sobota, 3 listopada 2012

Formalnie zostało nam tylko miesiąc wolności w internecie


Poniższy artykuł pokazuje mechanizmy jakie się stosuje na świecie we wprowadzaniu wszelkich „praw”, a nawet zmian kulturowych. Właśnie za pomocą tych mechanizmów nakazowych i represyjnych ze strony ONZ-tu i jego agencji, a także Unii Europejskiej,  wprowadza się ustawy progejowskie, ograniczenia w emisji CO2, walkę z tzw. „globalnym ociepleniem”, zatruwa nasze niebo smugami chemicznymi, czy forsuje masowe szczepienia bronią biologiczną w szczepionkach. To jest właśnie ten „rząd światowy”, który poprzez swoje macki w postaci wielkich organizacji, inkrementalnie wprowadza zamordyzm.
Tu celem jest ograniczenie wolności słowa i zamknięcie ust głosicielom prawdy, którzy zdążyli zrobić już tyle ran miedzynarodowej mafii, że są one niemal śmiertelne. Dlatego też należy zacząć się już dziś przygotowywać do ostrej walki o wolność przekazu informacji – poprzez kodowanie e-maili, tworzenie nowych form połączeń między komputerami, czy wykorzystywanie innego rodzaju protokołów połączeniowych niż te oferowane przez międzynarodowych dostawców internetu.


===========================================

Tego się można było spodziewać. W przyszłym miesiącu, na sponsorowanej przez ONZ konferencji w Dubaju wprowadzone będą nowe ograniczenia i regulacje odnośnie internetu, które ograniczą wolność słowa oraz wprowadzą opłaty za tzw. e-commerce, czyli handel przez internet. Zmiany będą dotyczyć tzw. Międzynarodowych Regulacji Telekomunikacyjnych (ITR – International Telecommunication Regulations). Omawiane będą też takie sprawy jak zmuszanie do czyszczenia e-śmieci czy też robienia gadżetów korzystnych dla ochrony środowiska.
Konferencja ma się odbyć za zamkniętymi drzwiami, do raportów i proponowanych modyfikacji będa mieć dostęp tylko państwa członkowkie ITU (Międzynarodowy Związek Komunikacyjny)  oraz uprzywilejowane jednostki, co budzi niepokój organizacji społecznych, jak Wcitleaks, które odgrażają się, że te informacje i tak się znajdą w sieci przesłane przez anonimowych informatorów.
Szef amerykańskiej delegacji, Terry Kramer, twierdzi, że USA jest przeciwko ograniczeniom, i że centralizacja internetu uderza w wolność słowa. „Nie można pozwolić na zaduszenie przestrzeni internetowej przez być może i dobre lecz zbyt nakazowe propozycje, które zmierzają do kontroli zawartości”.
Konferencja zostala zorganizowana przez Międzynarodowy Związek Telekomunikacyjny (ITU,  International Telecommunications Union), który jest agencją ONZ. ITU została powołana do wprowadzenia internetu na świecie. Jej regulamin pochodzi jeszcze z 1988 roku i jak dotąd niewiele się zmienił. Jest to pierwsza konferencja tego typu w historii, zaproszono na nią przedstawicieli firm, które de facto decydują o działaniu internetu. Z USA są to m.in. Cisco, AT&T, Facebook czy GoDaddy.
ITU próbuje uspokoić opinię społeczną zapewnieniami, że nie będzie żadnych organizacji czy mechanizmów do całościowej kontroli internetu, jednak ekspertów od tych spraw to zupełnie nie przekonuje. Cathy Handley, przedstawicielka ARIN, jednej z pięciu grup nadających nazwy w internecie, uważa, że celem spotkania jest właśnie wprowadzenie kontroli.
- „Niektóre propozycje, które z pewnością mogą mieć konsekwencje, to wysoki koszt roamingu, opodatkowanie połączeń, problemy związane z routowaniem połączeń, bezpieczeństwo sieci i walka ze spamem” – powiedziała Handley w wywiadzie dla Fox News.
- „Najpoważniejszym problemem jest to, że IRT może się stać regulaminem o charakterze nakazowym i że może mieć wymuszać regulacje”.
Josh King, adwokat z Avvo.com uważa, że ITU będzie mial jeszcze mocniejsze żądania podczas konferencji w roku 2015, która się odbędzie także w Dubaju. Jak na razie celem jest taka restrukturyzacja, by kompanie telekomunikacyjne miały więcej kontroli nad siecią internetową w poszczególnych krajach.
-”Otwarte, oparte, wieloudziałowe podejście do internetu, spowodowało jego olbrzymi rozwój w ciągu ostatnich 15 lat. Teraz ten system zostanie zastąpiony kontrolą z góry do dołu – przez międzynarodowe regulacje” – powiedział Josh King w wywiadzie dla Fox News.
Z kolei Michael Embrich, rzecznik internetowej grupy interesu TestPAC, uważa, że celem tych dzialań jest danie szansy krajom rozwijającym się poprzez wyrównanie pola walki. Mniejsze kraje wolą bowiem by wprowadzono więcej regulacji po to by móc konkurować z USA.
Podczas konferencji będą proponowane nawet zmiany w przepisach dotyczących nie tylko internetu. Jedna z nich, za którą stoją fundusze o wysokości 53 miliardów dolarów, ma na celu połączenie obu Ameryk za pomocą olbrzymiej linii telekomunikacyjnej. Druga propozycja zakłada wprowadzenie prawa nakładającego obowiązek zmniejszenia rozmiarów baterii w telefonach komórkowych o 30%, a które za to będą bardziej wydajne. Odpowiednie badania wykazują bowiem, że można takie zmiany wprowadzić właśnie poprzez nakaz ich stworzenia.
Jak się dowiedzieli dziennikarze Fox News, omawiane zmiany będą systematycznie wprowadzane w ciągu najbliższych 5 lat. Na początku będą to tylko zalecenia, jednakże już niedługo staną się nakazem egzekwowanym przez rządy. Poprzednio, zalecenai mogły być interpretowane w każdym kraju wedle uznania. Nie należy się obawiać raczej najgorszego scenariusza, ale na pewno niektóre z tych ograniczeń i regulacji wejdą w życie. Nawet jeśli ITU wprowadzi nowe przepisy, to niektóre kraje się na pewno z tego wyłamią, jak np. Iran, który ma zamknięty internet – wobec nich jedyną formą nacisku mogą być sankcje.
W Indiach niedawno wprowadzono ostrą cenzurę na tych użytkowników, którzy nie stosują się do zaleceń Światowej Konferencji Komunikacji Międzynarodowej (WCIT  – World Conference on International Telecommunications). Nie ma jednak przedstawić dowodu, że w taki sposób można kogoś powstrzymać.
Vivek Mohan, były prawnik Microsoftu, obecnie, pracownik Harvard Kennedy School, uważa, że konferencja jest być albo nie być dla ITU, dlatego też te rozmowy należy brać bardzo poważnie. Jeśli bowiem ITU nie uda się zapanować nad wolnością w internecie, to stanie się bezużyteczny.

