderator, jak mnie prawie nie ma?!

Przestałem zaglądać na forum, ponieważ poszedłem na studia magisterskie. Dopóki mi się chce to trzeba coś robić. Studiuję na kierunku Dziennikarstwo i Komunikacja Społeczna na wydziale Nauk Społecznych na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Czasem zaglądam do was, jednak uważam, że pewne sprawy zabrnęły za daleko, by o nich tylko pisać. Zamierzam dopracować warsztat i zrealizować kilka marzeń, planów.

Zbyt długo, by tutaj opowiadać.



Pederasta


Istnieje grupka internautów, która stale zadaje pytania dotyczące niektórych sformułowań używanych na portalu [chodzi o pch24.pl - admin] i części podejmowanych przez nas tematów. Chodzi głównie o pederastię, czyli homoseksualizm.
Najczęstszą pośród wątpliwości, które się pojawiają, jest zasadność używania słowa pederasta. Piewcy tolerancji i poszanowania inności (które zwykle polega na szanowaniu dewiacji i wyśmiewaniu normalności) powołują się na hasło z Wikipedii, mówiące o tym, iż pederastia polega na związkach erotycznych lub kontaktach seksualnych mężczyzn lub młodzieńców z młodzieńcami lub chłopcami, a w związku z tym słowo to powinno być stosowane wyłącznie do związków mężczyzn z mężczyznami młodszymi. Często też mówi się o utożsamianiu pederastii z pedofilią. To bzdury.

Używamy słowa pederasta określając każdy związek homoseksualny, gdyż takie jest prawidłowe jego znaczenie. Według słownika wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych Władysława Kopalińskiego, pederasta to homoseksualista, homoerota; mężczyzna uprawiający pederastię, stosunki płciowe z mężczyznami. Jeśli szukamy samego słowa pederastia – słownik odsyła nas do hasła… homoseksualizm. Lewicowych propagandystów pragnę również uprzedzić – drugim słowem do którego odsyła Kopaliński jest sodomia.
Taki stan rzeczy potwierdza również Słownik Języka Polskiego PWN. Pederastię autorzy tej publikacji definiują jako utrzymywanie stosunków płciowych między mężczyznami. Tak samo definiuje to hasło „Słownik Encyklopedyczny Miłość i Seks” autorstwa Lwa Starowicza.
Rację przyznaje nam też wymiar sprawiedliwości. Przypomnijmy, że w roku 2006 Sąd Okręgowy w Gdańsku oddalił złożony w trybie wyborczym pozew w sprawie rzekomego znieważenia przez użycie słowa “pederasta”. Sąd uzasadnił oddalenie pozwu znaczeniem słowa “pederasta”, przyznając, że oznacza ono po prostu męskiego homoseksualistę. Dodajmy, że sądy w Polsce skazują np. za użycie względem kogoś słów takich jak np. „wstrętny pederasta”, co jest już uznawane za obraźliwe.
Powoływanie się na hasło z Wikipedii, co najczęściej robią osoby zarzucające nam mylenie pedofilii z homoseksualizmem (a przez to rzekome obrażanie ludzi), jest dramatycznym błędem. Dość powiedzieć, że hasło „pederastia” – jak każde inne – mogło zostać na potrzeby tej internetowej „encyklopedii” przygotowane przez osoby, którym zależy, by słowa tego nie używać.
Przyglądając się bliżej tej internetowej skarbnicy wiedzy, należy zauważyć np. fakt nieistnienia w niej hasła homoseksualista! Po wpisaniu tego słowa w Wiki-wyszukiwarkę, jesteśmy automatycznie przenoszeni do hasła gej. Co więcej, w haśle tym autorzy strony wyjaśnili, iż inne określenie – homoseksualista – spotyka się z krytyką i bywa uznawane za obraźliwe, gdyż posiada wydźwięk kliniczny i jest szczególnie używane przez środowiska antygejowskie. Doprawdy trudno o większy absurd. Lewicowy Wikipedysta twierdzi również, że mniej obraźliwe jest stosowanie np. sformułowania osoba homoseksualna. Jako, że w Wikipedii muszą znajdować się przypisy, wśród tych w haśle „gej” podano takie źródła jak strona lewica.pl czy słownik „Grupy Edukatorów Seksualnych”.
Na stronach internetowej „encyklopedii” pojawia się jeszcze jedna ciekawostka – hasło mężczyźni mający kontakty seksualne z mężczyznami. Ta część dewiantów doczekała się już swojego skrótu – MSM. Według autora hasła grupa obejmuje zarówno homo- jak i biseksualistów oraz mężczyzn trudniących się prostytucją homoseksualną. Czy wkrótce homolobby zacznie żądać, byśmy – pisząc o pederastach – używali tylko tego skrótu? Skoro obraża ich już nawet nazywanie homoseksualistami?
O Wikipedii i nieścisłościach w jej hasłach napisano już bardzo wiele. Zwracam jednak Państwa uwagę na wielkie przechylenie ideologiczne tego serwisu w tekstach dotyczących spraw związanych z dewiacjami. I przy tym słowie również śpieszę się gorliwym komentatorom wytłumaczyć . Dewiacja to silne odchylenie od normy w zachowaniu, postępowaniu lub myśleniu (znów słownik PWN), więc nazywanie homoseksualisty dewiantem jest jak najbardziej uzasadnione. Wszak chyba nikt nie zaprzeczy, że homoseksualizm normą nie jest.
Krystian Kratiuk
http://www.pch24.pl
Gajowy chętnie używa również innych synonimów: pedryle, homosie, zbuki, pedały, pedzie, cioty itd.