Źródło: http://www.monitor-polski.pl

piątek, 2 listopada 2012

Tak, związki fluoru robią z ciebie głupka


(NaturalNews) Jeżeli następnym razem ktoś spróbuje powiedzieć wam, że nie ma naukowych dowodów wskazujących, że chemikalia oparte na związkach fluoru są szkodliwe dla ludzkiego zdrowia, po prostu pokaż mu nowe wyniki badań, jakie ostatnio zostały opublikowane w czasopiśmie Environmental Health Perspectives, publikowanym przez the Institute of Environmental Health Sciences, jakie pokazują po raz chyba 25-ty do tej pory, że związki fluoru uszkadzają mózg i prowadzą do znaczącego obniżenia poziomu IQ u istot ludzkich.


Badacze z dwóch uczelni: Harvard University’s School of Public health oraz China Medical University w Shenyang wspólnie zbadali skutki stosowania fluorków (fluoryzowanie) na dzieci, dokonując przeglądu 27 różnych opracowań doświadczalnych. Po dokonaniu przeglądu, zespół stwierdził istnienie „silnych wskazań”, że narażenie na działanie fluorków, szczególnie u dorastających dzieci, jest wysoce odpowiedzialne za problemy w zakresie właściwego rozwoju zdolności poznawczych i kształtowania się mózgu.Dzieci mieszkające na terenach, gdzie dostawy wody są sztucznie fluoryzowane, miały niższy poziom IQ w skali porównań przeciętnej, w oparciu o liczby porównywane do dzieci mieszkających na obszarach, gdzie nie prowadzi się fluoryzowania. Potem, po wzięciu pod uwagę innych czynników zewnętrznych, jakie mogły mieć wpływ na rozwój zdolności poznawczych oraz ogólne zdrowie, zespół zasadniczo określił, że nie ma wykluczenia między narażeniem się na związki fluoru a redukcją indywidualnego IQ.

“Nasze wyniki dowodzą możliwości szkodliwego wpływu narażenia się na działanie związków fluoru w procesie rozwoju czynności nerwowych u dzieci”, napisała Anna Choi, naukowiec z Harvard, a podpisali się pod tym jej koledzy z zespołu. „Związki fluoru bez trudu przenikają do łożyska. Narażenie się na działanie związków fluoru prowadzi do zaburzenia rozwoju mózgu, i jest to w przypadku fluoru nawet bardziej podejrzane, że wywołuje szkody na tym etapie rozwojowym niż dla dorosłego mózgu, może również prowadzić do uszkodzeń trwałej natury”.

Inne badania opublikowane w tym samym czasopiśmie w 2010 r. odkryły podobną korelację między wystawieniem się na działanie związków fluoru a rozwojem zdolności poznawczych. Porównanie dzieci w wieku od 8 do 13 lat mieszkających w chińskich wioskach, jednej, gdzie fluoryzowanie miało miejsce, drugiej, gdzie go nie było, ujawniło wynik ok. 350 % wyższego IQ w wiosce, gdzie nie stosowano fluoru w stosunku do miejsca, gdzie go stosowano.  (http://www.naturalnews.com/030819_fluoride_brain_damage.html)

W Indiach, badacze dostrzegli, że chemikalia zawierające związki fluoru przenikają przez barierę, jaką tworzą naczynia krwionośne w mózu u dzieci i „zmieniają strukturę tkanki nerwowej”. Opublikowane w the Journal of Medical and Allied Sciences, to konkretne badanie daje czarno na białym obraz, jak przenikliwym związkiem są w rzeczywistości fluorki, jak te chemikalia gromadzą się w całym ciele ludzkim i jak się komasują, gdy idzie o skutki, w tym w sprawie mózgu.  (http://www.naturalnews.com)

„To kompletnie bez sensu dalsze poddawanie naszych dzieci temu obecnemu eksperymentowi z fluoryzowaniem dla zaspokojenia politycznej agendy specjalnych grup interesu” mówi Paul Beeber, adwokat i przwodniczący the New York State Coalition Opposed to Fluoridation (NYSCOF). “Jeśli nawet fluoryzowanie zmniejsza ryzyko próchnicy, to czy zdrowie zębów jest ważniejsze niż zdrowy mózg? Najwyższy czas, aby odłożyć na bok politykę i powstrzymać sztuczne fluoryzowanie w każdym miejscu”.

Źródło polskie: Stop Syjonizmowi / nwonews.pl

środa, 31 października 2012

Zakon iluminatów


Zakon Iluminatów (od łacińskiego illuminatus – oświecony, l. mn. illuminati) – termin niejednoznaczny, gdyż w ciągu dziejów istniało kilka struktur używających tej nazwy. Do najbardziej znanych należeli:
Poza tym można wskazać na:


Fasolka Nowakowej i białoruski satelita

World Economic Forum (WEF) to szwajcarska fundacja organizująca coroczne konferencje w Davos. W konferencjach tych uczestniczą przedstawiciele światowej gospodarki i polityki. WEF opracowuje też co roku „Globalny raport konkurencyjności”. W początku września opublikowano najnowsze jego wydanie. Polska zajęła w nim 41. miejsce, podobnie jak rok wcześniej.

Choć raport obejmuje aż 144 państwa, to nie ma w nim Białorusi. Dlaczego? Przecież Białoruś nie ukrywa swych danych, a wprost przeciwnie. Ma wskaźniki tak dobre, że chętnie się nimi pochwali.
W początkach września opublikowano też inny raport. Przygotowała go World Wide Web Foundation (WWWF), jedna z organizacji tworzących standardy internetowe. Raport miał pokazać jak w różnych krajach świata używany jest internet i jaka jest jego dostępność. W tym rankingu także zabrakło Białorusi. WWWF zbadała dostępność internetu w Burkina Faso, Bangladeszu, Zimbabwe czy Etiopii, ale Białoruś jakoś umknęła uwadze WWWF. Dlaczego? Przecież powszechny i szeroki dostęp do internetu jest przedmiotem dumy Białorusi i jest ona gotowa udostępnić natychmiast wszystkie potrzebne do raportu dane.
Do obu wspomnianych rankingów podchodzę z przymrużeniem oka. Obawiam się, że więcej w nich propagandy niż rzetelnych danych. Białorusi nie ma w nich chyba dlatego, że żadne manipulacje nie pozwoliłyby już na umieszczenie jej na niskim miejscu a jaskrawych kłamstw autorzy rankingów zapewne woleli nie ryzykować. Jedynym wyjściem jest więc udawać, że Białorusi po prostu nie ma. Zaryzykowałbym pogląd, że każda kolejna dziedzina, w której Białoruś osiągnie sukces, będzie oznaczać jej eliminację z dotyczących tej dziedziny „światowych” rankingów.
W zwykłych czasach jest rzeczą wątpliwą etycznie wprowadzanie opinii publicznej w błąd. Nie można tego usprawiedliwiać żadnym patriotyzmem. Na szczęście za oba wspomniane rankingi Polska nie odpowiada i nie nasze są związane z nimi rozterki moralne. Jednak u nas sposób informowania społeczeństwa też przedstawia czasem wiele do życzenia. Przykładem mogą być satelity.
W lutym tego roku Polska dołączyła do grona kilkudziesięciu państw, które mają w kosmosie swego satelitę. Europejska rakieta Vega, która 13 lutego wystartowała z kosmodromu w Gujanie Francuskiej, wyniosła w przestrzeń kosmiczną m.in. satelitę PW-Sat, skonstruowanego przez studentów Politechniki Warszawskiej. Już przed startem studenci na specjalnie utworzonej stronie internetowej apelowali, by zostać społecznym ambasadorem PW-Sata.
Do dziś można pobrać z tej strony reklamowe plakaciki. Mniejsza jednak o stronę internetową i plakaciki. Przeprowadzono wielką kampanię medialną. Czołowe gazety, telewizje i stacja radiowe nagłośniły to wydarzenie. Np. „Dziennik” w ślad za TVN informował tak:



Ta „niezwykle ważna misja” i „prawdziwa fortuna” do zrobienia były bredniami, nomen omen, kosmicznymi. Misja była na skalę skromnych możliwości intelektualnych studentów, a na zrobienie fortuny nie było żadnych szans (szanse były co najwyżej na stracenie fortuny).
Nie lubię cwaniactwa, a w naszych polskich działaniach kosmicznych wydaje mi się ono obecne. Aby jednak nie narzucać tu od razu swej opinii, siłą rzeczy tendencyjnej, proponuję zacząć od przeczytania artykułu na temat PW-Sat, który ukazał się w piśmie „Astronautilus” nr 18 (1/2012).
Mając nadzieję, że Czytelnicy zapoznali się z artykułem w „Astronautilusie”, mogę teraz przedstawić swą opinię. Zaznaczam dodatkowo, że w sprawach satelitów jestem ignorantem, więc każdy Czytelnik musi myśleć na własny rachunek.
W przypadku małych satelitów (PW-Sat jest bardzo mały) na powodzenie ich misji składają się dwa elementy: 1) skuteczne wyniesienie ich w kosmos, 2) wykonanie przez nie w kosmosie zaplanowanego zadania.
Pierwszy element to jak zlecenie dla firmy kurierskiej. Nowakowa z Otwocka robi świetną fasolkę po bretońsku, którą uwielbia wuj Nowakowej z Pcimia. Nowakowa robi więc fasolkę dla wuja i posyła mu ją przez firmę kurierską. Dumą Nowakowej jest smaczna fasolka. To, czy fasolka dotrze do Pcimia, czy nie, to już zasługa lub wina firmy kurierskiej, a nie Nowakowej.
Gdyby Nowakowa miała fanaberię, by jej fasolka latała w kosmosie, to kilo fasolki mogłaby kazać zapuszkować, po czym zleciłaby firmie od rakiet wyniesienie tej fasolki w kosmos. Przy dzisiejszych cenach kosztowałoby ją to jakieś 70 tys. zł, ale firma od rakiet za takie zlecenie całowałaby Nowakową po rękach, bo przecież w razie czego odszkodowanie za fasolkę jest niewielkie, czyli Nowakowa to złoty klient.
Fasolka Nowakowej latałaby sobie potem wokół Ziemi, aż po jakichś czterech latach, wskutek powolnego opadania dotarłaby do atmosfery, co przy kosmicznej prędkości fasolki skończyłoby się jej spłonięciem. Duże satelity, które mają silniki, mogą ich co jakiś czas użyć, by zwiększyć swą wysokość do pierwotnego poziomu. Dzięki temu latają dłużej.
Studencki satelita PW-Sat tym się różnił od fasolki Nowakowej, że miał wykonać w kosmosie zadanie. Cel był taki, by satelita spadł już po roku a nie po czterech latach, jak fasolka. Propagandowo nie jest to zbyt nośne. Nikt nie chce mówić, że odniósł sukces, bo jego satelita spadł już po roku, podczas gdy inne latały aż cztery lata. Jaki zatem sens w tym zadaniu?
W kosmosie, zwłaszcza bliskim Ziemi, latają śmieci. Są to głównie jakieś części wystrzelonych wcześniej obiektów. Jest ich tyle, że stwarzają zagrożenie dla pracujących tam satelitów. Warszawscy studenci mieli za zadanie zaprojektować i wypróbować „hamulec satelity”. PW-Sat to kostka o boku 10 cm. Jego hamulec to metrowy ogon poskładany w środku w harmonijkę, dający się rozwinąć. (…)
W kosmosie nie ma atmosfery (powietrza), ale nie tak do końca. W metrze sześciennym powietrza, którym oddychamy jest jakieś 27 kwadrylionów cząsteczek. W kosmosie, tam gdzie lata PW-Sat, są to zaledwie jakieś cztery cząsteczki na metr sześcienny. Według obliczeń powinno to jednak wystarczyć, aby ogon zbierający uderzenia tych cząsteczek wyhamował PW-Sat na tyle, by spadł on już po roku a nie po czterech latach. Zadaniem PW-Sat było sprawdzenie w praktyce, czy jest tak, jak teoretycznie wyliczono. Dlatego jego spadnięcie po roku byłoby sukcesem. Gdyby zużyte satelity spadały szybciej, to łącznie latałoby ich mniej i byłoby bezpieczniej.
Aby PW-Sat wykonał swe zadanie, musiał na sygnał z Ziemi wypuścić ogon-hamulec. To było wszystko, co musiał zrobić. Wypuszczenie ogona zaplanowano na miesiąc po starcie, czyli 13 marca. W dniu 13 marca na stronie PW-Sat ukazał się komunikat, w którym przeczytać można m.in.: „Jak na razie satelita pracuje prawidłowo i już niebawem, w ciągu najbliższych kilku tygodni, powinno dojść do rozwinięcia ogona PW-Sata. Dokładna data nie jest w tej chwili znana, jednak jest prawdopodobne, że do rozwinięcia ogona dojdzie jeszcze przed Wielkanocą.”
Był to ostatni komunikat. Do dziś nie ma informacji o rozwinięciu ogona.
Jeśli rozwinięcie ogona okazało się niewykonalne, to PW-Sat stał się w pewnym sensie fasolką Nowakowej. Poturla się przepisowe cztery lata i spłonie. Z jednej strony dłużej będziemy mieć naszego satelitę w kosmosie, ale z drugiej strony nie bardzo wiadomo po co.
Historia PW-Sat wydaje mi się smutna. Przyszli inżynierowie mieli w 2004 ambitny plan samodzielnego wykonania satelity. Cieszyli się, że projekt (Cubesat) jest publicznie dostępny. W 2006 satelita miał być gotowy, ale był wtedy tylko wystrugany z drewna i bez widoków, że kiedyś powstanie prawdziwy. Ostatecznie zdecydowano się więc kupić drogi zestaw części, być może o nazwie „Sam zrób satelitę”, czy jakiejś podobnej. Trudno nazwać szczególnym osiągnięciem zmontowanie typowego satelity Cubesat z kupionych gotowych, typowych elementów. Satelita ważył kilogram a kosztował 500 tys. zł. Dla porównania kilogram czystego złota kosztuje jakieś 200 tys. zł. Wydaje się, że dostawca części do satelity zrobił złoty interes a nawet dużo lepszy.
Od samego początku było wiadomo, że na PW-Sat wydamy sporo pieniędzy a nie zarobimy na tym ani grosza. Mogliśmy się pocieszać, że dzięki PW-Sat wyedukują się nasi młodzi specjaliści od satelitów, ale życie pokazuje, że tacy wyedukowani specjaliści opuszczają Polskę, by pracować dla pomyślności innych państw.
Interesem Polski jest mieć prawdziwego, komercyjnego satelitę, na którym zarabia się pieniądze. Były kiedyś takie projekty. Śladem po jednym z nich mogą być: dokument, artykuł oraz film. Dziś to już pamiątki historyczne.
Przed miesiącem minister Radosław Sikorski zapewniał wprawdzie w TVN, że wciąż „stać nas na wystrzelenie polskiego satelity do celów telekomunikacyjnych i obronnych”, ale brzmi to mało przekonująco. Bajki o polskim podboju kosmosu zdają się dziś służyć tylko uzasadnianiu zagranicznych wycieczek naszych posłów na koszt podatników. Informował o tym Marek Gładysz w RMF FM. Spotkało się to wprawdzie z ostrym protestem Macieja Urbanowicza (od PW-Sat), ale ten protest umacnia mnie tylko w podejrzeniach, że sprawa z PW-Sat to też cwaniactwo.
Tymczasem Białoruś od 22 lipca 2012 ma już swego satelitę w kosmosie i jest to satelita komercyjny, czyli będzie dawać Białorusi dochody, a nie koszty.
Reakcja naszych mediów na ten wielki sukces Białorusi była umniejszająca. Starano się przedstawiać to jako rzecz mało istotną. Przykładem niech będzie relacja TVN, eksponującego, że białoruski satelita oparty jest o rosyjski projekt i wyniosła go w kosmos rosyjska rakieta.