Za: http://marucha.wordpress.com

czwartek, 15 listopada 2012

Rosja hamuje homopropagandę

Zakaz propagandy homoseksualizmu wśród osób małoletnich jest zgodny z prawem – uznał Sąd Najwyższy Federacji Rosyjskiej.

Odniósł się w ten sposób do decyzji władz Sankt Petersburga, gdzie od 30 marca br. obowiązują przepisy zabraniające propagowania homoseksualizmu i pedofilii wśród dzieci i młodzieży. Zaskarżyli je aktywiści gejowscy. Wyrok Sądu Najwyższego jest ostatecznym potwierdzeniem wyroku sądu pierwszej instancji.
Projekt ustawy o odpowiedzialności administracyjnej za propagandę homoseksualizmu na terytorium Federacji Rosyjskiej złożyli deputowani do Dumy Państwowej z obwodu nowosybirskiego. Nastąpiło to po wyrażeniu dezaprobaty dla propagandy homoseksualnej przez patriarchat moskiewski. Tym razem z inicjatywą w tej sprawie wystąpili politycy.

Projekt nowelizacji prawa przewidywał karę do 5 tys. rubli za propagowanie homoseksualizmu, przy czym jeśli zajmowaliby się tym urzędnicy na wysokich stanowiskach, kary miałyby wzrosnąć dziesięciokrotnie, a dla organizacji posiadających osobowość prawną – aż stukrotnie. Według wnioskodawców, projekt nie łamie konstytucyjnego prawa wolności osoby.
Deputowani z Nowosybirska uznali, że homoseksualizm w Rosji propagują z dużym rozmachem niektóre media i różne organizacje społeczne, które reklamują takie praktyki jako normę zachowania. Jak stwierdzili, jest to bardzo niebezpieczne szczególnie dla dzieci i osób w wieku dorastania, ponieważ nie są one w stanie krytycznie ocenić tego rodzaju przekazów propagandowych.
Akty prawne zwalczające propagandę homoseksualizmu obowiązują już – poza Sankt Petersburgiem – także w obwodach archangielskim, riazańskim i kostromskim.

Łukasz Sianożęcki

Wierzyć się nie chce, że “Nasz Dziennik” napisał coś pozytywnego o Rosji…  - admin.

Za: http://marucha.wordpress.com

środa, 14 listopada 2012

Wiktoria politycznie niepoprawna


Kiedy Polacy nie mogą zdobyć się na nakręcenie choćby jednego filmu propagującego nasze dziejowe dokonania, inne narody prowadzą w najlepsze własną politykę historyczną za pomocą kinematografii. Dobrze więc, że przynajmniej włoski reżyser w swoim najnowszym obrazie o bitwie wiedeńskiej przypomina jedną z najpiękniejszych kart polskiego oręża.