Nie ma to przecież żadnego znaczenia. Rosyjskie rakiety wynoszą w kosmos satelity np. USA, Kanady, Niemiec, Włoch i każdego innego państwa, które stać na zapłacenie za tę usługę. Satelita jest własnością Białorusi, będzie latami pracować na korzyść Białorusi a także odpłatnie na korzyść innych państw, zapewniając tym dochody Białorusi.

Dużo dalej niż TVN i inne czołowe media poszedł np. portal Kresy24.pl. Już tytuł jego informacji – „Jedną nogą w kosmosie” sugerował, że coś jest nie tak. Dlaczego „jedną nogą”? W tekście portal minął się z prawdą informując, że satelita będzie pracował w kosmosie 40 dni (będzie pracował minimum 5 lat). Portal zasugerował też, że Białoruś poniesie na tym przedsięwzięciu poważne straty, a realizowane jest ono tylko z powodu „marzenia Aleksandra Łukaszenki o podboju kosmosu”. Te bzdury Kresy24.pl zilustrowały grafiką, na której skarykaturowany prezydent Łukaszenka trzyma satelitę o kształcie kartofla:


Białoruski satelita waży blisko pół tony a kartofel, jeśli już, to mógłby symbolizować naszego kilogramowego PW-Sat. W początku 2014 roku w kosmosie ma się znaleźć drugi białoruski satelita, opracowywany we współpracy z Chinami. Będzie to satelita telekomunikacyjny, czyli też komercyjny. Ma pracować kilkanaście lat.
Białoruskie satelity wymagają dużych zespołów specjalistów, kontrolujących z Ziemi ich pracę. Białorusini kształcą więc kadry na swoje potrzeby, a nie na potrzeby innych państw. Warto też podkreślić, że białoruski satelita (komercyjny) miał być w kosmosie już 26 lipca 2006, ale awaria rosyjskiej rakiety Dniepr, wynoszącej wtedy w kosmos 18 różnych satelitów, należących do USA, Włoch, Kolumbii, Rosji i Białorusi, pogrzebała te plany, albo raczej odsunęła je na długie sześć lat. Poza dyskusją jest jednak, że w dziedzinie satelitarnej jesteśmy daleko za Białorusią.
Nasze media, usiłujące rozdąć aż do absurdu to, co my robimy w kosmosie, a jednocześnie usiłujące maksymalnie umniejszyć sukcesy Białorusi, uważają się pewnie za bardzo patriotyczne. Prawda jest jednak taka, że Białoruś ma w kosmosie komercyjnego satelitę, wkrótce będzie mieć drugiego, a nas nie stać na to dziś i zapewne nie będzie nas stać jutro. My mamy w kosmosie tylko fasolkę. Moim zdaniem patriotycznie jest wyjaśnić rodakom tę gorzką prawdę.