Przed trzema laty Brytyjska Partia Narodowa, występująca w obronie miejsc pracy zabieranych 
ponoć Anglikom przez między innymi polskich imigrantów, posłużyła się chwytliwym hasłem „Bitwa o Anglię”, jednak strzeliła sobie w stopę, 
.umieszczając na plakacie swej kampanii zdjęcie symbolizującego najsłynniejszą bitwę powietrzną II wojny światowej myśliwskiego Spitfire’a, który – jak się okazało – należał do polskiego asa z legendarnego dywizjonu 303! Kiedy ktoś wytknął to zaskoczonym angielskim nacjonalistom, okazało się, że po prostu nie mieli oni pojęcia, że brytyjskiego nieba przed hitlerowską Luftwaffe bronili w roku 1940 jacyś Polacy, a biało‑czerwona szachownica na burtach samolotu jakoś z niczym im się nie skojarzyła. Nic zresztą dziwnego, że nie mieli pojęcia, bo powszechna wiedza historyczna budowana jest współcześnie przez popkulturę.
Inni potrafią, a my?
Wiedzą o tym doskonale Czesi, którzy nakręcili świetny obraz o swoich wspaniałych, choć znacznie mniej licznych od Polaków lotnikach służących podczas Bitwy o Anglię w dywizjonach RAF. Kiedy wbity w fotel podziwiałem brawurowo nakręcone przez twórców Ciemnoniebieskiego świata sceny podniebnych walk, zastanawiałem się, dlaczego w naszym kraju przez tyle lat nie powstał film gloryfikujący udział w zmaganiach na brytyjskim niebie naszych pilotów, którzy przecież stanowili drugą po samych Anglikach (a gdyby wziąć pod uwagę skuteczność w walce – bezsprzecznie pierwszą) nację broniącą Albionu?
Wpływ, jaki na polski przemysł filmowy wywierają intelektualni bandyci, wmawiający Polakom, że są narodem patologicznie zanurzonym we własnej historii, tłumaczy ten fakt tylko częściowo. Jak bowiem można było zlekceważyć tak doskonałe z punktu widzenia PR całego polskiego narodu okazje, jakimi były sześćdziesiąta i siedemdziesiąta rocznica Bitwy o Anglię i nie uczynić nic, co przypominałoby światu o naszym w niej udziale? Dopiero w tym roku rozeszła się wieść, że reżyser i aktor Jerzy Skolimowski pisze scenariusz filmu poświęconego Dywizjonowi 303…
Wspomniany Jerzy Skolimowski wziął również udział w innym filmie, upamiętniającym udział Polaków w nie mniej ważnym wydarzeniu historycznym, którym warto pochwalić się przed Europą i światem. Już za rok będziemy obchodzić 330. rocznicę wiedeńskiej wiktorii Jana III Sobieskiego. Co prawda i tym razem nasza kinematografia nie była w stanie wygenerować samodzielnie dzieła odpowiedniej rangi (a tyle mówiło się o Melu Gibsonie w ekranizacji Victorii autorstwa Cezarego Harasimowicza…), wzięła jednak udział w międzynarodowej produkcji stworzonej pod przewodnictwem Włochów, której efekt w październiku bieżącego roku wejdzie na ekrany kin.
Reżyser nie kryje poglądów
Reżyser Bitwy pod Wiedniem Renzo Martinelli – nieznany dotychczas szerszej widowni w Polsce – należy do tych twórców filmowych, którzy lubią łączyć fotel reżyserski z biurkiem scenarzysty. Tak jest i tym razem – mamy więc pewność, że autor w pełni identyfikuje się z opowiadaną historią. Nie jest mu też obca, o czym świadczy choćby jego poprzedni film o cesarzu Fryderyku I Barbarossie (Klątwa przepowiedni), tematyka historyczna, choć traktuje ją po swojemu, wplatając liczne wątki nadprzyrodzone czy zgoła fantastyczne.
Tym, co wyróżnia jednak prawie wszystkie filmy Martinellego to publicystyczne, konserwatywne przesłanie. Tak było zarówno w przypadku dramatu Porzus opowiadającego o masakrze dokonanej przez partyzantów z komunistycznej Brygady Garibaldiego na katolickich żołnierzach Resistenza Italiana, jak i Placu pięciu księżyców demaskującego Czerwone Brygady oraz Szlachetnego kamienia, w którym reżyser podjął temat terroryzmu islamskiego (po jego premierze musiał ponoć korzystać z osobistej ochrony w obawie przed zamachem). Nie dziwi więc, że jego najnowszy film w oryginale nosi tytuł September Eleven 1683 w oczywistym nawiązaniu do słynnych zamachów z 11 września 2001, będących – zwłaszcza dla Amerykanów – symbolem starcia między Zachodem a światem islamu.
Z katolickiej perspektywy
Wydarzenia przedstawione w Bitwie pod Wiedniem odbiegają nieco od historii, jaką znamy. To właściwie nawet lepiej – mamy bowiem okazję porównać naszą – polonocentryczną (i bardzo dobrze, zresztą) wizję – z nieco inną perspektywą. Tym bardziej, że jest to perspektywa jak najbardziej katolicka.