http://prawica.net    (Warto poczytać komentarze)




wtorek, 30 października 2012

Pomysły rządu oszałamiają


Hitem przyszłorocznych planów MSP ma być prywatyzacja Agencji Rozwoju Przemysłu. Niewykluczone – mówią złośliwi – że resort skarbu niedługo będzie chciał sprzedać sam siebie.
Czegóż oni nie zamierzają sprzedać? Doszło do takiego absurdu, że prawie chcą sprzedać samych siebie. Głowy wysokich urzędników państwowych nie próżnują. Tym razem planują zbyć Agencję Rozwoju Przemysłu SA, co może wprawić człowieka w osłupienie. ARP jest agendą rządową, która tak blisko, jak tylko można współpracuje z Ministerstwem Skarbu Państwa w sferze prywatyzacji i sanacji (uzdrawiania) przedsiębiorstw. Zarówno MSP, jak i ARP realizują misję wyprzedaży polskiego majątku i pracują od lat nad strategią prywatyzacji, “żeby nam się żyło lepiej”. Dowiadujemy się w ministerstwie skarbu, że debiut ARP na giełdzie zjedna dla niej przychylność instytucji finansowych i umożliwi wyższy poziom finansowania, więcej otrzyma środków z zewnątrz.
Coś kombinują…

Paweł Brzezicki, prezes ARP w latach 2006-2007, zwraca uwagę, że minister skarbu reprezentuje Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy, ale wskutek uregulowań statutowych sprawuje także ścisły i osobisty nadzór nad wszystkimi działaniami zarządu ARP.
Złośliwi pytają, czy nie warto od razu sprywatyzować Ministerstwa Skarbu Państwa, potem finansów i w ogóle całego rządu? Gdy zajrzymy do papierów, okaże się, że Agencja w grudniu 1990 r. została powołana ustawą o zniesieniu i likwidacji niektórych funduszy – dodajmy w zamyśle, totalnej prywatyzacji, w taki sposób, w jaki się tylko da. Zlikwidowany został Fundusz Zmian Strukturalnych w Przemyśle, powołano ARP SA. Powstała, z jednej strony agencja rządowa, z drugiej – spółka prawa handlowego, ubezwłasnowolniona i niemal wtopiona w ministerstwo skarbu, służąca do w lwiej części marnego albo wręcz żadnego “uzdrawiania” i prywatyzacji dużych przedsiębiorstw, przykładem w ubiegłej kadencji tego rządu mogą być stocznie.
Wynik parasola ARP nad stoczniami okazał się taki, że przemysłu stoczniowego już nie mamy. ARP zajmowała się wcześniej restrukturyzacją i prywatyzacją, całych sektorów przemysłu kluczowych dla gospodarki, takich jak np. hutnictwo działając wespół – zespół z innymi, nie wyłączając lobbystów. Hut też już nie mamy. Agencja się przydawała, coś kombinują, że chcą ją sprzedać.
Wartość duża, trudna do zliczenia
Niby co to nas obchodzi, że, sprzedając agendę rządową, resort odcina sobie rękę, chociaż zapowiadają, że zmieni się jej rola. Ale “skarb” obficie przecież ARP dokapitalizował, “by wspierać podmioty gospodarcze, zapewniając im dynamiczny rozwój, wzrost, innowacyjności i konkurencyjności”. Agencja kupuje i sprzedaje spółki, ma ich ok. stu. Jest właścicielem i nadzoruje Specjalne Strefy Ekonomiczne – trudno przemilczeć, że gdy w lipcu br. pracownicy fabryki Chung Hong Electronics Poland ze SSE przyjechali do Warszawy z żalami, że pracodawca nie przestrzega u nich prawa pracy, Roma Sarzyńska, rzeczniczka ARP, poinformowała wyniośle, że Agencja nie może być adresatem żadnych żali i tak zdenerwowała przybyłych, że przez kilka godzin okupowali siedzibę pani Sarzyńskiej. Dodajmy, że zasiedziała rzeczniczka – jak mówią – od pewnego czasu ma więcej do powiedzenia w ARP niż sam prezes. Nie od dziś w Agencji jej się boją. ARP, w stu procentach spółka skarbu państwa, posiada aktywa warte 5 mld zł – ustalił “Dziennik Gazeta Prawna”, jednak analitycy, w tym analitycy giełdowi, są zdania, że wartość spółki trudno będzie im wycenić.
Właściciel obiektów muzealnych
ARP jest właścicielem dwóch obiektów muzealnych w Baranowie Sandomierskim i Krasiczynie dużej wartości materialnej, historycznej, muzealnej. To właśnie w scenerii sal muzeum w Baranowie Sandomierskim przedstawiciele ARP podpisywali w końcu grudnia ub. roku tekst umowy sprzedaży cywilnej części Huty Stalowa Wola SA chińskiej firmie Guagxi Liu Gong Machinery Co. Ltd. Czyj po prywatyzacji będzie ten obiekt, może chiński? A czyj w Krasiczynie? ARP wraz z Ministerstwem Skarbu Państwa była właścicielem 87,63 proc. HSW SA Agencja posiada pieniądze na kontach gromadzone przez wiele lat – to część środków z prywatyzacji przekazywana ustawowo ARP. Do końca przyszłego roku Agencja ma spełniać kryteria spółki publicznej w przyszłym roku – mówią w ministerstwie i nieoficjalnie informują, że może sprzedany zostanie na giełdzie pakiet większościowy ARP. Może to jednak będzie jakiś inwestor strategiczny? Pomysły urzędników resortu i samego ministra są takie zmienne… Sprywatyzowana Agencja już nie będzie ratować żadnych firm, zajmie się Doliną Lotniczą, a nawet kosmosem.
Pomysł bzdurny
Paweł Brzezicki zapytany o to, co myśli o “hicie prywatyzacyjnym w 2013 r.”, odpowiedział z sarkazmem, że właściwie wszystko można sprywatyzować, tak jak wszystko można znacjonalizować. Pomysł uznał za bzdurny. Wcześniej nie chciał wierzyć, że propozycja prywatyzacji ARP wypływa z kręgów rządowych, od ludzi poważnych. – To ma być prywatyzacyjny hit? – zapytał. – Owszem, jeśli to w ogóle jest prawda, szykuje się kolejne mocne uderzenie. Zastanawiał się, co urzędników ministerstwa skarbu mogło nakłonić do planowania tej sprzedaży: brak pieniędzy w kasie – pustki w niej są permanentne, a rządowi – mówił – potrzebne jest coraz więcej pieniędzy choćby na rozrastającą się administrację rządową.
W rządowych strukturach funkcjonuje już 92 pełnomocników komisji, komitetów, rad i zespołów powołanych do załatwiania spraw bardziej lub mniej ważnych albo zupełnie nieważnych. Ci liczni pełnomocnicy i komitety nie mają narzędzi do podejmowania konkretnych działań – czytamy w “Polityce”. Mimo to, wiedząc jak działa rząd, “Nasza Polska” uważa, że struktur “bezmocnych pełnomocnych” premier jest w stanie namnożyć, toż w nich będą zasiadać sami swoi ludzie!
Co tkwi w szafie?
Były szef ARP, który sprzedał upadające Polskie Zakłady Lotnicze w Mielcu w marcu 2007 r. – sytuacja tej fabryce była taka, że już nie było na pensje  - amerykańskiej firmie United Technology Holdings z firmy Sikorsky Aircraft Corporation (Amerykanie zabiegają właśnie, żeby śmigłowce Black Hawk z Mielca sprzedać polskiej armii) uważa, że mogą być i “jakieś trupy trzymane w szafie”, w sensie niedokończonych lub wadliwie przeprowadzonych prywatyzacji, które jakoś trzeba przykryć. Przypomniał, że ARP nie tylko nie uzdrowiła wielu przedsiębiorstw, ale spowodowała całkowite “wyłożenie” niektórych z nich ważnych dla gospodarki.
Prezes ARP Wojciech Dąbrowski doskonale wie, jakie tajemnice tkwią poupychane w agencyjnych kątach, odkąd objął stanowisko, wtłoczono ich tam przecież niemało. Lubi porównywać przedsiębiorstwa pod pieczą ARP do pacjenta leżącego w szpitalu na oddziale intensywnej terapii, z wiarą, że wszystko dobrze się skończy. W przypadku stoczni wiara niestety okazała się matką głupich. Tak uważają byli pracownicy stoczni w Szczecinie i Gdyni.
Mamiono Katarem i Fonds Greenrights
To w Agencji, gdy ministrem skarbu był Aleksander Grad, a prezesem ARP Wojciech Dąbrowski wymyślono “ustawę stoczniową”, która weszła w życie w styczniu 2009 r., potem Agencja nadzorowała jej wykonanie. Stocznie w Szczecinie i Gdyni padły, pracę straciło ponad 9 tys. osób. Jednorazowe odszkodowanie wynosiło od 20 do 60 tys. zł w zależności od stażu i terminu przystąpienia do programu odejść dobrowolnych. Wcześniej obie stocznie Agencja mamiła inwestorami. Niby ci inwestorzy i ich pieniądze były pewne, jednym z potencjalnych kupców miał być fundusz Stichting Particulier Fonds Green Rights, właściwie nie wiadomo skąd, to znów palili się rzekomo ratować polskie stocznie przysłowiowi dziś szejkowie z Kataru, którzy gdzieś się szybko rozwiali. Kompromitacja. Mało kto wie, że kilka osób z ARP zaangażowanych w likwidację stoczni otrzymało bardzo wysokie wynagrodzenia, nie tam jakieś 20 tys. czy 60 tys. złotych, ale naprawdę duże pieniądze…
Nacjonalizacja PBG i gazoportu?
Były minister gospodarki Janusz Steinhoff powiedział dziennikarzowi “DGP”, że prywatyzację ARP może zakwestionować Waldemar Pawlak, choć wcale nie wie, czy jego następca to zrobi. Agencja może być Pawlakowi potrzebna do sanacji pogrążonych w kłopotach finansowych spółek budowlanych. Trudno przypuszczać, czy wicepremier i minister gospodarki rządu koalicyjnego w ogóle będzie się zastanawiał nad prywatyzacją ARP. Nie to ma teraz na głowie. W każdym razie publicznie uznał, że chciałby posłużyć się Agencją w celu… nacjonalizacji m.in. upadających spółek budowlanych, jeśli jego propozycja przejdzie. Co na to powie niepotrzebne nikomu ministerstwo skarbu? Wyszczególnia potrzebę szybkiego ratowania przez przejęcie przez państwo Grupy PBG, która zajmuje się budową dróg i autostrad, inwestycjami energetycznymi i paliwowymi. – To byłaby pierwsza nacjonalizacja w przypadku prywatnej firmy – powiedział Polskiej Agencji Prasowej. Sporym zaskoczeniem było dołączenie do firm potrzebujących natychmiastowego wsparcia i nacjonalizacji gazoportu w Świnoujściu.
Wiesława Mazur
Artykuł ukazał się w najnowszym numerze tygodnika “Nasza Polska”
http://iskry.pl