Otrzymujemy więc nie tyle klasyczny film kostiumowy czy fabularyzowany paradokument, ale barwną, nieco fantastyczną opowieść, umieszczoną w siedemnastowiecznej Europie oglądanej ze specyficznego, bo włoskiego punktu widzenia, z silnym akcentami publicystycznym i, co tu ukrywać, niezbyt poprawnym politycznie przesłaniem.
Poznajemy oto historię bł. Marka z Aviano, kapucyńskiego zakonnika, wspaniałego kaznodziei, dokonującego cudownych uzdrowień, który miał w dzieciństwie zetknąć się z innym ważnym uczestnikiem wydarzeń roku 1683, przyszłym wielkim wezyrem Kara Mustafą, który przypadkiem (jak się okazuje, nie ma przypadków!) uratował mu życie. Tak związał się los tych dwóch ludzi, którzy spotkali się ponownie jeszcze tylko raz w życiu – pod Wiedniem.
Wcześniej jednak przeżywający rozmaite wizje i natchnienia ojciec Marek, grany w filmie przez Fahrida Murraya Abrahama (warto odnotować, że jego rodzice byli syryjskimi chrześcijanami), znanego choćby z genialnej roli Salieriego w Amadeuszu Formana, dowiaduje się o przygotowaniach sułtana Mehmeda IV do wielkiej wojny przeciw chrześcijaństwu. Udaje się do Wiednia, na dwór cesarza Leopolda (w tej roli Piotr Adamczyk), aby go nakłonić do ożywienia ducha Lepanto i zawiązania antytureckiej Ligi Świętej z Polską, Wenecją i mniejszymi państwami niemieckimi. Cesarz nie chce słyszeć o sojuszu, nie wierzy bowiem, że Porta Otomańska złamie pokój, nazywa przy tym profrancuskiego króla polskiego Jana III barbarzyńcą z krucyfiksem. Film nie wystawia zresztą Leopoldowi laurki: kiedy przychodzi wreszcie godzina próby i Turcy ruszają na Austrię, ucieka on z zagrożonego oblężeniem Wiednia, a konie jego karety niemal tratują ludzi idących w przebłagalnej procesji ulicami miasta. Nie zawodzi natomiast Sobieski (Jerzy Skolimowski), który – jak wiemy – przybywa z odsieczą i objąwszy dowództwo nad siłami sprzymierzonych, rozbija w pył wojska Kara Mustafy (Enrico Lo Verso), samodzielnie prowadząc szarżę swych skrzydlatych rycerzy.
Choć większość scen bitewnych rozgrywa się bez udziału Polaków, ta ostatnia szarża z pewnością usatysfakcjonuje polskiego widza. Nie pozostawia bowiem wątpliwości, kto rozstrzygnął bitwę na korzyść strony chrześcijańskiej. Autorzy filmu nie ukrywają zresztą, że zwracają się do odbiorcy polskiego, przez nawet niezbyt zawoalowane odwołania do współczesnej Polski, takie jak choćby obraz Czarnej Madonny i współczesne polskie godło na sztandarze czy Marek z Aviano przemawiający do wojsk chrześcijańskich – Polaków, Niemców i innych nacji – z krucyfiksem Jana Pawła II. Nie bez znaczenia jest również udział licznych polskich aktorów: oprócz Skolimowskiego i Adamczyka, w filmie występują: Alicja Bachleda‑Curuś (księżna Eleonora Lotaryńska), Daniel Olbrychski (generał Kątski), Borys Szyc (hetman Sieniawski) i Wojciech Mecwaldowski (Franciszek Kulczycki).
Islam zdemaskowany
Przekaz obrazu jest jasny: islam zawsze chciał zniszczyć naszą cywilizację i zdobyć całą Europę. Taki był jego cel w XVII wieku, taki jest również teraz. Europejczycy różnych nacji tylko wówczas będą mogli mu się przeciwstawić, jeśli zjednoczeni powrócą do swoich korzeni, ożywią w sobie wiarę i żyć będą w zgodzie z tradycją. Jeśli odnajdą na nowo swą chrześcijańską tożsamość. Martinelli propaguje zresztą tolerancyjną postawę w stosunku do samych innowierców – główny bohater chętnie rozmawia z muzułmanami, a nawet broni jednego z nich przed linczem ze strony chrześcijańskich sąsiadów – nie pozostawia jednak żadnych wątpliwości co do swego prawdziwego zdania na temat ich religii. Tylko jedna prawda jest prawdziwa – mówi kapucyn z Aviano.
W bardzo ciekawy sposób – ustami Kara Mustafy – komentowana jest też polityka króla Francji Ludwika XIV, który tradycyjnie już sprzyja ekspansji Turków, licząc na zniszczenie przez nich potęgi znienawidzonych Habsburgów. Kara Mustafa śmieje się z Ludwika, wyznając szczerze, że kiedy padnie Wiedeń, jego wojska pod sztandarem Mahometa pójdą nie tylko na Rzym, ale również na Paryż. Czyż nie jest to ostrzeżenie dla środowisk laickich współczesnej Europy, które w ślepej nienawiści do chrześcijaństwa nie cofną się nawet przed próbą rozprawienia się z nim rękami muzułmanów, niepomne, iż same staną się następnym celem?