poniedziałek, 29 października 2012

Mroczne oblicze amerykańskiego Rap-u


Krótki przegląd czarnego Rapu, głównie dla miłośników „fajnego beat-u”, którzy nie mają czasu na przysłuchiwanie się dokładniej tekstowi piosenek, lub go nie rozumieją.
Na „odstrzał” idzie popularny w stanach raper „Three 6 Mafia” – sporo albumów, ogromna popularność, olbrzymia kasa, mnóstwo koncertów, w końcu nawet Oscar! („Three 6 Mafia” zdobyła Oscara w marcu 2006r jako „Best song” – najlepsza piosenka), współpraca z najpopularniejszymi artystami na globie:  three 6 mafia ft. dj tiesto, flo-rida, sean-kingston – feel itTak więc postać z głównego nurtu biznesu muzycznego (gwiazdy show biznesu)… Co śpiewają?
Oto kilka przykładów piosenek „Three 6 Mafia” : „Fuckin Wit Dis Click„:
„Pójdź za Mną do lasu
Obserwuj jak rabuje Adama
I obserwuj jak gwałcę Ewę „

„Jestem na krzyżu Lucyfer proszę Puść mnie wolno
Będę rysować twój portret, jeśli pociągniesz te gwoździe do moich stóp
Mój krzyż odwraca się do góry nogami „
Niewielu ludzi rzeczywiście słucha tekstów w muzyce, którą lubią. Agencje muzyczne nie zadają sobie nawet trudu, aby ukryć „kontrowersyjne (satanistyczne) przesłanie”. Ludzie po prostu nie zwracają uwagi na słowa piosenki, więc nie ma sensu niczego ukrywać. Wystarczy, że mp3 ma fajny beat i to w zupełności wystarczy..
Jeśli spojrzeć na tekst popularnych grup rapowych, takich jak „Three 6 Mafia” lub „N9ne Tech”, teksty są jawnie satanistyczne.
„Jestem na krzyżu Lucyfer proszę Puść mnie wolno (Puść mnie wolno)
Będę rysować twój portret, jeśli pociągniesz te gwoździe do moich stóp (gwoździe do moich stóp)
Mój krzyż odwraca się do góry nogami „
„Żaden Pan nie może nas teraz zatrzymać
Bo demony odradzają się na nowo „
„Pójdź za Mną do lasu
Obserwuj jak rabuje Adama
I obserwuj jak gwałcę Ewę „
Jeśli myślisz, że w/w teksty są „słabe” zobacz to „Tech N9ne” (mp3 tech n9ne), nazwany na cześć  pistoletu maszynowego „Tech 9″.
Bardzo znany raper, głównie ze swojej zdolności do rapowania wstecz. Czasami mówi bzdury ale dobre oprogramowanie audio ujawnia zamaskowane wiadomości.

„Jest demonem we mnie, mogę go zabić? Hell no! Czy mogę go zabić? Hell no! Czy mogę go zabić? Hell no!”
„Piekło nadchodzi, naprzód! Piekło nadchodzi, naprzód! Piekło będzie trzymać naszych wrogów mój przyjacielu”
W jednym z utwórów o nazwie „W bagażniku” rapuje o tym, jak zamknął dziewczynę w jego bagażniku samochodu i zostawia ją tam przez dwa dni oraz puścił muzykę tak głośno, że nikt nie słyszał jej krzyków o pomoc.
Inne tematy wielu popularnych piosenek rapowych: Porwanie dzieci ludzi i trzymanie ich dla okupu, mordowanie ludzi, chwalenie się o swoimi seksualnymi podbojami, włamywanie się do domów ludzi i okradanie ich.
Bardzo popularnym tematem są narkotyki, np. utwory takie jak „oxycotton” – Lil Wyte (rapuje o braniu tabletek Oxycontin – narkotyk podobny do kokainy).
Juicy J’s – „Geeked Up Off Them Bars” gra w gry wideo, w z gorącymi dziewczynami, pali zioło, pije syrop kodein-owy, macha butelkami z recepturą Xanax i hydrokodonu przed kamerą i rapuje o kruszeniu tabletki i parskaniu ich .
Raper Too Short” (za krótki) rapuje o swoich seksualnych sukcesach z kobietami we wszystkich jego piosenkach.
Uwielbia się śmiać z ludzi, którzy mają tylko jedną dziewczynę. W swojej piosence „nie można być lepszym graczem” mówi, „Fakt, że wciąż masz jedną dziewczynę, a ja czuję się jak alfons całego świata „. Tak więc wiadomość jest taka, że prawdziwy mężczyzna dostaje mnóstwo kobiet, a tylko przegrany utknie z jedną kobietą. 
Żródło: http://henrymakow.ca/

Żródło: http://www.world4fun.eu