wtorek, 13 listopada 2012

Matka Boża lubi prawych wojowników


Otwierające bieżący tydzień święto Matki Bożej Różańcowej – ustanowione, jak wszyscy doskonale pamiętamy na pamiątkę zwycięskiej bitwy pod Lepanto – skłania do zastanowienia, dlaczego nasza Pani wspiera tylko niektóre z naszych militarnych poczynań, a inne już nie, choćby nawet zdawały się nosić znamiona słusznej sprawy.



Już dziewięć wieków temu św. Bernard z Clairvaux zauważył, że nigdy nie słyszano, aby Najświętsza Panna Maryja opuściła tego, kto się do Niej ucieka, Jej pomocy przyzywa, Ją o przyczynę prosi. Historia Kościoła w pełni potwierdza tę obserwację Doktora Miodopłynnego, i to z dodatkową, można powiedzieć, klauzulą, że Matka Boża najbardziej upodobała sobie ludzi mężnych.

Niejednokrotnie wspomagała Najświętsza Hetmanka wojska katolickie przeciwko wrogom prawdziwej wiary – ale nigdy samo męstwo nie wystarczało do uzyskania Jej pomocy. Bo cóż po męstwie, jeśli brakuje mu prawości? Boleśnie przekonali się o tym zakonni rycerze domu niemieckiego na grunwaldzkim polu AD 1410 – choć w miano swe wpisali imię Najświętszej Pani, ta odwróciła od nich łaskawe spojrzenie, bo wiedzeni ciasnym nacjonalizmem i zwykłą przyziemną chciwością, epatując krzyżem na płaszczach wyrzucili go ze swych serc, zdradzili własną misję i sprzeniewierzyli chrześcijańskie zasady średniowiecza.
Nie wystarczy nosić wizerunków Maryi na sztandarach – trzeba jeszcze żyć zgodnie z Jej wezwaniem z Kany Galilejskiej: Czyńcie wszystko, cokolwiek [mój Syn] wam powie (J 2, 5). Dlatego nie uzyskali Jej wsparcia konfederaci barscy – nie byli wszak rycerzami bez skazy.
A czy byli nimi zwycięzcy spod Lepanto? Owszem – takimi właśnie jawią się dwaj główni architekci tej wspaniałej wiktorii: dwudziestoczteroletni młodzieniec (Don Juan de Austria) i sześćdziesięciosiedmioletni starzec (św. Pius V). Zwłaszcza ten ostatni łączył w swej duszy przymioty ascety i wojownika. Zaciekle walczył z niemoralnością renesansowego Rzymu, z trapiącym Wieczne Miasto bandytyzmem, z korupcją urzędników Państwa Kościelnego, z ludzką biedą i niedolą. A przy tym musiał stawić czoło rozdzierającej Europę herezji i nieubłaganie prącym na zachód wojskom półksiężyca. Zwyciężył na wszystkich polach prócz jednego – wytężoną pracę nad przywróceniem Anglii na łono Kościoła katolickiego przerwała śmierć.
Kiedy pod Lepanto gwizdały kule i krzyżowały się miecze, stary papież na klęczkach z różańcem w dłoni niestrudzenie szturmował Wieżę z Kości Słoniowej błaganiem o nadprzyrodzone wsparcie dla hiszpańskiego infanta, by ten okazał się godny pokładanych w nim nadziei.
A młody książę dowiódł swej prawości wydając rozkaz dziwny i do dziś opacznie interpretowany. Nakazał bowiem odczepić od okrętów chrześcijańskich tarany. Na pozór bezsensowne to posunięcie, ba, można by uznać, że wręcz samobójcze – pozbywać się najgroźniejszej broni tuż przed walną bitwą, i to w obliczu przeważających sił wroga. Rozmaicie też do dziś tłumaczy się decyzję młodego księcia: a to, że chciał uczynić swe jednostki lżejszymi, a przez to bardziej sterownymi i zwrotnymi; a to, że chciał sobie ułatwić ostrzał artyleryjski (sic!). Tymczasem wyjaśnienie jest proste – pod pokładami tureckich galer znajdowało się kilkanaście tysięcy przykutych do wioseł chrześcijańskich niewolników, którzy nieuchronnie poszliby na dno wraz z przeszytymi taranem okrętami. Głównodowodzący flotą Świętej Ligi nie chciał kupować zwycięstwa za cenę ich życia.
To właśnie Najświętsza Hetmanka ceni najbardziej – zaledwie Don Juan wydawszy ów rozkaz zdążył na małej łódce przepłynąć przed linią swych okrętów niosąc ich załogom słowa otuchy, rozpętała się gwałtowna burza siejąc zamieszanie i chaos w tureckich szeregach…
Tę samą prawość dostrzegła Matka Boża w polskim królu Janie III Sobieskim, który wbrew doraźnemu interesowi politycznemu i okazji poważnego osłabienie politycznego rywala postanowił ratować Wiedeń wiedząc, że stanowi on bramę do Rzymu, gdzie Kara Mustafa nie zawaha się zbezcześcić Bazyliki Świętego Piotra końskim łajnem.
Tę samą nieustraszoność dostrzegła Najświętsza Panienka w nuncjuszu apostolskim w Warszawie, Achille Rattim, który jako jeden z dwóch dyplomatów nie opuścił w sierpniu 1920 roku miasta zagrożonego bolszewicką inwazją, lecz włączył się w powszechną modlitwę Polaków błagających swą Królową o ratunek. Takiego sternika potrzebował Kościół w starciu z totalitaryzmami. Tam więc, w przepełnionej trwogą stolicy Polski, Królowa Korony Polskiej włożyła na głowę świeżo upieczonego biskupa papieską tiarę. Zebrane osiemnaście miesięcy później konklawe potwierdzi zgodność Jej pragnienia z planem Bożej Opatrzności.
A potem, dokładnie w dzień swego wniebowzięcia, Królowa Korony Polskiej wydała walną bitwę szatańskiemu bolszewizmowi i jak to zostało przepowiedziane u zarania świata, po raz kolejny skruszyła łeb smokowi. Jak pod Lepanto i pod Wiedniem Najświętsza Hetmanka stanęła na czele hufców rycerstwa bez skazy.
Wtedy bowiem jeszcze tacy byliśmy – mężni, wierni i prawi. A tylko takich wojowników Maryja lubi i chętnie wspiera.


Za: http://marucha.wordpress.com

poniedziałek, 12 listopada 2012

Nadzór w chmurach


Mogą być wielkości kolibra lub Boeinga 737. Wszystkie są wyposażone w kamery. Obecnie w ponad 95% są wykorzystywane dla celów wojskowych. Bezzałogowe aparaty latające (UAV) – bo o nich mowa – mogą w przyszłości stać się powszechnym „zjawiskiem” nad naszymi głowami. Policja, służby graniczne czy straż pożarna coraz chętniej spoglądają na możliwości nadzoru powietrznego. Jednakże technologia ta wywołuje liczne obawy związane z ochroną praw obywatelskich.

Drony to popularne określenie dla statków bezzałogowych. Jak sama nazwa wskazuje, ich obsługa nie wymaga obecności załogi w trakcie lotu. Ich parametry techniczne, wielkość czy możliwości bywają różne. Generalnie stają się jednak coraz tańsze, mniejsze i bardziej dostępne. Oprócz kamer, drony mogą być wyposażane w różne inne elementy jak np.: noktowizory, narzędzia termowizyjne, pociski itp. Daje to duże możliwości ich wykorzystania – od pomocy przy gaszeniu pożarów czy robieniu zdjęć kartograficznych, przez nadzór nad granicami, aż po udział w misjach wojskowych. 


Bezzałogowce są w znacznej większości wykorzystywane przez amerykańską armię na terenie Pakistanu, Afganistanu, Jemenu czy Somalii. Służą przede wszystkim do zbierania informacji. W wersji uzbrojonej znajdują zastosowanie w operacjach typu targeted killings. Działania takie polegają na intencjonalnym uśmierceniu osób, uznanych za zagrożenie dla państwa, na podstawie decyzji pojętej z dala od pola walki.

Polskie wojsko potwierdziło niedawno, że zamierza kupić ponad 30 bezzałogowców, w tym co najmniej dwa o uzbrojeniu wykorzystywanym do przeprowadzania operacji militarnych. Początkowo nasza armia miała wykorzystywać drony izraelskie, jednak po anulowaniu kontraktu rozpisany został nowy przetarg. Informacja o zakupie przez Polskę statków bezzałogowych spotkała się z reakcję m.in. Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka (HFPC), która zwróciła się do Ministerstwa Obrony Narodowej z pytaniem o to, jak drony będą wykorzystywane w naszej armii. W swoim wystąpieniu Fundacja wyraziła też wątpliwości, czy prawo polskie w ogóle pozwala na wykonywanie tzw. targeted killings.

Statki bezzałogowe oprócz operacji wojskowych, mogą być również wykorzystywane do celów cywilnych. Zarówno Stany Zjednoczone, jak i Unia Europejska zamierzają otworzyć dla nich swoją przestrzeń powietrzną. Do końca tego roku Komisja Europejska ma opracować mapę drogową, zakładającą szersze wykorzystanie bezzałogowców w sytuacjach pozamilitarnych. Dotyczy to np. wsparcia policji, kontroli nad granicami, alarmowania przed pożarami. W oficjalnym raporcie władze UE wskazują, że produkcja dronów może mieć korzystny wpływ na europejską gospodarkę. Problemem – w ocenie władz unijnych – jest jednak to, że „obywatele wciąż czują się niekomfortowo z dronami, ponieważ ich najbardziej widoczne użycie dotyczy armii i misji wojskowych”. Komisja niestety nie poświęca wiele uwagi innym niepokojącym aspektom wykorzystywania bezzałogowców.

Tymczasem w raporcie Amerykańskiej Unii Swobód Obywatelskich (ACLU) „Protecting Privacy From Aerial Surveillance”, ocenia się, że powszechne stosowanie dronów m.in. przez organy ścigania może prowadzić do ograniczania wolności obywatelskich. Szczególne zagrożenia związane z użyciem bezzałogowców dotyczą naruszeń prywatności. Nowoczesne kamery oraz coraz mniejsze rozmiary dronów będą dawać nowe możliwości obserwowania i śledzenia ludzi. Równie niepokojącym zastosowaniem UAV może być kontrola nad tłumem. Już teraz przedsiębiorstwa w USA mają w swoich ofertach statki zaopatrzone w gaz łzawiący czy gumowe kule. Według autorów raportu tylko silny system regulacyjny może zapewnić, że drony nie będą nadużywane przez władze.

Popularność dronów to tylko jeden z przykładów coraz bardziej powszechnej tendencji do sięgania po nowoczesne rozwiązania technologiczne w celu egzekwowania prawa. Wykorzystywanie nowych technologii sprawia, że ocena konkretnej sytuacji w mniejszym stopniu zależy od bezpośrednio od człowieka, a w większym jest związana z działaniem maszyn. Może to rodzić to poważne wątpliwości i wyzwania etyczne, które  powinny zostać wzięte pod uwagę przez władze unijne oraz krajowe przy tworzeniu planów rozwoju sektora statków bezzałogowych. Bardzo ważne jest również przeprowadzenie solidnej oceny oddziaływania dronów na prywatność oraz inne prawa obywatelskie, a także wzięcie pod uwagę głosów organizacji społecznych.


Autor: Jędrzej Niklas
Źródło: Panoptykon.org